Jesień 2020, nr 3

Zamów

Dobre narządzie i zły nauczyciel

Formuła mówiąca, że istnieje tylko to, o czym piszą gazety, przestaje (przestała?) być już aktualna. Miejsce gazety zajęła bowiem telewizja, a sama gazeta jest pożyteczna o tyle, o ile zawiera program telewizyjny, o czym świadczą wysokie nakłady dzienników w te dni, gdy drukowany jest program telewizyjny na rozpoczynający się tydzień. Ewolucja formuły – zdaje się – ma iść dalej, w kierunku dla wielu oczywistym. Już dzisiaj dla niektórych istnieje tylko to, co można znaleźć w sieci www, czyli internecie. Marek Robak w październikowej Więzi zastanawia się, jak wobec tego winien zachować się Kościół. Odpowiedź, którą daje, sam formułuje hasłowo jako „e-duszp@sterstwo”, zaopatrując jednakże ten wyraz znakiem zapytania. I dzięki Bogu! – chciałoby się dodać od razu.

Autor opisuje stan obecny kościelnego zaangażowania w sieci, przedstawia postulaty na przyszłość i wskazuje na możliwe – jak sam napisał – bezdroża internetu. Mimo jednak pewnych niebezpieczeństw, obraz, jaki się wyłania z jego rozważań, jest krótko mówiąc – obiecujący. Otóż – zdaniem Robaka – możliwości, jakie daje to medium, są wielkie, mało wykorzystane, trzeba je w duszpasterstwie docenić i nauczyć się je sprawnie wykorzystywać. Myślę jednak, iż problem został przedstawiony z punktu widzenia internetoentuzjasty, natomiast pobieżnie potraktowany został bardzo istotny problem zagrożeń, wynikających zarówno z natury samego medium, jak i nieumiejętnego posługiwania się nim.

Podczas lektury artykułu Marka Robaka zrodziło się we mnie wiele wątpliwości. Dzielę się nimi z autorem, choć wiem, że jego tekst jest bardziej mnożeniem pytań niż choćby próbą znalezienia na nie odpowiedzi. Stoimy ciągle u progu kariery internetu – im więcej więc wątpliwości, tym lepiej. Świat, w którym kierunki wyznaczają takie elementy „cyberalfabetu”, jak @, www czy http://, to wciąż w dużej mierze terra incognita. Trzeba ją dobrze zbadać, by wiedzieć, gdzie rozpościerają się – nie zawsze cudne – manowce.

Nowy wspaniały świat

Odnoszę wrażenie, że żyjemy w czasach gwałtownej asymilacji nowych pojęć w Kościele. Mamy „e-duszpasterstwo”, mamy już „elektronicznego księdza”, powstają „wirtualne wspólnoty, kościoły i diecezje”, a w sieci pojawiają się „cyberbiskupi”1. I choć – jak słusznie zauważa Marek Robak – trzeba się do tych pojęć odnosić z dużym dystansem, a ich używanie „jest mocno przesadzone”, to są one przecież zwiastunami świata, który z całym swym bogactwem i ułudą otwiera się przed Kościołem. Jest to zapewne ewangelizacyjna szansa – i udowadniać tego nie trzeba. Nawiązując do słów Pawła VI, trzeba więc powiedzieć jasno, iż Kościół byłby winny wobec swego Założyciela, gdyby z tej szansy nie skorzystał. Ale internet to także zagrożenie, tym bardziej że w używaniu tego medium przeważa zachwyt nad krytycznym jego wykorzystaniem.

Nie jestem wrogiem internetu. Uważam go za wspaniały wynalazek i codziennie sam się nim posługuję ze względu na charakter moich kapłańskich zajęć. Prawie codziennie odbieram i wysyłam elektroniczną pocztę, dzięki sieci zamówiłem i sprowadziłem z zagranicy wiele interesujących książek (których pewno nigdy bym sobie nie mógł kupić osobiście), a moi studenci przesyłają mi internetem pisemne prace do sprawdzenia.

