Zima 2020, nr 4

Zamów

Teszuwa

Parę dni temu był żydowski Nowy Rok*. Jesteśmy więc w trakcie dziesięciu dni, które kończą się Dniem Pojednania czy Odpuszczenia, Jom Kipur. Mówi się też „Sądny Dzień”. Sąd – to brzmi groźnie, pojednanie zaś – optymistycznie: wierzymy, że w tym roku znowu nasze grzechy będą potraktowane łaskawie. Litania grzechów jest co roku ta sama. Liczymy na pobłażliwy wyrok, chociaż – jak mówimy w naszej liturgii – ein banu maasim, nie mamy zasług. Jedyna zasługa, jaką możemy mieć, to skrucha, pokuta, a dokładniej mówiąc – teszuwa, czyli powrót.

Teszuwa jest procesem. Póki jesteśmy weń włączeni, póki utrzymujemy się na drodze powrotu do właściwej postawy, póty zasługujemy na pobłażliwy wyrok. Mamy prawo mówić ase imanu cedaka wachesed wehoszienu, czyli „postępuj z nami sprawiedliwie i miłosiernie, i wybaw nas”.

Tak jest również ze stosunkami chrześcijańsko-żydowskimi – na świecie i w Polsce. Oczywiście mamy tu brak symetrii: wielkość obu wspólnot, ich pozycja społeczna, krzywdy poniesione z rąk drugiej – to nie da się porównać. Nie można pominąć faktu, że przez wiele stuleci z antysemityzmu chrześcijan wynikał ucisk Żydów ze strony dominującego Kościoła, a z antychrystianizmu Żydów nie wynikały choćby minimalnie porównywalne krzywdy. A jednak każdy z nas ma to samo zadanie w procesie teszuwy: każdy musi podjąć wysiłek na miarę swoich grzechów. Co więcej, stoi przed nami dwojakie wyzwanie: uznać swoje winy oraz przyjąć skruchę winowajcy. Nasza tradycja nakazuje wybaczać. Majmonides nauczał: Człowiek powinien być gotowy do przebaczania i nieskłonny do złości. Gdy grzesznik poprosi go o wybaczenie, niechaj przebaczy z całego serca i duszy. Nawet gdy tamten prześladował go i często grzeszył przeciw niemu, niech nie będzie pełen urazy i małoduszności. Chodziło tu przede wszystkim o konflikty między jednostkami, w ramach jednej społeczności. Nie jest jasne, jak to stosować do instytucji i zbiorowości. Nie mogę przecież wybaczać win popełnionych wobec innej osoby. A z drugiej strony: na ile człowiek może odpowiadać za winy zbiorowości czy instytucji, której jest członkiem? Są to kwestie trudne i subtelne, jednak kierunek jest widoczny: teszuwa i jej akceptacja.

Kościelna teszuwa

Ostatnich 40 lat to okres wielkiej reorientacji Kościoła katolickiego (a również wielu Kościołów protestanckich). W 1960 roku Jan XXIII i Jules Isaac, a wkrótce potem Paweł VI i Abraham Joszua Heschel prowadzili rozmowy, które doprowadziły do przyjęcia przez Drugi Sobór Watykański deklaracji „Nostra aetate”, a ściślej – jej punktu 4. Usunęła ona z nauczania oficjalnego to, co Jules Isaac nazwał „nauczaniem pogardy.”

Gdy chrześcijaństwo przestało być odłamem żydowskim, a stało się religią dla pogan, musiało znaleźć wyjaśnienie dla faktu, że Żydzi na ogół nie przystali do nowej wiary. Ponieważ zakładano, że rację mają albo jedni, albo drudzy, chrześcijanie rozpoczęli delegitymizację judaizmu: odrzucając Jezusa i wręcz „zabijając Boga”, Żydzi okazali ślepotę, duchową niższość, stracili możliwość zbawienia, mogli pozostać co najwyżej jako podporządkowani i poniżeni świadkowie swojego błędu i prawdy chrześcijaństwa; „prawdziwym Izraelem” stał się Kościół.

Obroną Żydów było widzenie chrześcijan nie tylko jako groźnych wrogów, ale też jako moralnie gorszych i popadających w bałwochwalstwo. Choć w przeciwieństwie do Kościoła Żydzi nie dążyli do nawracania drugiej strony – zresztą prawo państwowe nie pozwalałoby im tego czynić, nawet gdyby chcieli – uważali, że mają lepszy dostęp do prawdy religijnej. Po obu stronach królowała, choć nie bez wyjątków, pogarda wobec drugiej religii. Tak działo się bardzo długo, aż do naszych czasów. Co się zmieniło? Otóż po pierwsze, w rezultacie procesu zapoczątkowanego przez Oświecenie, zmienił się klimat społeczny. Zasada równości wszystkich ludzi, a z czasem postawa szacunku dla innych religii i kultur, zaczęła być coraz bardziej popularna. Ponadto coraz ważniejszy stawał się indywidualizm, a z czasem nastąpiło zeświecczenie. W świecie zachodnim religie znalazły się w jakimś stopniu w jednej łodzi, żeglującej po płytkich wodach sekularyzacji. Jednak najważniejszym powodem zmian stosunku chrześcijan do Żydów jest wydarzenie innego gatunku: wojenna Zagłada. W samym centrum chrześcijańskiej Europy podjęta została próba wymordowania wszystkich Żydów. Choć Hitler ze swoim otoczeniem nie działał jako chrześcijanin, jego ideologia była kulminacją stuleci postrzegania Żydów jako diabła. Tak nauczał Kościół. To chrześcijaństwo stworzyło glebę dla tej zbrodni. Szok, wywołany uświadomieniem sobie jej zasięgu i natury, spowodował refleksję chrześcijan i podjęcie wysiłku zmiany nauczania, które zostało uwikłane w tak ciężki dramat.

