Jesień 2020, nr 3

Zamów

Jedwabne widziane zza Odry

Paul Latussek z Erfurtu – urodzony 65 lat temu w Gleiwitz, dzisiejszych Gliwicach, były przewodniczący skrajnie prawicowej partii DSU w Turyngii, a do niedawna przewodniczący tamtejszego Związku Wypędzonych – trafił na łamy niemieckich gazet po spotkaniu Związku, odbytym 9 listopada, w rocznicę Nocy Kryształowej, gdzie powiedział: nie można już dłużej znosić kłamstw o Katyniu, o Jedwabnem oraz wypowiedzi dotyczących liczby ofiar w Auschwitz, których tak naprawdę było nie 6 milionów, a zaledwie 930 tysięcy. I choć dzięki podobnym w tonie oświadczeniom Latussek odnosił sukcesy w związkowych wyborach, tym razem miarka się przebrała – został ze swojej funkcji odwołany. Jak na gorzką ironię, akurat liczba ofiar Auschwitz, która tak wzburzyła środowiska polityczne Turyngii, zgadza się mniej więcej z najnowszym stanem badań. Chodzi więc nie tyle o liczby, ile raczej o ton wypowiedzi i o jej przesłanie.

Sprawa Latusska wydaje się incydentalna, jednak dla Polaków ważny jest w tej publicznej wypowiedzi emerytowanego inżyniera pewien przez nikogo niepodważany aspekt: w taki oto sposób Jedwabne pojawiło się w niemieckich mediach jako usankcjonowany synonim historycznego kłamstwa. I to polskiego kłamstwa historycznego, które wymienia się jednym tchem razem z synonimem kłamstwa rosyjskiego.

Tymczasem prawda o Jedwabnem z rosnącą intensywnością zaprząta uwagę niemieckich publicystów od ponad roku. Kiedy 21 marca 2001 Richard Kaemmerlings we „Frankfurter Allgemeine Zeitung” („Skrucha Polski”) wyrażał obawę z powodu niebezpieczeństwa umiędzynarodowienia polskiej dyskusji, nie przypuszczał zapewne, do jakiej lawiny dorzucił i swój kamyk. Pisał wówczas: Świadomość historyczna wielu Polaków jest dogłębnie mityczna i mało pokrywa się z dość zróżnicowanym obrazem, który szkicuje choćby literatura lub historiografia. [.] Plamy na tymże obrazie [.] są najzwyczajniej z tej świadomości wyparte. A w tej sytuacji fala ataków z zewnątrz może być przeciwskuteczna [.], bo da narodowej prawicy okazję do skarg na antypolskie resentymenty. W ten oto sposób każdy, kto w zagranicznych reakcjach dopatrzył się antypolskich resentymentów, zaliczony został a priori do narodowej prawicy.

Klaus Bachmann w artykule, zamieszczonym 7 marca w „Der Tagesspiegel” i przedrukowanym tydzień później przez „Frankfurter Rundschau”, tłumaczy niemieckiemu czytelnikowi: Ten, kto w Polsce uparcie trzyma się wersji, że nie było tam kolaboracji z niemieckim okupantem, może argumentować, że Polska nie wydała żadnego Quislinga ani nie powstał tam żaden reżim Vichy. Jednakże stało się tak nie tylko z powodu miażdżącego terroru niemieckiego, który pchał Polaków do narodowej albo komunistycznej partyzantki, lecz z powodu całkowitego braku zainteresowania Hitlera powołaniem marionetkowego reżimu. Nawiązując do artykułu Tomasza Strzembosza w „Rzeczpospolitej”, pisze dalej: Ponieważ cała dyskusja o Jedwabnem prowadzona jest w tonie wysoce moralizatorskim, te próby tłumaczenia w sposób oczywisty otwierają tylne drzwiczki, prowadzące do „obsesji niewinności”, jak nazwała takie mechanizmy wypierania wykładająca w Niemczech antropolog Joanna Tokarska-Bakir.

