Jesień 2020, nr 3

Zamów

Duszpasterstwo postmodernistyczne? dyskusja

Dyskutują:
Wojciech Bonowicz (publicysta „Znaku”), Grzegorz Górny (redaktor „Frondy”), ks. Andrzej Luter, abp Józef Życiński oraz Józef Majewski i Zbigniew Nosowski („Więź”)

Zbigniew Nosowski: Punktem wyjścia tej dyskusji jest artykuł obecnego wśród nas abp. Józefa Życińskiego „Wyzwania duszpasterskie w kulturze postmoderny”, publikowany w bieżącym numerze „Więzi”. Autor – uważany przez niektóre środowiska za „młot na czarownice” postmodernizmu – stawia tezę, że chrześcijaństwo musi, co prawda, podchodzić krytycznie do kultury postmoderny, lecz nie może obrażać się na rzeczywistość i powinno traktować tę nową kulturę jako inspirację do nowego sposobu głoszenia Dobrej Nowiny. Jak jednak uczynić to praktycznie? Jak głosić Ewangelię ludziom ukształtowanym przez kulturę postmodernizmu, krytycznie nią się inspirując?

abp Józef Życiński: Żeby sprawa była jasna – na płaszczyźnie filozoficznej dziedzictwo nurtów postmodernistycznych uważam za niemożliwe do podtrzymania i oceniam je krytycznie, natomiast na płaszczyźnie kulturowej widzę problem duszpasterski. Ludzie ukształtowani przez postmodernistyczną „duchowość” poplątanych kłączy przychodzą do naszych kościołów, przynosząc ze sobą własną wizję życia. Oto np. wśród kandydatów zgłaszających się w tym roku do jednego z seminariów duchownych przyszedł młody mężczyzna z kolczykami w uchu, pytając, czy jeszcze może zostać przyjęty. Przełożony spojrzał na niego ze zdumieniem, a ten, widząc lustrujący wzrok, mówi: „Mam jeszcze tatuaż, pokazać?”. Ksiądz zapytał go, czy chodzi do kościoła. „Czasem chodzę” – odpowiedział. „A dlaczego pan się zgłasza na księdza?” – pyta przełożony. „Bo chciałbym robić coś dobrego i wpadła mi myśl, że może by jako ksiądz”. To jest właśnie ta pogmatwana generacja, do której mamy dotrzeć z przesłaniem Ewangelii.

O tym wydarzeniu z kandydatem do kapłaństwa rozmawiałem następnego dnia na spotkaniu z jedną z rad duszpasterskich mojej diecezji. Zapytałem świeckich członków rady, czy chcieliby mieć w przyszłości w diecezji takiego księdza z tej nowej generacji postmoderny. Ktoś powiedział, że mu kolczyki w uszach nie przeszkadzają. Inny stwierdził: „Jakby spowiadał i odprawiał Mszę, to dlaczego nie?” Sądzę, że problemy mogą powstać nie tyle z kolczykami, ile ze spowiedzią. Bo jeśli przyszły kapłan tylko czasami chodziłby do kościoła, to można przypuszczać, iż również konfesjonał nie wzbudziłby w nim duszpasterskiego imperatywu. Widać tu nowe wyzwania duszpasterskie, odmienne style mentalności, które jawią się jako wielki i nowy problem duszpasterski.

ks. Andrzej Luter: To ciekawe i zarazem ważne, że ludzie ukształtowani na kulturze postmoderny, o wnętrzach poplątanych i z poharatanym życiem, właściwie niewierzący, często szukają kontaktu z duchownymi. Istnieje potrzeba otwarcia się na siebie tych dwóch światów.

Józef Majewski: Zresztą młodzi szukają kontaktu nie tylko z duchownymi. Znam świeckiego katechetę, którego dość regularnie nawiedzają absolwenci. Są to często studenci, którym życie skomplikowała czy „poplątała” postmoderna. Szukają pomocy – jak to powiedział jeden z tych młodych ludzi – u jedynej pozytywnej postaci, jaką pamiętają ze swojej przeszłości.

WOBEC POKOLENIA X

abp J. Życiński: Konieczność otwarcia ze strony Kościoła jest czymś poza dyskusją. My, księża, musimy być otwarci na ludzi z tych powodów, dla których Chrystus rozmawiał z Samarytanką przy studni. Pozostaje jedynie pytanie, jak się otwierać na siebie, żeby zawiązał się dialog otwarty na prawdę, na pewne wartości, które postmoderna z założenia zdaje się wykluczać?

Z. Nosowski: To jest właśnie pytanie, na które poszukujemy tu odpowiedzi. Jestem przekonany, że nie można na nie odpowiadać przy użyciu znanego sloganu, iż po prostu należy swoje robić dobrze, a wszystko jakoś się potoczy. Owszem, swoje należy robić dobrze, ale nie można zapominać, że świat się wciąż zmienia i to „dobrze” musi być wykonywane wciąż nieco „inaczej”. Dotyczy to każdej epoki, również postmodernistycznej. Duszpasterstwo musi w jakiś sposób na nią zareagować.

