Jesień 2020, nr 3

Zamów

Eurotożsamość

Przez wejście do Unii stracimy jedynie naszą złotówkę, ale nie stracimy tożsamości – trafnie stwierdził Prymas Polski w wywiadzie dla KAI pod koniec listopada ub. roku po powrocie z Brukseli, gdzie spotykał się z wysokimi urzędnikami Unii Europejskiej. Słowa te wypowiedziane zostały w kontekście polemiki z polskimi przeciwnikami integracji europejskiej. Można by je uznać jednak również za ciekawy (bo antycypujący wydarzenia) komentarz do wprowadzenia od 1 stycznia br. na terenie 12 krajów UE wspólnej waluty.

Ponad 300 milionów Europejczyków – naszych, bliższych i dalszych, zachodnich sąsiadów – zaczęło posługiwać się jedną, wspólną walutą. Wprowadzenie euro – na miejsce marki, franka, szylinga, guldena, peso, eskudo, lira, drachmy czy funta (na razie tylko irlandzkiego) – to nie tylko operacja bez precedensu w gospodarczej historii świata. To także przyczynek do dyskusji nad tożsamością i suwerennością narodów europejskich. Trawestując słowa kard. Glempa, Europejczycy stracili swe waluty narodowe, ale nie wydaje się, by utracili przez to własną tożsamość.

Z punktu widzenia przeciętnego człowieka – także obywatela krajów nie należących do UE – dzięki wprowadzeniu euro wyraźnie pogłębia się integracja europejska. Dotychczas najbardziej namacalnym dowodem ścisłej współpracy krajów Piętnastki były specjalne wejścia na lotniskach oznaczone flagą z dwunastoma gwiazdami – obywatele krajów członkowskich UE byli „u siebie”, nie musieli przechodzić kontroli paszportowej ani celnej. Obecnie dochodzi jeszcze wyraźniejszy czynnik – wspólna waluta. Przekraczając coraz słabiej zauważalne granice, nie trzeba już będzie wymieniać pieniędzy, bo oto zaczął funkcjonować Euroland.

W tradycyjnym rozumieniu własna waluta była jednym z kluczowych elementów wyrażających suwerenność państwową. Kraje wybijające się na niepodległość czym prędzej starały się o wprowadzenie własnego pieniądza (np. kraje bałtyckie). To pozwalało czuć się naprawdę suwerennym. Własna waluta była jednym z symbolicznych zworników tożsamości narodowej. Dlaczego zatem ponad 300 milionów ludzi pozwoliło na rezygnację z tego symbolu?

Rzecz jasna, nie odbyło się bez dyskusji i demagogii, ale w sumie opory były mniejsze niż można było się spodziewać. Najwyraźniej znaczna część obywateli krajów, które zdecydowały się wprowadzić euro, dała się przekonać, że tożsamości narodowej skutecznie bronić można dzisiaj w wymiarze kultury i świadomości. Pieniądz, do którego było się przyzwyczajonym, można natomiast oddać. Oddać nie „obcym”, lecz „swoim”, w imię wyższego dobra. Bo wspólna waluta będzie nadal pełniła funkcję zwornika tożsamości, tyle że nie w wymiarze krajowym, lecz całej UE. Wspólna tożsamość Europejczyków będzie rosła także dzięki euro.

Nowa waluta stanie się zapewne także narzędziem pogłębiania integracji. Wiadomo przecież, że przytoczona powyżej motywacja mogła dotyczyć tylko części obywateli krajów UE. Wielu z nich nie utożsamia się z polityką europejską swych rządów. W niektórych krajach, np. w Niemczech, nie przeprowadzano referendum w sprawie waluty europejskiej, bo politycy obawiali się o jego wynik. Liczyli natomiast na to, że po 1 stycznia 2002 ich obywatele poczują „Europę w kieszeni” – np. podczas swoich ulubionych wakacji na Wyspach Kanaryjskich będą płacić tą samą walutą, co za swoje ulubione piwo w barze za rogiem – co przekona ich do korzyści płynących z procesu tworzenia unii walutowej.

Znaczenie tej operacji najlepiej można dostrzec, sięgając do korzeni Wspólnoty Europejskiej, której inicjatorzy chcieli tak powiązać ze sobą zwaśnione przez stulecia narody, aby zapanował trwały pokój. Do tych idei nawiązał prezes Europejskiego Banku Centralnego, Wim Duisenberg, wskazując, że kraje, które jeszcze niedawno ze sobą walczyły, teraz postanowiły wspólnie wspierać wolność, demokrację i prawa człowieka. W odniesieniu do wizji „ojców założycieli” – którym idea wspólnej waluty europejskiej nawet nie świtała w głowie – euro staje się, bez przesady, namacalnym symbolem integracji europejskiej. Trudno o bardziej konkretne narzędzie budowania wspólnej tożsamości. Pieniądz nie przestaje być wyrazem suwerenności, zmienia się jedynie rozumienie suwerenności. Nie broni się jej już przez izolację, lecz przez współpracę z sąsiednimi krajami.

