Jesień 2020, nr 3

Zamów

Wybuch konkurencji

W filmie Krzysztofa Zanussiego „Barwy ochronne” młody pracownik nauki poznaje rzeczywistość akademicką późnego Gierka: osoby niekompetentne na stanowiskach, premiowanie miernych i blokowanie zdolnych, upolitycznienie nauki, frustracja studentów. Uosabiający zło prorektor jest dyskredytowany m.in. poprzez podejrzenie, że jego praca doktorska jest plagiatem. To strzał z działa dużego kalibru. Czyż można wyobrazić sobie grzech cięższy niż kradzież cudzych myśli dokonywany przez tego, który przysięgał dążyć do prawdy? Dziś „Barwy ochronne” – gdyby Zanussi zdecydował się na ponowne podjęcie tematu – wyglądałyby zupełnie inaczej. Nie chodzi tylko o to, że w środowisku akademickim padają dużo poważniejsze zarzuty. Krakowskie Przedmieście i inne studenckie enklawy zmieniły się wraz z całą Polską.

Etos

Coraz rzadziej uczelnia tworzy odrębny „stan”. W zanikającym pojęciu „brać studencka” zawiera się nie tylko przywołanie statusu; ukryte są w nim także – nie zawsze nazwane – prawa, przywileje i obowiązki. I tak prawem jest społeczne przyzwolenie na grawitowanie nieco ponad twardą codzienną rzeczywistością. „Studencikowi” wolno i pomądrzyć się, i dyskutować nad przysłowiowymi akademickimi kwestiami, i mieć nieco rozpaloną głowę. Student może też cierpieć na brak funduszów, co nie powoduje ujemnej oceny jego osoby (ileż to razy słyszałem wypowiadane z wyrozumiałością słowa, że „jak dla pana studenta to taniej”). Ale student ma – czy też raczej miał – także obowiązki, wśród których pierwszorzędnym było posiadanie kindersztuby. Dodajmy jeszcze „głód wiedzy” i akceptację założenia stojącego u podstaw kształcenia akademickiego: że wiedza ma wartość samą w sobie, a nie tylko utylitarną.

Niestety, wraz z zanikiem czapki studenckiej zanika i studencki etos. Pięć lat w uczelnianych murach staje się rozbiegiem do pracy zawodowej – rozbiegiem szybkim, intensywnym, wręcz zachłannym. Umknęła gdzieś kojąca nieśpieszność, zastąpiona przez nerwowość oglądania się na współzawodników. Budowa „sieci” odpowiednich kontaktów, gwarantujących sukces w życiu, uniemożliwia większości zaangażowanie na rzecz wspólnoty akademickiej. Czasy, gdy studiowało się głównie dla przyjemności, a w związku z tym bardzo długo, już nie wrócą. Nie wróci też intelektualne rozpasanie lat siedemdziesiątych. Tak jak mówi się, że tamto pokolenie doświadczyło „wybuchu Solidarności”, tak nasze może mówić o tym, że „wybuchła konkurencja”.

Rozrywki również upodobniły się do tych uznawanych przez klasę średnią: narty w Austrii, lato w tropikach, przelot zamiast autostopu. Jednocześnie studenci dostali możność realizowania własnych pasji i ambicji. Jeśli pominąć kwestie finansowe, wyprawa do Azji Południowo-Wschodniej czy też do Ameryki Południowej nie nastręcza większych problemów. Jeżeli student zainteresuje się Chinami, może wziąć podręcznik, rozpocząć naukę języka i zdobyć stypendium w tym kraju. Są to przypadki znane mi osobiście, i jedynym wyróżnikiem osób, którym udało się taki „szalony” plan zrealizować, była odpowiednia dawka uporu i cierpliwości. Wyjazd do Stanów Zjednoczonych jest już – oczywiście w lepszych uczelniach – czymś zwykłym. W świecie częstych, ale błahych kontaktów i poszukiwania najmniejszego wspólnego mianownika etos studencki, obciążający społeczną pamięć, nie jest niczym więcej jak nieprzydatną pamiątką po dawnej epoce. Na ustnym egzaminie wstępnym na socjologię kandydaci referowali najnowszą historię Polski, wymieniając jednym tchem daty: 1945, 1956, 1968, 1970, 1976, 1980, 1989, 1991, 1993. Dla tych młodych ludzi – rocznik stanu wojennego – powojenna historia Polski nie dzieliła się już na dwie, nieprzykładalne do siebie, części.