Wojciech Bonowicz: Wydaje mi się, że filozofia postmodernistyczna raczej zapisuje stan rozproszenia czy pustki, który jest w człowieku, niż ten stan wytwarza. Człowiek współczesny (myślę naturalnie o człowieku Zachodu) zmaga się dziś z silną pokusą ucieczki od samego siebie. A bardzo trudno głosić Ewangelię komuś, kto od siebie ucieka, czyj tryb życia jest „nieludzki” – ponieważ Ewangelia i chrześcijaństwo są bardzo mocno zakorzenione w konkretnych ludzkich doświadczeniach. Ewangelia np. często odwołuje się do posiłków, do jedzenia. Jezus po zmartwychwstaniu przychodzi do uczniów i pyta, czy mają coś do jedzenia. Gdyby nie mieli, to On w jakimś sensie nie mógłby się objawić. Otóż, jeśli ktoś nie zna radości wspólnego posiłku jako dzielenia się i świętowania, ale sprowadza jedzenie np. do mechanicznego zaspokojenia głodu w przerwie między różnymi zajęciami, to bardzo trudno mu zrozumieć, jaki jest sens tych ewangelicznych obrazów.

Podobnie mają się sprawy ze zrozumieniem innych ewangelicznych wydarzeń, aż po wydarzenie Krzyża. Krzyż jest zgorszeniem dla świata nie dlatego, że ludzie nie rozumieją jego chrześcijańskiego przesłania, ale dlatego, że nie pojmują także jego przesłania ludzkiego. Chrześcijaństwo musi dziś pomóc człowiekowi odnaleźć człowieka: żeby potrafił on przyjąć swoje życie takim, jakim ono w rzeczywistości jest, z tym, co słabe, dotkliwe, upokarzające. Żeby potrafił towarzyszyć człowiekowi cierpiącemu czy starzejącemu się, żeby nie ulegał tyranii produktywności. Tu widzę wielkie zadanie dla duszpasterstwa, które podjęłoby odbudowę właściwej antropologii.

abp J. Życiński: Postulat, aby chrześcijaństwo starało się pomagać człowiekowi odnaleźć samego siebie, jest bardzo bliski temu, co w swojej pierwszej encyklice „Redemptor hominis” napisał Jan Paweł II. Papież akcentuje, że Jezus stał się człowiekiem dla nas i dla naszego zbawienia. Chodzi tu o ukierunkowanie ku człowiekowi w tym wymiarze, który w naszej tradycji bardzo często usiłujemy redukować do wymiaru dewocyjnego. Nierzadko usiłujemy sprowadzać tę ekspresję przede wszystkim do pewnych praktyk modlitewnych, a mniej dbamy o formację osoby ludzkiej w perspektywie wiary.

Grzegorz Górny: Nie zapominajmy, że kulturę postmodernistyczną charakteryzuje potężny potencjał autodestrukcji. Nieprzypadkowo postmoderniści sami o sobie mówią, że reprezentują kulturę wyczerpania. Dla wielu ludzi projekty postmoderny wyczerpały swoją atrakcyjność, duchową, intelektualną i każdą inną. Ci ludzie zaczynają zdawać sobie sprawę, że nie da się żyć bez trwałych punktów odniesienia.

Czasami się mówi, że pokolenie postmodernistyczne jest „pokoleniem X”, gdzie „X” jest niczym niewiadoma w równaniu, pod którą można podstawić wszystko. Ludzie tego pokolenia wszystko przyjmują, ale też wszystko wypuszczają, wszystko przez nich przechodzi, nic się nie zatrzymuje. Oni nie są otwarci na przekaz z zewnątrz. Ciekawe, że otwierają się głównie wtedy, gdy słuchają muzyki – kiedy zamykają się sami w pokoju, nakładając słuchawki na uszy, albo na koncertach. Pewien brytyjski zespół heavymetalowy o wdzięcznej nazwie „Harakiri” wykorzystuje właśnie tę muzyczną otwartość ludzi młodych. Organizują oni koncerty mocnej muzyki, i ewangelizują. Oczywiście, język tej ewangelizacji nie jest skomplikowanym językiem dogmatyki. Heavymetalowi ewangelizatorzy opowiadają jedynie proste przypowieści, wcześniej muzyką wprowadzając ludzi w jakiś euforyczny stan emocjonalny. Zachęcają uczestników koncertów, aby odnaleźli się w tych przypowieściach. Ciekawe, że – jak mówią członkowie tego zespołu – kilkaset osób po tych koncertach zaczęło wracać do chrześcijaństwa, zaczęło zupełnie zmieniać swoje życie. Niesieni neofickim zapałem ludzie ci potrafili nawracać swoich znajomych, ale po mniej więcej trzech miesiącach, kiedy już zaczynali żyć normalnym życiem chrześcijańskim, zupełnie tracili punkty styczne ze środowiskiem subkultury, z którego wcześniej wyszli.

