Jesień 2020, nr 3

Zamów

Dobryj wieczór panie kolejarzu!

Nina Łuszczyk-Ilienkowa (ur. 1929), mieszkanka i patriotka Pińska, dobiegając siedemdziesiątki, zaczęła ubierać doświadczenia, obserwacje i przemyślenia swojego życia w formę literacką: mówione i pisane opowiadania. Zarówno te pierwsze, spisane z taśmy magnetofonowej, jak i te drugie, zredagowane zostały z zachowaniem indywidualnych cech języka Autorki, która posługuje się lokalną polszczyzną z interferencjami rosyjskimi i dialektalnymi poleskimi. Ich treść to mała i wielka historia, oglądana z perspektywy Pińska: dzieje wielokulturowej społeczności ziem dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, począwszy od dwudziestolecia międzywojennego, poprzez zawieruchę II wojny światowej, aż do powojennego życia w Związku Radzieckim. Przedstawione tu trzy opowiadania stanowią fragment książki, która ukaże się nakładem wydawnictwa „Świat Literacki” w opracowaniu Anny Engelking.

Pani Nina jest amatorem na polu literatury. Jest przede wszystkim osobą, która w jesieni życia zapragnęła wyrazić i przekazać to, co przez długie lata pamiętała i przeżywała. Tym wszystkim, którzy chcą słuchać i wiedzieć, opowiada o swoim kraju ze świadomością, że jej obowiązkiem jest utrwalenie pamięci. (ae)

Szłoma prosto z Rygi

Płynie wieczór nad Pińskiem, światełka już zapalone. Cicho. Piesek zaszczeka, zaskrzypią chodniczki drewniane.

W kinie kolejowym kręci pan Witek Smołko „Pata-Pataszona”. A może dla starszych „Tarzana”? Ojej!

Nie pójdę dziś do kina, bo dwóję dostałam. Co te ułamki mi nie wychodzą? Nie ma u mnie drygu do tych ułamności, coś innego ciekawego w rozczochranej głowie gości.

Do kolacji mama stół nakrywa, mam sprzątnąć zeszyty. Tato wnosi z sionek samowar i do mamy się uśmiecha: Marfuszeńka, ktoś do nas zaraz zawita, ale zaszli jeszcze do zawiadowcy Skwarczewskiego. Więc z herbatą zaczekamy. Nu, i jak z pieniędzami, czy ich trochę mamy?

Ktoś w sionkach już stuka, śnieg miotełką strzepuje.

Już są!

Dobryj wieczór panie kolejarzu, dobryj wieczór pani gospodyni! Ja Szłoma i Chaim, prosto z Rygi do was zawitali! Rybeczki-szproteczki, świeżutkie, tłuściutkie, ile skrzyneczek zostawiamy? Jedną, a może dwie, panie kolejarzu? Święta idą, no i post, to się nie zepsują!

Daj spokój, Szłoma – mama powie – jednej, jak w zeszłym roku, to nam wystarczy. A na konto płacy, to wiesz doskonale: na kredyt nie biorę, a tobie gotówka, oj, jak bardzo potrzebna!

Gwałt, pani kolejarzowa, my tak przemarzli, nogi już nie czujemy, dokąd my w tą noc pójdziemy! Weź pani dwie skrzyneczki! Ja proszę, poszkoduj Żydków. Takie świeżutkie rybeczki! Idziemy, cała ulica pachnie. Weź pani, paluszki lizać, takie smaczne!

Sza! Sza, Szłoma, wystarczy tego gwałtu, bo się sąsiedzi zbiorą! Umówił – wezmę obie. Masz tu pieniędzy. I fasoli ci woreczek nasypię, bo mi wielce w tym roku obrodziła, i brukwi koszyk weźmiesz.

Spasiba, spasiba, jak do kolejarzów idziemy, to stale jest gotóweczka.

Trzeba z ołówkiem żyć, Szłomeczka, wtedy będzie gotóweczka.

Sagany

Wilno jeszcze w dymach, lekki mrozek potrzaskuje. Ilekroć mama mi nie przykazywała: trzeba iść prosto do szkoły na Ostrobramską! Oczywiście przyrzekałam, jak ona chciała.

