Jesień 2020, nr 3

Zamów

Uwaga na wschód Jedwabne – zbrodnia i pokuta

Na skraju miasteczka, na tle sylwety kościoła, wciąż widnieje kamienny obelisk z napisem: „Miejsce kaźni ludności żydowskiej. Gestapo i żandarmeria hitlerowska spaliły żywcem 1600 osób”. Lecz już wiadomo, że tylko pierwsza połowa napisu odpowiada historycznej prawdzie. Trwa spór, jak dokonać bezprecedensowej rehabilitacji Niemców, nie niszcząc do końca samopoczucia miejscowych Polaków. Ba, godnego mniemania o sobie samych ludzi Mazowsza i Podlasia, a na cały świat polskiego imienia w ogóle, bo i któż tam będzie wchodził w szczegóły naszej geografii oraz historii.

Poruszony jestem ujawnieniem publicznie, z dalekiego Nowego Jorku, zbrodniczej tajemnicy Jedwabnego, tym bardziej że to ziemia – „wiska” według staropolskiej nomenklatury – mego urodzenia oraz pochówku moich pradziadów. Zbytecznie wywodzić, iż osobiście nic wspólnego z wydarzeniem nie miałem, ani też mój ojciec czy dziadek. Ale też szkoda słów, że mogę czuć się wolnym w każdym sensie – od współodpowiedzialności.

Jedwabne nie powinno dla mnie stanowić aż takiej niespodzianki. Mam siebie za oczytanego w historii polskich wojen. Z ich, bywało, bezwzględnością oraz okrucieństwami – także wobec niewinnych i bezbronnych. Ale tu zostałem zaskoczony. Nie sądziłem, że polsko-żydowski antagonizm miał aż tak przepastną głębię. I do głowy mi nie przychodziło w szczególności, że coś takiego zdarzyć się może wprost w mojej „parafii”.

Żydowską gehennę miałem okazję oglądać z bliskiego sąsiedztwa z warszawskim wielkim gettem. I zapamiętałem, że tuż przed jego likwidacją usunęli Niemcy spod murów policję polską („granatową”), by zastąpić ją Litwinami, Ukraińcami, Łotyszami. Nikt „granatowych” nie lubił; lecz byli to Polacy i to swoiste wotum nieufności okupanta dobrze zostało przyjęte w opinii publicznej. Niech żadnej polskiej ręki nie będzie przy tej zbrodni! Warszawska fama życzliwie rejestrowała – zapewne przesadzając – epizody wszelkich form pomocy męczennikom getta. Nie sposób było sobie wyobrazić, by lud stolicy – choć przecież nie posągowy – swoje antysemickie fobie zechciał w danym momencie aktywizować. Prowincja polska miałażby reagować inaczej? Niestety, bywało różnie. I, niestety, maleńkie Jedwabne staje się takim samym symbolem mazowiecko-podlaskiego Holokaustu, jak Treblinka czy białostockie getto. Jakby na tej ziemi brakowało jeszcze ludzkich kompleksów i historycznych „garbów”!

Nastroje są poważne i ponure. Dobry omen, bo nie ma żadnych prób negowania empirycznych faktów, ani wypatrywania winowajców na przykład wśród Turków bądź Chińczyków. Wiadomo tu wszystkim, że ludność żydowska sprzyjała bardziej Rosji niż Polsce; czy z perspektywy można się temu dziwić? Animozji żydowsko-polskich, które były tu faktem, nikt nie próbuje prezentować jako usprawiedliwienia naszej zbrodni. Zbiorowej – i wymierzonej w żydowską zbiorowość Jedwabnego bez względu na wiek oraz płeć oraz w wyjątkowo brutalnej formie, nawet jak na tamte bestialskie czasy. Próby wymiaru sprawiedliwości za „komuny” nie wykroczyły poza manewry, ustrojowi temu właściwe. I całe wydarzenie udało się zataić przed opinią publiczną Podlasia i kraju. Czy to wina wyłącznie komunistów? A przekaz domowy, tak nieraz skuteczny, gdy szło o publiczne „tajemnice” wyzwolenia od wschodu A.D. 1939 i 1944? A Kościół miejscowy, od jedwabniańskiej parafii poczynając? I przecież był czas „pierwszej Solidarności” oraz dziesięć lat z hakiem swobód różnych i demokracji!

Miejscowa prasa wreszcie nie kryje sprawy pod korcem. I niespecjalnie wyszukuje możliwe okoliczności łagodzące, jak gdyby podkreślając, że usprawiedliwianie zda się tutaj na nic. Także powojennej zmowy milczenia. Dominuje rzeczowa informacja. Lecz publikuje się również relację osoby ocalonej. I dosadny list czytelnika, białostocczanina, mieszkającego dziś w Australii.