Z. Nosowski: Może jest to cena, jaką trzeba zapłacić za stanie się chrześcijaninem na serio? To chyba normalne, że tacy neofici oddzielają się od swojego starego świata, że zaczynają mówić innym językiem. W końcu oznacza to, że w ich życiu wcześniej brakowało czegoś bardzo istotnego i że dokonało się nawrócenie. Nie chcę oczywiście powiedzieć, że nie mają podejmować wysiłku trafienia z Ewangelią do świata, z którego wyszli.

ks. A. Luter: W takiej sytuacji osobom świeżo nawróconym często grozi fundamentalizm. Chodzi zatem o to, aby ze świata relatywizmu nie wpadały w sidła fundamentalizmu. Chrześcijaństwo – jak powiedział bp Walter Kasper – wobec wyzwań kultury postmoderny musi szukać właściwej drogi między tymi dwiema skrajnościami, między rygoryzmem a wyprzedażą. Należy łączyć tożsamość z otwartością na dialog. Dialogu nie można romantyzować czy idealizować, ponieważ na pewno nie będzie przebiegał bezkonfliktowo, ale musi opierać się na nadziei. Dlatego należy przeciwstawiać się charakterystycznej cesze myślenia postmodernistycznego – odrzucaniu nadziei na spełnienie historii. Tymczasem chrześcijańskie rozumienie historii jest przekazem o śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. To historia zwycięstwa i historia cierpienia, wielkości i nędzy człowieka.

Naśladowanie Chrystusa jest prawdziwym spełnieniem człowieka. A zatem duszpasterz, i w ogóle Kościół, dający temu świadectwo – podkreślmy: wiarygodne świadectwo – odpowiada w ten sposób na wyzwania postmodernizmu. Nie ma zatem czasu bez finału. Nadzieja na ten finał jest nadzieją na ostateczny sens historii. Moje relacje – jako duszpasterza – z myśleniem postmodernistycznym nie mogą być konfrontacyjne, ale dialogiczne, to znaczy nie fundamentalistyczne, ale wypływające z wiary. W gruncie rzeczy, dla mnie w duszpasterstwie najważniejsze jest spotkanie z drugim człowiekiem. Za każdym razem zaczynam jakby od nowa.

KRYTYCZNY DIALOG

J. Majewski: Ks. Andrzej Luter mówił przed chwilą o dialogowym, a nie konfrontacyjnym podejściu do kultury postmoderny. Może warto to przeanalizować bardziej precyzyjnie. Ta kultura charakteryzuje się przecież konkretnymi cechami, jak: antyinstytucjonalizm, antyracjonalizm, absolutyzacja tolerancji, wolności i pluralizmu, odrzucanie autorytetów, akcentowanie samorealizacji. Ciekawe, że niektóre z tych cech w jakiejś mierze nie są obce również samemu chrześcijaństwu, raczej w jego ramach do pewnego stopnia są uprawnione, chociaż w różnych okresach poszczególne cechy bardziej lub mniej wyraźnie dochodziły do głosu. Postmoderna w sprzeciwie wobec chrześcijaństwa „jedynie” je wyolbrzymia, absolutyzuje, nadaje im wymiary wręcz monstrualne.

Spójrzmy np. na tak charakterystyczny dla postmoderny antyinstytucjonalizm. W chrześcijaństwie właściwie od początku istniało napięcie między charyzmatami a instytucją; dzieje pokazują, że napięcie to może przynosić chrześcijaństwu wiele dobra – pomyślmy o charyzmatycznym Biedaczynie z Asyżu i jego ruchu. Postmodernizm kultywuje też pluralizm, a w chrześcijaństwie przecież od samego początku mamy rzeczywisty pluralizm różnych teologii, tradycji czy obrządków; historyczne próby unifikacji chrześcijaństwa nigdy nie przynosiły dobrych owoców, a dzisiaj zdajemy sobie z tego sprawę w stopniu chyba nieznanym w przeszłości. Kultura postmoderny jest antyracjonalistyczna – natomiast dzieje zmagania się chrześcijaństwa z prawdami wiary wyraźnie pokazują, że ich racjonalizacja zawsze w końcu napotykała opór wielkich myślicieli, którzy stawali w obronie ostatecznej niepojętości tajemnic wiary, w obronie tego, że nie można samym rozumem wyczerpać morza tajemnicy.

Z. Nosowski: Idąc tym samym tropem, chciałbym zaproponować pewną propozycję odpowiedzi na pytanie, jak dzisiaj – w dialogu z kulturą postmodernistyczną – głosić chrześcijańskie przesłanie. Schematem tej odpowiedzi będzie podejście w duchu krytycznego dialogu, czyli: „tak, ale.”. Zresztą, jak sądzę, wypowiedź Grzegorza Górnego już nas do tego schematu przybliżała. Mówił on bowiem o potrzebie posługiwania się językiem, który trafia, który otwiera współczesną młodzież, w tym przypadku był to język muzyki.

Jeżeli niektóre istotne cechy postmoderny do pewnego stopnia są pokrewne z niektórymi cechami chrześcijaństwa, to może – wchodząc w dialog z tą kulturą – należałoby nawiązywać do tego właśnie pokrewieństwa, jednocześnie proponując specyficzne chrześcijańskie ujęcie rzeczy? Właśnie: „tak, ale.” Pokażę to na paru przykładach.

Odpowiedź chrześcijaństwa na postmodernistyczny antyinstytucjonalizm można by sobie tak wyobrazić: z jednej strony – antyinstytucjonalizm również nam nie jest do pewnego stopnia obcy: mamy charyzmaty, małe wspólnoty, osobiste doświadczenie Boga, autentycznych reformatorów kostniejącego życia chrześcijańskiego, ale wszystko zakorzenione jest u nas w wielkiej instytucji Kościoła powszechnego; antyinstytucjonalizm, który jest czystą anarchią, nikomu nie służy. Jeśli postmoderna podkreśla antyracjonalizm, to my odpowiedzmy, że owszem, rozum w wierze wszystkiego nie obejmuje, ale istnieje również coś takiego, jak synteza wiary i rozumu. Jeśli kultura postmodernistyczna akcentuje wolność, to chrześcijanie mogą odpowiedzieć, że bez wolności nie ma autentycznego wyboru wiary, więcej – wolność osiąga swoją pełnię w wolnym wyborze Boga, niemniej jednak jest to wybór niesłychanie zobowiązujący, bo stawiający nas wobec konkretnego Bożego planu dla naszego życia. Postmoderna powtarza, że wszystko uchodzi, anything goes. A my mamy słowa św. Pawła: wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi pożytek, czy św. Augustyna: kochaj i czyń, co chcesz.