Jedwabiniacy nie wydają się szczególnie sprytni – zauważają Henryk Broder i Claus Ch. Malzahn w reportażu z lipcowej uroczystości. – Zamiast oskarżać złych Niemców i wymyślać na bezczelnych Żydów, lepiej już dawno temu otworzyliby Dom Spotkań, taki jak w Auschwitz – najlepiej tuż obok stodoły, w której kiedyś uprażono Żydów – i zorganizowaliby kilka klezmerskich koncertów na wolnym powietrzu. To podszlifowałoby ich reputację i podkręciło koniunkturę. („Der Spiegel” z 26 lipca).

Dla wielu autorów, zajmujących się różnorodną polską tematyką, hasło „Jedwabne” w pewnym momencie stało się nieodzowne, niezależnie od tematu artykułu. Za przykład niech posłuży reportaż Jörga Lau, opublikowany w 25. numerze „Die Zeit”. Autor – jak należy wnosić z początkowych zdań – ma zamiar opowiedzieć czytelnikom o polskiej awangardowej plastyce, rozmawiając na ten temat z polskimi przyjaciółmi nad kuflem piwa w krakowskim lokalu. Jednak rozważania jego szybko schodzą na antysemicką nagonkę na dyrektorkę warszawskiej „Zachęty”, by zakończyć się sprawą Jedwabnego. Nad kuflem piwa rozmawia się oczywiście o wielu rzeczach, ale po lekturze tego reportażu trudno zrozumieć, co autor chciał tak naprawdę powiedzieć.

Mimo że ukazanie się niemieckiego tłumaczenia książki Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi” poprzedziła długa kampania prasowa, sama książka nie cieszy się szczególnym zainteresowaniem czytelników. Społeczeństwo niemieckie ma obecnie inne problemy. Wydarzenia 11 września przyspieszyły procesy kryzysowe, objawiające się masowymi zwolnieniami z pracy nawet w wielu – dotychczas zdawałoby się stabilnych – firmach. Jednocześnie wprowadzenie nowej eurowaluty wpłynęło na poważne podwyżki cen. Kryzys dotyka też systemu kas chorych i systemu zabezpieczeń rentowych.

Znamienne, że obok tekstów chwalących „Sąsiadów” ukazały się też artykuły, których autorzy – Thomas Urban („Süddeutsche Zeitung” z 1 września) i Thomas Medicus („Frankfurter Rundschau” z 12 września) – wytykają Grossowi błędy rzeczowe i źródłowe. Szczególnym echem odbiła się publikacja Urbana, w której zarzuca się Grossowi, iż ten nie poddał krytycznej analizie źródłowej prawdziwości relacji ocalałych Żydów. Artykuł ten spotkał się z krytyką – stosunkowo umiarkowaną ze strony Helgi Hirsch w liberalno-konserwatywnej „Die Zeit” i ostrą, przypuszczoną przez Gabriele Lesser w zbliżonej do partii Zielonych berlińskiej „Tageszeitung”. Obie autorki dowodziły, że Urban próbuje reanimować mit Polski jako ofiary i sabotuje wspieraną przez Grossa narodową debatę o polskim antysemityzmie.

Jan Tomasz Gross, któremu zamknięcie nowojorskiego lotniska po ataku na World Trade Center uniemożliwiło, niestety, odbycie w Niemczech planowanej tury odczytów, bronił swojej książki, udzielając kilku wywiadów niemieckim gazetom. W dzienniku „Frankfurter Rundschau” z 17 października, w obszernej rozmowie, przeprowadzonej przez Thomasa Medicusa i Ulricha Specka, Gross odpowiada na zarzut, że w wydaniu niemieckim nie uwzględnił wyników dokonanych wiosną 2001 r. badań ekshumacyjnych: .badania te w żadnym razie nie były fachową ekshumacją, która pozwalałaby na zakładanie takich szacunków (około 400 osób spalonych w stodole, przy ogólnej liczbie 1600 ofiar, podawanej przez autora). Procedura ta trwała w Jedwabnem nie dłużej niż dwa dni. Podobną opinię powtórzył Gross w wywiadzie, opublikowanym dziesięć dni później w „Berliner Zeitung”. Autor „Sąsiadów” nie dodał, że zakres ekshumacji ograniczono na prośbę żydowskich środowisk religijnych.

