Jesień 2020, nr 3

Zamów

Czyja jest Polska?

Kiedy we wrześniu 1993 roku, cztery lata po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w demokratycznych wyborach zwyciężyła koalicja sił wywodzących się z PRL, napisaliśmy w „Więzi”, że rząd wprawdzie nie jest nasz, ale państwo jest nasze. Teraz, ponad osiem lat później, ludzie odwołujący się do dziedzictwa „Solidarności” mogą powiedzieć, że nie nasz jest nie tylko rząd, ale zdecydowana większość struktur władzy. Postkomunistyczny SLD bliski był tym razem bezwzględnej większości mandatów i zostawił daleko w pobitym polu wszystkie inne partie, postkomunista Aleksander Kwaśniewski z łatwością osiągnął przytłaczające zwycięstwo w pierwszej rundzie wyborów prezydenckich. Siły odwołujące się do niegdysiejszej „solidarnościowej” opozycji rządzą w części samorządów, ale i tam w wielu miejscach, z Warszawą na czele, jako oczywiste przyjmowane są koalicje z postkomunistami. Czy więc państwo jeszcze jest nasze? A poza tym – co to znaczy „nasze” państwo?

Określenie to rozumieć można na trzech poziomach. „Nasze” znaczy po pierwsze, że jest to po prostu niepodległe państwo polskie. Po dwustu latach rozbiorów, kilku różnych okupacjach oraz półwieczu niesuwerennego niby-państwa PRL przypominanie o sensie posiadania przez Polaków naszego własnego państwa nie jest bynajmniej powtarzaniem oczywistości.

W drugim sensie „nasze” jest państwo wszystkich obywateli – takie, które stwarza równe szanse, które nie różnicuje obywateli według arbitralnych kryteriów. Państwo, które takich rozróżnień dokonuje, może uznać za swoje tylko grupa uprzywilejowanych, i to tylko tych, którzy nie mają nic przeciw swemu niezasłużenie wysokiemu statusowi.

Po trzecie wreszcie „nasze” jest państwo, które odwołuje się do pewnej tradycji, mitu założycielskiego, zestawu wartości. Dzięki temu obywatele mogą się z nim utożsamić, co byłoby z pewnością znacznie trudniejsze, gdyby państwo oznaczało tylko zespół instytucji i procedur. W przypadku III Rzeczypospolitej zasadnicza jest – prócz tradycji dawniejszych, nie mniej ważnych, ale z oczywistych względów mniej spornych – tradycja oporu przeciwko komunizmowi. Nie chodziło tylko o bezpośrednią kontynuację tradycji antykomunistycznej opozycji. Kręgi, które wprost stawiały wyzwanie totalitarnej władzy, nie mogły stanowić większości, a maksyma Józefa Mackiewicza, że w zniewolonym kraju miejsce uczciwego człowieka jest w więzieniu, nigdzie i nigdy nie mogła liczyć na zbyt wielu wyznawców. Chodziło tu właśnie o wybór tradycji konstytuującej III Rzeczpospolitą, a także o pewną personalną kontynuację. Tradycja oporu przeciw komunizmowi i walki o niepodległość miała więc dostarczać aksjologicznych podstaw wolnej Polsce, a postacie z tym oporem związane miały odgrywać rolę żywego połączenia między tą tradycją a jej spełnieniem – niepodległą Rzecząpospolitą.

Nie mam tu na myśli jakiegoś opozycyjnego ekskluzywizmu, specjalnych praw dla kombatantów. Opór rozumiem tutaj bardzo szeroko – mam na myśli zarówno dostępną dla niezbyt licznych konkretną działalność opozycyjną, jak i możliwy dla wszystkich (choć nieraz za niemałą cenę) dystans wobec peerelowskiej rzeczywistości. Oczywiście wachlarz postaw wobec totalitarnej władzy był szeroki. Arytmetyczna większość wybrała rozmaite strategie przystosowawcze, zachowując tak wiele dystansu wobec władzy, jak to uważano za możliwe – zależnie od stopnia nacisku, indywidualnych możliwości i wewnętrznej siły.