Jeśli dla współczesności tak istotny jest pluralizm, to my, chrześcijanie, nie musimy protestować, wszak chrześcijaństwo jest pluralistyczne, ale podkreślajmy, że pluralizmu nie możemy rozumieć w sensie absolutnym; Jezus mówił: w domu Ojca mego jest mieszkań wiele, ale dom jest jeden, a to znaczy, że wielość wymaga jedności. Tajemnica Trójcy Świętej to klasyczny – Boski – przykład na tę jedność w różnorodności. Jeśli słyszymy „tolerancja”, to mówmy: OK, ale to jest absolutne minimum, bo potrzebna jest miłość. Jeśli mówią nam, że wiara to sprawa prywatna, to podkreślajmy stanowczo, że jest to sprawa najgłębiej osobista, ale nie jest to z pewnością sprawa prywatna, bo ma wymiar wspólnotowy i misyjny, bo zawiera pewną wizję życia człowieka, również i wizję społeczeństwa. Jeśli ubóstwiane jest dążenie do samorealizacji, to odpowiedzmy, że właśnie o niej mówi Ewangelia, tyle że spełniasz samego siebie, czy raczej odnajdujesz siebie – tracąc siebie, bo więcej jest szczęścia w dawaniu niż w braniu. Jeśli słyszymy, że liczy się tylko teraźniejszość, to mamy przecież wspaniałą mistykę codzienności.

Wydaje mi się, że wiele udanych inicjatyw duszpasterskich opiera się na wykorzystaniu podobnego podejścia. Myślę np. o spotkaniach młodzieży nad Lednicą. Nie chcę wszczynać sporu, czy są one postmodernistyczne. Chodzi mi o to, że wykorzystując pewne tendencje kulturowe – tworząc swoistą mieszankę modlitwy, muzyki, tańca, śpiewu, tajemniczości – twórcy tych spotkań pozwalają dziesiątkom tysięcy młodych ludzi odnaleźć tam Chrystusa.

Zachęcając do takiego „dialektycznego” dialogu z kulturą postmoderny, jestem jednak świadom, że w ten sposób nie da się odpowiedzieć na wszystkie jej atrybuty, np. na eklektyzm czy nihilizm, albo na religijność ŕ la carte, wedle której można sobie właściwie dowolnie łączyć elementy z różnych tradycji religijnych – wobec tych tendencji trzeba już być znakiem sprzeciwu.

ks. A. Luter: Ja się ciągle będę jednak upierał przy jednym konkretnym człowieku, z którym się spotykam, zamykam w jakiejś ewangelicznej „izdebce”, żeby z nim rozmawiać, żeby mu pomagać. To jest konkretny człowiek, który nie uczestniczy w żadnych Lednicach. On po prostu chce rozmowy.

WSKAZYWAĆ KIERUNEK

Z. Nosowski: Może uda się jednak sformułować jakieś zasady? Jak miałoby wyglądać duszpasterstwo prowadzone nie tyle wewnątrz Kościoła, ile na zewnątrz, wobec środowisk buntujących się – jak pisze abp Życiński – przeciw aksjologicznemu i metafizycznemu establishmentowi?

ks. A. Luter: Pytanie sformułowałbym jeszcze mocniej: czy te środowiska w ogóle potrzebują duszpasterstwa? Mój bliski znajomy, który jest gorliwym „ponowoczesnym postmodernistą” – tak go nazywam, co on przyjmuje z aprobującym uśmiechem – przestrzegał mnie, bym nie stosował żadnych „przynęt apostolskich”, bo on nie chce być nawracany. Wszakże w pewnym ważnym i dramatycznym momencie swojego życia chciał rozmawiać z księdzem. Właśnie z księdzem. Doskonale pamiętam tę „spowiedź”. Czyli trzeba być z każdym, nie odwracać się.

W takich trudnych rozmowach z pomocą przychodzi mi bp Jan Pietraszko, w końcu mistrz duchowy ks. Józefa Tischnera. Pisma tego biskupa (współpracownika kard. Wojtyły) mogą służyć wsparciem bezradnemu duszpasterzowi. Biskup Jan mówił, że nikt z nas nie należy do Kościoła. My tylko jesteśmy Kościołem, samym sercem Kościoła. Bo przynależność sugeruje wymiar doczesny z rozmaitymi stopniami tej przynależności i zaangażowania. A tego nie ma w Kościele. Pietraszko mówił, że „bycie w Kościele” przysługuje po chrzcie świętym każdemu człowiekowi w całej pełni, tak jak przysługiwało Apostołom. A więc grzesznik, który chodzi do Kościoła raz na jakiś czas, ale z niego nie wystąpił, jest w Kościele tak samo mocno i tak samo prawdziwie jak Jan XXIII czy Matka Teresa z Kalkuty, a więc osoby, w których świętość wierzymy.