W Polsce, wyjątkowo mocno doświadczonej i ciągle obolałej z powodu okupacji niemieckiej, szczególnie trudno jest przyjąć do wiadomości, że to chrześcijaństwo właśnie, a nie tylko Niemcy, musi podjąć wyzwanie Holokaustu. Jednak i polski Kościół uczestniczy w procesie reorientacji. Kościół katolicki, tak jak niektóre Kościoły protestanckie, wszedł bowiem na drogę, która może być opisana jako droga teszuwy. Kamienie milowe tej drogi, to: po pierwsze wspomniana deklaracja „Nostra aetate” z 1965 roku, a potem uzupełniające ją dokumenty odpowiedniej komisji watykańskiej: „Wskazówki i sugestie” z 1974 oraz „Żydzi i judaizm w głoszeniu Słowa Bożego i katechezie Kościoła katolickiego” z 1985. Uznają one nie tylko wspólne korzenie, ale i trwającą prawomocność judaizmu, czyli początkują odejście od tzw. teologii zastępstwa, wedle której Kościół zastąpił Izrael, obietnice odnoszą się do Kościoła, a zapowiedzi klęsk – do Żydów. Dokumenty odchodzą też od obarczania „Żydów” jako ogółu za śmierć Jezusa (tzw. bogobójstwo), odżegnują się od antysemityzmu, uznają trwanie Izraela w ziemi Izraela za „znak”. Do tego doszły liczne wypowiedzi Jana Pawła II, nazwanie przez niego antysemityzmu „grzechem” oraz jego spotkania z Żydami, w tym słynna bezprecedensowa wizyta w synagodze rzymskiej w 1986 roku. Nazwał on tam Żydów „starszymi braćmi”, co słusznie zyskało rozgłos. Poza Polską mało kto wie, że to sformułowanie papież zaczerpnął najprawdopodobniej ze szkolnych lekcji polskiego, na których klasa przerabiała „Księgi narodu i pielgrzymstwa” Mickiewicza. Jest to szczególny powód do satysfakcji dla nas, Polaków.

Nowy etap procesu teszuwy nastąpił w ostatnich latach. Zainicjował go Jan Paweł II, który w liście „Tertio millennio adveniente” z 1994 roku zaapelował o rachunek sumienia. Oznaczało to też podjęcie problemu antysemityzmu. W 1997 roku odbyło się w Rzymie sympozjum „Korzenie antyjudaizmu w środowisku chrześcijańskim”. Omawiano tam tło historyczne i komplikacje teologiczne problemu. Sama Zagłada (Szoa) nie znalazła się w centrum uwagi. Za to w marcu 1998 watykańska Komisja ds. Kontaktów Religijnych z Judaizmem ogłosiła dokument „Pamiętamy: refleksje nad Szoa”. W tym tekście został zresztą użyty termin teszuwa: U końca tysiąclecia Kościół katolicki pragnie wyrazić swój głęboki ból z powodu upadków swoich synów i córek, na przestrzeni wszystkich wieków. Jest to akt pokuty („teszuwa”), ponieważ jako członkowie Kościoła jesteśmy powiązani przez grzechy i czyny wszystkich jego dzieci. Dokument ten powstawał jedenaście lat, co wskazuje na zasięg kontrowersji wokół niego. Podejmując kwestię współodpowiedzialności Kościoła, autorzy pytają, czy nazistowskie prześladowania Żydów nie były ułatwione przez antyżydowskie uprzedzenia obecne w umysłach i sercach niektórych chrześcijan. Na to pytanie nie dają zdecydowanej odpowiedzi. Poświęcają wiele miejsca antyhitlerowskim wypowiedziom ludzi Kościoła i tylko pośrednio wspominają, że chrześcijanie nie zawsze działali w sposób, jakiego można było oczekiwać od naśladowców Chrystusa.

Następny ważny tekst katolicki, to obszerny dokument Międzynarodowej Komisji Teologicznej z grudnia 1999 roku „Pamięć i pojednanie: Kościół i winy przeszłości”. Jest w nim przedstawiona przemyślana podstawa teoretyczna i teologiczna podejmowania odpowiedzialności za winy popełnione przez dawniejsze pokolenia. Celem publicznego podjęcia takiej odpowiedzialności jest „oczyszczenie pamięci”. Dla naszego tematu najważniejsze są dwie sprawy. Po pierwsze – kwestia używania przemocy w celu nawracania. Dystansując się od takich praktyk, autorzy widzą tu potrzebę ustalenia prawdy historycznej. Po drugie, bezpośrednio stosunkiem do judaizmu zajmuje się fragment 5.4: „Chrześcijanie i Żydzi”. Jest on w zasadzie streszczeniem tez wspomnianego wyżej dokumentu „Pamiętamy: refleksja nad Szoa” i nic do niego nie dodaje.

Ukoronowaniem procesu rozpoznawania i wyznawania win, szczególnie tych wobec Żydów, jest pamiętna liturgia pokutna Jana Pawła II i jego współpracowników 12 marcu 2000 w Rzymie. W bazylice św. Piotra, na oczach milionów telewidzów, wyznawał grzechy chrześcijan. Wyznawał je Bogu, ale wobec ludzi. Wśród nich grzechy „przeciwko ludowi Izraela”. Zadeklarował zarazem gotowość do „prawdziwego braterstwa a ludem Przymierza”. Było to wydarzenie bezprecedensowe, ukazujące dobrze powagę, z jaką papież traktuje potrzebę kościelnej teszuwy. To nastawienie Jana Pawła II było też widoczne dwa tygodnie później, gdy miała miejsce równie pamiętna wizyta papieża w Izraelu. Dzięki niej Izraelczycy mogli po raz pierwszy przeżyć – dzięki telewizji – doświadczenie tego wymiaru Kościoła, o którym większość z nich nie miała pojęcia.

Na tym nie mogę niestety zakończyć opisu kroków podejmowanych w Watykanie. Kilka miesięcy później doszły dwa fakty, których wymowa jest inna. Po pierwsze dokument autorstwa kard. Josepha Ratzingera „Dominus Iesus”. Choć nie ma tam wprost mowy o Żydach i najwyraźniej był pisany z myślą o innych Kościołach, a nie o judaizmie, to jednak jest mowa o tym, że droga do zbawienia prowadzi tylko przez Jezusa i nie może być dróg równoległych. Ponadto pośrednim odniesieniem się do judaizmu wydaje się podkreślenie przewagi Kościoła katolickiego nad wszystkimi innymi wyznaniami i religiami. Chcę podkreślić, iż jestem świadom, że oba te elementy mogą być różnie interpretowane – albo bardziej ekumenicznie, albo bardziej triumfalistycznie – jednak powszechną uwagę wywołał język deklaracji, sugerujący interpretację antyekumeniczną. Papież podkreślił parę dni później, że nie ma ona negować żadnych osiągnięć ekumenicznych.

