Jesień 2020, nr 3

Zamów

Na pograniczu wiary i wątpienia

Martin Buber przytacza taką oto opowieść chasydzką: W Przypowieściach ojców powiedziano: Kto jest mędrcem? Ten, kto uczy się od wszystkich ludzi, tak jak napisano: „Od wszystkich moich mistrzów pozyskałem wiedzę”. Dlaczego więc nie powiedziano: „Ten, kto uczy się od każdego nauczyciela?” Rabbi Michał wyjaśnił: „Mistrzowi, który wypowiedział to zdanie, chodziło o to, aby wyraźnie podkreślić, że uczyć się trzeba nie tylko od tych, co są nauczycielami, lecz od każdego człowieka. Także od prostaka, a nawet od złoczyńcy można się dowiedzieć, jak postępować w życiu”.

Gdy w ubiegłym roku otrzymałem propozycję z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, żeby wygłosić odczyt o „duszpasterstwie zagubionych”, pomyślałem sobie, że muszę powiedzieć przede wszystkim o tym, czego się od takich osób nauczyłem1. Uznałem, że to będzie bardziej prawdziwe niż monolog księdza o tym, jak postrzega sam siebie. Nie był to zatem referat z pretensjami do wyjaśnienia całości problemu, ale raczej sprawozdanie z osobistego doświadczenia.

Kłopot miałem już z samym określeniem „zagubieni”. Czy jest ono odpowiednie? A może inaczej: poszukujący, wątpiący, zranieni, zniechęceni, upokorzeni, znajdujący się na pograniczu wiary i wątpienia, między wiarą a niewiarą, niezrzeszeni, a w końcu po prostu niewierzący. „Zagubiony” może być również ksiądz. Jeśli zatem mówię tu o zagubionych, to nie chodzi mi o „zagubienie moralne”, którego konsekwencją są zakłócone relacje z Bogiem, ale po prostu o odsunięcie od siebie bądź odrzucenie rzeczywistości wiary. Ufam, że słowa z opowieści chasydzkiej o prostakach i złoczyńcach nikogo nie obrażają. Chodzi tylko o myśl, którą przekazuje nam Buber, że uczyć się można od wszystkich. Myśl tę zwykł zresztą powtarzać Jan XXIII, a u nas czyni to prof. Stefan Swieżawski.

Dał mi do myślenia list Rady Episkopatu Polski do Spraw Dialogu Religijnego z sierpnia 2000 r. Biskupi piszą m. in.: Wielu ludzi dzisiaj niewierzących było kiedyś w Kościele. Zostali niejednokrotnie zranieni, odeszli zniechęceni, z poczuciem krzywdy wyrządzonej im przez przedstawicieli Kościoła [.] Pamiętajmy też, że obraz Kościoła w oczach niewierzących tworzą również ludzie wierzący. Właściwy stosunek do niewierzących powinien opierać się na Ewangelii, czyli wyrażać się w miłości, braterstwie i szacunku. Chociaż Kościół odrzuca całkowicie postawę ateizmu, to jednak ze względu na wspólną troskę o świat, w którym razem żyją wierzący i niewierzący, podejmuje dialog z tymi, którzy w swoim życiu dokonali innego wyboru. Sam Stwórca w swojej wielkiej miłości obdarzył człowieka wolnością.

Poprosiłem swoich przyjaciół z różnych środowisk – m.in. ze środowiska dziennikarskiego, które uchodzi za szczególnie trudne – o odpowiedź na pytanie: jak widzą postać kapłana działającego wśród nich? Wiedziałem, że w odpowiedzi padnie wiele kontrowersyjnych opinii o księżach, często krzywdzących, ale nie należy się obrażać. Pamiętam, jak wiele lat temu ks. prof. Bronisław Dembowski (dziś biskup włocławski) mówił do kleryków w seminarium, że nawet jeśli będą nas ostro i może niesłusznie krytykować, to należy zastanowić się, czy nie dajemy jakichś powodów, by tak było. Krytyka świadczy przecież o tym, że duszpasterz jest kimś ważnym, że ma być przede wszystkim obrońcą człowieka, a nie jego oskarżycielem i sędzią. Ma dawać nadzieję. W centrum chrześcijaństwa stoi człowiek podatny na zranienie, a Ewangelia opowiada o tym, jak naprzeciw cierpiącemu człowiekowi wyszedł cierpiący Bóg.

Odporni na metafizykę?