Takie rozumowanie biskupa Jana mogło szokować, tymczasem chodziło mu o zaangażowanie w prawdę i łaskę Kościoła, w łaskę Chrystusa. To jest zdrowie albo choroba Kościoła. To może być ciężar, wstyd, cierpienie Kościoła – albo też jego bogactwo. Staram się zatem patrzeć na człowieka nie poprzez przynależność, lecz – jak chce bp Jan – poprzez „bycie w Kościele”. Mój znajomy, młody, zbuntowany postmodernista nie wystąpił z Kościoła, a więc jest w nim.

G. Górny: Wrócę do wątku ewangelizacji przez muzykę rockową. Na koncertach młodzi są w stanie odczuć impuls w stronę Boga. Ale przecież oni nie będą co tydzień chodzić na koncerty rockowe. Nie na tym winno zresztą polegać duszpasterstwo. Rockowi ewangelizatorzy zdają sobie z tego sprawę. Np. członkowie zespołu „2 Tm 2,3”, zawsze po koncertach zostają z ludźmi, rozmawiają z nimi. Często sugerują, żeby słuchacze wstępowali do wspólnot, tych, które już istnieją tam, gdzie młodzi mieszkają. Wspólnoty pomagają odnaleźć codzienną drogę do Boga, swoje miejsce w życiu rodzinnym, społecznym.

Sądzę, że wspólnoty mogą być pewną odpowiedzią na to wyzwanie naszych czasów, na zasadnicze zmiany, jakie zachodzą w świecie, gdzie coraz więcej ludzi przenosi się do miast. Sto lat temu 80 proc. ludzi mieszkało na wsi, dzisiaj szybko proporcje te się odwracają. Tym samym upadł model parafii wypracowany jeszcze w XVI w. – parafii wiejskiej, z ustabilizowanymi więzami społecznymi. Dzisiaj te więzy więdną, w miastach coraz częściej nawet najbliżsi sąsiedzi się nie znają. W miejsce obrzędowości wiejskiej nie rodzi się obrzędowość miejska. W tej sytuacji jednym z ratunków są – jak sądzę – wspólnoty kościelne.

abp J. Życiński: Pan Grzegorz wspomniał o członkach zespołu „2 Tm 2,3”. Przypominam sobie, jak przed laty proszono mnie, wówczas początkującego biskupa, żebym potępił muzykę rockową. Odpowiedziałem, że propozycję uważam za absurdalną, ponieważ nie da się za pomocą dekretów formować sympatii muzycznych. Zresztą, merytorycznie też nie byłem do tego przekonany. A dziś iluż mamy apostołów związanych z muzyką rockową, których droga do Chrystusa nie była usłana różami. Są pozytywnym przykładem dokonania wyboru Boga po ciężkich doświadczeniach życiowych i wielkim błądzeniu. Myślę, że niestety zbyt mało znane są te pozytywne przykłady ludzi, którzy dokonali wyboru Chrystusa, którzy odnaleźli się we wspólnocie Kościoła. Naszym zbiorowym obowiązkiem powinno być ukazywanie światu tych pozytywnych doświadczeń. Chodziłoby o ukazywanie chrześcijaństwa, które nie jest po to, żeby potępiać, ale po to, aby ukazywać kierunek do zbawienia.

ODPOWIEDZIEĆ NA SAMOTNOŚĆ

Z. Nosowski: Chrześcijaństwo ma pokazywać drogę do zbawienia w świecie, ale jak to czynić w świecie, który twierdzi, że wszystkie kierunki są ważne, czyli w gruncie rzeczy nie ma żadnych kierunków?

J. Majewski: Dla mnie w tym kontekście kluczową sprawą wydaje się inkulturacja – słowo, które pojawia się w artykule abp. Życińskiego. Inkulturację można pojmować jako poszukiwanie w niechrześcijanach (ich kulturach) elementów pokrewnych Ewangelii, które w istocie rzeczy kryją w sobie otwartość na chrześcijańskie przesłanie. W każdym człowieku jest otwarcie na zbawienie. Chyba nie zawsze wystarczająco wyraźnie zdajemy sobie z tego sprawę. Na początku mojej pracy katechetycznej prowadziłem zajęcia, powiedziałbym, dogmatycznie (ufam, że dogmatyka, królowa nauk teologicznych, nie obrazi się). Wbijałem do głów młodych ludzi, z których tylko nieliczni identyfikowali się z Kościołem, dogmaty wiary, nie bardzo zważając na problemy, jakimi oni żyją. Po jakimś czasie z przerażeniem zauważyłem, że coraz mniej młodzieży przychodzi na katechezę. Zwróciłem się o pomoc do księdza-przyjaciela. Razem zaczęliśmy coraz bardziej uświadamiać sobie, że droga docierania do młodych nie tyle powinna od dogmatu wychodzić, ile do niego prowadzić. Należy wychodzić od problemów i pytań młodzieży (czy dorosłych), by ostatecznie pokazać im, że chrześcijaństwo kryje na nie odpowiedzi. Miło było zobaczyć, jak uczniowie z czasem zaczęli wracać na katechezę.

abp J. Życiński: Nie powinniśmy jednak myśleć, że można dokonać jakiegoś przełomu duszpasterskiego, zastępując jeden wzorzec drugim prostym wzorcem, bo tu na jaw wychodzi wielość stylów, które trzeba łączyć w ramach pluralizmu.