Drugim faktem, również z września 2000 roku, jest dokonana przez Jana Pawła II beatyfikacja dziewiętnastowiecznego papieża Piusa IX. Żydzi pamiętają go jako osobę odpowiedzialną za porwanie Edgara Mortary, żydowskiego dziecka, które przedtem zostało potajemnie ochrzczone przez służącą. Jest to wydarzenie tak drastyczne, że żadne inne okoliczności nie mogą zrównoważyć jego wpływu na stosunek do tamtego papieża. Jak w świetle tego rozumieć słowa Soboru i Jana Pawła II, że prawda ma się narzucać „mocą samej tylko prawdy”? Jest smutnym, ale nieuniknionym paradoksem, że beatyfikacja powszechnie cenionego Jana XXIII, dokonana jednocześnie, mniej przyciąga uwagę niż wyniesienie Piusa IX.

Oba wspomniane fakty wskazują, że droga przebywana w ramach procesu opisanego tu jako teszuwa, nie prowadzi w jednym tylko kierunku. Wracają tradycyjne problemy: przekonanie, że „poza Kościołem nie ma zbawienia”, że judaizm nie jest wartością porównywalną z chrześcijaństwem, że nawracanie pod presją nie jest wykluczone.

Jak rozumieć te sprzeczne sygnały? Niektórzy zauważają, że może jest to uogólnienie praktyki spowiedzi: po spowiedzi i akcie pokuty konto jest czyste. Można więc nie przejmować się zanadto. Nie mnie sądzić, czy to jest trafna sugestia, czy tylko złośliwość wobec katolicyzmu. Jedno jest natomiast jasne. Imponujący wysiłek dokonany przez Kościół w celu reorientacji stosunku do Żydów i nauczania o judaizmie nie jest pojedynczym aktem. Teszuwa jest procesem, który musi być zakrojony na długą metę.

Żydowskie reakcje

Jak na kolejne akty kościelnej teszuwy odpowiadali Żydzi? Według rabina Michaela Signera widać było powtarzającą się choreografię: Najpierw dialog, potem oświadczenie watykańskiej Komisji ds. Kontaktów Religijnych z Judaizmem, a potem kakofonia głosów żydowskich. Jedni mówią: „to nie dosyć!”, a inni: „poszliśmy nieco dalej na naszej drodze; kontynuujmy ją!”.

W „Nostra aetate” nie było nic o Szoa ani o związkach Żydów z ziemią Izraela. Podobnie we „Wskazówkach” z 1974 r. – narzekali niektórzy. A jednak były to przełomowe kroki, które afirmowały wartość dialogu i postulowały szacunek dla judaizmu – odpowiadali inni. W dokumencie z 1985 r. jest wzmianka o ziemi i państwie Izraela. Ale co z tego, skoro Watykan nie chce ustanowić normalnych stosunków dyplomatycznych z Izraelem – mówili sceptycy. Trudno im się dziwić, bo wciąż przypominało im się spotkanie Piusa X z Teodorem Herzlem. Papież odmówił wtedy poparcia idei syjonistycznej i rzekł: Żydzi nie uznali naszego Pana, więc my nie możemy uznać narodu żydowskiego. [.] Gdy zdołają postawić stopę na tej niegdyś obiecanej ziemi, misjonarze Kościoła będą tam w gotowości, by ich ochrzcić. A przecież po następnych dziesięciu latach Watykan ustanowił pełne stosunki! Proces uznania prawomocności żydowskiej tradycji postępuje naprzód.

Na oficjalne odniesienie się do Zagłady trzeba było czekać jeszcze dłużej, choć trzeba pamiętać o wypowiedziach Jana Pawła II, który od pierwszej podróży do Polski w 1979 roku mówił o tragedii Żydów, którą przecież znał z osobistego doświadczenia. Dokument o Szoa, „Pamiętamy”, zrodzony w 1998 r. wśród kontrowersji, jest mało zadowalający. Jest w nim zawarte w zasadzie usprawiedliwienie Kościoła wobec oskarżeń o wspólnictwo w Zagładzie. Nie została w ogóle podjęta kwestia milczenia Kościoła wobec ludobójczo antysemickiej ideologii hitlerowskiej. Nie cytuje się żadnych faktów, wysuwanych przeciwko Piusowi XII. W ogóle bardzo słabo przedstawiony jest obraz win chrześcijan. Dokument „Pamięć i pojednanie” z 1999 cytuje tylko tamten poprzedni. Pytanie, czy chrześcijanie udzielili wszelkiej możliwej pomocy, jest niezadowalające, nawet jako figura retoryczna. Pytanie, czy nazistowska Zagłada nie została ułatwiona przez antyżydowskie uprzedzenia obecne w umysłach i sercach niektórych chrześcijan, nie stawia właściwego problemu, jakim jest przygotowanie gleby pod Zagładę przez stulecia nauczania i praktyki chrześcijańskiej w Europie. Ale mimo wszystko oba dokumenty są krokiem naprzód, bo jednak stawiają problem. I zaczynają proces oficjalnie sankcjonowanej refleksji.

Podobnie jest z ceremonialnym wyznaniem win, dokonanym w marcu ubiegłego roku. Sformułowania tam użyte są powściągliwe, mówi się np. o „przysporzeniu cierpień” Żydom. Odniesienie do antysemityzmu w Kościele jest uczynione językiem, w którym nie tylko nie używa się słowa „antysemityzm”, ale nawet słowa „Żydzi” (mowa jest o „potomstwie Abrahama”). Nie ma wzmianki o żadnych konkretnych wydarzeniach. Dlatego od razu pojawiły się żydowskie głosy zawodu, że zmarnowano okazję, by powiedzieć coś o Zagładzie. A jednak te powściągliwe i wyważone słowa są istotne, bo wzywały do pokuty, poszukiwania przebaczenia i przebaczania. A to jest równie trudne, co potrzebne nam wszystkim. Doceniły to w wydanych komunikatach stowarzyszenia amerykańskich rabinów reformowanych i konserwatywnych, w sumie grupujące około trzy tysiące rabinów. Oficjalnie wyraziły wdzięczność Janowi Pawłowi II za nauczanie szacunku dla judaizmu i za wyznanie win oraz prośbę o wybaczenie; wezwały swoich członków, by włączali się w pogłębiony dialog i wspólnotę z naszymi katolickimi bliźnimi.