Mimo to jednak w moim stosunku do internetu przeważa dystans nad zachwytem. Najpierw dlatego, że tworzy on ułudę wspólnoty. W refleksji teologicznej nad procesem komunikacji używa się pojęcia „telewspólnota” na określenie tych, którzy w rozproszeniu geograficznym, w tym samym czasie koncentrują się za pomocą jakiegoś medium (radia, telewizji, relacji na żywo w internecie) wokół rzeczywistego zdarzenia, w którym w jakiś sposób partycypują. Taką „telewspólnotę” tworzą np. słuchacze radiowej Mszy św. Co można powiedzieć o wspólnocie tych, którzy „jednoczą się” za pomocą e-maili, list dyskusyjnych, a zwłaszcza tzw. czatowania, czyli dialogu dokonującego się interaktywnie w czasie rzeczywistym? Co to jest za wspólnota? Jak wiadomo, wszystkie te formy pozwalają na zachowanie anonimowości, a nawet na kreowanie nieistniejących w rzeczywistości postaci, dlatego w ewangelizacji internet może się stać tylko narzędziem pierwszego kontaktu. Czy jednak może?

Homilia z internetu

Marek Robak wymienia grupy najważniejsze na styku człowiek – elektroniczne duszpasterstwo. Ten swoisty target to często ludzie stojący daleko od Kościoła. Chciałbym wierzyć, że ich pierwszy zachwyt Bogiem i wiarą, ich pierwsze prawdziwe zainteresowanie Kościołem dokona się na drodze elektronicznej. Zdaje się jednak, że tak nie jest. Badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych jednoznacznie wskazują na misyjne sukcesy tych Kościołów i wyznań religijnych, które prowadzą przede wszystkim bezpośrednią ewangelizację „od człowieka do człowieka”, a więc za pomocą tzw. komunikacji pierwotnej. Daleko w tyle są Kościoły czy kościelne organizacje korzystające z masowych środków przekazu. W metodologii ewangelizacji pierwszeństwo daje się więc żywemu kontaktowi z człowiekiem, gdyż zdaje się, że tylko taki kontakt z człowiekiem – świadkiem potrafi wytrącić z inercji tych, którym pytania o sens „tego wszystkiego” są obce. Największa trudność w ewangelizacji nie polega na znalezieniu nowoczesnego sposobu odpowiedzi na pytania o sens życia, lecz na wzbudzeniu tych pytań.

Wyobraźmy sobie np., że jakiś „elektroniczny proboszcz” zamierza metodą direct mail zaprosić mieszkańców swojej parafii na misje. Myślę, że propozycja ta zostałaby potraktowana jak wszystkie nadchodzące tą drogą oferty. Na adres mojej elektronicznej skrzynki, którą mam na amerykańskim serwerze, codziennie nadchodzi przynajmniej kilka różnego rodzaju ofert. Nigdy ich nie otwieram. Trafiają tam, gdzie reklamówki wkładane do naszych tradycyjnych skrzynek na listy – do (elektronicznego) kosza na śmieci. Podobny los może spotkać zaproszenie proboszcza.

Zupełnie dobrze internet może jednak być wykorzystany już w samej formacji duszpasterskiej jako instrument komunikowania się tych, którzy identyfikują się z daną wspólnotą parafialną, ruchem czy grupą modlitewną. Zdecydowanie popieram tworzenie w internecie nie tylko stron ogólnokościelnych czy diecezjalnych, ale także gazetek parafialnych, które mogłyby oprócz wersji drukowanej mieć także elektroniczną. Taki bezpośredni dostęp do lokalnego medium jest niezwykle praktyczny. Zapomniane już ogłoszenia parafialne można sobie o każdej porze odświeżyć. Znając adresy elektroniczne parafian, można by również takie cotygodniowe ogłoszenia rozsyłać – oczywiście tym, którzy sobie tego życzą. Takim właśnie sposobem od kilku miesięcy otrzymuję od pewnego belgijskiego księdza homilię na każdą niedzielę.

Okno na świat?

