Jesień 2020, nr 3

Zamów

Widok z Manhattanu Niepokoje wiecznych optymistów

Kiedy z okazji kończącego się 2001 roku życzyłam moim amerykańskim przyjaciołom i znajomym „lepszego Nowego Roku”, nieodmiennie słyszałam odpowiedź: „Oczywiście, będzie lepszy, będzie wspaniały!” Innej odpowiedzi właściwie nie powinnam się spodziewać, ponieważ Amerykanie są optymistami. Chciałam napisać, że są optymistami z natury, to jednak nie w pełni byłoby prawdziwe. Zdecydowanie bliższe prawdy jest stwierdzenie, że są uczeni optymizmu od dziecka.

Niektórzy moi znajomi – oczywiście Europejczycy – powiadają zgryźliwie, że Amerykanie są po prostu wytresowani oraz że konsekwencją tej tresury, która nakazuje prezentowanie zawsze radosnej twarzy z obowiązkowym uśmiechem od ucha do ucha, są wypchane portfele psychoterapeutów i psychiatrów. Bardzo często bywa oczywiście i tak, zwłaszcza w wielkich miastach. Obowiązkowe „keep smiling” i równie obowiązkowa odpowiedź: „cudownie, wspaniale, genialnie” na zwyczajowe: „How are you?”, brak akceptacji dla narzekań i niepowodzeń, stają się w wielu wypadkach przyczyną problemów emocjonalnych i załamań. Dotyczy to jednak bardzo określonych grup zawodowych, ludzi nastawionych na szybki i spektakularny sukces w pokonywaniu kolejnych szczebli kariery. Sukces, którego widocznym znakiem jest nowy dom, samochód, członkostwo w ekskluzywnych klubach, prestiżowy college czy uniwersytet dla dzieci. Wszystko to – dodajmy – kupowane na kredyt, często rozłożony na dziesięciolecia. Ale tak żyje tylko część Amerykanów i tylko część tej części trafia do psychoterapeutów.

Amerykanie są optymistami nie tylko i nie przede wszystkim dlatego, że tak wypada. Są optymistami, ponieważ wierzą – i tego rzeczywiście ich nauczono – że żyją w kraju, w którym wszystkie możliwości są otwarte, a wybór którejś z nich zależy tylko od nich. Nauczyciele i wychowawcy powtarzają młodym Amerykanom, że nie ma takiej sytuacji, która na zawsze determinowałaby ich życie i uniemożliwiała jego zmianę, wszystko zależy tylko od nich. Lata dziewięćdziesiąte, dekada niebywałej prosperity gospodarczej, niesłychanie wzmocniły te optymistyczne nastroje. Nie zgasił ich nawet atak terrorystów 11 września. Wówczas Amerykanie czuli jedynie ból i gniew. Byli przerażeni, zaszokowani, zdezorientowani, ale jednocześnie przekonani o sile swojego kraju i oczywistym happy endzie wojny, którą wydali terrorystom.

Niepokój pojawił się na początku nowego roku, kiedy okazało się, że problemy gospodarcze, coraz bardziej zauważalne dla przeciętnego obywatela, nie są jedynie dającym się łatwo usunąć skutkiem ataków terrorystycznych. W ostatnich miesiącach minionego roku Amerykanie wciąż byli przekonani, że „znowu będzie jak przedtem”, wystarczy tylko wziąć się w garść i na przykład pokonać strach przed lataniem. Mijając puste restauracje oraz puste wystawy zamkniętych sklepów i firm na Manhattanie, wierzyli, że już za chwilę, „kiedy wrócą turyści”, wszystko wróci do normy. Ale zamiast informacji o pokonywaniu przejściowego kryzysu, telewizyjne wiadomości przynosiły mało pocieszające dane o notowaniach giełdowych. W drugiej połowie stycznia wybuchła prawdziwa bomba: koncern energetyczny „Enron”, jeden z filarów amerykańskiej gospodarki – jeszcze kilka tygodni wcześniej umieszczony w pierwszej dziesiątce na liście pięciuset najbogatszych firm USA – okazał się bankrutem.

Bankructwo „Enronu” w sposób dotkliwy odczuli nie tylko jego kredytodawcy, czyli wielkie amerykańskie banki, ale także zwykli Amerykanie, których akcje okazały się nagle świstkami papieru bez wartości. Akcje „Enronu” stanowiły wcale pokaźną część kapitału funduszy emerytalnych nie najlepiej przecież opłacanych nauczycieli szkół publicznych i pracowników administracji państwowej, których zarządy nie ukrywają, że trudno będzie im te wielomilionowe straty nadrobić bez uszczerbku dla obecnych i przyszłych emerytów.