Zastrzeżenia i pretensje, nawet uzasadnione, nie powinny przysłonić zasadniczego faktu: Kościół dokonał niezwykłego, imponującego postępu. Przewartościował swoje nauczanie. Żydzi – ulubiony teologicznie i społecznie negatywny punkt odniesienia – nagle zaczęli być traktowani jako partnerzy. Mimo wszelkich meandrów jest to osiągnięcie zdumiewające. O jego rewolucyjności najlepiej świadczy fakt, że w deklaracji „Nostra aetate” nie ma żadnych odnośników do wcześniejszych dokumentów kościelnych. Jest to rzecz niebywała: każdy inny dokument Soboru powołuje się na poprzednie teksty. Czy da się wskazać inne podobne przedsięwzięcia? Nie sądzę. Sposób, w jaki Jan Paweł II sformułował, i – co ważniejsze – realizuje wezwanie do rachunku sumienia, jest chyba bez precedensu i może być wzorem dla innych. Jak mówi rabin Harold Schulweis: Badanie przez dowolną wspólnotę wiary swojej ciemniejszej strony może być określone tylko jako heroizm. Jak często, ba czy kiedykolwiek, przywódcy religijni publicznie wyznawali grzechy swoich wiernych i wzywali do bolesnego przewartościowania swych słów i czynów wobec ludzi innej wiary?

We wprowadzeniu organizatora rzymskiego sympozjum z 1997 r., „papieskiego teologa”, o. Georges’a Cottiera, pojawia się problem, który jest stale kością niezgody pomiędzy ludźmi Kościoła a tymi, którzy patrzą na Kościół od zewnątrz. Chodzi o kontrast, który istnieje pomiędzy świętością Kościoła Chrystusowego a grzechami jego dzieci.

Kluczem do przebaczenia jest, jak to sformułował papież na Placu św. Piotra, „rozeznanie win”. O czym myślimy, mówiąc o winie Kościoła? Autorzy dokumentu z 1999 roku myślą o pojedynczych członkach Kościoła. Podobnie papież. Wedle oficjalnej interpretacji chodzi o winy ludzi Kościoła, a nie o winy Kościoła. Kościół jako taki jest z założenia bezgrzeszny. Za „antyświadectwo i zgorszenie” odpowiedzialne są poszczególne osoby, może też i księża, ale Kościół tylko pośrednio, w konsekwencji grzechów tych osób. Ten nacisk na winy jednostki papież tłumaczył w sposób, który brzmi dla mnie przekonująco: Grzech jest [.] zawsze osobisty, [.] sytuacje „grzechu społecznego” [.] są jednocześnie owocem, nagromadzeniem i zbiorem wielu grzechów osobistych. Lecz tu pojawia się problem: czy w tej perspektywie jest do pomyślenia wskazanie na winę nie osób, ale oficjalnego nauczania Kościoła? Oczywiście oficjalne nauczanie było przez kogoś sformułowane, a potem rozprzestrzeniane i w tym sensie jest produktem jednostek. Jednak oficjalne nauczanie, i to nie coś z marginesu zainteresowań Kościoła, ale w sprawach zasadniczych, o których uczy się wszystkich, to więcej niż błędy jednostek.

Jest bezsporne – i uznają to różni myśliciele będący wewnątrz Kościoła (katolickiego i innych) – że przez stulecia Kościół uprawiał w stosunku do Żydów „nauczanie pogardy”. Nie jest dla mnie jasne, czy może to być uznane oficjalnie w perspektywie zarysowanej w omawianych dokumentach. „Pamięć i pojednanie” zawiera naprawdę godną uznania subtelną analizę, dzięki której możemy rozróżniać pomiędzy działaniem Kościoła jako wspólnoty wiary a Kościołem jako instytucją społeczną – w szczególności zaś: działaniem władz w czasach, gdy Kościół faktycznie rządził czy współrządził. Dokument przestrzega przed zbyt łatwym osądzaniem protagonistów przeszłości przez sumienie aktualne. Rozumiem też dobrze, że należy odróżnić grzeszników w Kościele od Kościoła jako całości, utrzymywanego w świętości przez Ducha Świętego.

Co więcej, dostrzegam tu analogię w tradycyjnej żydowskiej wizji sytuacji Żydów, czyli misji Izraela. Świętość Kościoła, otrzymana „z daru Bożego”, która gwarantuje ciągłość posłania ludu Bożego aż do końca czasu – to dokładny odpowiednik naszej wizji świętości Izraela. Uzasadnienie jest inne co do szczegółów (w dokumencie mowa o „posłaniu Syna i Ducha”), ale tożsame w podejściu. Nie jest to oczywiście dziwne, bo źródła są te same. Budzi też tradycyjne zastrzeżenia: ktoś podszywa się pod naszą misję. Ja uważam, że absolutnie można i należy przezwyciężyć ten zarzut uzurpacji. Mam też poczucie, że taki dokument może czegoś nauczyć Żydów: my też przecież zmagamy się z analogicznym problemem relacji między świętością Izraela a jakże częstym brakiem świętości poszczególnych dzieci Izraela. Powiedziawszy to wszystko, nie mogę nie dodać, że jednak ja, pozostając z zewnątrz, patrzę na Kościół jako na instytucję, która jako całość tak często była dla Żydów zagrożeniem.

W gruncie rzeczy tradycyjny żydowski stosunek do Kościoła był raczej odwrotny: Kościół jako taki był zagrożeniem, a niektórzy jego członkowie byli mimo to życzliwi lub przyjacielscy. To się zmieniło, choć nie wszędzie i nie dla wszystkich. Muszę powiedzieć ze wstydem, że w szkołach izraelskich nauczanie o Kościele nie wykracza poza okres II wojny światowej. Nie ma nic o Soborze i zmianach tam uczynionych. Było tak w każdym razie przed wizytą papieską. Mam nadzieję, że dzięki niej nastąpi zmiana.

Żydowska odpowiedź

Wielu działaczy żydowskich powściągliwie lub nawet negatywnie reaguje na wysiłki Kościoła, oceniając je jako zbyt skromne. Niektórzy, np. rzecznicy Światowego Kongresu Żydów, wskazują tylko na te kroki, które bulwersują Żydów, takie jak kolejne kanonizacje i beatyfikacje: Edyta Stein, Pius XII, Pius IX. Winni są swoistego negatywizmu, co skłoniło kard. Cassidy’ego do stwierdzenia, że może już lepiej nic nie robić, niż narażać się na stałe pretensje. Rozumiem to rozgoryczenie, choć muszę dodać, iż niedawne fakty (beatyfikacja Piusa IX i ton oświadczenia „Dominus Iesus”) utrudniły sytuację żydowskim zwolennikom dialogu. Rzymski rabin Toaff wycofał się nawet z planowanego na 3 października spotkania w ramach Dnia Dialogu chrześcijańsko-żydowskiego. Jednak w moim przekonaniu jesień roku 2000 została zdominowana przez zupełnie inną żydowską odpowiedź na zmiany w Kościele.