Problemy, jakie ujawniły się w mojej „ankiecie”, mogą pojawić się w każdej parafii i w różnych grupach środowiskowych. Odpowiedzi są bardzo ciekawe. Zacznijmy od dziennikarzy. Jeden z nich napisał, że wbrew potocznym opiniom dziennikarze nie są ludźmi „zagubionymi”, w popularnym rozumieniu tego słowa: „Ten zawód preferuje jednostki silne psychicznie, o silnym ego, śmiałe”. Napięcia związane z tym zawodem wynikają może nie tyle z poczucia zagubienia, ile ze zbyt silnego stresu sytuacyjnego i tempa pracy. Niekiedy prowadzi to do załamań życiowych, np. do rozpadu małżeństw. W tej profesji dominuje silny pierwiastek racjonalistyczny. Stąd być może duża odporność dziennikarzy na metafizykę. Młody dziennikarz napisał:

Większość znanego mi środowiska dziennikarskiego ma krytyczne stanowisko wobec Kościoła. Częściowo wynika ono z niewiedzy, braku refleksji, częściowo również z błędów samego Kościoła. Świadomy agnostycyzm jako postawa życiowa jest w moim środowisku bardzo częsty. O wiele jednak gorszą z punktu widzenia duszpasterstwa postawą, częstą wśród dziennikarzy, jest „brak zainteresowania”: religią, Bogiem, kwestiami absolutu. Często zdarza się odrzucanie z góry tego pytania, przy założeniu, że jest ono niepłodne z intelektualnego punktu widzenia. Ot, jakby ktoś się nadmiernie rozmachał brzytwą Ockhama.

W takiej sytuacji podstawową trudnością z punktu widzenia duszpasterza jest trudność ze znalezieniem odpowiedniej „fali” – formy przekazu. Kościół „parafialny”, jak sądzi wielu dziennikarzy, kieruje swój przekaz do masy. Jest on przez środowisko dziennikarskie raczej odrzucany. Dominuje stereotyp, że Kościół jako instytucja oraz jego hierarchowie w zasadzie występują przeciwko wartościom, które są fundamentalne z punktu widzenia dziennikarstwa (liberalizm, zasada wolności słowa i przekazu) oraz przeciwstawiają „świat wartości” – światu, który istnieje w mediach.

Dziennikarze są grupą ludzi szczególnie nastawioną na informację. Również z tego powodu pragną spotykać się z ludźmi Kościoła. W środowisku warszawskim bardzo dobrze zostały przyjęte spotkania dziennikarzy z abp. Józefem Życińskim, które odbyły się kilkakrotnie przed dwoma laty. „Niekoniecznie należy się z nim zgadzać, ale warto poznać to, co ma do powiedzenia – napisał ankietowany dziennikarz. – Abp Życiński jest postacią sztandarową, ale przecież jest jeszcze wielu innych fascynujących ludzi Kościoła.”

Ciekawe jednak, że duchową potrzebą, o jakiej marzy chyba każdy dziennikarz, jest potrzeba wyciszenia (choćby na krótko). Jeden z nich pyta, czy istnieje możliwość przeprowadzenia czegoś na kształt rekolekcji w klasztorach, np. ojców benedyktynów w Tyńcu albo u dominikanów w Krakowie lub Warszawie? „Wbrew potocznym opiniom wielu ludzi z mojego środowiska (ze mną na czele) lubi kołysanie rytuałem. Zapewne projekt dotyczyłby bardzo ograniczonej grupy ludzi, ale moim zdaniem zostałby przez kandydatów przyjęty z entuzjazmem.” Pojawia się tu zatem tęsknota za byciem postawionym w sytuacji odwrotnej niż ta, w której zazwyczaj funkcjonują dziennikarze.

Jeden z autorów zwrócił uwagę na interesujący fakt: „Nasze zawody są poniekąd podobne: dziennikarze i księża występują publicznie. Dlatego jesteśmy szczególnie czuli na nudę. Nie ma nic gorszego niż publiczne nudzenie. Dla dziennikarza oznacza to śmierć zawodową. Ksiądz może sobie nudzić, ale dziennikarze nie będą go słuchać. [.] Dziennikarze to ludzie próżni – nie lubią paternalistycznego traktowania, które wśród księży jest dość powszechne”. Można by zapytać, kto dziś w ogóle lubi paternalistyczny styl duszpasterstwa?

Niewierzący i ateiści

Jak „być” wśród niewierzących? Człowiek niewierzący, który żyje w społeczeństwie głęboko katolickim, ma przede wszystkim potrzebę uznania, zaakceptowania tego, że jest niewierzący. Nie warto więc tłumaczyć mu, że jest wierzący, tylko o tym nie wie, albo że się przekona i kiedyś będzie wierzył.

Oczywiście, są różni niewierzący. Są tacy, którzy nie wierzą bezrefleksyjnie – ludzie, którzy po prostu nie zadali sobie pewnych pytań. Są niewierzący z powodu buntu przeciw Bogu albo z wyboru metafizycznego. W każdym wypadku postawa kapłana winna być, moim zdaniem, trochę inna.

W pierwszej grupie jest bardzo wielu ludzi, którzy pewnego dnia te pytania sobie postawią. Warto zatem, by ten, kto jest gotów o ważnych pytaniach rozmawiać – a więc ksiądz – był do ich dyspozycji, próbował poznawać ich życie po to, by ich rozumieć. I żeby (chyba). czekał. Jeśli zacznie przedwcześnie, to może ich zranić. Z drugiej strony jest przecież rolą księdza nieść swoje odpowiedzi. W tym przypadku – może nie przez przekonywanie, lecz przez świadectwo, jak on sam, swoim życiem, tych odpowiedzi udziela.