Przez cały czas istnienia PRL zarówno rządzący, jak i rządzeni milcząco zakładali, że tak rozumiany opór obejmuje większość społeczeństwa. Nie darmo tak wiele wysiłku wkładano zarówno w jego zastraszanie, jak i korumpowanie. Potwierdzeniem trafności tej oceny był bezprecedensowy ruch „Solidarności”, obejmujący większość dorosłej ludności Polski. W tej sytuacji wydawało się oczywiste, że jeśli dojdzie wreszcie do upadku komunizmu i odzyskania niepodległości, wolna Polska będzie się w oczywisty i naturalny sposób wywodzić z tradycji tego oporu. Nie chodzi mi tu o naiwnie rozumianą, nową „jedność moralno-polityczną”, tym razem obróconą przeciw niedawnym głosicielom tej poprzedniej, fałszywej, ale o naturalną ekspresję życia narodowego w całym jego zróżnicowaniu.

Mimo nieoczekiwanej formy, jaką przybrał dar wolności w 1989 roku, na początku wszystko wskazywało, że tak właśnie będzie. W tym sensie państwo było nasze, choć nie od razu i nie w pełni. Nie chodziło przy tym o wykluczenie ludzi poprzedniego systemu. Chodziło o wyraźną i powszechną świadomość, że u źródeł wolnej Polski jest rodzinny dom, Kościół, opozycyjna redakcja, walczące o niezależność stowarzyszenie, uczciwa praca czy mówiąca ponad cenzurą kultura, a nie partyjny komitet, esbecka komenda czy propagandowa audycja.

Czy zatem państwo jest nasze? Co stanowi największe zagrożenie dla tego, by można je było za takie uznać?

W pierwszym sensie III Rzeczpospolita jest niewątpliwie „nasza” – jest niepodległym państwem. Decyzje – dobre i złe, mądre i głupie – zapadają na jego terytorium, a podejmują je konstytucyjnie określone organy. Oczywiście, suwerenność jest pewnym modelem – każde, nawet najsilniejsze państwo ulega rozmaitym zewnętrznym wpływom. Ich poziom określają rozmiary państwa, siła gospodarki, mądrość polityki, rozwój cywilizacji i kultury oraz wiele innych czynników. W naszym przypadku nie ma powodów do alarmu, że wpływy jakichś sił zewnętrznych – innych państw, kapitału, organizacji międzynarodowych – przekraczają zakres typowy dla państw naszej wielkości i wielorako rozumianej siły. Nie widać też, by ktoś wprost chciał nas sobie podporządkować.

Osobną kwestią jest nasze dążenie do Unii Europejskiej, które oznacza jednak nie wyrzeczenie się suwerenności, ale niejako przekazanie jej części na wyższy poziom – do współtworzonych także przez nas organów Unii. „Brukselska eurokracja” po naszym wstąpieniu do UE będzie także częściowo nasza – będą w niej zasiadać nasi przedstawiciele. Będziemy mieli szansę wywrzeć na działanie struktur europejskich wpływ proporcjonalny do naszej siły, a czy będziemy umieli z tych szans skorzystać, to zupełnie inna sprawa. W każdym razie będziemy w takiej samej sytuacji jak inni członkowie Unii, którzy przekazują jej organom te same kompetencje. Popularne wśród wrogów UE analogie między Moskwą z czasów PRL a Brukselą obecnie są zupełnie fałszywe. Wtedy chodziło o podporządkowanie udającej państwo PRL kierującemu się własnym interesem obcemu mocarstwu, wobec którego władcy w Warszawie odgrywali jedynie rolę mniej lub bardziej samodzielnych klientów. Teraz mamy do czynienia z suwerenną decyzją przekazania części kompetencji niepodległego państwa organom wspólnoty, które mają służyć wszystkim jej członkom.

Nie znaczy to, oczywiście, by ta sytuacja nie rodziła uzasadnionych obaw i nie wymagała dyskusji. Eksperyment pod nazwą „Unia Europejska” nie ma precedensu w dziejach i choćby z tego powodu jest o czym dyskutować i czym się niepokoić. W tym miejscu chodzi mi jedynie o to, że obecna Polska jest niewątpliwie „nasza” – niepodległa i ma wszelkie szanse pozostać w tym sensie „nasza” także po wstąpieniu do UE.