Prawda jest goła i okrutna. Milczenie po takim mordzie jest w nim współuczestnictwem – czytamy w „Kurierze Porannym”. – Akceptowanie sprawców mordu w społeczności jest w nim współuczestnictwem. Myśmy – dosłownie – pili wódkę na grobach narodu. a w naszej świadomości był on tak odległy, jakby to byli starożytni Rzymianie albo Jaćwingowie. Jak to się stało, że my wychowaliśmy się w kraju, w którym ziemia jeszcze była mokra od krwi, a nic o tym nie wiedzieliśmy. Ja jestem chory po tym, co przeczytałem. Nie żebym miał jakiekolwiek złudzenia co do tego, jacy są nasi rodacy, ale te wydarzenia przeniosły moje wyobrażenie dna znacznie, znacznie niżej.

W innym miejscu redakcja „Kuriera” podaje, iż w sprawie Jedwabnego nie otrzymała ani jednej polemiki, „ani jednego listu ze strony lokalnych, jak i centralnych władz woj. podlaskiego”. Wymowne. Władze, jak wiadomo, nie służą u nas sprawom fundamentalnym, lecz partyjno-budżetowo-wyborczym. Bez komentarza przedrukowuje się propozycję prof. Jacka Kurczewskiego co do zmiany treści napisu na jedwabiańskim pomniku: „Państwo Polskie pamięci swych obywateli Żydów zamordowanych przez sąsiadów w bratobójczym szale”. Osobiście, to ja w tej sprawie dałbym już sobie z naszą nieszczęsną państwowością spokój. Cierpi ona jak nie na niedostatki suwerenności, to chociaż przyzwoitości. Miała na swe popisy dobre dziesięć lat. Cóż, „państwo prawa”. To zaś było obligowane ścigać „zbrodnie przeciwko narodowi polskiemu” wyłącznie, do którego to narodu Żydzi przecież nie należą!

Bywali oni postrzegani przez katolicką i prawosławną ludność Podlasia jako utrapienie, lecz również ożywiali tę zapadłą prowincję I i II Rzeczypospolitej. Jej sieć miejską przede wszystkim. A zwłaszcza „stołeczny” tu Białystok. W 1939 roku stanowili dobrą połowę mieszkańców miasta, liczącego nieco ponad sto tysięcy ludzi. Synagog i domów modlitwy wszelkich prądów judaizmu było wyraźnie więcej niż kościołów i cerkwi razem wziętych.

Wpycha mi się tutaj swoista dygresja. W Jerozolimie, pod Bramą Jaffy, w przygodnej kawiarni – właściciel-chasyd na dźwięk polszczyzny podsuwa mi albumową książkę, w której zbiera sobie autografy z Polski, polując szczególnie na ludzi z. Białostocczyzny. Nie dziwota. Album Tomasza Wiśniewskiego i Jarosława Wojtacha nosi tytuł „Bożnice Białostocczyzny”; jest dwujęzyczny, stosowny więc podtytuł brzmi: „Heartland of the Jewish Life”, czego nie umiem sobie przetłumaczyć inaczej, jak kolebka-matecznik Żydowszczyzny. Autorzy wywodzą śmiało, że obszar Białostocczyzny nie bez kozery zwać możemy „sercem żydostwa europejskiego”. Stosowne świątynie stanowiły nie tylko centra religijne, lecz także ośrodki życia samorządowego, oświatowego, kulturalnego. To właśnie one pozwoliły – czytamy – przetrwać narodowi żydowskiemu setki lat. Bez tych małych i skromnych niekiedy domów modlitw nie byłoby dziś państwa Izrael.

Zagłada żydowskiej społeczności Podlasia była skutkiem iście wulkanicznej eksplozji najgorszych sił historii. Hitleryzmu, któremu start mościł komunizm. Symbol stanowiła dla Podlasia wielka synagoga w Białymstoku, w której Niemcy, wkraczając w 1941 roku, spalili około tysiąca Żydów, nim wysadzili w powietrze jej mury po żydowskim powstaniu w tutejszym getcie. Taką katastrofą zamknęły się długie stulecia koegzystencji. Z takim dodatkowym grymasem historii – szczególnie ponurym dla polskiego mniemania o sobie samych – że dołożyliśmy do owej katastrofy bez ociągań i naszej ręki.