Zatrzymajmy się na chwilę na homilii. Niedawno podczas sympozjum wykładowców homiletyki zaprezentowano nam internetowy projekt, który roboczo nazwę „Exemplum”, a który notabene już funkcjonuje. Celem projektu jest stworzenie bazy danych zawierającej przykłady do kazań. Muszę przyznać, że nie podzieliłem powszechnego entuzjazmu, jaki ten projekt wzbudził. Pomijam zastrzeżenia, jakie mam do wszelkich zbiorów kaznodziejskich przykładów, które często oderwane od swoich korzeni zaczynają żyć swoim życiem, mającym niewielki związek z tym, co rzeczywiście się wydarzyło czy też z tym, „co autor chciał przez to powiedzieć”. Zresztą eksploatowanie tych samym na okrągło przykładów owocuje takimi oto redaktorskimi zabiegami kaznodziejów: „Pewno już ten przykład znacie, ale.”. Prócz tych, klasycznych rzekłbym, zastrzeżeń wobec tego typu baz danych, niezależnych od tego, czy istnieją one w wersji elektronicznej, czy drukowanej – mam jeszcze inne, wynikające z samej natury internetu.

Marek Robak pisze – i słusznie – o niebezpieczeństwie wmówienia sobie, że to internet otwiera okno na świat, gdy w rzeczywistości jest akurat odwrotnie. Internet jest niezwykle cenny jako biblioteka znajdująca się w zasięgu ręki. Dostępność do źródeł i oszczędność czasu jest tutaj wartością niekwestionowaną. Sam z tej możliwości szeroko korzystam. Z drugiej jednak strony nieumiejętne korzystanie z tej megabazy danych zwolnić może użytkownika z intelektualnego wysiłku, czego przykładem jest właśnie baza „Exemplum”. Źle się będzie działo, gdy całą wiedzę o świecie kapłan będzie czerpał z jego nierzeczywistej namiastki, jaką jest cyberprzestrzeń. Nieskuteczność naszego kaznodziejstwa ma swoje źródło między innymi w nieumiejętności obserwowania świata, jego niezrozumieniu, życiu obok niego. Trzeba wielkiej samodyscypliny, by nie zacząć mieszkać bardziej w oksymoronicznej rzeczywistości wirtualnej niż w rzeczywistości prawdziwej, by nie powiedzieć – choć brzmi to tautologicznie – rzeczywistości rzeczywistej.

Argument zwolenników takiego fragmentarycznego korzystania z danych już przetworzonych jest dla mnie jasny – tak jest po prostu szybciej i praktyczniej. Osobiste bazy kaznodziejskich danych, do których niegdyś namawiało się kapłanów, odchodzą w przeszłość. Po co czytać, szukać, wycinać, notować, obserwować, skoro to wszystko jest już i to być może lepiej opracowane w internecie. Owszem, jest, tyle że cudze. A słowo Boże ma się przecież zrodzić z osobistego zachwytu nad światem i Bogiem.

Czatowy biskup

Chciałbym jeszcze jednak wrócić do kwestii zasadniczej dla internetu i jego kościelnego wykorzystania. Chodzi o poczucie wspólnoty jego użytkowników. Jaką „komunię” tworzy internetowa komunikacja? Marek Robak zauważa, że nieumiejętne wykorzystanie internetu dla duszpasterstwa może prowadzić do przywiązywania ludzi do tej formy przekazu, dlatego – jak pisze – zawsze trzeba przenosić działalność w internecie na płaszczyznę realną. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że żadnej „realnej” kontynuacji nie będzie, co więcej – jedyną realnością stanie się to, co wirtualne.