DROGA KU OLIGARCHII

Większe powody do niepokoju wiążą się z dwiema pozostałymi płaszczyznami rozumienia tego, co to znaczy, że „państwo jest nasze”. Przeciwieństwem państwa wszystkich obywateli jest państwo oligarchii, należące do wąskich, zamkniętych, powiązanych ze sobą grup, które opanowały sferę polityki i gospodarki i działają wyłącznie we własnym interesie. Istnieje niebezpiecznie dużo znaków wskazujących, że Polska wkroczyła na drogę, u której końca mogą być właśnie rządy oligarchii. Najbardziej widocznym zjawiskiem na to wskazującym jest korupcja.

Osiągnęła ona rozmiary każące uznać ją za prawdziwą plagę. Oficjalnie ujawniono skandale, w które zaangażowane są osoby pełniące funkcje do wiceministra włącznie. Wysoką funkcję w Ministerstwie Finansów (!) zdołał osiągnąć – i to błyskawicznie! – człowiek, ścigany za brutalne wymuszenia haraczy i inne działania typowe dla zorganizowanej przestępczości. Takie przypadki można – paradoksalnie – uznać za optymistyczne, bo przynajmniej zajęły się nimi policja, prokuratura i sądy. Gorzej jest ze zjawiskami pozornie mniej groźnymi, gdzie brak jest wyraźnych dowodów popełnienia przestępstwa, jednak istnieją poważne powody, by przypuszczać, że negatywne zjawiska są nadzwyczaj rozpowszechnione.

Dobrze zorientowani dziennikarze i politycy świetnie wiedzą, którzy politycy – na poziomie ogólnokrajowym i lokalnym – są powiązani z przestępczością zorganizowaną. Oficjalnie ich nazwiska zaczynają być wymieniane najczęściej po przedwczesnej śmierci zainteresowanych – wcześniej chroni ich obawa przed zemstą i procesami sądowymi. Uskładałoby się już kilka ciekawych postaci – na tym i na tamtym świecie. Dla przypomnienia: związki przestępczości zorganizowanej z władzą należą do klasycznej definicji mafii.

W tej sytuacji wydawałoby się, że politykom powinno szczególnie zależeć, by nawet przypadkiem nie zetknąć się z przestępcami. Jak jednak zrozumieć opisywany szeroko przypadek warszawskiej spółdzielni (skądinąd faworyzowanej przez władze miasta), której prezes publicznie przechwala się, że mieszka u niego wielu sławnych ludzi: aktorzy, dziennikarze, duża część władz Warszawy oraz. prawie cały „Pruszków”?! Jak pojąć, że „ojcom miasta” nie przeszkadza sąsiedztwo gangsterów?

Klasyczną definicję korupcji spełniają z kolei ci byli (ale bardzo niedawni) urzędnicy państwowi, którzy przyjmują wysokie stanowiska w firmach, na których rzecz podejmowali decyzje jeszcze jako urzędnicy. Oto wiceminister prywatyzuje dużą państwową firmę, a potem trafia do jej zarządu lub zostaje przewodniczącym rady nadzorczej. Takie przypadki uchodzą u nas za normę od lat. Przed ujawnieniem nazwisk – z pierwszych stron gazet, a przynajmniej z ich kolumn poświęconych gospodarce – skutecznie chroni także obawa przed procesami sądowymi.

Niedawno jeden z reporterów „Gazety Wyborczej” opisywał znakomicie zorganizowany proceder łupienia bogatych przedsiębiorców na ogromną skalę przez pozbawionych jakichkolwiek skrupułów osobników. Grabieżcy ci związani są z partiami politycznymi – różnymi! – wykorzystując zarazem swą pozycję i znajomości w aparacie państwowym. Wymuszają oni ogromne łapówki, szantażując ofiary np. nasłaniem wielomiesięcznych, paraliżujących działanie firmy kontroli skarbowych albo też opóźnieniem załatwienia rozmaitych formalności, co powoduje ogromne straty dla firm. Ludzie ci demonstrują opornym, że ich groźby nie są gołosłowne. Jak wynika z informacji zawartych w reportażu, mamy do czynienia z procederem szeroko rozpowszechnionym: niemal każdy zamożny człowiek stanie któregoś dnia wobec groźby ruiny z ręki samozwańczych „poborców”. Chodzi przy tym nie o tych, którzy działają na przestępczym marginesie, gdzie ryzyko szantażu należy do „kosztów transakcyjnych”, ale o normalnych ludzi interesu – zapewne nie świętych, ale i nie przestępców.