Niewierzący z drugiej grupy – zbuntowani – zwykle tylko czekają, by utwierdzić się w swoich resentymentach. A i tak część z nich pewnego dnia wróci. Jeden z ankietowanych pisze:

Co do takich jak ja, to sądzę, że najważniejsze jest właśnie uznanie, poważne potraktowanie wyboru, którego taki człowiek dokonał. Nie oznacza to zamazywania różnic w poglądach – jest ciekawie, kiedy poglądy są wyraźne. Kapłan w moich oczach winien poważnie traktować swój własny wybór metafizyczny, ale też poważnie wysłuchać – gdy taka rozmowa się zdarzy – opowieści o innych drogach. To oczywiście trudne, bo chrześcijaństwo chyba jednak jest trochę religią prozelityczną i kapłan ma obowiązek prawdę religii głosić. Wobec takich „mędrków” jak ja najpewniej prawdę tę głosić – jeszcze raz – sobą, bo na argument zawsze można znaleźć kontrargument.

Inny mój niewierzący przyjaciel, który uważa się za ateistę, napisał:

Drogi Lutrze! Myślę i myślę, bo zafrapowało mnie Twoje zlecenie. Ale trudno mi dojść do jasnych wniosków. Główny powód jest taki, że nie mam ochoty być „duszpasteryzowanym”. To znaczy możemy razem robić wszystko, pod warunkiem, że nie chowasz żadnej apostolskiej przynęty. Nie chcę być nawracanym, wolałbym być ateistą szanowanym przez chrześcijan i szanującym chrześcijan. To jest zresztą zadanie dla obu stron. Jest wiele ważkich powodów do niewiary w Boga i dobrze byłoby, żeby księża mogli zobaczyć to nie jako brak, defekt, ślepotę, ale jako wybór. Nie tylko niewierzący mogą skorzystać na kontakcie z ludźmi Kościoła, ale i Kościołowi mogliby wiele dać niewierzący.

Czyli: nie przeciągać do swojego obozu, ale być w kontakcie. Dyskutować, nawet spierać się, ale nie walczyć, unikać polemik, one mogą przecinać nici. W sprawach ludzkich (filozofia, etyka, religia, wolność i prawda etc.) nie chodzi o rachunek racji, tylko o zrozumienie, które ma więcej wspólnego z miłością niż z logiką.

A jednak wiele, więcej niż można by myśleć, może być wspólnego. Troska o dobro i o głębię myśli, sprzeciw wobec przemocy i kłamstwa. No i przekonanie, że każdy człowiek, który żyje, żyje dzięki jakiejś postaci wiary. To niekoniecznie musi być wiara w Boga, może być wiara w dozgonną miłość, w solidarność międzyludzką albo w każdy inny irracjonalny obiekt nadziei. Niewiara w Boga długo odwodziła mnie od wiary w ogóle. Zajęło lata, zanim pogodziłem się z tym, że nie wierząc w Boga, w różne rzeczy jednak wierzę. Zresztą niewiara też jest rodzajem wiary. Nie wierzyć, że jest Bóg – to wierzyć, że nie ma Boga; nijak stąd się nie ucieknie.

Na pewno bym uciekał od „duszpasteryzacji”, a już zwłaszcza wszelkich stadnych form. Ale chciałbym znać, rozmawiać i przyjaźnić się, szanować i doznawać szacunku. To już jest jakaś wersja wspólnoty i można by ją nawet uznać za specyficzną formę obecności w Kościele – incognito.

Co mogę na to odpowiedzieć jako ksiądz? Że odrzucam postawę ateistyczną i uważam, iż jest wiele powodów, żeby wierzyć w Boga, ale nie mogę odrzucić człowieka i jego przyjaźni. Tak, moi niewierzący przyjaciele mają rację: żadnych przynęt, po prostu „być”, głosić prawdę sobą. Wtedy mam prawo wymagać. Nie ukrywam jednak, że jest we mnie naturalne pragnienie (w końcu jestem księdzem), by mój przyjaciel-ateista. powrócił.

A tymczasem – jak mówi prof. Stefan Swieżawski – mam szukać tych przyczółków, które są wspólne, gdziekolwiek, w czymkolwiek, nawet w najbardziej kontrowersyjnych poglądach; u każdego człowieka, którego spotykam, mam szukać przyczółka, który jest wspólny; przyczółka, do którego mogę przerzucać mosty. Szukanie tych mostów to wielkie zadanie dla chrześcijan, oczywiście bez zatracania własnej tożsamości i bez jakiegokolwiek irenizmu. Szymon z Cyreny był niewierzący, a – jak napisał Jacek Wojtysiak w Kalendarzu Ekumenicznym 2001 – dotykał ukrytego Boga i asystował Mu w zbawianiu świata. Bóg zatem jest tak blisko nas, że nawet nie wierząc, znajdujemy się w Jego Obecności.