W. Bonowicz: W tym, co powiedział Józef Majewski o swoich doświadczeniach katechety, jest ogromnie ważna sugestia, aby chrześcijaństwo pomagało człowiekowi zrozumieć samego siebie. Czasami jest bowiem w nas, chrześcijanach, skłonność, by podsuwać ludziom elementy, których oni nie potrafią nigdzie dopasować. W ubiegłym roku mój syn przystępował do Pierwszej Komunii. Widziałem, jak wiele trudności miał ksiądz z wyjaśnieniem dzieciom najbardziej podstawowych rzeczy związanych z komunijną praktyką Kościoła; ta wiedza nie miała na czym „siąść”, dzieci nie znały kontekstu. Otóż w przypadku ewangelizacji dorosłych bywa podobnie: dla wielu osób, nawet w Polsce, chrześcijaństwo wcale nie jest czymś oczywistym. W różnych momentach życia ludzie przechodzą rozmaite kursy, podczas których otrzymują jakąś porcję wiedzy religijnej, ale to często niewiele ma wspólnego z tym, czym żyją na co dzień. Trzeba przyjąć inną perspektywę: starać się najpierw zrozumieć człowieka w tym miejscu, w którym jest, z taką wiedzą i światem wartości, jaki ma, a dopiero potem pokazać mu, że „ja jestem mniej więcej tam, gdzie ty, tylko inaczej patrzę na tę rzeczywistość, inaczej w niej buduję samego siebie i jeśli chcesz – zobacz, jak to robię”.

W tym kontekście przychodzą mi do głowy dwa duszpasterskie postulaty. Jeden już się przewinął w naszej rozmowie: wartość obecności w rozmaitych wspólnotach kościelnych. Osobiście mam bardzo dobre doświadczenia ze wspólnoty ruchu „Wiara i Światło”. Jest to ruch specyficzny, gromadzący ludzi o nieraz dość powikłanych życiorysach, którzy do Kościoła idą poprzez spotkanie z osobami upośledzonymi umysłowo. Bywa, że ci ludzie ostatecznie nie dochodzą do Kościoła, natomiast bardzo ważne jest, że ta wspólnota daje nam wszystkim, którzy w niej jesteśmy, niektórzy już kilkanaście lat, poczucie, że jesteśmy bardzo mocno sklejeni z resztą społeczeństwa i że to społeczeństwo w jakimś stopniu zmieniamy. Że robimy coś ważnego w wymiarze religijnym, ale też ludzkim po prostu.

Człowiek współczesny jest chory na samotność, a religia jest przeciwieństwem – w końcu nie polityki czy ekonomii, ale właśnie – samotności. Tak, religia jest głęboką odpowiedzią na ludzką samotność. Sądzę, że małe wspólnoty są dziś właściwą drogą Kościoła. Dobrze by było, gdyby Kościół pozbył się – dającej się odczuć tu czy tam – nieufności do nich, i pomagał im być właśnie rodzajem takiego kleju w chrześcijaństwie. Oczywiście, istnieje naturalna skłonność każdej wspólnoty, żeby się zamykać na otoczenie, ale to można przezwyciężyć. Pod tym względem wspólnoty „Wiary i Światła” są wspólnotami wyjątkowymi. Osoby z upośledzeniem nie pozwalają na tego typu zamknięcie, wręcz rozbijają wszelkie tego typu tęsknoty, np. dokądkolwiek udajemy się wspólnie na obozy, to natychmiast zaprzyjaźniamy się z daną parafią.

Drugi mój postulat dotyczy nauki Kościoła – chodziłoby o rozwijanie właśnie filozofii człowieka i antropologii teologicznej, teologicznego spojrzenia na człowieka. Taka antropologia, która by uwzględniała np. to wszystko, o czym tu mówimy, mogłaby się stać ważnym zapleczem dla duszpasterzy.

abp J. Życiński: Pan Wojciech podał nam bardzo piękną definicję religii jako odpowiedzi na ludzką samotność. Wcześniej podobnie o religii wypowiedział się znany filozof Alfred N. Whitehead, mówiąc, że religia jest wskaźnikiem tego, co człowiek robi ze swoją samotnością. Z drugiej strony – potrzeba wypracowania współczesnej antropologii teologicznej jest dzisiaj poza dyskusją. Podczas ostatnich spotkań przedstawicieli Światowej Rady Kościołów i Kościoła rzymskokatolickiego często podkreślano, że wyzwaniem dla współczesnych czasów jest wypracowanie w ramach kontaktów ekumenicznych jakiejś opierającej się na Biblii koncepcji człowieka, która byłaby do przyjęcia i wykorzystania przez przedstawicieli różnych grup wyznaniowych. Dla dzisiejszych zagubionych ludzi, z kryzysem tożsamości, taki teologiczno-biblijny projekt rozumienia człowieka jest ogromne ważny.

CZY TYLKO ŚWIADECTWO?