Inny proceder – może nie aż tak zyskowny, ale za to z pewnością szerzej rozpowszechniony – to „ustawianie” przetargów. Chlubiliśmy się ustawą o zamówieniach publicznych, która miała znacząco ograniczyć nadużycia. Okazuje się, że wbudowane w tę ustawę mechanizmy umożliwiają „ustawianie” przetargów na ogromną skalę. Chodzi nie tylko o to, aby w przetargu wygrywał ten, kto powinien (zdaniem będących w zmowie zamawiających i dostawców), ale – by wygrywał możliwie drogą ofertą. Nie sztuka zwyciężyć, proponując niską cenę. Prawdziwa „sztuka” polega na tym, by odbywało się to wszystko lege artis. Mechanizmy są znane zainteresowanym i fachowcom – niedawno przystępnie opisał je jeden z arbitrów rozstrzygających spory wokół przetargów. Warto uprzytomnić sobie, że mniejszych i większych przetargów na wszystkich szczeblach aparatu państwowego, rządowego i samorządowego – odbywają się tysiące. Żyją z nich – godziwie lub mniej godziwie – miliony ludzi. Nawet jeśli hurraoptymistycznie założymy, że tylko minimalny procent ich organizatorów i uczestników stosuje te wszystkie „specyficzne” metody, wystarczy to do skorumpowania Polski na skalę trudno wyobrażalną. Nawiasem mówiąc, trudno uwierzyć, że sprzyjające korupcji mechanizmy we wspomnianej ustawie (i nie tylko w niej jednej) znalazły się przypadkiem.

Wymieniam te wszystkie przykłady, by uprzytomnić, że to nie są zjawiska incydentalne. Żadne państwo nie jest doskonałe, jak zresztą żaden inny twór ludzki. Z tych i wielu innych przykładów układa się jednak obraz całego systemu powiązań, działających w prywatnym interesie ludzi pozbawionych skrupułów. Powiązania te oplatają zawsze niebezpieczny styk polityki i gospodarki. Ten styk zawsze będzie istniał i zawsze będzie kusił nieuczciwych. Oczywiście liberalne recepty „jak najmniej państwa w gospodarce, jak najmniej uznaniowości w decyzjach urzędników” są ze wszechmiar słuszne i powinny zostać w rozsądnych granicach zrealizowane.

To jednak nie wystarczy – konieczne są także rozwiązania prawne, które wprawdzie tej plagi nie zlikwidują, ale mogą ją znacznie utrudnić. Takie rozwiązania zresztą się pojawiają i jest to jeden z nie tak wielu znaków nadziei. Owszem, każde prawo można ominąć, jednak po pierwsze – trzeba zużyć na to pewien wysiłek, po drugie – lepiej, gdy zło musi się ukrywać, niż gdy występuje jawnie i bezczelnie. Ostatnio na szczęście coraz rzadziej słychać bardzo popularne jeszcze kilka lat temu hasło, że pierwszy milion dolarów trzeba ukraść, przedstawiające ewidentne zło jako mieszaninę dziejowej konieczności i nieszkodliwego folkloru. Poza tym przepisy antykorupcyjne, nawet te, które bezpośrednio nie niszczą zła, pozwalają zdobyć różne ciekawe i pożyteczne informacje. Pozwalają też zadać ważne pytania. Np. takie: jak to się dzieje, że ludzie, którzy utrzymują się z wcale nie tak bardzo (oficjalnie) dochodowej działalności publicznej, dochodzą do naprawdę sporych majątków?

W informowaniu szczególna rola przypada z definicji mass mediom. O wielu sprawach można rzeczywiście wyczytać w poważnych gazetach, choć już nie zobaczyć w telewizji. Kłopot jednak w tym, że precyzyjnym nieraz opisom pojedynczych przypadków rzadko towarzyszą choćby próby opisania skali zjawisk i ich mechanizmów, które wychodziłyby poza publicystyczne ogólniki. Aby tego dokonać, konieczne jest połączenie sił ludzi uczciwych i dobrze poinformowanych (dziennikarzy, praktyków, naukowców), które łączyłoby wiedzę o faktach z analizą procesów. Trudno dostrzec podobne próby. Również wielce niepokojące jest to, że mimo zmienionego ostatnio klimatu wokół korupcji, wciąż nawet w przypadkach szczególnie drastycznych często kończy się na reportażu w gazecie. Żaden z opisanych powyżej bulwersujących faktów nie spowodował politycznego trzęsienia ziemi.

