Jesień 2020, nr 3

Zamów

Niedokończona spowiedź dziecięcia wieku

Im więcej szczegółów poznaję, tym mniej rozumiem – tak określiłbym mój obecny osąd sprawy „Ketmana”, czyli Lesława Maleszki. Redakcyjna dyskusja „Więzi” sprzed miesiąca, podobnie jak i głosy dawnych przyjaciół Maleszki, przeczytane po jego „przyznaniu-nieprzyznaniu” się do winy, nie ułatwiają rozeznania. Po prostu brak mi jednoznacznej oceny: jest potępienie, ale nie ma nazwanej po imieniu winy.

Sam fakt współpracy z Urzędem Bezpieczeństwa nie jest tu najistotniejszy (robiło to wielu innych). Tym, co szczególnie boli, jest wykrycie tego faktu przez przyjaciela (Bronisława Wildsteina) po lekturze pracy magisterskiej napisanej na podstawie tzw. materiałów operacyjnych ubecji, czyli donosów tajnych informatorów – jednym z nich okazał się właśnie głośny działacz opozycyjny. Tak więc należy sądzić, że bez wykrycia tej sprawy przez osoby trzecie Maleszka do współpracy sam by się nie przyznał. Pozostaje też tylko jego tajemnicą, jak można przed przyjaciółmi ukryć coś, co stanowiło o istocie ich relacji – wspólna działalność opozycyjna została zdradzona przez kolaborację. Krótko mówiąc, wartość samej przyjaźni została zakwestionowana. Mówiąc po prostu, tej przyjaźni właściwie nie było.

Spowiedź-niespowiedź

Lesław Maleszka przyznał się przyjacielowi (teraz już byłemu), ale publicznie zabrał głos dopiero po otwartym liście dawnych przyjaciół opublikowanym w „Rzeczpospolitej”. Zarówno tekst Maleszki, jak i komentarze innych osób skłoniły mnie do napisania listu do redakcji „Gazety Wyborczej”, pod wrażeniem całej sprawy i dramatu uwikłanych w niej osób (opublikowano go 17-18 listopada 2001 r.). Wówczas określiłem wyznanie Maleszki jako „swoistą spowiedź dziecięcia wieku”.

Maleszka przyznał się do winy, tzn. do faktu współpracy z ubecją i do brania za tę współpracę pieniędzy. Jednocześnie swoją publiczną „spowiedź-niespowiedź” opatrzył licznymi komentarzami, które niczego nie wyjaśniając, sprawę raczej gmatwały. Szczególnie szokująco zostało odebrane końcowe wezwanie, by podobnych „rewelacji” unikać, oszczędzając tym samym bólu poznania prawdy, który stał się udziałem jego samego i jego dawnych przyjaciół.

Wielu dawnych przyjaciół, ale i postronnych świadków zobaczyło w tekście tej niedokończonej spowiedzi Maleszki ciąg dalszy kiepskiej gry. Niektórzy nazywają stan jego umysłu wprost schizofrenią, jako że do tej pory prowadził podwójne życie (opozycjonista i kapuś jednocześnie). Jeśli odważam się zabierać głos w tej sprawie, to z dwu powodów. Po pierwsze, w tekście opublikowanym w „Gazecie Wyborczej” przez Maleszkę doczytałem się nie tyle obłudnej gry, której celem jest zamazanie własnej odpowiedzialności, ile raczej pierwszej próby nazwania własnej podłości. Nie jest to próba udana, ale – powtarzam: jest to pierwsza próba. To prawda, że Maleszka nie uderzył się jednoznacznie w piersi i nie odciął się jednoznacznie od – jak to nazwał – obrzydliwych zachowań. Raczej szukał dla siebie i własnych kolaboranckich zachowań niezbyt przekonywających usprawiedliwień. Po drugie, doświadczenie kapłańskie i znajomość tekstów biblijnych uczą mnie, że przyznanie się do winy nie jest tylko kwestią dobrej woli, ale darem łaski.