W przypisie do artykułu autor wspomina mimochodem zawieszonego w swych czynnościach biskupa Jacquesa Gaillota – twórcę „wirtualnej diecezji”, która istnieje tylko w cyberprzestrzeni. To oczywiście dość odosobniony i szczególny przypadek. Chciałbym się jednak nad nim zatrzymać, gdyż doskonale pokazuje manowce internetowych chrześcijan. Mam przed sobą książkę poświęconą internetowej działalności tegoż biskupa. Tytuł jest znamienny: „Église virtuelle, Église de l’an 2000. Un évčque au royaume d’Internet” („Kościół wirtualny, Kościół roku 2000. Biskup w królestwie Internetu”). Oprócz wywiadu z bp. Gaillot, książka zawiera wybór e-maili do niego przysyłanych. Jest to niezwykła lektura, pokazująca, czym może się stać wiara z (w) sieci. W listach przeważa wdzięczność za stworzenie przestrzeni wiary dla tych, którzy „wierzą w Boga, lecz nie potrafią już tego uzewnętrzniać”. „Cyberdiecezjanie” przyznają się często, że dotąd nie byli ludźmi wierzącymi, jednocześnie jednak jednoznacznie deklarują swój dystans wobec rzeczywistej wspólnoty kościelnej. Dla nich wirtualna wspólnota, którą tworzą, jest zarazem jedyną wspólnotą im potrzebną. W ich rozumieniu winna mieć wszystkie elementy istotne dla życia kościelnego. Pytają więc, czy bp Gaillot ma zamiar wyświęcić kapłanów dla swej wirtualnej diecezji, oczekują na pierwszą „celebrację na kanale IRC”, postulują opracowanie Biblii jako prawdziwego hipertekstu. Jeden z członków tego hiper-Kościoła pyta wprost, czy organizowane są już „wirtualne chrzty”, a podpisy pod listami zaopatrzone są często w dopiski typu „diakon wirtualny” czy „chrześcijanin wirtualny”.

Zdaję sobie sprawę, że przypadek witryny www.partenia.fr jest skrajny, ale jej niezwykle dynamiczny rozwój i szeroki oddźwięk pokazują, że zachwyt nad siecią połączony z ponowoczesnym, bo nawet nie nowoczesnym rozumieniem Boga, wiary i Kościoła może stać się miejscem kreacji nowej religijnej jakości. Trudno nie postawić sobie pytania o relację takiej „cyber-wiary” do wiary rozumianej jako osobowe zjednoczenie z Bogiem, które dokonuje się w realnej wspólnocie Kościoła. Zresztą, przykład wcale nie jest odosobniony, wiemy bowiem, że istnieją witryny proponujące internetową spowiedź. Miast duchowego wysiłku, wystarczy kilka kliknięć, by być na powrót wolnym.

Teolog protestancki H. Michel stawia tezę, że głoszenie Boga nie jest już przywilejem wydarzeń rzeczywistych dokonujących się pomiędzy amboną a ławkami. Według niego zjednoczenie mistyczne między człowiekiem a Bogiem może dokonać się także w królestwie wirtualnym. Przyznaję, że nie wiem, w jaki sposób miałoby się to dokonać, bo chyba model zaproponowany przez bp. Gaillot nie należy do najbardziej udanych.

Anonimowy Hyde Park

Powyższy przykład wskazuje na jeszcze jeden problem związany z cybernetyczną ewangelizacją, natury teologiczno-prawnej. Zdajemy sobie bowiem sprawę, że możliwości stworzenia własnej witryny są de facto niczym nieograniczone. Wystarczy mieć tylko komputer o standardowym wyposażeniu, modem i minimalną umiejętność pracy w jakimś programie do tworzenia stron. Nie jest wcale problemem znalezienie serwera, na którym można by tę stronę umieścić. Wiemy też, że kontrola nad internetem jest właściwie niemożliwa i każdy może umieścić, co chce. Instrumentów, którymi można by nad tym megaśmietnikiem panować, nie ma i pewno nie będzie. Internet jako medium realnie nigdzie nieistniejące, a więc tym samym pozbawione centrum, z natury swej jest niekontrolowalne. Przecież nawet sieciowa etykieta, czyli „netykieta”, jest tylko kwestią dobrej woli i dobrego wychowania.

W jaki więc sposób internauta poszukujący – nazwijmy to – wiedzy o Bogu będzie wiedział, co jest prawdą, a co fałszem? Nawigując po tymże wcale niespokojnym oceanie, może natknąć się na tysiące stron, które wyrzuci mu wyszukiwarka po wpisaniu haseł „wiara”, „Bóg” (tu: miliony, jeśli internauta zna języki obce) czy „wieczność”. Jak w tym odnaleźć prawdę? Wiemy, że oficjalne publikacje Kościoła zaopatrzone są uwagi potwierdzające, iż mamy do czynienia z prawda, za którą stoi Kościół. Nie wiem, na ile realny jest pomysł, by w sieci zastosować intermatur podobnie jak w druku stosujemy imprimatur. Zresztą, czy dynamika sieci, pozwalająca na natychmiastowe zmiany na stronie, może poddać się tego typu statycznym ograniczeniom? A jak traktować homepages kapłanów? Czy prezentowane na księżowskich stronach poglądy są jego poglądami, czy też stoi za nimi Kościół? Co to jest: urzędowe czy prywatne przepowiadanie Kościoła?