W. Bonowicz: Zaproponuję i trzeci postulat – chrześcijaństwo winno dzisiaj samo siebie poznawać, nieustannie odpowiadać na pytanie, co naprawdę niesie w swoim wnętrzu. Co to znaczy – tu i teraz – że Bóg jest miłością? Co to znaczy, że Chrystus nas odkupił? Co to znaczy, że Kościół jest Ciałem Chrystusa? To jest jedna z takich cegiełek, które nie wiadomo, jak dziś zanieść na zewnątrz: dla „świata” stwierdzenie, że Kościół jest Ciałem Chrystusa, tak naprawdę nic nie znaczy. Chrześcijanie powinni stale wracać do tych pytań i odpowiadać na nie nowym językiem.

Jezus w Ewangelii mówi: byłem głodny, daliście mi jeść; byłem spragniony, daliście mi pić. Co właściwie chce nam przez to powiedzieć? Przecież nie to jedynie, jakie dobre uczynki mamy spełniać, bo to ludzie wiedzieli już przed Jezusem. On chyba chce powiedzieć, że Bóg po prostu odnalazł się w człowieku, że „Bóg w człowieku się dobrze czuje”. Problem w tym, że my przychodzimy z wizją Boga, który chce być człowiekiem (aż do śmierci!), a człowiek dzisiejszy – o czym wspominałem – jest raczej w stanie ucieczki od człowieka.

J. Majewski: Skoro już wznieśliśmy się na poziom „wysokiej” teologii, to sądzę, że podstawowe znaczenie w ramach takiej antropologii należałoby przypisać teologii świadectwa. Świadectwo wydaje mi się najbardziej niezawodnym i uniwersalnym językiem chrześcijaństwa, odpowiadania sobie i innym ludziom na podstawowe pytania, które wymienił pan Wojciech. Dzisiaj jednak ze świecą szukać podręczników antropologii, których autorzy zajmowaliby się zagadnieniem świadectwa, a przecież jest to podstawowy wątek nauczania i całego pontyfikatu Jana Pawła II.

W antropologii teologicznej wyróżnione miejsce przyznałbym również. niepokojowi religijnemu. Ks. Tomasz Węcławski powiedział niedawno, że miejsce niepokoju religijnego jest uprzywilejowanym miejscem Ewangelii. Czy w dzisiejszej teologii i dzisiejszym Kościele również? Nawet jeśli kultura postmodernistyczna zdaje się niejako programowo wycinać z ludzkiego życia najważniejsze pytania o to, co czeka nas po śmierci itp., to jednak one innymi drzwiami wracają do ludzkich serc.

W 1996 r. w Holandii, która jest chyba najbardziej postmodernistycznym krajem na świecie, ukazała się książka Geerta Maka „Jak Bóg zniknął z Jorwerd. Pewna niderlandzka wioska z XX wieku”. Książka – zgodnie z tytułem – pokazuje dzieje wyciekania tego, co religijne z życia mieszkańców Jorwerd, jak w ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat ubiegłego stulecia bardzo religijna miejscowość uległa całkowitej sekularyzacji. Do myślenia daje jednak fakt, że książka Maka w ciągu dwóch lat doczekała się piętnastu wydań. Holenderski teolog ks. Johannes van der Ven, komentując ten fakt, powiedział: Czy uczestniczymy w pogrzebie Boga [.]? Czy też może Holendrzy odczuwają pewien niepokój, skoro poruszone w tej powieści kwestie tak ich zajmują, i być może jednak podświadomie zdają sobie sprawę, że grzebią istotę, która jeszcze żyje, istotę wyższą, która nadał wpływa na ich serca i umysły?

ks. A. Luter: Ze swojego doświadczenia wiem, że bardzo trudno mówić przekonująco o sprawach wiary ludziom, których moglibyśmy nazwać „ludźmi pogranicza”. Ma rację Leszek Kołakowski, kiedy stwierdza, że tu wiele zależy od świadectwa, a więc od wiary kapłanów (zresztą również od świeckich) i ich umiejętności dotarcia z tą wiarą do drugiego człowieka.

Być świadkiem kenozy Boga ukrytego w sercu ludzkich niepowodzeń i absurdów – to zdanie abp. Życińskiego jest mi szczególnie bliskie. Na czym powinno polegać nasze świadectwo? Ja mogę świadczyć o Chrystusie sobą, swoją postawą. Gdy byłem młodym księdzem, to zachowywałem się tak, jakbym pozjadał wszystkie rozumy. To się zmieniło. Teraz wiem, że jako chrześcijanie w niczym nie jesteśmy lepsi od innych ludzi.

Czasami w kontaktach z innymi wystarczy jakiś gest czy słowo – które, jak ufam, mają swoje źródło w Bogu – i udaje się dotrzeć do kogoś, złapać kontakt. To nie jest żadna wysoka czy wielka teologia. Wcale nie czuję wtedy, abym uprawiał wielką teologię zbawienia czy Eucharystii. Wielkim teologiem nie jestem, ale staram się być po prostu człowiekiem i księdzem, bo to – z punktu widzenia duchownego – jest chyba najważniejsze w kontakcie z ludźmi. Myślę dosyć prosto, ale też nie sądzę, abym jakąś skomplikowaną teologią był w stanie do kogoś dotrzeć.