Wyrzucony za brak szacunku

Często bywam w redakcji „Gazety Wyborczej”. Rozmawiamy tam o sprawach ważnych i mniej ważnych. Przychodzi moment, że ktoś odciąga mnie na bok i mówi, że chce porozmawiać, bo np. coś załamuje się w jego życiu. Czasami takie wielogodzinne rozmowy kończą się spowiedziami, do których by zapewne inaczej nie doszło, gdyż istnieje jakiś dziwny opór środowiskowy przed pójściem do księdza w parafii. To są niekiedy wielkie przeżycia, zmieniające mnie, moją postawę księżowską. Nigdy nie zapomnę tej dramatycznej spowiedzi, która zakończyła się już po północy 24 grudnia. Stanąłem wobec przeżyć 30-letniego człowieka, któremu przed Bożym Narodzeniem zawaliło się całe życie rodzinne.

Oczywiście są też sprawy pozornie prostsze: małżeństwa, chrzty, pogrzeby. Piszę: „pozornie”, bo niektórzy księża nie zdają sobie sprawy z tego, jak wielu ludzi można zrazić do Kościoła bezdusznością przy „załatwianiu” formalności. Młody dziennikarz Radia Plus udał się do swojej parafii, by omówić przygotowania do chrztu synka. Był upał, dziennikarz przyszedł w stroju letnim, ale nie „gorszącym”. Ksiądz wyrzucił go z kancelarii za brak szacunku! Chrzest odbędzie się w innej parafii.

Na szczęście ów dziennikarz jest człowiekiem głęboko wierzącym i nie odtrąci go od Kościoła incydent z jednym księdzem, ale co powiedzieć o znanym publicyście, który poszukuje swojego miejsca w Kościele, a któremu ksiądz odmawia chrztu dziecka, jako powód podając niewłaściwe miejsce pracy, czyli „Gazetę Wyborczą”. Ostatnio rozmawiałem w pewnym wydawnictwie z redaktorem, który miał identyczne przeżycie z tym samym księdzem. Ba, nawet został obdarzony epitetami: „mason i Żyd”. Dziecko pozostało nieochrzczone. Ojciec czeka i mówi: „Być może kiedyś”. Można powiedzieć, że ma słabą wiarę, skoro zniechęcił się po jednym, fatalnym doświadczeniu. Tak, ma słabą wiarę – i co z tego wynika? A ilu z nas tak naprawdę ma silną i wielką wiarę, która potrafi przezwyciężyć wszystkie zakręty, poniżenia, dramaty, tragedie życia i nie poddaje się zwątpieniom oraz rozczarowaniom, ale także radościom i szaleństwom życia? Próbować umacniać wiarę – oto zadanie dla Kościoła (a więc dla nas) na przełomie stulecia i tysiąclecia.

Inny przykład. Kiedyś jeden z moich przyjaciół (znany młody dziennikarz) po śmierci matki zadzwonił do mnie i poprosił, by „pogrzeb był katolicki”. Znałem dobrze jego skomplikowaną sytuację rodzinną. Tknięty złym przeczuciem poszedłem zamiast niego do księdza w parafii po pozwolenie, by pogrzeb mógł odbyć się w innym kościele. Miałem dobrą intuicję. Młody ksiądz nie chciał dać zaświadczenia; zachowując się niczym gogolowski urzędnik, rozważał, czy oni mieli coś wspólnego z Kościołem, czy nie. Na szczęście wszedł do kancelarii proboszcz. Wykazał klasę. „Księże, ufamy sobie” – powiedział do mnie. „Proszę wydać pozwolenie” – zwrócił się do wikarego. Odetchnąłem. Gdyby zrozpaczony syn zmarłej, który czekał na mnie w samochodzie na ulicy, słyszał to wszystko. nawet nie chcę o tym myśleć. Kilkanaście godzin wcześniej zmarła jego ukochana matka, a on sam w tym dramatycznym momencie życia zaczął zbliżać się może jeszcze nie do Kościoła (w sensie instytucjonalnym), ale na pewno do Boga.

Jak ważne jest doświadczenie bezpośredniego, a więc również „kancelaryjnego” kontaktu z księdzem, niech świadczy jeszcze jedna wypowiedź z mojej ankiety:

Bardzo mi trudno, jako osobie wątpiącej czy, jak kto woli, błądzącej, odpowiadać na pytania dotyczące Kościoła. Istotą wątpienia jest bowiem, w moim przekonaniu, ciągła niepewność i poszukiwanie. Trudno więc, w takim pomieszaniu myślowym i uczuciowym, mieć i wyrażać jasne poglądy w delikatnej przecież kwestii. Jednak kilka miesięcy przygotowań do sakramentu małżeństwa i związany z nimi dość częsty kontakt z księżmi, pozwala chyba wysnuć parę wniosków.

Jako osoba, jak już powiedziałam, wątpiąca znalazłam się w tym trudniejszej sytuacji, że mój narzeczony jest niewierzący i nieochrzczony. Spodziewałam się więc, że wszelkie formalności przedślubne będą dość kłopotliwe. Życie okazało się jednak dużo ciekawsze niż wszelkie przewidywania. W kancelarii mojej parafii, którą w ostatnich miesiącach odwiedzałam dość często, spotkałam dwóch księży, ale myślę, że tak naprawdę poprzez nich zetknęłam się z dwoma obliczami Kościoła.