W wielkich miastach Europy Zachodniej polskich studentów nie sposób już rozpoznać na pierwszy rzut oka. W swojej masie nie różnią się znacząco od swoich kolegów z Niemiec czy Wielkiej Brytanii. Wyciągnięte swetry i opozycyjne brody nie są już w dobrym tonie. Autodefinicja „jestem studentem” coraz częściej nie oznacza niczego więcej niż pobieranie nauk i posiadanie legitymacji; treść kulturowa „bycia studentem”, znana poprzednim pokoleniom, zanika. Jak się wydaje, przejście ze szkoły średniej do wyższej uczelni przestaje być jedną z najważniejszych cezur w życiu. Sami studiujący zaznaczyli zmianę w słownictwie: przestali „uczęszczać na zajęcia i wykłady”, a zaczęli „chodzić do szkoły”.

Różnorodność

Polscy studenci są tacy sami jak reszta społeczeństwa, a zatem wspólnych mianowników jest niewiele. Dotyczy to także uczelni. W sondażu przeprowadzonym na zlecenie „Rzeczpospolitej” naukowcy zdecydowanie potwierdzili prymat szkół wyższych z czterech ośrodków akademickich: Warszawy, Krakowa, Poznania i Wrocławia1. Studenci z tych miast mają zdecydowanie większe szanse trafić na dobre studia w państwowej uczelni. Zostali wyróżnieni nie tylko poziomem nauczania, ale i możliwością większego wyboru czy korzystania ze studiów międzywydziałowych, jak np. warszawski MISH (Międzywydziałowe Indywidualne Studia Humanistyczne). Uczelnie prywatne – pominąwszy wyjątki – nie dorównują szkołom państwowym. Zarzuty, jakie im się stawia, są powszechnie znane: niskie wymagania (jak ujawniła prasa, do jednej z filii Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu można się było zapisać nie mając matury2), niski stopień trudności (ciągnięcie studentów „za uszy”), zaniechanie prowadzenia badań naukowych, katastrofalna często infrastruktura i kiepska jakość kadry. To ważne problemy; w dyskusji o kształceniu zapomina się jednak, że prywatne uczelnie niemal z reguły nie mają tradycji studiowania. Pobudzenie intelektualne, życie akademickie, przedłużenie młodości czy nawet zwykła dyskusja – te pojęcia w żaden sposób nie kojarzą się ze „szkołami biznesu”. Skąd też pozbawieni przykładu starszych kolegów, studenci filii wrocławskiej Akademii Rolniczej we wsi Boszków pod Kłodzkiem (naprawdę działa) mają wiedzieć, jak zwracać się do prowadzącego zajęcia czy też czym różni się profesor nadzwyczajny od zwyczajnego? Z tym ostatnim jest też jeszcze jeden problem: według MEN mamy dziś w Polsce więcej prywatnych uczelni ekonomicznych niż profesorów zwyczajnych ekonomii.

Jednakże i uczelnie państwowe nie są wyspami akademickiej czystości. Balansując na granicy prawa, bronią się przed zapaścią finansową między innymi przez rozbudowywanie ponad miarę odpłatnych studiów zaocznych i wieczorowych. Studia te, nazywane „studiami drugiej kategorii”, mają niższy poziom, czego specjalnie nikt nie ukrywa. Nawet Mirosław Handke, gdy był jeszcze ministrem, stwierdził: W przypadku studiów wieczorowych następuje negatywna selekcja. Śmiem twierdzić, że są to studia dla mało zdolnych, ale bogatych3. Minister zapewne przesadził, tym bardziej że często zmuszona jest studiować w tym trybie młodzież biedniejsza, pochodząca z prowincji, mająca mniejsze szanse w staraniach o indeks studiów dziennych niż „dziedzice”, czyli spadkobiercy statusu społecznego rodziców.

Nauka

Różnorodność przejawia się także w tym, co w życiu studenta powinno być najważniejsze, a więc w studiowaniu. Najprostsze kontinuum można skonstruować wokół punktów „studenci tylko uczący się” oraz „studenci w ogóle się nie uczący”. To jednak kontinuum ponadczasowe. Ale już znakiem czasu jest rosnąca liczba adeptów sztuk wszelakich „w ogóle się nie uczących” (mam tu na myśli nie wybitnie zdolnych, lecz przeciętnych studentów), którzy mimo to kończą studia. Udaje im się na takiej samej zasadzie, na jakiej możliwy jest handel pracami: w tłumie nietrudno się ukryć. Na rodzimej, warszawskiej socjologii liczba studentów wzrosła ponad czterokrotnie (w końcu lat osiemdziesiątych na roku było około trzydziestu studentów, dziś, razem z „wieczorowymi”, stu trzydziestu), przy tej samej ilościowo kadrze4, choć dużo mniej skoncentrowanej na nauczaniu.