Po raz drugi w ciągu kilku miesięcy Amerykanie przeżywają szok. Jego głęboką przyczyną nie jest jednak samo bankructwo, lecz coraz bardziej szczegółowe informacje dotyczące kulisów upadku firmy – wieloletniego zawyżania zysków, ukrywania wysokości zadłużenia poprzez tworzenie fikcyjnych spółek, unikania płacenia podatków. Szok pogłębia fakt, że we wszystkich tych oszustwach uczestniczyli księgowi z firmy audytorskiej Andersen, o nieposzlakowanej dotychczas opinii.

„To katastrofa” – mówią wstrząśnięci Amerykanie i rzeczywiście przeżywają aferę „Enronu” jak ogólnonarodową klęskę. W Polsce, gdzie podobne afery są, niestety, raczej chlebem powszednim, takie reakcje pewnie budzą zdziwienie i niedowierzanie. Dlatego przypominam, że przestępstwa podatkowe są w świadomości przeciętnego Amerykanina równie karygodne, jak włamanie czy napad z bronią w ręku, a zaufanie do budowanego przez lata systemu prawnego, na którym opiera się funkcjonowanie amerykańskiego rynku kapitałowego, stanowi podstawę przekonania o stabilności amerykańskiej gospodarki i w związku z tym swojej własnej mikrostabilizacji.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

System praw i norm obowiązujących amerykańskie grupy kapitałowe zaczęto budować po wielkim krachu 1929 roku właśnie po to, by podobny kryzys nigdy się już nie powtórzył. Czytając doniesienia o rosyjskim systemie oligarchicznym, albańskich piramidach, południowoamerykańskiej korupcji czy wschodnioeuropejskich aferach gospodarczych, Amerykanie z niedowierzaniem kręcili głowami i z uzasadnioną (wówczas) wyższością wzruszali ramionami: „u nas to nie do pomyślenia”. Okazało się, że jednak jest do pomyślenia i do wykonania, i ta nowa wiedza spędza teraz Amerykanom sen z oczu. „A jeśli nie tylko ?” – tego pytania nie mogę sobie nie zadać i ja, boleśnie świadoma, że mój bank pomnaża moje niewielkie oszczędności m.in. także dzięki inwestycjom w pakiety akcji dobrze notowanych na giełdzie firm. Takich, jak „Enron”.

Ale afera „Enronu” to nie jedyny powód do niepokoju. W miarę upływu czasu coraz wyraźniej widać, że wspaniałe lata dziewięćdziesiąte to już przeszłość i że nieprędko będzie „jak przedtem”. Coraz częściej w rozmowach zwykłych obywateli pojawia się temat recesji. Wszyscy przecież jesteśmy świadkami (zwłaszcza na Manhattanie) znikania – niemal z dnia na dzień – znanych od lat sklepów i restauracji, wszyscy odbieramy dramatyczne apele od dyrektorów szkół, do których uczęszczają nasze dzieci, o wszelką możliwą pomoc: ryzę papieru, zakup książek do biblioteki, znalezienie sponsora dla szkolnego teatru. A przecież przyzwyczailiśmy się, że uczeń szkoły publicznej dostaje wszystko za darmo: podręczniki, bogatą ofertę zajęć pozalekcyjnych i kartę do metra na dodatek. I chociaż poparcie dla prezydenta jest nadal niezwykle wysokie (85% w styczniu) i nikt nie kwestionuje konieczności kontynuacji wojny z międzynarodowym terroryzmem, z niepokojem słuchamy o planowanym wzroście budżetu Pentagonu. Nie sposób bowiem nie zapytać przy tej okazji, ile wobec tego zostanie pieniędzy na zapowiadane przez Busha programy tworzenia nowych miejsc pracy i rozszerzenia opieki lekarskiej dla bezrobotnych. Nie możemy o tym nie myśleć, ponieważ coraz więcej naszych znajomych albo już straciło pracę, albo poważnie liczy się z taką możliwością, bez widoków na uzyskanie następnej, gwarantującej dochody na tym samym poziomie. Do naszego słownika trafiło z powrotem zapomniane w ciągu ostatnich lat sformułowanie „deficyt budżetowy”. Podobno niewielki, ale jednak.

Współczuję moim amerykańskim przyjaciołom ogarniętym nagłym niepokojem. Nie zgadzam się z opinią, powszechną – jak się zdaje – w Europie, że sami są winni wszystkiemu, co ich spotkało. Nie mogę jednak oprzeć się pokusie stwierdzenia, że ten niepokój dobrze im zrobi. I nadziei, że pomimo wszystko zachowają swój optymizm.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.