Pierwszy z księży reprezentował Kościół jako instytucję, nazwijmy ją, biurokratyczną. Ja jako człowiek – istota myśląca i czująca – nie interesowałam go w ogóle. Właściwie o nic nie pytał. Skupił się na kartotece, z której wyciągnął zapiski dotyczące mojej osoby. Długo przeglądał papiery, marszczył brwi, robił srogie miny, a po tym mimicznym wstępie zaczął wyrażać wątpliwości dotyczące mojej postawy. Wyczytał bowiem, że byłam nieobecna podczas świątecznej kolędy, że nie przyjęłam sakramentu bierzmowania. Jak się domyślam, znalazł tam również inne informacje, które zatrzymał dla siebie. Później ów ksiądz zajął się oceną mojego narzeczonego, którego zresztą nigdy nie widział. Przestrzegał mnie przed nieuczciwością i złymi zamiarami człowieka, z którym żyję w końcu od sześciu lat. Zadał wreszcie pytanie, które mnie kompletnie rozbroiło, a brzmiało mniej więcej tak: „Na jakiej podstawie ufasz mu, że nigdy wcześniej nie wziął ślubu? Mógł przecież to zrobić na jakimś chińskim stadionie”. Oczywiście, uciekłam z kancelarii.

Po tygodniu wróciłam z nadzieją, że spotkam tam kogoś innego. I tak się stało. Tym razem był to ksiądz proboszcz, którego interesowałam bardziej ja niż moje papiery. Nie oceniał mojego sposobu życia, nie rozwiewał moich wątpliwości, ale pytał, słuchał, uszanował moją odmienność, dał mi do niej prawo. Był otwarty nie tylko na mnie, ale również na mojego narzeczonego, z którym, naturalnie, się spotkał. Postawił jednak twardy warunek, że przed ślubem muszę przyjąć sakrament bierzmowania. Uważam, że zrobił słusznie. Dał mi szansę uczestnictwa w uroczystości, którą przeżyłam na swój sposób, ale pokazał też, że muszę ponieść jakiś wysiłek, ofiarę, by móc przyjąć sakrament małżeństwa.

Ktoś mógłby zarzucić mi, że na podstawie jednostkowego doświadczenia z dwoma księżmi wyciągam zbyt ogólne wnioski dotyczące Kościoła. Jednak cała ta historia zrobiła na mnie tak duże wrażenie, że zaczęłam rozmawiać o niej z moimi przyjaciółmi i znajomymi. Okazało się, że właściwie wszyscy mamy dość podobne doświadczenia. Ale też, ku mojemu zdumieniu, kilka osób zostało tak zranionych, czy też, jak mówią, „upokorzonych” przez księży, że zupełnie odsunęło się od Kościoła.

Myślę, że człowiekiem wątpiącym targają dwie siły. Jedna odpycha go od Kościoła, druga do niego przyciąga. Oczywiście, rolą księży jest wzmocnić to przyciąganie. I chyba nie przez ocenę postępków delikwenta, nie przez potępienie czy indoktrynację, ale przez otwartość, gotowość wysłuchania, wskazanie jakiegoś kierunku i zostawienie wolnego wyboru. Myślę, że księża powinni pamiętać o tym, że nie każda ze zbłąkanych owieczek będzie miała tyle samozaparcia, by jeszcze raz zapukać do drzwi kancelarii parafialnej.

Słowa, które ranią

Jest jeszcze słowo; słowo, które może bardzo ranić. Opowiadał mi dziennikarz i jednocześnie poeta (są i takie połączenia), zresztą człowiek wierzący, choć czasami zbuntowany (co się ze sobą często wiąże), jak zirytował się podczas Mszy św., którą obejrzał w telewizji.

W kazaniu ksiądz – nawiązując do przedstawianego w mediach sporu o ulicę Jerzego Grotowskiego i kontrowersji wokół jego eksperymentów z religiami Dalekiego Wschodu – bardzo pogardliwie i nieprzyjemnie potraktował buddyzm. A przecież ta religia to tysiące lat tradycji, wielka myśl filozoficzna! Kiedy przedstawiciele innych religii albo agnostycy zbywają w podobny sposób chrześcijaństwo, oburzamy się i słusznie. A jakże często w drugą stronę, wobec siebie, nie stosujemy tej samej miary. Przecież wszystko da się łatwo wyśmiać (jak zrobił to ten ksiądz) i zbyć pogardą. Niestety, po tym często rozpoznaje się ludzi małego ducha.

Sam słyszałem, jak Mongoł, absolwent filozofii (sic!), zateizowany przez komunizm i holocaust tamtejszego Kościoła buddyjskiego mówił: a Boga widziałeś, a dziewictwo Maryi, a Wniebowstąpienie itd. itp. On szydził, a ja byłem oburzony. Dlatego my takim samym pogardliwym stwierdzeniem: a reinkarnacja, a zwierzątka, nie powinniśmy zbywać tysięcy lat tradycji i świętości wielu istnień ludzkich, które stoją za buddyzmem.