Konieczny jest klimat moralny, w którym niewyobrażalna jest pobłażliwość dla korupcji. To nie jest ani przejaw zaradności, ani konieczność, ani norma – to jest nieuczciwość wyjątkowo szkodliwa, gdyż dotycząca ludzi, którzy z definicji – jako politycy i urzędnicy państwowi – zobowiązani są służyć dobru wspólnemu, zobowiązani są prawo stanowić lub je wykonywać. Korupcja polityków tworzy cały system, wciągający innych, słabszych, upowszechniając zarazem antywzory. W tym świetle szczególnie niepokojąca jest fałszywa, nieraz wręcz przestępcza łże-wspólnota polityków, którzy „nie dadzą zginąć” koledze, któremu akurat powinęła się noga.

Ta właśnie łże-wspólnota klasy politycznej nie dotyczy zresztą tylko korupcji. Wielokrotnie można mieć wrażenie, że walczące przy otwartej kurtynie obozy polityczne za kulisami porozumiewają się świetnie. Niestety, są to nieraz porozumienia typu „wy nam nie wyciągniecie sprawy Iksa, to my wam pomożemy zatuszować aferę Jgreka”. Owszem, w polityce obecny jest element teatru, jednak tak rozumiana „solidarność” sprawia, że bez względu na scenariusz publiczność obserwuje farsę. Narodziny III Rzeczypospolitej dawały szansę, by odeszło do przeszłości – wyniesione z czasów komunizmu i w pełni wówczas uzasadnione – przekonanie, że władza to „oni”. Tę szansę zmarnowano. Obecnie, niestety, Polacy się w nim utwierdzają. Do utrwalenia tego przekonania walnie przyczyniły się właśnie nieformalne porozumienia polityków w sprawach ważnych tylko dla nich samych.

Upowszechnieniu antywzoru polityka jako członka grupy dbającej przede wszystkim o własne interesy sprzyjał z pewnością postkomunistyczny rodowód części klasy politycznej III RP. Schyłkowy PRL to czas, w którym ówczesną klasę rządzącą spajał przede wszystkim sam fakt sprawowania władzy i związane z tym interesy. Ideologii nikt prawie nie traktował poważnie, natomiast władza – zwłaszcza mająca tak wielkie jak w komunizmie (nawet schyłkowym) możliwości wpływu na życie poddanych – przyciągała ludzi nastawionych przede wszystkim na zaspokajanie tą drogą swoich interesów, jak też takim postawom sprzyjała. Nie znaczy to z pewnością, aby nie mogły istnieć chlubne wyjątki, jednak duch przepajający nomenklaturę opierał się na cynicznym rozumieniu władzy jako drogi do wpływu i przywilejów we własnym interesie.

Etos „Solidarności” dawał ogromną szansę, by to zmienić. Ruch ten obejmował na początku miliony ludzi gotowych działać dla wspólnego dobra. Nawet jeśli dekadę lat osiemdziesiątych, okres represji i świadomego niszczenia nadziei na stworzenie alternatywy wobec komunizmu, przetrwał tylko ułamek tej liczby, to jednak znaczna część tych, którzy zachowali wierność ideałom „S”, potwierdziła tę wierność własnym świadectwem, które nieraz kosztowało bardzo wiele. Nawet ta zmniejszona „S” stanowiła ogromny kapitał społeczny, który mógł zupełnie zmienić rozumienie władzy – zarówno przez rządzących, jak i przez rządzonych. Nie mam na myśli stworzenia utopijnego państwa powszechnej uczciwości, ale – zwykłego, w którym jednak alienacja klasy politycznej byłaby zjawiskiem raczej marginalnym niż nadającym ton.

