Jesień 2020, nr 3

Zamów

Harry Potter a magia

„Czy Pan już przestał bić żonę? Proszę odpowiedzieć tak/nie”. Fałszywie postawione pytanie sprawia, że z pewnością trafimy w ślepy zaułek. Podobnie rzecz ma się z pytaniem: jak jest przedstawiona magia w „Harrym Potterze”?

O tę magię oskarżano najpierw książkę, a teraz film – ekranizację pierwszej części opowieści o dziecku czarodziejów „Harry Potter i kamień filozoficzny”. Ponieważ zarzuty nagłaśniała część prasy katolickiej, w kilku miejscach Polski pojawiły się protesty zaniepokojonych rodziców, niekiedy wspieranych przez katechetów. Protestowano przeciwko szkolnym wycieczkom do kina, ale też i przeciw samemu rozpowszechnianiu filmu. Dwudziestu mieszkańców Tarnowa w liście skierowanym do Wydziału Edukacji Urzędu Miasta napisało: „obraz ten propaguje wiarę w magię i godzi w wartości katolickie”. Jak jest zatem z tą magią?

Sam jestem zdania, że należałoby zacząć od pytania, czy w ogóle w książkach i filmie o Harrym Potterze chodzi o magię? Spróbujmy najpierw zdefiniować, czym jest magia, o ile istnieje. Możliwe wydają się tutaj dwie definicje: magia rozumiana jako rodzaj ludzkiej wiedzy, pozwalającej wniknąć w ukryty mechanizm rzeczywistości, albo magia jako kontakt z ponadludzkimi mocami.

W pierwszym wypadku mag byłby zatem kimś podobnym do speca od komputerów, potrafiącego wyczyniać za ich pomocą cuda niedostępne i niezrozumiałe dla przeciętnego użytkownika. Przy takim rozumienia magia oznaczałaby albo część wiedzy jeszcze nie przebadanej naukowo, albo dotarcie do filozoficznego arché – istoty bytu, możliwość modyfikowania samego bytu, a nie tylko jego przejawów. To drugie rozumienie zakłada przyjęcie panteizmu – poglądu, że ostatecznie wszystko, co istnieje, jest absolutną jednością. Jeśli tak by było, to wówczas można uznać, że układ gwiazd może się odzwierciedlać w moim porannym przypaleniu jajecznicy, a dotknięcie jakiejś struny rzeczywistości przez odpowiednio dobrane zaklęcie może powodować zakwitanie stokrotek na Antarktydzie zupełnie w taki sam sposób, jak wybranie odpowiedniego numeru telefonu w Polsce powoduje dzwonienie aparatu w tejże samej krainie śniegu. Jeśli wszystko jest jednością, to uchwycenie tej ukrytej struny daje klucz do wszystkiego – zgaszenia słońca, przeniesienia się w czasie czy przestrzeni, spowodowania, że gruszki wyrosną na wierzbie. Taki pogląd zupełnie nie pasuje do chrześcijaństwa, które jest religią racjonalistyczną, uznającą realność otaczającej nas rzeczywistości. Nieprzypadkowo Katechizm Kościoła Katolickiego mówi o magii jedynie w trybie warunkowym: byłaby grzechem, gdyby istniała.

Istnieje jeszcze druga możliwość – magia oznaczałaby dokonywanie rzeczy niemożliwych z punktu widzenia praw natury, dzięki kontaktowi z ponadludzkimi, duchowymi mocami. W tego rodzaju rozumieniu magii już nie ma sprzeczności – wiemy, że takie moce (dobre i złe) istnieją. A ponieważ są niematerialne – niezwiązane czasem, przestrzenią i innymi atrybutami materii – mogą wychodzić poza prawa poznawalnej dla nas natury. Ten kontakt może być nieuświadomiony. Człowiekowi wydawać się może, że własną aurą, skupieniem, bioprądami albo jeszcze czymś w tym rodzaju dokonuje bardzo pozytywnych działań – przywraca zdrowie, usuwa ból. Jednak otwierając się na świat duchowy poprzez pewien rodzaj medytacji, obcej jednak chrześcijaństwu (chrześcijanin w medytacji zwraca się do Kogoś, a nie do czegoś nieokreślonego), taki człowiek może związać się z rzeczywistościami, owszem, duchowymi, ale takiego rodzaju, z jakimi lepiej nie mieć do czynienia. A że dokonuje dobra? Przez jakiś czas – tak. Mistrzowie życia duchowego od dawna uczyli jednak, że szatan może się ukazywać jako anioł światłości i żeby skusić człowieka, może przez pewien czas pomagać mu w dobrym. Taką drogę przeszedł po buddyjskiej inicjacji o. Jacques Verlinde i teraz jako katolicki zakonnik przed nią z przerażeniem przestrzega („Pan Bóg mnie ocalił”).

