Jesień 2020, nr 3

Zamów

Dostrzec człowieka w sieci

Trzeba przerwać milczenie na temat internetu – to pierwszy wniosek, jaki nasuwa się po lekturze tekstów moich polemistów. Każdy z autorów zwraca uwagę na problemy, które ani w moim tekście, ani w innych nielicznych artykułach się nie znalazły, a warto byłoby je poruszyć. Chrześcijańska refleksja nad internetem jest w Polsce skromna. Owszem, można znaleźć nieco wątpliwej jakości tekstów opartych na schemacie „przedstawię wam kilka ciekawych stron katolickich”. Jednak prawdziwe dyskusje na temat perspektyw duszpasterstwa w internecie (ks. Tomasz Słomiński i ks. Andrzej Draguła), zagrożenia rzeczywistością wirtualną i ideą „telewspólnoty” (ks. Draguła) czy na temat dokonującej się rewolucji cyfrowej (Bogdan Sadowski, ks. Józef Kloch) dopiero stoją przed nami. Miałem nadzieję, że mój tekst wywoła dyskusję i przerwie to milczenie. Cieszę się, iż potwierdzają to znakomite polemiki.

Czy to duszpasterstwo?

Ks. Draguła i ks. Słomiński dzielą się swoimi wątpliwościami na temat duszpasterstwa w internecie. Katolickie strony internetowe – pisze ks. Słomiński – są dzisiaj istotnymi formami przekazu religijnego, ale nie można ich jednoznacznie nazwać duszpasterstwem. Dyskutanci zwracają uwagę, że kontakt realny z duszpasterzem nijak się ma do kontaktu poprzez internet, że propagując wiarę, nie warto działać według wzorców komercyjnej reklamy, że internet nie daje możliwości zweryfikowania prawdziwości przekazywanych w nim treści, wreszcie – że nie każdy katolik musi się uczyć ewangelizacji za pośrednictwem tego nowego medium.

Czy mimo tych zastrzeżeń możemy mówić o duszpasterstwie w internecie? W swoim artykule zwracałem uwagę na to, że wykorzystanie sieci w Kościele ma swoje granice, jest elementem rozszerzającym wachlarz propozycji, a nie zastępującym stare tym, co nowe1. Dlatego też przy określeniu „e-duszp@sterstwo” w tytule zdecydowałem się postawić znak zapytania.

Nie mogę jednak przystać na sceptycyzm księży Słomińskiego i Draguły, którzy wzdragają się przed używaniem terminu „duszpasterstwo” w odniesieniu do internetu. Ten pierwszy stwierdza nawet: Trzeba być duszpasterzem, żeby wiedzieć, co znaczy spojrzenie w oczy, oddech i cisza pomiędzy frazami podczas spotkania księdza z kimś, kto potrzebuje choćby krótkiej rozmowy. Jako internauta miałem nieraz możliwość przekonania się, że wirtualna komunikacja nie jest nawet nędzną namiastką tej prawdziwej. Jednak myśląc w taki sposób, łatwo możemy zapomnieć o tych, którzy z różnych powodów nie zawitają do kościoła, nie mówiąc już o rozmowie z księdzem.

Przez osiem lat miałem okazję przygotowywać młodzież licealną do sakramentu bierzmowania (grupa 16-20 lat to 16,1% internautów). Przeważająca większość to osoby, które w kościele bywają okazyjnie, nie prowadzą życia sakramentalnego, a często nawet nie potrafią wyrecytować Modlitwy Pańskiej czy Dekalogu. To nie ich wina, najczęściej taki przykład pochodził od rodziców, którzy wysyłali swoje pociechy na bierzmowanie, „żeby nie było problemów przy ślubie”. Nauczony tym i innymi przykładami obawiam się jednak, że oczekiwanie w konfesjonale i przy ołtarzu na wiernych może się skończyć fiaskiem. Musimy dziś wychodzić do ludzi, a internet jest jednym ze sposobów. Nazywanie tego „duszpasterstwem” lub nie – jest dla mnie kwestią drugorzędną. Usprawiedliwianie się tym, że strona www nie zastąpi konfesjonału na niewiele się przyda, gdy konfesjonał będzie stał pusty. Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie na świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach! (Mt 10,27) – Jezus nie mówi o rozgłaszaniu w synagogach (co przecież czynił), ale nawet na dachach.