Kwestionując wyniki ekshumacji, Gross w cytowanej wyżej rozmowie z dziennikarzami „Frankfurter Rundschau” dyskretnie zdystansował się od wyrażanej w „Sąsiadach” sugestii, że spaleni w stodole stanowili zasadniczą większość owej liczby 1600 ofiar, jednak nadal obstawał przy tym rzędzie wielkości strat żydowskiej ludności Jedwabnego w lipcu 1941 r.: Jeżeli ktoś teraz twierdzi, że w masowym grobie jest 400 zwłok, to powstaje pytanie, gdzie jest pozostałych 1000? Nie twierdzę, że było ich dokładnie 1600. Ale gdzie się podziali pozostali? Nie zostali deportowani na Syberię, ani zamordowani w Treblince czy Sobiborze. Nie emigrowali do USA, ani do Izraela. Ci umarli są tam, w Jedwabnem. Jeśli nie umarli w stodole, to znaczy, że zostali zamordowani przez nieżydowską ludność Jedwabnego gdzieś indziej. Jeżeli [.] w stodole było ich tylko 400, to z tego wynika, że 1000 ludzi zostało zamordowanych w mieście, na polach i na cmentarzu.

Na uwagę rozmówców, że krytyk Grossa, Thomas Urban, uważa Jedwabne nie za wyjątek, lecz typowy przykład niemieckiej polityki eksterminacji, prowadzonej w tej okolicy na początku lipca 1941, autor „Sąsiadów” odpowiada: Przypadek Jedwabnego jest jedyny w swoim rodzaju [.]. Po pierwsze, mamy tu do czynienia z mordem całej żydowskiej ludności, a nie z pogromem, w którym zabito pojedynczych Żydów. [.] Po drugie, masakra została przeprowadzona przez ludność polską. [.] Możliwe, że mieszkańcy zostali przez Niemców do niej zachęceni. Ale nie ma na to dowodów, a już absolutnie żadnych dowodów nie ma na to, że odpowiedzialnym za to był Schaper (szef hitlerowskiego komanda, mordującego Żydów w miasteczkach północnego Mazowsza i Podlasia).

We wspomnianym wyżej wywiadzie w „Berliner Zeitung” Christian Esch pyta autora „Sąsiadów”: Sformułował pan temat swojej książki następująco: Jednego dnia [.] jedna połowa mieszkańców pewnego wschodnioeuropejskiego miasteczka wymordowała drugą połowę. Takie ujęcie odebrano w Polsce jako napaść na polskie społeczeństwo. Gross: Było to oczywiście bardzo striking [szokujące] sformułowanie, rodzaj metafory tego, co się stało. [.] Pytanie: Czy po tych wszystkich napaściach na pańską książkę w Polsce w przeciągu ostatniego półtora roku – zmienił pan w jej treści coś, czego domagali się krytycy? [.] Gross: Niczego nie zmieniłem, poza trywialnym błędem, gdzie zamieniłem dwa imiona. Nie odkryto żadnych nowych faktów, pomimo tego wszystkiego, co się tutaj [w Niemczech] czyta w prasie, pomimo długich poszukiwań niemieckiego udziału [.].