Z Nowego Światu po moście żelaznym, zawieszonym nad torami, strzałą przelatywałam. Gorzej było ze śliskimi schodami, ale i ich w okamignieniu pokonywałam. Znajdowałam chwileczkę wpaść w mój świat bajeczny, wileńskie Podhale. Jednym choćby oczkiem spojrzeć na stragany i na zawinięte w stare, samotkane dziadowskie kaftany – sagany.

Siedzi na gorącym saganie rozpuszona, rumiana Honoratka i woła: Kaszanka świeżutka, gorąca, ze skwarkami, tylko 20 groszy i śniadanie mamy!

Ziutka, czerwona od mrozu, chustką kraciastą okręcona, wtóruje: Babka kartoflowa, tłusta, sytna, 10 groszy kawałek spory! Cebuli nie szkodowałam, już dwa pełniuśkie sagany sprzedałam!

Ilu tu studentów, malarzy, poetów śniadanie i obiady miały. Za ostatnie nieraz grosze kęs kaszanki kupowały.

Leci Zbyszek, syn Malwiny. Krzyczy, nos rękawem ociera: „Kurier Wileński”! Tylko 10 groszy! Ostatnie wiadomości! Bracia Jabłkowskie na Wileńskiej sklep otkrywają! Słuchaj, kolego Wowuś, jak kaszanka, czy smakuje? – A tak, owszem, już kopę gazet sprzedałem i kawałek sobie zafundowałem.

Pędzi Jurek, Szwydki się zowie. Macha gazetami. Wrzeszczy jak kogut cięty: „Wiadomości”! „Wiadomości”! Smosarska jedzie, jedzie! – A dokąd, pytają, jedzie? – At, tam. Ja nie przeczytałem, bo jeszcze śniadania w ustach nie miałem. Kaszanki za 20 groszy! Wypcham se brzuszek i za kwadrans na Niemieckiej będę, bo Żydki już sklepy otkrywają. Tłok będzie, gazety wysprzedam.

Idzie sztubak Edzio. Też się zatrzymał, noskiem pokręcił, zwilżył gębusię języczkiem: Ja tę kaszankę z czarnego sagana nigdy nie kosztowałem. Dziś na śniadanie pieczoną cielęcinkę miałem. Fe, jakie czarne te sagany!

Rybak od stragana, gdzie sprzedaje żywe-żywiuteńkie, kręcące się jak węże węgorze: Coś z ranku kupców dziś braknie. Więc śniadanie u Ziutki kupuję. Niech da mi trzy kęsy dobrze zarumienione. No i cieplejsze, ze środeczka, proszę, niech mi dostanie.

Zza zakrętu, drobnym kroczkiem – pani czy panienka? Futerko źrebakowe, takie jakieś, na pewno nie nowe. Mufteczka. I toczek filcowy z pióreczkiem na głowie. Uśmiecha się dla Ziuteczki, kawałeczek w papier zawinięty odebrała. Dziękuję! – Na zdrowie!

Sama sobie jak zawsze mówię: gapa nieznośna, masz natychmiast iść do szkoły. Bo się spóźnisz. Dwója będzie murowana!

Ale, ale! Jedna chwileczka! Idzie chłop barczysty, rude wąsy pod czerwonym nosem, kiepusia na bakier. Zobaczę, co kupi. Honoratkę obejmuje, omal w rączki nie całuje. Oznajmia: wczoraj przepił z kumplami ostatnią złotówkę. I nie dostał od Birutki śniadania. No cóż, dwa kęsy, te gorsze, w kredyt dostanie.

Ojej, już zwiewam!

Jutro. a może przez długie lata napiszę następne opowiadanie.

No, a dzisiaj na kalendarzu rok 1939, miesiąc luty.

Ale, rzecz jasna, że wieczna gapa dziś dostanie lanie.

Tajemnica cioci Heleny

Ongiś, w czasy rządów na Kremlu Nikity Chruszczowa, zabieram się za namową ojca odwiedzić jego siostrę Helenę w Romejkach. Jej mąż jeszcze siedział w łagrach na północy za jakoby potrute kołchozowe cielaki. Karol, mój brat cioteczny, również nieblisko – służył w strojbacie1.

Uradziliśmy z ojcem, że pojadę dowiedzieć się o zdrowie cioci. I może jakie listy są od Józefa i Karola. Bo o starszym synie cioci, Czesławie, już żadnych wieści nie czekaliśmy: dobiega dziesiąta rocznica po wojnie. No i trzeba zabrać u cioci wielkie kłębuszki wełny i wydziergać skarpetki i rękawice – bo ciocia ma tyle pracy przy gospodarce, ano i kołchozowe pole nie zaniedbuje, wiele trudodni2 zarabia.