Cóż zatem dalej? Świetlana przyszłość.? Nie takie to proste. Wiadomo przecież doskonale, że sama unia gospodarcza i walutowa nie wystarczy, a to wokół niej koncentrowały się w ostatnich latach działania polityków. Jedność europejska – jeśli ma być trwała, jeśli ma być zgodna z wizją wielkich chrześcijan, którzy położyli podwaliny pod tę konstrukcję: Roberta Schumana, Alcide De Gasperiego i Konrada Adenauera – nie może opierać się wyłącznie na interesach, lecz przede wszystkim na wartościach duchowych i moralnych. A tu zaczyna się problem.

Przemiany ideowe, jakie nastąpiły na Starym Kontynencie w drugiej połowie XX wieku, sprawiają, że dzisiejsi liderzy struktur europejskich nie są ludźmi ani tak wielkiego formatu, ani (niekiedy) nawet tego samego ducha, co ojcowie zjednoczonej Europy. Przy tworzeniu Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej, która prawdopodobnie stanie się podstawą przyszłej Konstytucji UE, długo trwał symboliczny spór, czy w preambule należy wymienić religijno-duchowe dziedzictwo Europy (jak chciały Niemcy), czy też tylko dziedzictwo duchowe (jak wolała Francja). Ostatecznie obie wersje są równoprawne. Również oficjalny tekst angielski mówi tylko o dziedzictwie duchowym (dziwi mnie w tej sytuacji, dlaczego autorzy polskiego przekładu przygotowanego w Komitecie Integracji Europejskiej za rządów Jerzego Buzka wybrali wersję nieodwołującą się do religii).

Zaskoczeniem dla przywódców religijnych była niedawno grudniowa decyzja szczytu UE w Laeken (Belgia) – przedstawicieli Kościołów nie zaproszono do dalszej dyskusji w ramach Konwentu określającego kierunek rozwoju UE, jej wartości podstawowe i przyszły kształt jej struktur. Decyzja ta wywołała nawet ostrą reakcję papieską. 10 stycznia w przemówieniu do korpusu dyplomatycznego akredytowanego przy Stolicy Apostolskiej, Papież określił ją mianem marginalizacji religii. Rozwój UE w takim kierunku byłby zarówno niesprawiedliwością, jak i błędem perspektywy – przestrzegał Jan Paweł II, podtrzymując zarazem szacunek dla wymogu słusznej świeckości państw, a zatem Europy. Wśród niewątpliwych powodów do zadowolenia Papież wymienił natomiast postępujące jednoczenie się Europy, którego najświeższym symbolem stało się przyjęcie przez dwanaście państw wspólnej waluty. Upomniał się też o to, aby poszerzenie Unii Europejskiej nadal było priorytetem.

Unia Europejska bardzo potrzebuje chrześcijan. Przyszły kształt UE nie jest jeszcze do końca określony. Wizja ojców zjednoczonej Europy była wizją, a nie projektem gotowej konstrukcji, dlatego dzisiaj pojawiają się spory. W tej sytuacji podstawową sprawą jest coraz lepsze wyjaśnianie celów tej budowli europejskiej i wartości, na których winna się ona wspierać (to też słowa Papieża z przemówienia do dyplomatów). Brakuje jednak na Starym Kontynencie wybitnych polityków-chrześcijan, którzy potrafiliby nie tylko mówić o wartościach, lecz praktycznie wcielać je w życie nowo tworzonych struktur.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Bolesnym zjawiskiem jest fakt, że również w Polsce – najbardziej katolickim kraju naszego kontynentu – wysiłek i energia wielu kościelnych środowisk opiniotwórczych nie może być wykorzystana na tworzenie naszej wizji zjednoczonej Europy, bo trzeba ją przeznaczać na przekonywanie współ- wyznawców, którzy uparcie twierdzą, że działalność struktur UE i idee, w oparciu o które one działają, są sprzeczne z Prawem Bożym i mogą poważnie zaszkodzić zbawieniu dusz. Nawet Prymas Polski ostro komentuje takie stanowisko, mówiąc, że rzeczywiście jest to postawa antyewangeliczna. Bezskutecznie. Wielkim dramatem polskiego katolicyzmu jest fakt, że właśnie te środowiska – których politycznym przedstawicielem stała się Liga Polskich Rodzin – uzyskały tak znaczącą pozycję w parlamencie i usiłują tam samozwańczo prezentować się jako głos polskiego Kościoła.

Dobrze, że w tej sytuacji Episkopat Polski zapowiedział opublikowanie listu pasterskiego w sprawie wejścia Polski do struktur Unii Europejskiej. O jego treść można być spokojnym. Około 80 proc. kapłanów jest zwolennikami UE. Myślę, że podobna sytuacja jest w Episkopacie – powiedział „Życiu” abp Tadeusz Gocłowski. Przy tej okazji warto jedynie powtórzyć wielokrotnie już zgłaszany postulat, by w sprawach tak istotnych dla całego narodu zabrzmiał wspólny głos Kościołów chrześcijańskich w Polsce. Sprawa integracji europejskiej jest niewątpliwie ponadwyznaniowa. Może udałoby się w tej sprawie połączyć głosy polskich chrześcijan?

Jeszcze bardziej jednak potrzebny jest mądry głos Polski, w tym środowisk kościelnych, w ramach trwającej obecnie dyskusji o przyszłości UE. Żeby nie popełnić grzechu zaniedbania; by nie okazało się, iż zamieszkamy w domu, który można było lepiej urządzić, ale my – zamiast o tym pomyśleć – woleliśmy kłócić się pod drzwiami, czy i kto ma je otworzyć.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.