Według opinii kadry i tego, co przekazują starsi koledzy, przeciętna wysiłku poświęcana nauce spada. Studenci przecież pracują, na ostatnich latach studiów wręcz rzadkością jest niepodjęcie pracy. Spadły także wymagania; sporo studentów płaci za naukę, groźba relegacji jest więc w ich przypadku raczej teoretyczna, zwłaszcza na prywatnych uczelniach.

Wiele zmieniło się w „technologii” studiowania. Rewolucję spowodował przede wszystkim kserograf. Łatwość zrobienia kopii uwalnia od ślęczenia w czytelni nad książką; można ją za parę złotych odbić. Niestety, tym samym spadła jakość lektury. Znajomy profesor żartuje nawet, że „teraz to student przerzuci kilka kartek w autobusie na uczelnię, pokreśli je kolorowym długopisem i myśli, że przerobił zadany tekst”. Nagminne stało się odbijanie notatek z wykładów i ćwiczeń. Obecny jest także internet. Studenci korzystają ze źródeł umieszczonych w sieci coraz częściej. Brak jednak jeszcze ustalonych zasad ich wykorzystania. Zdarza się więc, że pod cytatem czy też danymi umieszczają przypis, że „materiał znaleziono w internecie”. Spotkałem się też z wykładowcami, którzy niemal zawsze będąc w rozjazdach i mając do czynienia z pracującymi studentami, oceniają prace otrzymane w formie plików pocztą elektroniczną. Tą drogą przesyłają też uwagi i ocenę. Internet rzeczywiście okazał się kluczem do edukacji, tyle że zamiast „internetu w szkole” mamy „szkołę w internecie”.

Historycy uniwersytetu podkreślają, że instytucja ta od zawsze odwoływała się do relacji mistrz-uczeń, często bardzo osobistej i nieograniczającej się do prostego przekazywania wiedzy. Choćby dlatego, że na poziomie akademickim nie ma „prostej wiedzy”. Tak naprawdę nie da się przecież napisać podręcznika socjologii, co najwyżej „zaproszenie do socjologii”. Nauki społeczne można „uprawiać”, ale psychologii, politologii czy ekonomii nie można „nauczyć się”; można tylko opanować warsztat właściwy każdej dziedzinie. Relacja „mistrz-uczeń” z rzadka już tylko obecna na mniejszych, „nierynkowych” wydziałach, pełni też funkcję transmitującą kulturę akademicką. Czy wpadający na półtorej godziny wykładowca jest w stanie porwać studentów, pokazać im choć przedsionek pasjonującej przygody, którą może być nauka? Nawet jeżeli tak, to tego nie robi, bo nie ma czasu. Ale zanik uniwersyteckiego paternalizmu i wyłonienie się – po obu stronach – konstrukcji psychicznej „my” i „oni” (studenci jako „konsumenci kursu kształcenia wyższego”, a kadra jako „źle opłacany dostarczyciel dobra”) jest winą obu stron. Przytłaczająca większość studentów wybiera zajęcia przydatne w późniejszej karierze, unikając jak ognia tematów abstrakcyjnych. I tak oto studia przestały być przedłużeniem młodości, a stały się inwestycją i towarem.

Nie wszystko jednak idzie ku gorszemu, wiele zmienia się na lepsze. Ku swemu zdumieniu odnotowałem pierwsze sygnały zmiany nastawienia do plagi ściągania. I nie chodzi mi o moralnie naganne przypadki udzielania złych podpowiedzi, zdarzające się zwłaszcza na egzaminach wstępnych, czy też odmowy „pomocy”, których intencją jest zaszkodzenie konkurentowi. Zdarzają się już – co prawda rzadko – studenci podejmujący decyzję o studiowaniu bez ściągania. Zmieniły tu wiele zwłaszcza kontakty z amerykańskimi uniwersytetami. Niestety, upowszechnieniu się równania „ściąganie równa się oszustwo” zapobiega skutecznie niekonsekwentny stosunek nauczycieli akademickich do tego zjawiska.