Oczywiście, zawsze możemy powiedzieć, że próby zaprzęgnięcia internetu do duszpasterstwa się nie powiodły. Oznacza to jednak, że albo internet się nie sprawdził, albo nie umieliśmy go dobrze wykorzystać. Żaden z autorów polemik nie zwrócił uwagi na fragment mojego tekstu, w którym mówiłem o potrzebie uczenia się nowego języka internetu, tymczasem jest to – jak sądzę – zagadnienie kluczowe. Autorzy licznych już dziś katolickich stron podają rozmaite informacje i opinie (dlatego słusznie ks. Słomiński mówi w ich przypadku o przekazie religijnym, a nie duszpasterstwie), rzadko kiedy jednak stawiają sobie cel ewangelizacyjny. Strony te są przerobionymi na wersję elektroniczną książkami, gazetami i laurkami, o wiele rzadziej świadectwami. Jakże więc mieli wzywać Tego, w którego nie uwierzyli? Jakże mieli uwierzyć w Tego, którego nie słyszeli? Jakże mieli usłyszeć, gdy im nikt nie głosił? (Rz 10,14).

Owszem, znam również wyjątki. Wystarczy przeczytać korespondencję z internautami, jaką prowadzili przez pierwsze lata autorzy „Mateusza” (www.mateusz.pl), by się przekonać o drzemiących w internecie możliwościach interakcji. „Mateusz” uruchomił też skrzynkę intencji, w której całkiem realnie można było prosić o modlitwę karmelitanki ze Szczecina. Na nowych stronach „Opoki” pojawiła się możliwość zagłosowania „tak/nie” w odpowiedzi na pytania z zakresu wiary i moralności. Ta niezwykle prosta forma zmusza choćby do kilku sekund zastanowienia nad ważnymi kwestiami. Czuję jednak niedosyt podobnych form.

Jeśli przyjmiemy, że praca duszpasterska ma trzy etapy: 1) nawiązanie kontaktu; 2) ewangelizacja i nawrócenie; 3) regularna formacja chrześcijańska – internet znajdzie zastosowanie w pierwszym i trzecim etapie. Nie zastąpi sakramentów, liturgii, ascezy ani wspólnoty. Może jednak sprowokować kontakt, rozmowę, a później stać się kopalnią cennych materiałów. Może też pomóc w czymś, co nazywam „ewangelizacją przez obecność”, czyli w oswajaniu się ludzi z wiarą i Kościołem.

Technika nie zbawia

Bogdan Sadowski słusznie zwraca uwagę, że dyskusja na temat internetu powinna była zacząć się wcześniej. Autor nie dostrzegł jednak chyba, że artykuł „E-duszp@sterstwo?” poświęcony był perspektywom wykorzystania internetu w duszpasterstwie, a nie wykorzystania internetu w Kościele. To drugie stało się faktem, to pierwsze ciągle jest wyzwaniem. Podobnie jak z nartami: ich zasada działania jest niezwykle prosta, jednak wypracowywanie dobrej techniki jazdy trwa latami. Nie zamierzam tłumaczyć, do czego służą narty, chodzi mi raczej o to, jak dojechać nimi do celu.

Red. Sadowski i ks. Kloch wspominają o perspektywach rozwoju elektronicznej sieci. Obawiałbym się jednak nadmiernego skoncentrowania na warstwie technologicznej. Nie lubię określać internetu mianem sieci komputerowej – jest on raczej pewną formą wspólnoty ludzi, komunikujących się przy wykorzystaniu technologii informatycznych. Owszem, znajomość technologii jest ważna. Sam, mimo że jestem teologiem, spędzam wiele czasu na czytaniu literatury informatycznej, poznawaniu języków programowania i technologii przekazu danych. Mam jednak wrażenie, że w naszej debacie chodzi raczej o dostrzeżenie w tej ogólnoświatowej pajęczynie człowieka, a nie wiązek światłowodów.