Inaczej mówiąc, skruchy nie można wymóc, do niej można tylko dorosnąć, dojrzeć. Można tu przywołać jeden przykład z życia króla Dawida. Uwikłany w coraz potworniejszą zbrodnię, dostrzegł jej moralną ohydę dopiero pod wpływem przypowieści proroka Natana. Nie miał trudności z wydaniem wyroku na innych (taki człowiek powinien umrzeć) i dopiero gdy usłyszał, że to on jest tym człowiekiem, odczuł skruchę i żal (por. 2 Sm 12). Wspominam o tym tylko po to, by uświadomić, że Lesław Maleszka nie jest pierwszym, któremu trudno zobaczyć własną winę.

Doświadczyć przebaczenia

Jest jednak coś, co przeszkadza zobaczyć „Ketmana” jako klasyczny casus grzesznika uwikłanego w grzech, z którego nie może się wyzwolić, a tekst zamieszczony w „GW” jako pierwszą próbę szukania prawdy o sobie i o świecie, który tego rodzaju grzech zrodził. Bogaty w doświadczone przebaczenie, wiem, że stanowi ono istotny element poszukiwania prawdy i integralny wręcz składnik procesu uzdrowienia i znalezienia spokoju sumienia. Wydaje mi się, że doświadczenie przebaczenia jest Lesławowi Maleszce na razie obce – być może nie dostrzega on takiej możliwości ani nie odczuwa jego potrzeby.

Ale to już nie moja sprawa. Niemniej jednak wydaje mi się, że radykalne odcięcie się od niego i skazanie go na publiczny niebyt (jak zrobili to jego koledzy z „GW”) nie jest rozwiązaniem dobrym. Jako ksiądz katolicki, wierzący w potęgę aktu skruchy i w moc przebaczenia, chciałbym zrobić wszystko, by Maleszka również tę perspektywę dla siebie dostrzegł.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

A niejako „poza konfesjonałem” wydaje mi się, że nie chodzi tu tylko o casus „Ketmana”-Maleszki. Gra toczy się o sposób i jakość naszego rozliczenia z przeszłością. Bez jasnego kryterium moralnego mówienie o rozliczeniu jest czystą retoryką – wina musi być nazwana po imieniu, a winni ukarani. Pouczający jest pod tym względem przykład Niemców, którzy ciągle borykają się z problemem winy nienazwanej do końca. Ale to problem, którym nie możemy się tutaj zajmować.

Szczególną rolę w tym procesie uzdrawiania nas samych, naszej pamięci i naszej historii mogą odegrać tacy ludzie jak Lesław Maleszka. Od nas wszystkich – a szczególnie od niego samego – zależy, czy historia jego życia będzie „szczęśliwą winą”, otwierającą na perspektywę przebaczenia i uwalniającą od ciężaru przeszłości, czy też porażającym brzemieniem zamykającym jakikolwiek dialog. Jestem głęboko przekonany, że właśnie chrześcijaństwo zawiera ogromny potencjał terapeutyczny, który również w tym procesie rozliczenia może być uruchomiony. Inaczej mówiąc: lustracja – tak, ale ochrzczona.

I już na koniec. Casus Lesława Maleszki może i powinien być rozpatrywany również poza kontekstem religijnym. Wyjaśnienie wszystkich okoliczności jego współpracy może tylko pomóc w nazwaniu po imieniu win konkretnych ludzi, ale też uwolnić od podejrzeń za winy niepopełnione. Również w tym rozjaśnianiu sprawy udział Lesława Maleszki jest nieodzowny.
____________
Stanisław Obirek SJ – ur. 1956. Jezuita, dr hab. historii nowożytnej. Przed wstąpieniem do jezuitów (1976) studiował filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Następnie odbył studia filozoficzne i teologiczne w Krakowie, Neapolu i Rzymie. W latach 1994-2001 był redaktorem naczelnym kwartalnika „Życie Duchowe”. Obecnie prorektor Wyższej Szkoły Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum” i dyrektor Centrum Kultury i Dialogu. Autor m.in. prac „Wizja Kościoła i państwa w kazaniach ks. Piotra Skargi”, „Jezuici w Rzeczypospolitej Obojga Narodów w latach 1564-1668”. Mieszka w Krakowie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.