Samorządność

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych studenci wierzyli, że sami są w stanie rozwiązać wiele swoich problemów. SZSP traktowano z niechęcią m.in. z racji jego „niesamorządności”, choć nazywano to różnie. Przy okazji wszelkich protestów, włącznie ze strajkami lat osiemdziesiątych, studenci zawsze największymi literami wypisywali na sztandarach ten właśnie postulat: samorządność. Jego realizacja nastąpiła – paradoksalnie – w latach 1982-1985, choć przez cały ten czas nie ustawały brutalne nieraz naciski i ingerencje władz. Potem była niemal całkowita likwidacja akademickiej samorządności, która zbiegła się ze społecznym marazmem drugiej połowy lat osiemdziesiątych, przerwanym na uczelniach przez pojawienie się nowej fali studenckiego ożywienia – jak się okazało – tuż przed upadkiem komunizmu. Jak teraz wygląda ta samorządność po paru latach od jej nareszcie bezwarunkowego uzyskania?

Polskie życie polityczne budzi u rodaków złe emocje. Jak się okazuje wojny partii – tych dużych i całkiem małych – nie są jednak wyłącznie bolączką „dorosłego” Sejmu. Zwątpić w demokrację można także przypatrując się jej studenckiej wersji. Samorządność studencka na małych uczelniach jest najczęściej rachityczna, na dużych zaś odzwierciedla najgorsze cechy polskiej sceny politycznej. Klientelizm, rozdawanie pieniędzy „swoim”, wyborcze nadużycia, budowanie uczelnianych „imperiów” finansowych – to codzienność takich uczelni jak Uniwersytet Warszawski, Uniwersytet Jagielloński czy Szkoła Główna Handlowa przed paru laty. Coraz częściej motorem działania jest utrzymanie się za wszelką cenę przy władzy własnej grupy (określanej mianem „frakcji”), a coraz rzadziej – dobro studentów danej uczelni. Obrady parlamentów uczelni sprowadzają się najczęściej do obsady stanowisk. Próby dyskusji merytorycznej i zgłaszanie wniosków niepersonalnych jest najczęściej ucinane jako „zbędne przedłużanie obrad”. Np. Parlament Studentów UW w ciągu ostatniego roku przyjął tylko jedną merytoryczną uchwałę. Dwa lata temu ten sam Parlament zbierał się trzy razy, by wypracować uchwałę na temat odpłatności za studia. Za każdym razem przychodziło zbyt mało posłów (np. 30 na 130), by móc rozpocząć obrady. Dopiero za trzecim czy czwartym razem to się udało, ale parlamentarzystom nie starczyło cierpliwości, by przegłosować stanowisko i posiedzenie zakończyło się bez żadnej konkluzji, przenosząc się do najbliższego pubu.

Na uczelniach utrzymało się życie polityczne. Nie jest to już jednak znane z PRL opozycyjne wobec systemu pospolite ruszenie, ożywienie oparte – przynajmniej w deklaracjach – bardziej na odruchu moralnym niż kalkulacji. Ludzie „wchodzący w politykę” robią to bardzo świadomie, planując swoje kariery: najpierw asystent znanego polityka, potem radny, a w końcu poseł. Polityce podporządkowują całe życie, której to zmiany symbolem staje się garnitur oraz specyficzne słownictwo (np. „wyciąć” znaczy przegłosować przeciwnika). Niezależne Zrzeszenie Studentów, niegdyś organizacja masowa, dziś ma znaczenie marginalne. NZS dało się upolitycznić wchodząc w skład AWS.

Nowe życie organizacyjne rzadko korzysta więc z zastanych form. Symboliczne znaczenie miało wyrzucenie z budynku organizacji studenckich na Uniwersytecie Warszawskim „Zsypu”, czyli postkomunistycznego Zrzeszenia Studentów Polskich. Ulokowało się ono w końcu w baraczku ustawionym na dziedzińcu UW. Kontynuowane są dawne formy aktywności klubowej (choć nie zawsze utrzymano ciągłość organizacyjną): kluby filmowe, kluby podróżników, prasa studencka. Działają koła naukowe, które nadal realizują ambitne projekty naukowe. Coraz częściej jednak stają się trampoliną do wyjazdu w egzotyczne rejony pod pozorem badania miejscowej kultury, flory lub architektury.

Z całej plejady organizacji studenckich, które powstały w ostatniej dekadzie, warto zwrócić uwagę na odradzanie się korporacji studenckich. Organizacje te, oparte na tradycjach przedwojennych, próbują budować aspirujące do elitarności wspólnoty korporantów. Siłą rzeczy obejmują jednak niewielką część studentów.