Bogdan Sadowski wspomina o projekcie Internet 2. Rozumiem, że jako człowieka telewizji może go fascynować przepustowość tego nowego projektu, umożliwiająca wysokiej jakości transmisje dźwięku i obrazu, będące zmorą przy dzisiejszej szybkości przekazu. Możemy zastanawiać się dalej. Miejsce języka HTML zajmują już dzisiaj nowsze technologie (DHTML, XML, PHP, ASP), umożliwiające m.in. tworzenie elastycznych serwisów w oparciu o bazy danych (np. MySQL). Sieci komputerowe zlewają się z cyfrowymi sieciami telefonicznymi, zmniejsza się rozmiar komputerów, tworzone są nowsze technologie telekomunikacyjne. Wreszcie, do powszechnego użytku wchodzi tzw. oprogramowanie eksperckie (systemy doradcze, rozpoznawanie głosu, druku i obrazu, systemy samouczące), będące wynikiem prac nad sztuczną inteligencją (AI). Powoli dochodzi też do naszej świadomości idea komputera analogowego, który miałby powstać z elementów biologicznych, a nie elektronicznych.

Dla przeciętnego użytkownika sieci w Polsce wszystko to brzmi niezrozumiale. Mamy inne problemy. Polska jest w pierwszej trójce krajów o najdroższym dostępie do internetu. Pod względem poziomu rozwoju infrastruktury informacyjnej jesteśmy na 28. miejscu, wyprzedzają nas Węgry i Czechy, nie wspominając o Niemczech czy Stanach Zjednoczonych2. Około 5 milionów użytkowników internetu oznacza, że wielokrotnie więcej osób z niego nie korzysta. 68,1 proc. internautów ma wyższe wykształcenie (licencjat, magisterium lub wyżej), co oznacza, że to oni zdominowali to medium. Wśród internautów najwięcej jest mieszkańców dużych miast liczących ponad 1 mln mieszkańców (25,6%), do 500 tys. – 1 mln (18,7%) i do 200 tys. – 500 tys. (14,1%; łącznie stanowi to 58,4%); mieszkańcy wsi to zaledwie 5,7%3.

Dane te pokazują, że dostęp do internetu może stać się niedługo jedną z linii oddzielających Polskę A od Polski B. Obawiam się, że gdy zbyt szybko zachłyśniemy się coraz to nowszymi możliwościami technicznymi, wszyscy ci, którzy z różnych powodów nie mieli dostępu do nowinek, zostaną daleko w tyle. Tymczasem solidarność jest ważniejsza od postępu.

Oblicza polskiego internetu

Od czasu publikacji tekstu „E-duszp@sterstwo?” wiele się już zdążyło zmienić. W czasie, gdy artykuł był w drukarni, „Opoka” przekonstruowała swój serwis i dokonała największej jak dotychczas zmiany szaty graficznej – przez co wiele moich uwag straciło na aktualności.

Nie straciło jednak aktualności rozróżnienie na „inicjatywy odgórne” (OGI) i „oddolne” (ODI), które krytykuje ks. Kloch. W artykule wyjaśniłem dokładniej te pojęcia. OGI to strony powiązane z instytucjami kościelnymi, mające pracowników, często własny serwer i sponsorów. ODI to strony tworzone przez hobbystów, którzy nie otrzymują za to żadnego wynagrodzenia, pracują w wolnych chwilach, publikując z wykorzystaniem skromniejszych środków technicznych. Prezes „Opoki” przypomina – co nigdy nie było tajemnicą – że powstała ona z inicjatywy oddolnej (materiały z dwóch konferencji w Gliwicach znalazły się w bibliografii mojej pracy magisterskiej). Jednak późniejsze powiązanie z Episkopatem Polski i innymi instytucjami kościelnymi, zatrudnienie pracowników, uruchomienie własnych serwerów i zdobywanie sponsorów każe zaszeregować „Opokę” do nurtu OGI.

Zdaję sobie sprawę z tego, że rozróżnienie między ODI i OGI jest niedoskonałe i nie wyczerpuje problemu. Dotychczas nie znalazłem jednak w polskiej bibliografii podobnych prób uporządkowania tendencji wśród „stron katolickich”. Mam nadzieję, że z czasem wypracujemy doskonalszy opis.