Z którym z wymienionych rodzajów magii mamy do czynienia w „Harrym Potterze”? Pozornie z pierwszym. Uczniowie Hogwartu żmudnie pracują nad opanowaniem wiedzy, specjalnych zaklęć i sposobu ich wykonywania tak, aby osiągnąć odpowiedni efekt – unoszenie się przedmiotów, latanie na miotle etc. Nie kontaktują się jednak w tym celu z żadnymi ponadludzkimi mocami. W gruncie rzeczy w książkach i filmie o Harrym w ogóle nie ma magii. Są to raczej opowieści z życia nastolatków zmagających się ze sobą i ze strasznym wrogiem, bardzo podobne w swoim stylu, randze literackiej i komizmie do książek Niziurskiego. Magia jest tutaj jedynie traktowanym z przymrużeniem oka sztafażem, dodającym tym opowieściom smaku, przydającym im niezwykłości. Przykłady żartobliwego jej traktowania mnożyć można bez liku: tytuły książek-podręczników (np. „Potworna Księga Potworów,” która. gryzie!), peron nr 9 i 3/4, z którego jedynie można się dostać do magicznej szkoły, kupowanie szat czarnoksięskich jak szkolnego mundurka, nieskuteczne zmienianie przez niedouczonego ucznia jeża w poduszkę do szpilek, kurczącą się z przerażenia przed ukłuciem. Takie było moje pierwsze odczucie przy lekturze „Harry’ego” i zostało ono potwierdzone przez wypowiedź samej Rowling, stwierdzającej, że nie wierzy w czary i dlatego może się nimi bawić.

Rola czarów w „Harrym Potterze” jest podobna do roli techniki w „Tytusie, Romku i A-Tomku”. Nikt zdrowy na umyśle nie sądzi chyba, że Papcio Chmiel wmawia młodym czytelnikom, iż można łatwo przerobić wannę lub żelazko na pojazd latający, ani że czytelnicy w coś takiego wierzą. Niektórzy przestrzegają przed Harrym jako inicjacją w magię. Sami jednak przyznają, że sposób uprawiania potterowskich czarów nie ma nic wspólnego z magią prawdziwą. Zaklęcia są najczęściej żartobliwymi zbitkami słów łacińskich, imiona i nazwiska po wielekroć okazują się szaradami, wskazującymi na językową erudycję autorki, nie zaś na wiedzę okultystyczną (sam znalazłem zbitki z angielskiego, łaciny, francuskiego, a są- dzę, że jest ich więcej).

Do znudzenia odbija się w katolickich mediach przerażająca wiadomość, że alchemik Nicolas Flamel istniał naprawdę. Ale, na miłość Boską, to tylko nazwisko! Pan Twardowski też istniał i był alchemikiem, a nie spotkałem dziecka, któremu zaszkodziłoby na duchu powtarzanie wyliczanki: „Pan Twardowski na kogucie, w jednym kapciu, w drugim bucie”. Podobnie jest z zarzutem propagowania brutalności, za którego przykład uchodzi torturowanie pająków na lekcji obrony przed czarną magią. Tych tortur dokonuje jednak czarodziej zaprzedany złu. Czyżbyśmy chcieli, aby jedyne obrazy złych postaci w literaturze dla młodzieży ograniczały się do przestępstwa niemycia zębów i niesortowania śmieci?