Niestety, tak się nie stało. W kwestii zobowiązań władzy wobec obywateli to raczej ludzie późnej PRL okazali się nauczycielami, a ludzie „Solidarności” – mniej lub bardziej pojętnymi uczniami. Ci pierwsi szli z jasną wizją stworzenia silnego bloku politycznego, gospodarczego, a z czasem i medialnego w obronie realnych interesów swej rzeczywistej bazy społecznej: uwłaszczonej nomenklatury. Ci drudzy dążyli do władzy w imię niejasnego konglomeratu wartości, wyobrażeń i interesów. Cynicznej wizji postkomunistów jedni nie umieli, a inni – z czasem, wraz z kolejnymi sukcesami SLD coraz liczniejsi – nie chcieli przeciwstawić spójnej wizji innej niż to, żeby zrobić to samo, tylko dla siebie. Na tej podstawie można budować sieci wpływów, a także fałszywą wspólnotę niezbyt czystych interesów z tymi, z którymi na początku łączyło ludzi „S” niewiele. W tej sytuacji nic dziwnego, że określenie „etos ” u wielu wywołuje jedynie drwiny i agresję. Nic też dziwnego, że dla wielu „oni” to nadal po prostu politycy, bez różnicy obozu, do którego należą.

NASZA PRL?

Również w trzecim sensie określenie „nasze państwo” nie jest jasne. Od samego początku III Rzeczypospolitej określenie jej mitu założycielskiego sprawiało spore kłopoty. Z jednej strony, nowe państwo odwoływało się do tradycji antykomunistycznego oporu, z drugiej – drogę ku niemu otworzyło bezpośrednio porozumienie „okrągłego stołu” z ostatnią – jak się okazało – ekipą władców PRL. Mniejsza o to, że rzeczywistość wolnej Polski nie była bynajmniej bezpośrednim efektem porozumienia władzy z opozycją, które – trzeba pamiętać – miały przynajmniej przez jakiś czas pozostać na dotychczasowych miejscach. Z jednej strony, zwyciężyła opozycja antypeerelowska – z drugiej, niemal wszyscy świeżo upieczeni obywatele III RP przeżyli całe dotychczasowe życie w PRL. Z jednej strony, całkowicie zmieniły się zasady organizacji życia społecznego we wszystkich jego wymiarach – z drugiej, nastąpiło to tak ewolucyjnie, że do dziś nie wiadomo dokładnie, kiedy właściwie powstało nowe państwo. Wiele instytucji powstało przez przekształcenie swych peerelowskich poprzedniczek, przy czym nieraz za niezmienioną nazwą kryje się zupełnie nowa rzeczywistość. Np. komunistyczna Rada Ministrów zajmowała się wykonywaniem polityki ustalonej przez organy partyjne – obecnie jest normalnym (choć nie zawsze skutecznym) rządem suwerennego, demokratycznego państwa. Bywa niestety także odwrotnie, o czym może zaświadczyć wielu spośród tych, którzy w komisariacie Policji Państwowej spodziewali się zupełnie innego traktowania niż w komendzie Milicji Obywatelskiej.

Sama rzeczywistość „przejścia” była więc nader skomplikowana. W dodatku nie brak było (i jest) ludzi, którzy we własnym interesie starali się ten obraz zaciemnić i zagmatwać jeszcze bardziej. Osoby uwikłane w dawny system starały się przekonać wszystkich, że PRL była normalnym państwem, MO – normalną policją, LWP – normalnym wojskiem. Starali się też wmówić, że wszystko, co działo się pomiędzy Odrą a Bugiem między 1944 a 1989 rokiem, było po prostu elementem PRL. A to miałoby oznaczać, że potępienie tamtego systemu jest równoznaczne z przekreśleniem uczciwej pracy, mądrych książek, pięknej muzyki, a nawet udanego życia rodzinnego. Jednym z ulubionych konceptów publicystycznych, straszących po dziś dzień, jest „czarna dziura”, za którą mieli rzekomo uznawać okres PRL „zoologiczni antykomuniści”.

Niestety zbyt mało poświęcono wysiłku i uwagi, by wykazać absurd takiej wizji. Owszem, przed 1989 rokiem żyliśmy wszyscy w PRL, która robiła, co mogła, by każdego dnia, na każdym kroku przypominać nam o swoim istnieniu. Jednak nie wszystko, co się wtedy w Polsce działo, było częścią PRL. Jeśli opozycyjna grupa redagowała w mieszkaniu bezdebitowe pismo, był to akt oporu przeciw tej rzeczywistości, a nie jej część. Do PRL należeli ubecy, którzy starali się ich wyśledzić. To samo dotyczyło jednak bynajmniej nie tylko intencjonalnej działalności opozycyjnej. Ludzie modlący się w kościele (i to niekoniecznie na Mszy za Ojczyznę), produkujący przydatne innym rzeczy lub uczciwie wychowujący swoje dzieci to nie była PRL. Oni wszyscy żyli w tym systemie, ale bynajmniej nie wszystko to, co robili, było jego częścią. Owszem, te dwie rzeczywistości były nieraz beznadziejnie splątane, także w życiu poszczególnych osób, ale proste utożsamienie z PRL całego życia ludzi w komunistycznej Polsce jest po prostu kłamstwem.