Wbrew pretensjom i negatywizmowi 10 września 2000 r. została ogłoszona deklaracja „Dabru emet: żydowskie oświadczenie na temat chrześcijan i chrześcijaństwa”. Przygotowywana od kilku lat, podpisana przez 170 osób, które można najogólniej określić jako żydowskich teologów, głównie z Ameryki Północnej i z Wysp Brytyjskich, bez zastrzeżeń chwali Kościół za zmianę oficjalnej postawy wobec Żydów: jest czas, aby Żydzi poznali wysiłki czynione przez chrześcijan, by wyrazić szacunek dla judaizmu.

Co więcej, oświadczenie apeluje do Żydów: jest czas, by Żydzi zastanowili się, co judaizm ma teraz mówić o chrześcijaństwie. Autorzy proponują osiem tez. Hebrajski tytuł „Dabru emet” znaczy „Powiedzcie prawdę”. Jest to cytat z Księgi Zachariasza (8,16): Mówcie prawdę jeden drugiemu. Chodzi o prawdę o pozytywnych cechach chrześcijaństwa – i to właśnie z żydowskiej perspektywy; o przezwyciężenie widzenia chrześcijaństwa wyłącznie przez pryzmat wielowiekowego „nauczania pogardy” i kościelnych prześladowań. Oświadczenie w zasadzie pomija te, dobrze skądinąd znane, fakty. Uważam to za jego wielką zaletę. Podejście autorów oświadczenia dowodzi możliwości wzniesienia się ponad postawę wyznaczoną przez urazy. Jestem przekonany, że jest to potrzebne, choć nie chodzi oczywiście o zapominanie o tych złych kartach.

Cztery pierwsze tezy o chrześcijaństwie są konsekwencją wspólnych źródeł: ten sam Bóg, wspólna Biblia hebrajska, wspólne biblijne założenie, że człowiek to obraz Boga, oraz oparte na Biblii zrozumienie, że Żydzi mają szczególne prawa do Ziemi Obiecanej, czyli Ziemi Izraela. Chodzi tu o wspólnotę pomimo różnic. A głębokie różnice zachodzą oczywiście w każdej z wymienionych kwestii: z żydowskiego punktu widzenia nie do przyjęcia jest, że Bóg według chrześcijan jest troisty, teksty biblijne są interpretowane chrystocentrycznie, trwa kult świętych obrazów, który kojarzy się z idolatrią. To nie likwiduje jednak nie mniej głębokiego pokrewieństwa. Chodzi też o coś więcej niż o fakt wspólnoty. Podstawowe żydowskie kategorie, a więc Bóg Abrahama, Tora i prorocy, Ziemia Obiecana, niewłaściwość bałwochwalstwa, są dzięki Kościołowi, a ściśle biorąc – Kościołom, poznawane przez setki milionów ludzi na całej kuli ziemskiej. Piąta teza mówi, że hitleryzm (nazizm) nie był zjawiskiem chrześcijańskim. Szósta – o różnicach pomiędzy obiema tradycjami, które nie będą przezwyciężone aż do obiecanych w Piśmie czasów ostatecznych. Co więcej powiedziane jest, że tak jak Żydzi odnoszą się do Boga przez Torę, tak chrześcijanie czynią to „poprzez Jezusa Chrystusa”.

Siódma teza ma uspokoić Żydów. Autorzy widzą groźbę religijnej i kulturowej asymilacji, ale podkreślają, że przyjacielskie stosunki z chrześcijanami nie wpłyną na wzrost asymilacji lub redukcję żydowskich praktyk. Moje doświadczenie potwierdza tę opinię. Ostatnia teza oświadczenia dotyczy potrzeby współpracy Żydów, chrześcijan i innych wspólnot wiary dla dobra wszystkich w danym nam świecie.

Na szczególną uwagę zasługuje teza piąta i szósta. Teza, że nazizm nie był zjawiskiem chrześcijańskim sugeruje niewinność Kościoła – mówią krytycy. Chrześcijaństwo przygotowało grunt pod hitleryzm, więc związek między nimi istnieje. Wśród krytyków są i tacy, którzy aprobują pozostałe tezy, ale – jak rabin James Rudin – nie chcieli podpisać deklaracji właśnie z powodu nieadekwatnego ujęcia problemu chrześcijańskiego uwikłania w Zagładę. Na to słyszą odpowiedź, że nazizm nie jest nieuniknionym rezultatem chrześcijaństwa. Oponenci uważają jednak, że należy mówić o „realnym chrześcijaństwie”, które, owszem, doprowadziło do faszyzmu i hitleryzmu, a nie o jakimś idealnym chrześcijaństwie, które byłoby ostro od tamtych zjawisk oddzielone.

W moim przekonaniu ta dyskusja pokazuje kluczowy problem: albo widzi się głównie, a nawet wyłącznie, „realne chrześcijaństwo” i historyczny Kościół, albo widzi się „autentyczne chrześcijaństwo” i jego z konieczności wyidealizowane podstawy. Od tego zależy stosunek do omawianej tezy o nazizmie, a także do wielu innych. Już w średniowieczu niektórzy rabini mówili: chrześcijanie czczą świętych, ale to jest ich szczególna forma odnoszenia się do prawdziwego Boga. Inni zaś: to jest kult poszczególnych osób, czyli bałwochwalstwo.

W tezie szóstej autorzy całkowicie symetryczne potraktowali obie religie. Chrześcijanie zasługują na taki sam religijny szacunek jak Żydzi za to, że służą Bogu poprzez swoją tradycję. Nie pomimo tego, ale za to! Warto to zestawić z deklaracją „Dominus Iesus”. Jej język jest zupełnie inny. Podkreśla, że tylko Kościół katolicki posiada pełną prawdę. Nie jest to nic nowego, a przy odpowiedniej interpretacji podobną tezę wygłosiłaby chyba każda religia, jednak użyty język jest odwrotnością sformułowań zawartych w „Dabru emet”. W watykańskim dokumencie mowa jest też, że droga do zbawienia prowadzi tylko przez Jezusa i nie może być dróg równoległych, a równie cennych. I to jest odwrotnością tezy, że są właśnie równocenne drogi: żydowska przez Torę i tradycję judaizmu oraz chrześcijańska poprzez osobę Jezusa i tradycję Kościoła.