Stanowisko krytyczne wobec ogólnego tonu niemieckich publikacji, reprezentowane przez „Frankfurter Rundschau”, wyróżnia się w krajobrazie niemieckiej prasy. 5 października Thomas Medicus pisze tam o kontrowersjach wśród niemieckich publicystów, relacjonując przebieg polemiki z artykułem Thomasa Urbana. Medicus krytykuje stanowisko Helgi Hirsch i Gabriele Lesser, sugerując że zmierza ono do uznania „zbiorowej winy Polaków”, podobnie jak słynna książka Daniela Goldhagena „Gorliwi kaci Hitlera” uzasadnia uznanie kolektywnej winy Niemców w zbrodni zagłady Żydów.

Gabriele Lesser w dzienniku „Bremer Nachrichten” z 11 września wyraziła opinię, że Gross napisał jedną z najważniejszych książek z historii Polski okresu II wojny światowej. [.] Z 3,5 miliona polskich Żydów niemieckie „ostateczne rozwiązanie” przeżyło zaledwie osiem procent. Większość zamordowali naziści, ale wielu zostało też zabitych lub spalonych żywcem przez swych własnych sąsiadów. [.] Po ukazaniu się książki Grossa podjęto na nowo postępowanie śledcze. Zarządzono ekshumację ofiar – wszystko w tym celu, aby uwolnić „sąsiadów” od strasznego zarzutu kolaboracji w mordzie Żydów. Ale „dowody” przeciwko Grossowi nie tylko w niczym nie zdezawuowały głównej tezy jego książki, lecz ukazały jeszcze większy rozmiar polskiej kolaboracji z nazistami (tu autorka podaje szereg nazw miasteczek pogranicza mazowiecko-podlaskiego, gdzie w lecie 1941 r. doszło do masakr i pogromów ludności żydowskiej).

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Jeszcze 8 grudnia wraca do tematu Jedwabnego Christian Semler, publicysta „Die Tageszeitung”. Przy okazji otwarcia w Berlinie drugiej, poprawionej wersji sławnej wystawy „Zbrodnie Wehrmachtu”, odbył on długą rozmowę z Ruth B. Birn, naczelnym historykiem przy rządzie kanadyjskim, zaproszoną do stolicy Niemiec na konferencję historyczną. Uczona nie zostawia wątpliwości co do swojego krytycznego stanowiska wobec książki Grossa: Widzę mnóstwo błędów i pomyłek. Na przykład Gross cytuje żydowskie zeznanie z okresu krótko po 1945 roku, w którym własne spostrzeżenia zeznającego mieszają się z plotkami. Po czym mówi: trzeba wyjść z założenia, że takie wypowiedzi odpowiadają prawdzie. Metodologicznie jest to absurd. – Semler: Czy chciałaby pani podać w wątpliwość fakt, że Żydzi z Jedwabnego zostali zamordowani poprzez swoich polskich współmieszkańców? – Birn: Sporny jest nie fakt mordu na żydowskich mieszkańcach, lecz założenie, że chrześcijańska społeczność napadła i wymordowała żydowską. [.] – Semler: Czyżby obecny stan dochodzenia nie przyznawał Niemcom zaledwie inspirującej roli w tym mordzie? – Birn: Bezsporne jest, że nazistom było to bardzo na rękę, jednakże nawet detale podane przez samego Grossa wskazują, że Niemcy, którzy byli tam obecni, nie zadowolili się wyłącznie rolą obserwatorów.

Pomiędzy dziesiątkami różnorodnych głosów w niemieckiej prasie na temat Jedwabnego (wyjątkiem jest tu telewizja, która najwidoczniej kieruje się inną hierarchią ważności i która ograniczyła się do typowego sprawozdania z lipcowej uroczystości) znalazł się także jeden jedyny głos Thomasa Medicusa, który we „Frankfurter Rundschau” (5 października) wyraził przypuszczenie: Być może lepiej byłoby pozostawić polskie debaty historyczne samym Polakom – a nam, Niemcom, ograniczyć się w nich do roli widza.

________________
Joanna Wiórkiewicz – niezależna dziennikarka, publicystka i eseistka, od 1988 r. mieszka w Berlinie. Współpracuje z mediami w Niemczech i Polsce.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.