Umocnieniu tego kłamstwa sprzyjało wiele czynników. Jedni cynicznie bronili siebie, inni zagłuszali wyrzuty sumienia lub usiłowali racjonalizować własne zagubienie, twierdząc, że skoro rzeczywistość była skomplikowana, to znaczy, że w ogóle nic pewnego nie wiadomo. Spośród tych „z drugiej strony” niektórzy uważali, że sprawa jest tak oczywista, że nie ma o czym mówić, innych sprawy bieżące pochłonęły tak, że na namysł nie starczyło czasu. Jeszcze inni nie chcieli drażnić tych o nieczystych sumieniach. Jakiekolwiek były tego powody, dwanaście lat po odzyskaniu niepodległości panuje w tej dziedzinie chyba jeszcze większy zamęt niż na początku.

Stawia to pod znakiem zapytania samą tożsamość państwa polskiego. Kto jest polskim bohaterem – kardynał Wyszyński czy Władysław Gomułka, Edward Gierek czy Stanisław Pyjas, generał Jaruzelski czy górnicy zabici w „Wujku”? A może wszyscy razem? Kto w takim razie miał rację i w jakich proporcjach? Wciąż brak jasnej aksjologii, na której mogłoby się wesprzeć polskie państwo. Nasze państwo.

Nie propaguję bynajmniej jakiejś prostackiej, czarno-białej wizji. Rzecz w tym, że w opisie i koniecznej ocenie skomplikowanej rzeczywistości zagubimy się kompletnie, jeśli nie dokonamy aksjologicznego wyboru „punktów stałych”. Dopiero dokonawszy takiego wyboru możemy adekwatnie opisać skomplikowaną rzeczywistość niejednoznacznych decyzji milionów ludzi. Ten akt wyboru tradycji nie jest oczywiście punktem dojścia refleksji, ale jej niezbędnym punktem wyjścia.

Powojenna Francja uznała za bohatera generała de Gaulle’a, a nie skądinąd zasłużonego marszałka Pétaina. Bolesnej nieraz dyskusji nad niedawną przeszłością Francuzów to bynajmniej nie zamknęło, jednak wytyczyło jej pole w sposób z pewnością nieleczący ran, ale niezagrażający tożsamości kolejnych Republik. Podobnie odrzucenie przez RFN spuścizny III Rzeszy sprawiło przynajmniej to, że w publicznym, opiniotwórczym dyskursie nie mają prawa obywatelstwa pewne argumenty. Np. taki, że sieć autostrad była takim dobrodziejstwem, że być może warto byłoby przymknąć oczy na – skądinąd nieprzyjemne – obozy koncentracyjne.

Przywołuję przykłady dwóch narodów, które ze swoją przeszłością mają wciąż – z różnych powodów – poważne kłopoty. Jednak wyraźne określenie tradycji państwowej eliminuje z publicznego, „dozwolonego” dyskursu pewne poglądy. Ich głosiciele muszą się ich wstydzić – i słusznie, bo te opinie na to zasługują. Wolność słowa nie oznacza bynajmniej moralnej równoważności wszystkich sądów. U nas wielu nie wstydzi się zachwalać stalinowskiej industrializacji, tak jakby istniało jakiekolwiek dobro mogące usprawiedliwić terror, zbrodnie, wywózki.

Przykład stalinizmu jest najbardziej drastyczny – im później, tym mniej zbrodni, tym większa zarazem niejednoznaczność. Żeby do tej niejednoznaczności móc się bezpiecznie zbliżyć, trzeba wyraźnie określić zasady podstawowe. Temu służy także jednoznaczny wybór tradycji państwowej. Oczywiście, nikt dziś oficjalnie nie pochwali stalinizmu. Potępienie obejmuje jednak jedynie zbrodnie, a już wcale niekoniecznie uzależnienie od ZSRR. Daremnie szukać w wystąpieniach liderów SLD prostego stwierdzenia, że w czasach PRL nie było niepodległości. Nikt też oficjalnie nie uznał za haniebne tkwiących w głębokim stalinizmie początków karier takich postaci, jak gen. Jaruzelski (pion polityczny LWP) i gen. Kiszczak (Informacja Wojskowa). Niczego nie wiadomo, nic nie jest jednoznaczne.