Cóż teraz nam robić? Bo wątpić trudno, iż wariant najgorszy stanowi nierobienie niczego. Najgorszy moralnie; gdy była zbrodnia, która się nie przedawnia, powinna nastąpić stosowna kara, a co najmniej pokuta. Najgorszy też – wychowawczo: na fałszywej samoświadomości nie sposób budować naszych zbiorowych postaw na rozpoczynające się właśnie nowe stulecie i tysiąclecie; diabeł umościł sobie pod naszą skórą leże nie gorsze, aniżeli u innych narodów. Tyle że specyficzne.

Na medytacje pod leninowskim hasłem „szto diełat” idealnym miejscem jest nastrojowa piwiarnia. Nic to, że mówi się o niej z duchem czasu – „pub”. Do staropolskich tradycji, w szczególności miejscowych, nawiązywać ma oficjalna nazwa – „Magnat”. Mieści się to w podziemiach, w pięknych starych piwnicach, nie tak dawno odgrzebanych z gruzów w samym pępku miasta. A jakże – pożydowskie magazyny: rzeczywistości, nawet historycznej, oszukać się nie da. Całe śródmieście Białegostoku wznosi się na żydowskich pogorzeliskach oraz popiołach.

Jeżeli nie chce się zbyć sprawy kolejnym pomnikiem, lekko i łatwo nie będzie. Mamy w Polsce stan skomplikowanej depresji społecznej. I multum problemów – sami ze sobą. Ciężko ludzi poderwać do czegokolwiek, co nie ma bezpośredniego związku z szarą codziennością: dla większości ciężką i niewdzięczną. Tu dochodziłby jeszcze jakiś podświadomy kompleks winy. Pokuty! Podszyty w dodatku niepewnością co do kwestii regulacji spraw. prawno-majątkowych. Z dawnej żydowskiej substancji majątkowej zachowały się ledwo okruchy, lecz same grunty – z reguły w centrum podlaskich miast i miasteczek – to wartości bardzo poważne. Cała nasza pokuta „leży”, jeśli ludziom wypadałoby je spłacać. Ani mowy, by można było sprawę zostawić niedopowiedzeniom oraz plotkom.

Warunek fundamentalny stanowi odwrócenie się fatalnego nastawienia polskiego ogółu wobec judaizmu i Żydów. Tak w sprawach minionych, jak i bieżących oraz przyszłych. Z góry i bez argumentów. Tych, na społeczną skalę – i na poważnie – być nie może, gdyż nie ma w Polsce żadnej wiedzy o izraelskim fenomenie. Ani co do losów narodu z jego unikalną religią, które przetrzymały tysiące lat w najtrudniejszych warunkach. Rozproszone po świecie i prześladowane – aż po fizyczne tępienie. Przedziwne, lecz nawet stulecia sąsiedztwa ze wspólnotami żydowskiej diaspory nie skutkowały głębszym poznaniem tych ludzi. Ich rzeczowych talentów i faktycznych wad oraz słabości. Niech tu będzie przykładem polskie wyśmiewanie żołnierskich cnót ludu Mojżesza. To był pewnik polskich koszar, promieniujący na całą resztę Polaków. A cóż pokazały wielkie wojny z Arabami połowy naszego stulecia? I trwanie w tym czasie państwa Izrael – właściwie ciągle w stanie na poły mobilizacji? Wojaczka nigdy nie sprowadzała się do osobistej odwagi oraz fizycznej sprawności – czego współczesnym Żydom nie odmawiają zresztą ich najzajadlejsi krytycy. To także planowanie i wywiad, organizacja i dyscyplina, szkolenie i wychowanie, technika i zaopatrzenie. I jak przez trzecie już pokolenie wypada w tym wszystkim żydowski egzamin? A także – jak teraz wyglądają tamte głupie polskie dowcipy?

Podobnie to musi wypadać, gdy przywołać nasze wyobrażenia o rolniczych talentach Żydów. Ledwo sto lat temu Palestyna była głównie pustynią inkrustowaną kamieniami bądź malarycznymi bagniskami. Dziś żywi sama kilkakrotnie zwiększoną ludność, a owoce, warzywa i nawet wina eksportuje także do wybrednej Europy Zachodniej. Zamożnością bije na głowę Izrael arabskie sąsiedztwo, o identycznym punkcie startu, a bez „zastrzyków” ropy naftowej. O dobrobycie polskim nic już nie mówiąc. I nawet o czeskim bądź węgierskim. Lecz nie sposób przemilczeć poziomu żydowskiej medycyny, szkolnictwa, fizyki i chemii, literatury oraz muzyki, sportu oraz opieki społecznej.