W. Bonowicz: Żebyśmy jednak nie popadli w – powiedziałbym – „demonizowanie” świadectwa. Nie powinno być ani cienia sugestii, że ruch intelektualny w chrześcijaństwie mógłby nie być potrzebny. Kiedy patrzę np. na życie i myśl ks. Józefa Tischnera, to widzę, że aby mówić o wierze prostym językiem, trzeba nierzadko przejść przez „noc ciemną” wysokiej teologii. Nad tym, jak sądzę, pracuje abp Życiński, organizując spotkania i kongresy intelektualistów czy im patronując. Ruch intelektualny nie może zamierać, ale też musimy mieć świadomość, że wiara to nie sam światopogląd. Można przyjąć pewne poglądy, pozostając „kulturowym chrześcijaninem”, tzn. cieszyć się, że chrześcijaństwo istnieje, ba, uczestniczyć w obrządkach – a nie mieć wiary. Świadectwo winno posiadać intelektualne zaplecze, tak jak swoje intelektualne zaplecze posiada kultura postmodernistyczna. Nie oszukujmy się, że tak nie jest.

ks. A. Luter: Sądzę jednak, że w duszpasterstwie „postmoderny” kluczowa rola przypada kategorii osobowego daru. Wykluczona jest wtedy mentalność „guru”, której mogą ulegać także duszpasterze. Jest ona – moim zdaniem – konsekwencją strachu przed światem, przed zastaną rzeczywistością. A przecież Jan Paweł II uczy nas, by nie bać się świata takiego, jaki on jest, przy zachowaniu krytycyzmu wobec niektórych przejawów współczesnej kultury. Wielu ludzi pociąga w tym starym zgarbionym człowieku absolutna czystość świadectwa i całkowita bezinteresowność, potęgowane tym niezwykłym zmaganiem z cierpieniem. Joaquin Navarro Valls powiedział niedawno, że patrząc na papieża, można odnieść wrażenie, że to wielki duch porusza zmęczone ciało. Tu bez świętości niewiele zdziałamy. Choćby trochę zbliżyć się do tego ideału – to zadanie dla księży i świeckich.

abp J. Życiński: Musimy wspólnie dzielić odpowiedzialność za podjęcie tego zadania. Jest ono trudne, gdyż chyba nigdy wcześniej w tak krótkim przedziale czasu świat nie doświadczył równie głębokich przemian. Patrząc na współczesny pejzaż kulturowy, wiele osób reaguje zniechęceniem. Duszpasterstwo dzieci epoki zagubionych w globalnej wiosce wydaje się wyzwaniem ponad ich siły. Tymczasem można by pytać, czy Apostołowie mieli dużo łatwiejszą sytuację, gdy wicher Wieczernika prowadził ich w stronę nowych lądów i kultur. Styl myślenia bliski galilejskiej prowincji różnił się przecież tak bardzo zarówno od wzorców rzymskich, jak i helleńskich. Oni tymczasem, zamiast narzekać, szli, aby głosić ukrzyżowanego Chrystusa – zgorszenie dla Żydów i głupstwo dla pogan (1 Kor 1,23). Szli, wierząc, że ich działaniom towarzyszy niezmiennie opieka Ducha Świętego, który prowadzi swój lud w stronę prawdy odkrywanej w orędziu Dobrej Nowiny.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

W dialogu z dziećmi postmoderny potrzeba nam dziś tej samej odwagi i ufności. Ludzie Kościoła potrafili ją okazywać wielokrotnie, podejmując trudne dzieło inkulturacji Ewangelii w warunkach, które różniły się krańcowo od wcześniejszych europejskich wzorców. Znane są jednak również przypadki, gdy zabrakło zarówno odwagi, jak i wyobraźni; cena tych braków była wysoka i bolesna. Czy w obecnym nurcie przemian kulturowych potrafimy nawiązać do tych najpiękniejszych kart, w których Duch Święty działał nie tylko jako Duch prawdy, lecz również jako Duch wolności i męstwa, wyzwalający z uproszczonych stereotypów działania?

Myślę o tych, którzy w nastroju fin de sičcle’u potrafili na duszpasterskim szlaku posługi ukazywać Chrystusa w sposób przemawiający do dzieci epoki. Niektórzy z nich już odeszli do Pana: ks. Pasierb, ks. Tischner, bp Chrapek. Obecnością innych możemy nadal się cieszyć; myślę choćby o Janie Pawle II. Ich świadectwo nie spotkało się z powszechnym zachwytem. Wiele środowisk systematycznie kontestuje papieską obronę życia czy wizję zjednoczonej Europy. Ks. Tischner musiał tłumaczyć się z umiłowania samotniczych ścieżek intelektualnych. Do bp. Chrapka niektórzy mieli pretensje, że nawet po śmierci dziennikarze bardziej widzieli w nim człowieka niż biskupa. Gdyby w podobny sposób traktował godność ludzką św. Ireneusz z Lyonu, to spod jego pióra nigdy nie wyszłaby formuła: Gloria Dei vivens homo. Tymczasem właśnie ta troska o „żywego człowieka”, z jego dramatami, zagubieniem i rozdarciem, zobowiązuje nas, by w zmienionych realiach trzeciego tysiąclecia głosić chrześcijańskie przesłanie humanizmu odbiorcom, którym skarłowaciało – uwikłane w kłącza epoki – klasyczne drzewo wiadomości dobrego i złego. Zamiast opłakiwania utraconych drzew, potrzeba nam osobistego świadectwa wiary, które wniesie w świat życiowych komplikacji dotknięcie dobra i tęsknotę za świętością, harmonią, sensem.

Opr. J. M.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.