A co jest zaletą historii o Harrym Potterze? Najlepiej to ujął Piotr Wojciechowski przed rokiem na łamach „Więzi”: Harry to anty-Barbie. Przecież właśnie śliczna laleczka Barbie jest niemoralna i zdecydowanie szkodliwa. Na ulicach i w szkołach, a bodaj i w przedszkolach widać małe dziewczynki poubierane jak kobiety lekkich obyczajów. To jest pokłosie Barbie i prasy tzw. młodzieżowej. Istnieją rzeczy szkodliwe, choć nieoperujące bezpośrednio hasłami i obrazami uznawanymi za grzeszne. Sam jestem zdania, że brazylijskie seriale są nie mniej niemoralne niż pornografia.

A jak te filmy oddziałują na człowieka? Zazwyczaj całkowicie abstrahują one od moralności, postacie są papierowe, konflikty sztuczne. Budzą tęsknotę za bogatym, łatwym życiem, urozmaicanym jedynie finansowo-erotycznymi intrygami. Są poza tym bezdennie głupie, utwierdzając w głupocie swoich widzów. Chciałbym przypomnieć, że Jezus Chrystus wymienia głupotę (oczywiście tę zawinioną) wśród poważnych grzechów.

Część katolickich mediów reaguje jak kiepsko zaprogramowany komputerowy czujnik: nagość – źle, czary – źle, przemoc – fatalnie. Skutek jest taki, że przecedzamy komara, a połykamy wielbłąda. Można napisać skrajnie nieprzyzwoity tekst, nie używając ani jednego wulgarnego słowa. Można zrobić nieprzyzwoity film, nie obnażając aktorów. Robi się lalki, które wprowadzają dzieci w naskórkowo-konsumpcyjne traktowanie życia (ciuchy, fryzura), choć pozostają ładnymi laleczkami. Emituje się brazylijskie filmy, lansujące życie bez żadnej wartości, choć występują w nich czasem księża i zakonnicy.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Opowieści o Harrym Potterze mogą bardzo pozytywnie oddziaływać na czytelnika, choć pojawiają się w nich czary. Wartością nie jest w nich ani wygląd zewnętrzny, ani siła fizyczna, ani nawet zdolności czy sukces. Ważna jest przyjaźń, rodzina, poświęcenie, przełamywanie swojej słabości, wiedza, lojalność. Nasze wybory – przekonuje Dumbledore – ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej, niż nasze zdolności. A w epitafium dla Cedrica – ofiary diabolicznego Voldemorta pojawiają się słowa: pamiętajcie Cedrica, wspomnijcie na niego, gdy przyjdzie wam wybierać między tym, co jest słuszne, a tym, co jest łatwe. Poza dydaktycznymi maksymami, które są tak mocno podkreślane, że aż szkodzą literackiej wartości powieści, młody człowiek może zobaczyć, że zło jest z?e i że trzeba z nim walczyć na śmierć i życie – także w sobie samym. Zło nie jest tylko innością, kwestią wyboru, przyjmowaniem takiej czy innej opcji. Ono jest realne.

Sam bardzo lubię w historiach o Harrym budzenie zdrowego sceptycyzmu, np. wobec środków masowego przekazu oraz w ogóle budzenie świadomości, że rzeczy i ludzie często nie są tym, na co z pozoru wyglądają. Te historie pokazują, że największy sprzymierzeniec może okazać się wrogiem, a człowiek uznawany przez wszystkich za przestępcę – przyjacielem. Istnieje naprawdę duża szansa, że dziecko, które spotkało się w lekturze z panią redaktor Ritą Skeeter, nie będzie bezmyślnie połykało papki dla odmóżdżonych, płynącej ze środków masowego. rażenia.

Książki o Harrym to według mnie bardzo dobra literatura, oczywiście w swojej klasie. Warta polecenia tym rodzicom, którzy swoją dzieciomłodzież chcą wychowywać na lepszych wzorcach niż Lara Croft i Mortal Kombat.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.