Może dałoby się tym wszystkim jakoś zaciekawić współczesnych Polaków, tak spragnionych nowoczesności i pieniędzy? Złe stereotypy i stare uprzedzenia – niech próbują się bronić wobec żydowskiej rzeczywistości! Jeśli spłyną z tego do polskich głów jakiekolwiek nauki, tym lepiej. Będzie korzyść uboczna, a może być ona wcale niemała.

Sedno w tym, czy uda się zebrać w Białymstoku garść stosownych ludzi; obrotnych i rzutkich; przekonanych do sensowności odbudowywania relacji Izrael-Podlasie na miarę rzeczywistości XXI stulecia nad Narwią oraz Jordanem. Próżno tu sugerować program takiej odbudowy. Dobre byłoby wszystko, co rozbudzić może ludzką ciekawość do żydowskiego fenomenu. Pionierstwo białostockich Żydów, kultura i sport współczesnego Izraela, żydowskie stosunki w świecie, judaizm a chrześcijaństwo, militaryzm wokół Jerozolimy, banki i diamentowy biznes. Także mity i prawdy o „żydokomunie”, jeśli będą ku temu chętni.

Osobiście najwięcej nadziei widziałbym w kontaktach autentycznych i bezpośrednich. Jest w Warszawie niewielkie, lecz prężne i dynamiczne środowisko żydowskie. Wyszukać w Izraelu szczątkowe ziomkostwa podlaskich Żydów, poczynając od rozeznania ich „pielgrzymek” do Treblinki bądź Tykocina. Są jakieś pielgrzymki z Podlasia do Ziemi Świętej; czy ich izraelskiej trasy nie dałoby się wzbogacić o problematykę pojednania Polaków i Żydów współczesnych? Przepraszał Izraelitów nasz Jan Paweł II pod Ścianą Płaczu, prezentował nasz Ksiądz Prymas publicznie polski „rachunek sumienia”; a więc nie byłoby tu religijnego uszczerbku.

Jeśli myśleć o robocie na skalę stulecia, to główną jej niwą muszą być młodzi. Od szkół średnich zaczynając. Ale celując przede wszystkim w Uniwersytet. Jeśli się rozmarzyć, to łatwo wyobrazić sobie tu międzywydziałowe centrum studiów judaistycznych, jakiego nigdzie w Polsce nie ma. I nigdzie na wschód od Bugu. Od badań najnowszej rzeczywistości socjologicznej w Izraelu – fenomenu światowej skali – po hebraistykę, geopolitykę Bliskiego Wschodu, dzieje żydowskiej diaspory, archeologię biblijną. Uniwersytet daje też szansę wyjątkowej mobilizacji zapaleńców-pasjonatów. Jak również szanse kooperacji z uczelniami żydowskimi oraz ich skupiskami na całym świecie. Skala globalna! Intelektualny zaś potencjał tematu może poruszyć młodych tak, jak bodaj żaden inny z globalnych tematów świata!

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Takie to różności kłębią się nam po głowach w pożydowskich piwnicach współczesnego, białostockiego „Magnata”. Stara ich cegła zdaje się wręcz podpowiadać: jeśli pokuta, to praktyczna, czynem, który wskrzeszając pamięć o podlaskich Żydach – może i nas samych jakoś wzbogacić. Z pewnością duchowo, ale bez liku jest innych możliwości. W izraelskiej Kanie Galilejskiej widziałem stosy skrzyń z butelkami wina, na pamiątkę cudu z przemianą wody w szlachetny trunek. Etykiety informują i zachęcają. To wino płynie dziś na cały chrześcijański świat. Czyż te prastare piwnice nie miałyby w Białymstoku na dziś godnej dla siebie służby, gdyby przypominały Galileę słoneczną, agitując jednocześnie za trwaniem pamięci o Żydach?

*

Jak umiałem, tak kryłem w niniejszym felietonie wątek, iż winy wobec Żydów, to nie podlaski wyłącznie przypadek. Cały europejski wschód – od Żmudzi, przez Słowację i Besarabię, aż po „piękny i modry Dunaj” – ma nad czym się zadumać i czego żałować. Kryłem ów wątek, by to nie wyglądało na podlaskie wybielanie się oraz wykręcanie od współodpowiedzialności. Lecz muszę się przyznać, że gdyby casus Jedwabnego, Tykocina, Białegostoku. mógł też jakoś poruszyć innych pobratymców z europejskiego wschodu, skłonić ich do stosownych poczynań na własnych podwórkach – nacjonalizm wyżej podpisanego mile zostałby podbechtany.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.