Ciąg dalszy powinien nastąpić

Wspominałem na początku o potrzebie prowadzenia dalszej dyskusji i badań nad internetem. Z dzisiejszego punktu widzenia wydaje mi się, że powinny one iść w pięciu kierunkach.

1. Cenne byłyby badania z pogranicza filozofii nauki i teologii, które stawiałyby pytania: Czy wielka ilość informacji nie zabija poznania? Czy różnorodność w dobie globalizacji nie zaprowadzi nas do całkowitego zagubienia aksjologicznego i relatywizmu? Jakie skutki niosą ze sobą techniki tworzenia rzeczywistości wirtualnej? Czy realna wiara może być przekazywana wirtualnymi środkami? Jaki wpływ mają badania nad sztuczną inteligencją na rozumienie wartości i wyjątkowości człowieka we współczesnej kulturze? Czy powstawanie nowego języka komunikacji oznacza dla chrześcijan konieczność przetłumaczenia nań Dobrej Nowiny?

2. Daje się też odczuć brak analiz na temat możliwości prowadzenia duszpasterstwa w internecie, przy czym nie można owego „duszpasterzowania” utożsamiać jedynie z „publikowaniem” w sieci.

3. Istnieje potrzeba rzetelnych badań empirycznych nad wykorzystaniem internetu przez polskich katolików. Efektem takich badań byłoby stworzenie w miarę całościowego katalogu tego typu inicjatyw i opisanie ich najistotniejszych cech, a przy okazji też wytknięcie błędów.

4. Czas zacząć myśleć o projektach szkoleniowych i stypendialnych dla katolików. Miałyby one na celu dzielenie się i rozwijanie umiejętności komunikowania się za pośrednictwem nowych mediów, a także wyróżnianie najzdolniejszych. Kilka istotnych kroków w kierunku kształcenia studentów teologii w dziedzinie wykorzystania nowych mediów uczynił niedawno Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Jednak jest jeszcze dużo do zrobienia.

5. We wszystkich wyżej wymienionych dążeniach konieczne staje się wypracowanie nowego języka, który pozwalałby mówić o internecie mniej od strony technicznej, bardziej od humanistycznej. Dotychczas daje się we znaki brak stosownego aparatu pojęciowego.

Ufam, że wszystkie nasze głosy rozpoczną, a nie zakończą dyskusję nad internetem. Nie chodzi wszak o to, byśmy zachwycali się komputerową siecią, lecz o to, byśmy umieli odkryć zaplątanego w tę sieć człowieka. Któż inny miałby to zrobić, jeśli nie chrześcijanie?

Marek Robak
http://robak.republika.pl
M.Robak@odnowa.opoka.org.pl

____________________
Marek Robak – ur. 1976, mgr teologii. Dziennikarz KAI, współpracownik „Więzi”. Prowadzi zajęcia dla studentów teologii środków społecznego przekazu na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Autor pracy magisterskiej „Internet jako wyzwanie filozoficzne i teologiczne”. Członek-założyciel Internet Society Poland, organizacji zajmującej się promocją i rozwojem internetu. Rzecznik prasowy Krajowego Zespołu Koordynatorów Odnowy w Duchu Świętym. Mieszka w Warszawie.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

____________________
1 Analizę niektórych wątpliwości teologicznych związanych z internetem umieściłem w artykule „Teologia cyberświata”, w: T. Zasępa (red.), „Internet – fenomen społeczeństwa informacyjnego”, Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2001.

2 Por. M. Goliński, „Informacja jako jakość gospodarki”. Materiały z konferencji „Wolność informacji a przejrzystość i odpowiedzialność”, zorganizowanej przez Centrum im. Adama Smitha i Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich 20 listopada 2000 r. w Nowym Domu Poselskim w Warszawie.

3 II Badanie Polskich Użytkowników Sieci Internet, przeprowadzone przez Katedrę Marketingu Akademii Ekonomicznej w Krakowie, http://badanie.ae.krakow.pl.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.