Jak wielu Żydów reprezentuje postawę wyrażoną w oświadczeniu? Po raz pierwszy wspólnym głosem mówi znaczna i znacząca grupa rabinów i intelektualistów. Wśród 170 pierwotnych sygnatariuszy jest wielu rabinów reformowanych i konserwatywnych oraz kilku ortodoksyjnych, którzy od dawna uczestniczą w dialogu międzyreligijnym. Autorami oświadczenia są czterej profesorowie amerykańskich uniwersytetów (w tym jedna kobieta). Inicjatywę koordynuje Instytut Studiów Chrześcijańskich i Żydowskich w Baltimore. W końcu września było już prawie 200 podpisów, w tym i mój.

Oczywiście jest to tylko grupa jednostek. Nie można oczekiwać wiele więcej. Nie ma bowiem organizacji, która mogłaby mówić w imieniu wszystkich Żydów, a nawet wszystkich religijnych Żydów, a nawet tylko tych, którzy przynależą do jednego z nurtów judaizmu. Jednak ci, którzy podpisali deklarację, to grupa znacząca. Co więcej, mam poczucie, że jest to tylko wierzchołek góry lodowej. Na pewno tysiące poważnych Żydów myślą podobnie. Tak jak deklaracja „Nostra aetate” wyraziła nową postawę, a zarazem zaczęła kształtować nowe postawy, tak i „Dabru emet” ułatwi Żydom pozytywne mówienie o chrześcijaństwie i wpłynie na przyspieszenie ewolucji postaw wielu osób.

Rabin Irving Greenberg zauważa, że tak jak ewolucja Kościoła jest świadectwem jego siły, tak paradoksalnie to oświadczenie z jego afirmacją chrześcijaństwa pokazuje żywotność judaizmu, jego potencjał naprawy.

Polskie dokonania

Polska i polski Kościół, a także my – polscy Żydzi, również uczestniczymy w tym wielkim dramacie ostatnich dziesięcioleci.

Bezprecedensowy był list pasterski Episkopatu Polski z 30 listopada 1990 r. Zawierał on po raz pierwszy tak pełne – i przedstawione oficjalnie z ambon (w styczniu 1991) jako głos całego Kościoła – przedstawienie posoborowej reorientacji nauczania katolickiego na temat Żydów i judaizmu. Mówił więc, że Bóg nie cofnął narodowi żydowskiemu Swego wybrania. Podkreślenie żydowskich źródeł Kościoła i zbieżnych z judaizmem oczekiwań eschatologicznych daje głęboką i mocną podstawę potępieniu antysemityzmu. Co więcej, list zawierał również odniesienia do najnowszej historii Polski, m.in. do Zagłady i okresu powojennego.

Biskupi przeciwstawili się samozadowoleniu w myśleniu o stosunku do Żydów w okupowanej Polsce i napisali o pozostającym „na zawsze wyrzucie sumienia” i wyrazili prośbę o przebaczenie. Polskiej opinii szczególnie potrzebne były, i zresztą są nadal, słowa biskupów, że komuniści żydowskiego pochodzenia byli motywowani ideologią komunistyczną, a nie pochodzeniem lub religią. Faktycznie, ideologia ta od każdego wymagała zerwania z tradycją. Dodam, że o ile oskarżanie Żydów o „sprowadzenie komunizmu” jest absurdalne, o tyle wyzwaniem moralnym dla Żydów jest, moim zdaniem, liczba Żydów-komunistów, a szczególnie fanatyczny, quasi-religijny sposób zaangażowania niektórych z nich.

Oczywiście ten list był aktem ważnym, ale z mojego punktu widzenia niepełnym. Autorzy zdecydowanie osłabili wymowę swej prośby o wybaczenie, pisząc, że potrzeba prosić o przebaczenie, choćby tylko jeden chrześcijanin mógł pomóc, a nie pomógł lub szkodził. Sugeruje to, że tylko nieliczne jednostki postąpiły nagannie. Tymczasem obojętność była częsta, przeważała. A szkodzenie nie było aż tak wyjątkowe – o czym poniżej. Sądzę, że dla odbiorcy dokumentu określenie „choćby jeden” stwarza podstawę do zbagatelizowania zjawiska.

Były kościoły, w których listu nie odczytano, co samo w sobie świadczy o jego przełomowym charakterze. List, który spowodował wiele bardzo pozytywnych komentarzy za granicą, nie wywołał w Polsce wielkiego echa. Potem raczej doń nie nawiązywano. Wydaje się, że większość szybko o nim zapomniała. Doniosły krok został jednak uczyniony.

Teraz wiele z tez nowego nauczania o Żydach jest szeroko znanych. Choć liczni katolicy je ignorują, nikt nie może udawać, że nie słyszał, iż antysemityzm jest grzechem. Polska Rada Chrześcijan i Żydów wydała książeczkę dla katechetów przedstawiającą główne punkty posoborowego nauczania oraz ten list Episkopatu. Żydowskość Jezusa jest raczej znana, choć – jak mawia ks. Michał Czajkowski – trudniej jest polskim katolikom zaakceptować żydowskość Marii, królowej Korony Polskiej.

Istnieje stały Komitet Episkopatu zajmujący się dialogiem z judaizmem. Organizuje on między innymi 17 stycznia doroczne obchody Dnia Judaizmu, które są lekcją szacunku. Atmosfera uległa radykalnej zmianie: zainteresowanie judaizmem wśród młodzieży, a także kleryków, jest czymś zwyczajnym. Nie musi to łączyć się z rozpoznaniem win wobec polskich Żydów. Jednak niektóre z licznych imprez popularyzujących kulturę żydowską mają w tle poczucie, że Żydów brakuje; czasem pojawia się nawet świadomość, że historia ich wymordowania zawiera trudne wyzwania.