Ilu z nas, księży zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele wśród ludzi wierzących jest osób wrażliwych na każde nasze krzywdzące, niesprawiedliwe słowo, również w stosunku do wyznawców innych religii?

Spotkanie

Trzeba również umieć odczytać „moment” w życiu wewnętrznym człowieka. Znany pisarz wspomniał w rozmowie ze mną o dwóch spotkaniach z duchownymi; pierwsze z ks. Michałem Czajkowskim, które wspomina z wdzięcznością, i drugie, które go czegoś nauczyło.

Zapytałeś mnie o moje spotkania, dobre czy złe, z duchownymi. Pierwsze wzięło się ze szczodrego gestu braterstwa księdza Michała i pomogło mi przeżyć kilka lat w poczuciu, że jeśli tacy ludzie jak On istnieją, to warto być, bez przesady! Z drugiego wynoszę wniosek prosty: ze statystycznego punktu widzenia rozkład pewnych cech, postaw, zachowań etc. kształtuje się wedle krzywej Gaussa we wszystkich zbiorowościach w podobny sposób: siedmiu wspaniałych, osiemdziesięciu sześciu takich sobie, siedmiu okropnych, i niewiele się na to poradzi (ze statystycznego punktu widzenia). Ale – jak wiesz – statystyka, nauka wspaniała, operuje nader często kwantyfikatorami nazbyt wielkimi. Przyjmijmy zatem, że rzecz kryje się w szczegółach.

I dlatego właśnie tak bardzo zwracam uwagę na szczegóły. Ten sam pisarz zauważył, że każde spotkanie, również z księdzem, to wzajemne oddziaływanie na siebie tych, co podejmują rozmowę. Nic nie rodzi się z próżni: złość i wrogość jednej ze stron bywa funkcją (reakcją) drugiej strony. Zdarza się jednak niekiedy, że jedna ze stron spotkania przystępuje do rozmowy z gotowym wyobrażeniem dotyczącym drugiej strony i trzyma się tego wyobrażenia kurczowo, bo w przeciwnym przypadku musiałaby zrezygnować z tego, czego się nauczyła (czego ją nauczono) i uznała za pewnik, za część fundamentu swej wiary i jestestwa.

Lękowa odmowa rozumienia – tak chyba można by to nazwać. Poczucie, że jeśli rozmówca nie przystaje do apriorycznego wizerunku (niemalże) Mefista – to jest zapewne umiejscowiony w jeszcze głębszych strefach otchłani. No i już nie ma powrotu!

Oczywiście. droga powrotu istnieje.

List

Na zakończenie chciałbym w całości przytoczyć odpowiedź na moją ankietę, jaką otrzymałem od Tadeusza Sobolewskiego, znanego krytyka filmowego i eseisty, którego bardzo cenię i szanuję. Zgodził się na tę publikację, pomimo drobnych oporów. Napisał tekst w formie osobistego listu; tekst, który mnie bardzo porusza, uczy otwartości i pokazuje, jak dużo, a zarazem niewiele (to nie jest paradoks!) oczekuje się od księży.

Drogi Andrzeju!

Zadałeś mi temat: jak widzę postać księdza, działającego wśród inteligencji, o której kiedyś mówiono, że składa się z niedowiarków, a dziś mówi się, że „ma różne opcje”, że jest otwarta, poszukująca, nieortodoksyjna. Jaką postawę ma wobec niej przybrać ksiądz katolicki? Kim powinien dla nich być? Jaka jest jego rola dziś?

Odpowiedź na Twoją ankietę nie jest dla mnie łatwa, bo po pierwsze nie jestem księdzem, a po drugie nie jestem poszukujący. Dla mnie ksiądz jest przede wszystkim rozdawcą sakramentów. Należę jednak do środowiska „otwartego” i praktykuję tę otwartość nawet we własnym domu. Mogę więc odpowiadać z własnego doświadczenia.

Upamiętniło mi się kilka ważnych spotkań z księżmi. To nie były żadne dysputy światopoglądowe. Raczej rozwiewanie wątpliwości. Bardzo ważne było dla mnie spotkanie przedślubne z pewnym dominikaninem (braliśmy ślub w kościele w 7 lat po ślubie cywilnym). Po wysłuchaniu moich zastrzeżeń co do tego, czy Kościół może mnie uważać za „swego”, bo chyba znajduję się gdzieś na obrzeżach, zakonnik powiedział jako oczywistość: jesteś w samym środku. W tym momencie nabrałem poczucia, że rzeczywiście znajduję się w środku. Zrozumiałem, że kwestia moich poglądów na tę czy inną kwestię jest drugorzędna. Religia nie jest „określonym” światopoglądem, jest czymś więcej. Zobaczyłem, że Kościół ma wiele aspektów, różni się wewnątrz tak, jak różnią się między sobą ideały zakonne.