Do Baranowicz dojechałam raniuteńko. Awtobusa na Karelicze przez Worończę-Romejki-Rajcę trzeba było czekać dwie godziny, a bilety jeszcze wczoraj wysprzedane. No, ale świat nie bez dobrych ludzi. Jedzie w tamtą stronę ciężarówka i kierowca po kryjomu nabiera pasażerów. Przez minutę już siedziałam na niezamocowanej desce. Dobrze, że byłam nie sama, to bym dopiero poskakała 40 kilometrów i duszę bym do Romejek nie dowiozła. Do Horodyszcza bruk, dalej polna droga, tośmy siadły wprost w kuzow3, by nie wypaść za burtę. Ciężarówka jechała tylko do Worończy na gorzelnię. Dalej dwa kilometry poszłam leśną drogą.

Skończył się las, i zagroda Zacharczuków i sad cały widoczny. Wioska już wstała, krowy na pastwisku, mieszczuch wywąchał nawet zapachy pieczonych blinów i ciepłego mleka. Ale co to? Od domku ku brązowo-zielonemu lasowi, wzdłuż wielkiego sadu, leci okręcona w kraciastą chustkę ciocia Helena. Targa pod tą chustką jakiś ciężar. Doleciała do ostatnich krzaków porzeczek, tu zatrzymała się na chwilę, obejrzała na wioskę i pędem przeleciała wąski kawałek pastwisk między sadem i lasem. I dosłownie dała nurka w gęstwinę laskowych orzechów.

To mnie tak okropnie zaintrygowało, że natychmiast chciałam przelecieć między krowami, skubiącymi zapamiętale soczystą trawę i zagłębić się w las dla odnalezienia mojej cioci. To by było dopiero spotkanie! No, ale jeszcze raz powiem: mieszczuch jest mieszczuch, a ja panicznie boję się krów. W dodatku bywałam na ich rogach. A tu i pies odskoczył od pastucha i ze szczekaniem rzucił się w moją stronę. Więc grzecznie poszłam drogą do cioci zagrody.

Po wąziutkiej dróżce w gęstym niekoszonym trawiu doszłam do starej kłody, która leżała tu jakby ławka. Wiadomo, nie ma gospodarnej ręki mężczyzny, a było ich jeszcze zupełnie niedawno aż czworo. Był stary ojciec wujka Józefa, pocztę od wieków tu trzymał. Jego dziadowie i pradziadowie, wieczni posztarze tych stron, konie trzymali, karety, powozy. Legenda mówiła, że tędy Napoleon szedł, a potem sam Kutuzow na pocztowym stole z dębu czarnego, wiekami na połysk wytartego, mapę nadniemeńskich obszarów rozkładał i w kominku ręce grzał. Legenda jest legenda, to się trzyma, może coś dodaje lub zapomina.

No i tak siedząc na wiekowej kłodzie, doczekałam się powrotu cioci. Zobaczyła mnie. Radość zobaczyć w samotności kogoś krewnego błysnęła w jej oczach, ale nie przeważyła tajemniczości. Pytam się: Ciociu, i dokąd to ciocia tak pozaranku latała, w poranek ciepluteńki chustą okryta? Przyłożyła natychmiast palec do ust i z trwogą popatrzyła na lewo i prawo – oby nie było świadków rozmowy. Idziemy do domu, tam i pomówimy.

Jak tam bratuś mój Władeczek, czy zdrowy, co kazał ci powiedzieć? Już schodzi na inne tory rozmowy. Nie daję za wygraną: Toż ciocia obiecała mi powiedzieć, dokąd tak rano latała! Znów tajemniczość zagościła na jej twarzy. Wiesz, nosiłam im jeść. Wieczorem znowu trza zanieść, to wody wiaderko do końca sadu podniesiesz. I będziesz zważała, czy sąsiedzi nie szpiegują. To lud nie nasz, najezdny – doniosą, co wtedy będzie?

I znów wyprowadziła rozmowę na inne tory. Pokazała ostatnie listy wujka z łagru, a Karola z wojska. I zostawiła mnie na cały dzień z oładkami4 i kapustą kraszoną słoniną, z mocą opadniętych, nikomu w tej głuszy niepotrzebnych jabłek i nakazem nie zadawać się z sąsiedźmi. I poszła na pole kołchozowe zarabiać trudodnie.