Jeśli więc oficjalnie w zasadzie III RP odwołuje się do antykomunistycznego oporu, ale zarazem oficjalnie twierdzi się, że w PRL nie wszystko było złe i właściwie wszyscy mieli po trochu racji, choć może nie wszyscy po równo, a w ogóle sytuacja była trudna i skomplikowana i właściwie niewiele pewnego da się o tym powiedzieć – nie wiadomo, do jakiej aksjologii odwołuje się naprawdę państwo polskie. Na dłuższą metę zagraża to jego tożsamości. Sprzyja upowszechnieniu przekonania, że te wszystkie opowieści o tradycji i wartościach to jakiś niepotrzebny balast, a państwo sprowadza się do instytucji, struktur, procedur. W ten sposób może nastąpić rezygnacja z jednego z najważniejszych czynników spajających ludzi żyjących na terytorium państwa i czyniących z nich jego obywateli. Z państwem rozumianym jedynie jako zbiór instytucji, bez wyraźnej aksjologii, mało kto będzie miał ochotę się utożsamić. Wielu obywateli będzie jedynie starało się z tych instytucji korzystać o tyle, o ile będą służyć ich interesom – bezinteresowny związek z państwem, służba temu państwu przestanie być możliwa. W ten sposób państwo może okazać się niczyje.

NIE MA SIĘ CZYM PRZEJMOWAĆ?

Oczywiście zarysowany powyżej obraz nie pretenduje do rangi kompletnego. Można z pewnością wyliczyć wiele innych zagrożeń dla tego, by obywatele uznawali państwo polskie za swoje. Można też dostrzec wiele znaków pozytywnych. Nastąpiła np. wyraźna zmiana stosunku do korupcji – u początków III RP wystarczyła sama wzmianka na ten temat, by otrzymać etykietę oszołoma. Dziś kolejne parlamenty, o różnej większości, znaczną przewagą głosów uchwalają przepisy antykorupcyjne. Również atmosfera dyskusji o PRL zmieniła się zasadniczo (postkomunistyczny prezydent uznaje stan wojenny za zło i wylicza zabitych w „Wujku” górników). Powstał i działa Instytut Pamięci Narodowej, a większość młodzieży – w odróżnieniu od starszych pokoleń – potępia stan wojenny.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Można też zauważyć, że nasze problemy występują w różnym nasileniu gdzie indziej. Korupcja jest plagą w wielu krajach, także europejskich, a o żadnym kraju postkomunistycznym nie da się odpowiedzialnie powiedzieć, że uporał się ze swoją wersją opisywanych powyżej problemów.

Wszystko to i jeszcze wiele innych argumentów nie uchyla jednak tego, co napisałem powyżej. Nie chodzi więc o to, by podkreślać, jak jest źle, ale by dostrzec i nazwać zagrożenia oraz ich skalę. Bez tego nie da się im zapobiegać. Jeśli to zlekceważymy i ulegniemy samouspokojeniu, że nie jest tak źle, może się za jakiś czas okazać, że państwo jest nasze tylko w najbardziej elementarnym sensie tego określenia. Owszem, będzie to państwo polskie, tylko mało kto z Polaków będzie się z nim utożsamiał.

_______________________________
Tomasz Wiścicki – ur. 1961, studiował prawo i historię na Uniwersytecie Warszawskim oraz katolicką naukę społeczną w Versoix koło Genewy. Dziennikarz – w latach 1986-1988 redaktor podziemnego pisma „Refleksy”, w 1989-1993 w „Powściągliwości i Pracy”, obecnie kieruje działem społecznym miesięcznika „Więź”. Współautor cyklu programów telewizyjnych „Boskie i cesarskie”. Jeden z autorów książki „Dzieci Soboru zadają pytania”. Publikował w „Powściągliwości i Pracy”, „Więzi”, „Credo”, „Gościu Niedzielnym”, „Rzeczpospolitej” i prasie drugiego obiegu. Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.