Zadanie księdza dziś, w społeczeństwie otwartym, widzę jako otwieranie oczu ludziom będącym z dala od Kościoła na jego bogactwo i różnorodność. Ksiądz nie jest od poglądów, ksiądz jest od duszy. Od Pana Jezusa. Od wolności. Od katolicyzmu, rozumianego jako powszechność.

Odpadło wiele dodatkowych ról, które spełniał ksiądz w zniewolonej Polsce: był strażnikiem patriotyzmu, narodowości połączonej w naturalny sposób z katolicyzmem (to dziś już nie jest wcale oczywiste). Budził respekt, połączony z lękiem, i kiedy przychodził po kolędzie, domownicy stawali przed nim na baczność jak dzieci przed dobrym wujkiem, rozdającym obrazki. Cały ten zespół cech, ta księżowska rola stała się nieaktualna.

Pamiętam z lat siedemdziesiątych (jeszcze przed naszym ślubem i przed Papieżem) pierwszą wizytę księdza z parafii. Miałem wtedy nowy adapter, słuchaliśmy razem Mozarta. I tyle. Potem się dowiedziałem, że był to wybitny duszpasterz młodzieży. Ze stanu wojennego zapamiętałem innego księdza z Chłodnej, którego nazywaliśmy „ksiądz z loczkiem”. Pamiętam, jak dbał o liturgię Wielkiego Tygodnia, którą dzięki niemu zaczęliśmy lepiej rozumieć i przeżywać. Pamiętam porozumienie z nim na tle sytuacji ogólnej, szczerość księdza, tak wielką, że pozwoliła mu przy mnie skrytykować przełożonych za zbyt kompromisową postawę, jego zdaniem, wobec „Wrony”. Pamiętam też ks. Chrapka, jeszcze jako redaktora „Powściągliwości i Pracy” w kościele michalitów na naszym osiedlu; zamawiał u mnie wywiad z Konwickim, poprosił kiedyś o publiczne zabranie głosu w kościele na jakimś spotkaniu, a spotkany po latach jako biskup powitał tak bezpośrednio i serdecznie, jakbym był jego dawnym kolegą.

Imponuje mi u księży ich dobra pamięć do ludzi. Ksiądz Wojciech Czarnowski, spotkany po latach gdzieś na ciemnej klatce schodowej rozpoznał mnie i pytał, co słychać, choć byłem tylko jednym z setek czy tysięcy, którzy przewinęli się w stanie wojennym przez kościół na Żytniej. Zapamiętałem mocno postać starego księdza z Bemowa, z czasów, kiedy jeszcze nie było budynku kościoła i klękało się na piasku. Nie wiem, czy kiedykolwiek rozmawialiśmy. Ale było to nowe miejsce zamieszkania, puste osiedle – i na tym osiedlu charakterystyczna sylwetka księdza. Nosił czarny parasol, wyglądał ubogo, miał w sobie coś żarliwego, troskliwego, a poza tym był chory, kaszlał, chyba umarł.

Cieszyłem się, że mogę tych wszystkich księży pokazywać mojej niekatolickiej żonie, która w dzieciństwie usłyszała od katechetki, że Żydzi nie będą zbawieni i pójdą do piekła.

Wydaje mi się, że sprawa pochodzenia, przynależności, poglądów ani nawet wiary nie powinna być na pierwszym planie w kontaktach księdza z nowymi, nieznanymi środowiskami. Tak jest, nawet sama wiara i jej szerzenie nie wydaje się najistotniejsze! Wielu ludzi, tak zwanych niewierzących, nie wie o tym, że są wierzącymi. I na odwrót, wielu oficjalnie wierzących na siłę tłumi w sobie odruchy niewiary.

Jestem przekonany, że doświadczenie wiary i niewiary jest awersem i rewersem tego samego dążenia, i że wiara musi być stale zdobywana (Liebertowskie „codziennie wybierać muszę”). Stąd tak ważne jest, aby w kontaktach duszpasterskich nie starać się rozwiewać wszystkich wątpliwości, nie reprezentować doktryny, nie „dobierać się” zbyt głęboko do przekonań swojego rozmówcy. To sprawa delikatna, tajemnicza, nie zawsze mieszcząca się w słowach, często sprzeczna z tym, co się mówi. Lepiej odsunąć kwestię wiary na dalszy plan, kosztem nadziei. No i miłości. Ksiądz nie powinien przekonywać do wiary, ale okazywać, że sam jest wierzący w to, co głosi. Wielu tak zwanym niewierzącym imponuje czyjaś szczera wiara. Tylko że wiara księży nie zawsze wygląda na szczerą.