Nowym, godnym uwagi, dokumentem jest zaakceptowany przez biskupów list Rady Episkopatu Polski ds. Dialogu Religijnego z 25 sierpnia 2000. Powstał on w wyniku długich dyskusji, poprzedzony był – jak większość tego rodzaju dokumentów – różniącymi się od ostatecznego tekstu wersjami roboczymi. Niewątpliwie jest to podjęcie żmudnego wysiłku oczyszczania pamięci. Najdłuższy fragment jest poświęcony postawom wobec Żydów. Przypomniawszy, że lud Izraela jest powołany „wezwaniem nieodwracalnym”, list nawiązuje do niedawnej wypowiedzi prymasa Glempa, w której znalazła się m.in. prośba o przebaczenie za postawę tych, którzy lekceważą osoby innych wyznań lub tolerują antysemityzm. Potem mowa jest o grzechach z czasów Zagłady, a mianowicie: obojętności i wrogości wobec Żydów. Dalej jest mowa o potrzebie przezwyciężania antyżydowskości, antyjudaizmu i antysemityzmu. Wreszcie – że w równym stopniu trzeba przezwyciężać antypolonizm i antychrystianizm. Uważam, że najważniejszą nowością jest wspomnienie o „wrogości”. Nie ma tu przykładów, ale i tak wykracza to daleko poza dotychczasowe sformułowania. Otwiera możliwość spojrzenia na tematy, które w zasadzie stanowią tabu.

Ktoś może spytać: czy jest oficjalna odpowiedź polskich Żydów na ten list? Otóż poza ogólnym wyrażeniem satysfakcji – nie. Choć jest nas mało, różnimy się w ocenach, więc przygotowanie merytorycznej odpowiedzi musi również zająć wiele czasu. Natomiast nie powstrzymam się, by powiedzieć, że moim zdaniem jest tytułem do zadowolenia dla nas wszystkich, i po prostu dla Polski, że tłumaczenie na język polski oświadczenia „Dabru emet” jest pierwszym na świecie przekładem opublikowanym w wielkim nakładzie (w „Gazecie Wyborczej”).

Polskie wyzwania

Dokumenty, osiągnięcia – to wszystko początek drogi, a nie koniec. Czy w Polsce jest mniej antysemityzmu? Nie, powie wielu Żydów, bo co chwilę słyszymy o Żydach, którzy rzekomo zapełniają ławy rządowe albo boisko piłkarskie na połowie przeciwnika. Co więcej, autorzy licznych pisemek mówią o „żydowskim zagrożeniu” takim językiem, jakby nic nie zmieniło się w wyniku wojny, jakby nadal były w Polsce miliony Żydów. Zagłada nie wywołała u nich zmiany nastawienia. I czy na pewno w towarzystwie nie wypada się afiszować antysemityzmem? Jednak na pewno znacznie trudniej jest teraz afirmować jednocześnie antysemityzm i nauczanie Kościoła. Mimo to jesteśmy raczej u początku drogi niż u jej końca.

Dobrym, choć drobnym przykładem jest głośna ostatnio sprawa obrazu w katedrze w Sandomierzu. Obraz przedstawia rzekomy mord rytualny. To nie tylko fałsz, to przedstawienie motywu, który służył jako pretekst do napaści na Żydów. Oskarżenie o rzekome zabijanie prowadziło do prawdziwego zabijania. Żydów. Kościół lokalny, mimo wielokrotnych prób interwencji, nie chce usunięcia obrazu. Niektórzy motywują to względami estetycznymi, co można zrozumieć. Jednak nie wiem, czym motywowany jest brak odpowiedzi na propozycję skromniejszego rozwiązania: umieszczenia tabliczki z wyjaśnieniem. Polska Rada Chrześcijan i Żydów jest gotowa to uczynić. Sprawa stała się bardzo dobrze znana w Polsce oraz poza Polską: izraelskie wycieczki przyjeżdżają tam specjalnie na lekcję poglądową z historii antysemityzmu. Polscy krytycy, np. ks. Stanisław Musiał, uważają, że obraz nadaje się tylko do muzeum antysemityzmu. Natomiast wierni są niezadowoleni, że ktoś z zewnątrz wtrąca się do urządzenia wnętrza kościoła, a niektórzy przewodnicy po katedrze twierdzą, że mord rytualny miał miejsce, bo dokonała go „jakaś żydowska sekta.” Lokalne władze kościelne milczą. Jednak udawanie, że sprawy nie ma, nic nie rozwiąże. „Oczyszczanie pamięci” okazuje się niełatwe nawet w pozornie prostych przypadkach.

Jesteśmy w Polsce w szczególnej sytuacji. To my jesteśmy miejscem Szoa. Chcemy, czy nie. Podejrzewam, że najbardziej znaną na świecie nazwą polskiej miejscowości jest. Auschwitz. Stąd trudność, a zarazem znaczenie dialogu chrześcijańsko-żydowskiego w Polsce.

W liście Rady Episkopatu z sierpnia 2000 jest nadzieja, że „możemy odważnie wkroczyć na drogę” budowania nowej przyszłości. Odwaga jest jeszcze dzisiaj potrzebna polskim katolikom do stanięcia twarzą twarz z rzeczywistością Zagłady i jej konsekwencji.

W dokumencie „Pamiętamy.” jest powiedziane, że Kościół głęboko żałuje błędów i upadków tych synów i córek Kościoła, którzy zawinili – czym? Nie wiemy jak wielu chrześcijan w krajach okupowanych lub rządzonych przez nazistów i ich sprzymierzeńców było przerażonych zniknięciem ich żydowskich sąsiadów, a jednak nie byli oni w stanie podnieść głosu w proteście. Przerażeni – ale nie byli w stanie. Gdybyż to tylko o to chodziło! Nie za to mają pretensje do chrześcijan Żydzi, którzy pamiętają obojętność, a także wrogość (o której mowa w liście Rady Episkopatu Polski), wreszcie – zadowolenie, że Hitler załatwił problem żydowski. Wiele osób pamięta tłumioną lub otwartą satysfakcję, że Żydzi znikli z miasteczka i można przejąć ich domy. Tysiące domów i sprzętów zostało przejętych przez sąsiadów. Ile? Nie wiemy, bo nikt nie robił szacunków, historycy nie badali zakresu zjawiska przejmowania własności pożydowskiej. A tym bardziej – zasięgu powojennej wrogości wobec niedobitków, którzy wracali do swoich domów. Wielu z nich musiało uciekać. Niektórzy zostali zamordowani.

Nie mamy pełnego obrazu sytuacji. Ogół Polaków nie ma o tych faktach wyobrażenia. To jest nadal temat tabu. Zaiste nie wiemy, „jak wielu chrześcijan” w Polsce było winnych owych postaw. Jednak jest to część rzeczywistości, której nie można pominąć, jeśli proces teszuwy i pojednania ma się rozwinąć. Ale nie to jest najtrudniejsze. Polscy chrześcijanie byli nie tylko świadkami Zagłady. Bywali nie tylko jej beneficjentami. Są przypadki, gdy byli jej sprawcami.