I zostawiła mnie z niewyjaśnioną tajemnicą. Kogo ciocia Helena w lesie karmi? Kogo?! Kogo i kogo?! Może jakieś zbiegi schowali się we wzgórzastym, gęstym, przetykanym dziką różą i jeżyną lesie? Może na wzór litewski chowają się tu leśne bracia? A dlaczego by i nie? – tak myślę. Nalibokska puszcza rzędem, kolej za 40 kilometrów, wioski rzadko i małe. Nabieram coraz to więcej powagi dla dzielnej cioci.

I już lazę na strych do kufrów z płótnem i kłębuszków z wełną. Odkrywam lekko jeszcze babusin kufer i wieko z trzaskiem opada mi z rąk. Kufry puściuteńkie, ani płótna, ani żadnej odzieży! Chryste Panie! Toć wyniosła tym leśnym ludziom wszystko do nitki! Nawet zadzwonili mi ze strachu zęby, a liczę siebie zahartowaną dziewczyną. Spuściłam się po drabinie, spojrzawszy na ciemny pas lasu za sadem. Stąd, ze strychu, drzewa były bliżej, zlane w zielone gąszcze ze starym i młodym sadem.

Spuściłam się na dół i znów siadłam na starą kłodę. Ale już do samego wieczoru nie wychodzili mi z głowy leśne pojadacze ciotczynego śniadania. Kto to jest, kto?

We dworze jakoś mi samej smutno. Narwałam ziela prosiakowi, bo on jedyny chrząkał w tej ciszy zagubionego obejścia cioci. Wspomniałam słowa mego ojca, jaka mężna była jego siostra Helena w czasie rewolucji. Wywieziona do Brańska, powróciła nazad do ojca i mamy. A w czasie okupacji niemieckiej żona wybranego nie rządem, a ludźmi, sołtysa, który wszystko robił, by nie dać do wywózki młodzież. Kopała w zapaścistym lesie kryjówki. Zharatana żalem o synie Czesławie, zabranym w 1941 roku bolszewikami do niby fabryczno-zawodskowo obuczenija5, i zaginionym na zawsze. Ratowała cudze dzieci od niemieckiej niewoli. A teraz, co znów teraz czyni? Jakie ludzie kryją się w jej kryjówkach?

Ledwo doczekałam się jej z tego pola. Przyszła, poprosiła mnie zebrać jabłka papierówki, które kobiercem żółtym uległy pod jabłoniami, a sama coś szykowała w kładówce6. Nie przeszkadzałam jej. A wybierałam co lepsze, nie pęknięte papierówki dla leśnych ludzi. Ciocia zabrała je wraz z koszem zarzuconym na plecy, nakryła się znów chustką i poszła do lasu.

Ja powinnam była przynieść do końca sadu wiadro wody. Poszłam do studni, spłukałam dobrze wiaderko i poniosłam na wyznaczone miejsce. Był wieczór, ale letni, więc słonko błyszczało jeszcze w czyściutkiej wodzie. Dla leśnych, dla leśnych ludzi!

Zamyślona, i nie spostrzegłam się, że ciocia już była przy mnie. Postawiła u moich nóg koszyczek pełny jajek. Zawieziesz bratkowi mojemu. On, jak u mnie gościł, tak lubiał jajeczka w kożuszkach.

Oprzytomniałam! Ciociu, skąd w lesie jajka? – Jak to skąd? Z mego kurnika! Nałożył Chruszczow kontrybucję na sad, to wszystko z kufra sprzedałam, a sad pod siekierę nie dałam. A za każdą kurę mam oddać 160 jajek, to kury do lasu schowałam.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Do wiaderka wpadło kilka listków. Ciocia poniosła wodę, poić swoje chochłatki i ich gospodarza, białego koguta z ostrogami.

Nina Łuszczyk-Ilienkowa

_______________________
1 Z ros. stroitielnyj batalion, batalion budowlany, jedna z form pracy przymusowej w ZSSR.
2 Trudodien’ – w nomenklaturze sowieckiej: dzień roboczy; tu: dniówka w kołchozie.
3 Skrzynia ładunkowa ciężarówki.
4 Bliny, placki.
5 Nauka zawodu w fabryce.
6 Komora, spiżarka.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.