Posłałem kiedyś mojego kolegę, który chciał ochrzcić swoje dziecko, do dominikanina, o którym wspominałem. Rozmowa zaimponowała mu. Opowiadał potem: inteligentny ksiądz i chyba rzeczywiście wierzący. Pierwszy raz takiego spotkał! Dotąd wydawało mu się, że księża przede wszystkim reprezentują instytucję, pilnującą prawowierności, i że sami koniecznie wierzyć nie muszą. W stanie wojennym, kiedy życie kulturalne zeszło do kościołów, odbywała się kiedyś w Muzeum Archidiecezjalnym dyskusja na temat istoty zła. Zaczął pewien prawosławny teolog, od szalenie zawoalowanej i subtelnej interpretacji Księgi Rodzaju, takiej, którą mógł przyjąć każdy kulturalny człowiek. Bardzo to było ekumeniczne i bardzo się podobało snobistycznej publiczności. A potem w dyskusji zabrał głos o. Jacek Salij. Wyłożył chrześcijańskie credo, po czym powiedział: proszę państwa, ja w to wszystko wierzę dosłownie! Po sali przeszedł szum, słuchacze aż się odgięli w swoich krzesłach do tyłu, jakby zgorszeni lub przerażeni tą deklaracją.

Czy to nie sprzeczność, że oczekuje się od księdza równocześnie, aby był dyskretny w sprawach wiary, i żeby potrafił powiedzieć: ja w to wszystko wierzę dosłownie? Żeby był w świecie, za pan brat ze swoimi wiernymi (i niewiernymi), a zarazem żeby miał dystans wobec świata i potrafił wskazywać na inny wymiar rzeczywistości? Żeby był bezceremonialny i potrafił żartować, nawet ze świętości – a zarazem, żeby w każdym momencie reprezentował duchowość? Żeby był giętki i nieprzejednany równocześnie? Wierzący i inteligentny?

No to tyle zdołałem wydusić z siebie przed Twoim przyjazdem, a teraz idę do kuchni robić herbatę.

Tadeusz

Wręczył mi ten list, a potem piliśmy herbatę i rozmawialiśmy o filmie, o jego Mironie Białoszewskim; taki wspaniały osobisty wieczór. Potem przeczytałem ten list. I choć trudno jest mi odsuwać wiarę na dalszy plan, to jednak przyznaję – za św. Pawłem – że z „tych trzech” największa jest miłość, choć wszystkie trzy stanowią nierozerwalną jedność.

Czy woda jest do chodzenia?

Andrzej, do niedawna dziennikarz Radia Zet, powiedział mi, że ksiądz dla niego to ktoś, kto w sposób nienachalny, ale konsekwentny prezentuje stosunek do świata zgodny z Dekalogiem, to ktoś, kto nie narzuca się ze swoją wiarą, ale zawsze spieszy z pomocą potrzebującym i nie oczekuje w zamian zbyt wiele. Nie oczekuje, ale jednak otrzymuje: przyjaźń w wymiarze ludzkim, a nade wszystko świadomość nadającą sens życiu księdza, że pomógł komuś wejść na drogę przyjaźni z Bogiem, a to oznacza, że sam ksiądz też wszedł na tę drogę.

Jednocześnie sam staram się nie zapominać, że autentyczna wiara jest ostatecznie darem, łaską, na którą trzeba chcieć się otworzyć, a dla wielu to „otwarcie się” jest najtrudniejsze. Bo jak spotkać Chrystusa, jak zobaczyć Jego teraźniejszość i powiedzieć za Piotrem, który zwątpił: Panie, każ mi przyjść do siebie po wodach. Przecież woda nie jest do chodzenia. Jak zauważył kiedyś legendarny bp Jan Pietraszko, bardzo istotna w życiu człowieka jest chwila, kiedy znalazł się on pomiędzy łodzią, którą opuścił, a Chrystusem, do którego jeszcze nie doszedł. W takiej sytuacji był Piotr, w takiej sytuacji może znaleźć się każdy z nas.

Próbowałem w tym artykule naszkicować sposoby, jakimi ksiądz może pomóc nawiązać przerwany zwątpieniem węzeł jedności; pomóc zrobić ten pierwszy „szalony” krok do Chrystusa, by spotkać się z Nim na falach. To jest wielkie zadanie (szczególnie dziś) dla Kościoła, bo przecież na tym polega Ewangelia, czyli Dobra Nowina o zbawieniu: oto widzialny Chrystus odchodzi i niewidzialny wciąż powraca. Chce, żeby ludzie Go przyjęli i na Niego czekali.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

PS. W ankiecie udział wzięli m.in.: Marcin Bosacki, Michał Cichy, Michał Komar, Justyna Kowalska-Leder i Andrzej Leder, Mikołaj Lizut, Ariadna Machowska, Piotr Marciniak, Andrzej Morozowski, Aneta Pierzchała i Dariusz Suska, Tadeusz Sobolewski, Sławomir Suski, Paweł Wroński, Bronisław Wildstein.

____________________________
ks. Andrzej Luter – ur. 1956. Dr teologii ekumenicznej. Wykładowca Wyższego Seminarium Duchownego w Łowiczu. Współtwórca programów telewizyjnych „Rozmowy na koniec wieku” i „Znaki”. Stały współpracownik „Więzi” i „Tygodnika Powszechnego”. Aktywny duszpastersko w środowiskach dziennikarskich. Mieszka w Łowiczu.

___________________________
1 Pierwotna wersja tego referatu została wygłoszona podczas Duszpasterskich Wykładów Akademickich w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim 31 sierpnia 2000 r.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.