W maju 2000 roku ukazała się książka o zagładzie Żydów w Jedwabnem („Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa), był też obszerny artykuł Andrzeja Kaczyńskiego w „Rzeczpospolitej”; są również relacje Agnieszki Arnold w dokumentach filmowych. Minęło niemal pół roku – i nic się nie dzieje. A w każdym razie nic na miarę sprawy.

Przypomnijmy: w lipcu 1941 roku w ciągu jednego dnia ludzie z Jedwabnego wymordowali swoich żydowskich sąsiadów. Ponad 1600 osób. Pod okiem Niemców, ale nie z ich rozkazu. Niemcy nie uczestniczyli. Mordercy nie mogli podołać zadaniu używając siekier i tym podobnych sprzętów, więc spędzili Żydów do stodoły i ją spalili.

O tym wiedzieli wszyscy w miasteczku. Wszyscy to widzieli, słyszeli, czuli. Nie wyobrażam sobie, by w jakimkolwiek domu nie był to temat rozmów. Rozmowy przy kuchennym stole trwają zapewne do dziś. Jednak nigdy nie stało się to tematem publicznych rozważań. Ani rekolekcji w kościele. Ani refleksji miejscowego duchowieństwa. Przez ponad pięćdziesiąt lat nie postawiono pomniczka ku czci ofiar, na którym byłaby chociaż aluzja do faktów, choćby cień strasznej prawdy.

Prawda była zbyt straszna, by jej spojrzeć w oczy. Sprawa nie weszła do polskiej świadomości historycznej. Historycy o niej nie pisali. Nikt nie śmiał zapytać, czy jest to całkowity wyjątek, czy może nie. Co, jeśli nie? A co, jeśli tak? Jakie szczególne okoliczności zaistniały w Jedwabnem? Winni są tylko niektórzy. Młodsze pokolenia siłą rzeczy są tylko pośrednio związane z tragedią. Ale milcząc, jest się winnym wspólnictwa. Wtedy było na pewno bardzo trudno przeciwstawić się mordercom, za którymi stały władze miasta. Ale potem? Po kilku latach? Po kilkudziesięciu? Atmosfera PRL utrudniała takie kroki. Ale i przez dziesięć lat po końcu PRL nic się nie działo. Nie wyrażono solidarności z ofiarami, poczucia hańby. Nie było takich uczuć? Wtedy niektórzy Żydzi zostali uratowani przez chrześcijan. Sąsiedzi nie wyrazili im wdzięczności. Czy jej nie odczuwali? O czym świadczy milczenie wokół tragedii?

To milczenie jest wyzwaniem moralnym. A poza tym jest po prostu niedobre dla Polski. Jeszcze chwila, a mord w Jedwabnem stanie się powszechnie znany na świecie. Stanie się symbolem, który może przyćmić pogrom kielecki. Jeśli nie zostanie uczynione nic, co pokaże światu, że to wyzwanie nie jest bagatelizowane, to wtedy winni będziemy my wszyscy. I słusznie będą zarzucać z zagranicy, że Polacy nie są w stanie sami podjąć bolesnych spraw ze swojej historii, że muszą to robić cudzoziemcy. Budzi nadzieję fakt, że ostatnio wykazują dobrą wolę niektóre osoby z obecnych władz miasta i z rządu polskiego, że odbyło się w tym roku pokutne nabożeństwo i spotkanie historyków w MSZ. Jednak jest to o wiele za mało. Rzecz nie dotarła do wiadomości publicznej w Polsce i na świecie. Z kolei to, że do sprawy ma wrócić Instytut Pamięci Narodowej, że winę mają badać sędziowie – to dobrze, ale nie może to zwalniać nas wszystkich z odpowiedzialności za prędkie działanie. Prędkie – to znaczy szybciej niż w lipcu 2001, w okrągłą rocznicę mordu. Do tego czasu wyjdzie książka Grossa po angielsku i zapewne ukażą się dziesiątki recenzji.

Co należy uczynić? Mam przekonanie, że można przezwyciężyć milczenie i zrozumiałą skądinąd obawę przed publicznym rozważaniem haniebnych wydarzeń. Potrzebne jest jednocześnie wsparcie duchowe i psychologiczne dla tych ludzi z tego miasteczka, którzy rozpoczną trudny i bolesny proces konfrontacji z tym strasznym ciężarem, obecnym w ich historii. Na długotrwałą pracę u podstaw nie ma już czasu. Uważam, że potrzebne jest uroczyste uznanie prawdy i złożenie hołdu ofiarom mordu w Jedwabnem – publicznie i otwarcie. I żeby było jasne, iż chodzi o działanie w imieniu całej Polski, niechaj odbędzie się to na najwyższym szczeblu: z udziałem prymasa, prezydenta i premiera. Jeśli to się uda, polski dialog chrześcijańsko-żydowski odnotuje sukces. Kościelna teszuwa przyniesie owoce. Tak czy inaczej jest ona zadaniem na lata.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Nie chcę tworzyć wrażenia, że tylko Kościół stoi przed potrzebą skruchy. Odnosi się to do nas wszystkich, w tym do Żydów jako zbiorowości. Jeśli chodzi o jednostki, to my wszyscy musimy jednakowo pracować nad przezwyciężaniem urazów i związanych z nimi uczuć nienawiści. Jeśli chodzi o Żydów jako zbiorowość, to choć oczywiście nie było wydarzeń obciążających w sposób porównywalny do tragedii w Jedwabnem, to jednak Szoa uwypukliło wyzwanie, które rabin Irving Greenberg ujął następująco: Ostatecznym probierzem uczciwości judaizmu w odpowiedzi na Holokaust jest to, czy potrafi się oczyścić z postaw wywołujących nienawiść oraz czy potrafi zneutralizować te klasyczne teksty, które mogą rodzić pogardę dla innych.

_________________________
Stanisław Krajewski – ur. 1950. Pracownik Wydziału Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Członek Zarządu Związku Gmin Żydowskich w Polsce, współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, członek Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej. Autor książki „Żydzi, judaizm, Polska”. Mieszka w Warszawie.

* Jest to pełna wersja tekstu, którego skrót wygłoszony został 5 października 2000 r. w Warszawie, w Domu Literatury, na sesji z udziałem abp. Józefa Życińskiego, zorganizowanej przez Stowarzyszenie „Otwarta Rzeczpospolita”, „Więź” i Pen-Club. Tekst wystąpienia abp. Życińskiego opublikujemy w jednym z najbliższych numerów „Więzi”.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.