Nie są to tylko teoretyczne problemy. Wiemy, że nie rozwiążą ich dekrety biskupie zobowiązujące ewentualnych autorów stron do przedstawiania ich zawartości do akceptacji. Jak już bowiem wspomniałem, internet to Hyde Park, który kontroli się nie poddaje. Co więcej, to w dużej mierze Hyde Park anonimowy, gdzie można się wypowiadać bez narażenia na bycie rozpoznanym.

Kolejna jedyna szansa

Na zakończenie wyliczenia postulatów na przyszłość Marek Robak pisze w dość imperatywnym tonie: Wszystkich tych nowych rozwiązań katolicy powinni się uczyć i je wykorzystywać. Zdanie to wywołało we mnie największy chyba sprzeciw. Nie chciałbym bowiem, by sugerowało ono jakąś duszpasterską wyłączność. Niedaleko stąd do tezy, iż internet jest jedyną szansą dla Kościoła. Absolutyzowanie jednego tylko środka duszpasterskiego i traktowanie go jako panaceum na wszystkie problemy Kościoła jest z gruntu niewłaściwe i teologicznie niepoprawne, bez względu na to, czy chodzi tutaj o środki nowoczesne, czy tradycyjne. Nie można więc powiedzieć, że Kościół uratuje tylko nowa estetyka albo tylko stara liturgia. Trzeba by bowiem udowodnić, że jedno bądź drugie jest objawione, czyli z Bożego ustanowienia. Jeśli nie, to jest to – ni mniej, ni więcej – tylko herezja.

Internet musi być traktowany jako jeden ze środków duszpasterskiego oddziaływania przez niektórych i wobec niektórych. Wbrew temu, co pisze Marek Robak, katolicy nie muszą koniecznie uczyć się tych środków, ponieważ internet (zresztą jak wszystkie inne środki) nie jest do zbawienia koniecznie potrzebny. I żeby było jasne: nie neguję sensowności jego wykorzystywania, a jedynie przypominam, że nie w nim katolik pokłada nadzieję.

Przed kilkoma laty brałem udział w Paryżu w Kongresie Międzynarodowej Katolickiej Unii Prasy. Tematem obrad było zagadnienie miejsca mediów drukowanych w epoce informacji elektronicznej. W trakcie dyskusji ktoś zaproponował formułę, która w moim przekonaniu dobrze pokazuje rolę, jaką powinien spełniać internet, nie tylko zresztą w Kościele, ale w całej kulturze. Powiedziano wówczas, iż internet to bardzo dobre narzędzie i jednocześnie bardzo zły nauczyciel. I trzeba o takiej hierarchii pamiętać. Mówiąc prościej, trzeba sobie wciąż przypominać, kto tu rządzi, kto dla kogo jest mistrzem, kto dyktuje warunki. Żebyśmy nie zapomnieli, że prawdziwe życie jest gdzie indziej.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Co napisawszy, wysyłam pocztą elektroniczną.

__________________________________________________________
ks. Andrzej Draguła – ur. 1966. Kapłan diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. Doktor homiletyki, dziennikarz, logopeda. Wykładowca w seminarium diecezjalnym oraz Gorzowskiej Sekcji Wydziału Teologicznego UAM. Redaktor odpowiedzialny „Aspektów” – diecezjalnego wydania tygodnika „Niedziela”. Rzecznik prasowy Kurii i Przystanku Jezus. Mieszka w Zielonej Górze.

__________________
1 Na marginesie chciałbym jeszcze dodać, że z podobnym procesem mamy do czynienia na styku Kościół – ekonomia, skoro – jak wiadomo z dyskusji w „Tygodniku Powszechnym” – współcześni kapłani to „Boży maklerzy”, skąd niedaleko do związków typu „parafia – giełda”.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.