O słabości samorządności studenckiej świadczy reakcja całej społeczności na stale powracające pomysły wprowadzenia odpłatności za naukę. Studenci nie potrafią przemówić jednym i donośnym głosem nawet w sprawie tak dla siebie podstawowej. Protesty przeciwko wprowadzeniu czesnego trudno uznać za masowe. Rachitycznym pikietom czy zbieraniu podpisów przewodzą działacze organizacji studenckich czy przybudówek lewicowych partii.

Kadra

Handel pracami i inną wytwórczością przydatną w zdobywaniu kolejnych wpisów nie jest czymś niezwykłym na polskich uczelniach, nawet tych najlepszych. Nie trzeba naprawdę talentu Sherlocka Holmesa, by wyśledzić ledwie tylko zamaskowane ogłoszenia o „pomocy” przy pisaniu pracy semestralnej. Choć praca to nie produkt rolny ani używane auto, i tu działa rynek. Znane są stawki, są lepsze lub gorsze „firmy”, można zamówić pracę na ocenę celująca lub ledwie dostateczną. Sprawą co jakiś czas zajmuje się prasa, opisująca nawet motywy przedsiębiorców. Problem nie zniknie jednak sam, a pojawienie się zjawiska jest nie tylko świadectwem moralności braci studenckiej, ale również oceną jakości pracy części kadry akademickiej. Jak bowiem prowadzący studenta nauczyciel akademicki może nie zorientować się, że student pracy nie napisał, tylko kupił? Okazuje się, że może.

Młody, dynamiczny, dążący do materialnego sukcesu wie, czego chce. To nie jest opis menedżera w polskiej filii zachodniego koncernu. Coraz częściej tak wyglądają osoby prowadzące zajęcia dla studentów, czyli „kadra”. Stereotyp, według którego „młody pracownik nauki” to nieudacznik, nie mający poza uczelnią wyboru, przestał już być prawdziwy. Na nic się zda przywoływanie rzeczywiście niskich zarobków. Na uczelni zostać jest coraz trudniej, o każde wolne miejsce na studiach doktoranckich trwa zacięta walka, rozpoczynana już w pierwszych latach nauki. Nie tylko dlatego, że poza uniwersyteckim gettem coraz trudniej się przebić i skończył się już czas łatwych, szybkich karier, których doświadczyło pokolenie kończące studia na początku lat dziewięćdziesiątych. Nie tylko dlatego, że po pierwszym zachłyśnięciu się rodzimym kapitalizmem (który zyskał sobie u studentów dosyć kiepską opinię; gdyby pokusić się o rekonstrukcję obrazu kapitalizmu w oczach studentów, wątpię, czy znalazłyby się tam wartości tradycyjnie z tym systemem związane), rośnie liczba młodych ludzi niechętnych rynkowej „ścieżce zdrowia”, zwanej także „wyścigiem szczurów”, a poszukujących dla siebie niszy na uczelniach. I nie tylko dlatego, że etat na uczelni daje – przynajmniej teoretycznie – wiele wolnego czasu i przywilej wędrowania po bieszczadzkich połoninach w ciągu trzech letnich miesięcy.

Pojawienie się nowych, prywatnych uczelni, budowanych niemalże od podstaw, częściej przez przedsiębiorców niż naukowców, stworzyło rynek tzw. chałtur, czyli dodatkowych zajęć dla kadry. Obłożona etatami w różnych zakątkach kraju kadra nie ma więc ani ochoty, ani sił na zmagania ze studentami, zadowalając się spełnianiem minimalnych wymagań. Szczególnie zajęci są niektórzy profesorowie, ponieważ każda prywatna szkoła musi zatrudnić przynajmniej kilku – rekordzista miał pracować, jak wieść niesie, w 17 miejscach. Nawet jeżeli naukowiec ocaleje i nie zostanie porwany przez „bananowe akademie” i „szkoły wyższe”, to wciąż może wpaść na rafę biznesową. Pierwsze instytuty badania opinii i rynku na przykład zakładali socjologowie akademiccy; byli zresztą jedyną grupą, do której rynek mógł się odwołać – nikt poza nimi wiedzą o badaniach nie dysponował. Uniwersytet, po kilku latach zarabiania pieniędzy, jest dla nich miejscem, które dostarcza łatwo spieniężalnego w tym wypadku prestiżu i w którym wyszukuje się zdolny narybek do własnych firm. Niestety, w odwrotną stronę pożytki z flirtu nauki i biznesu płyną dużo skromniejszym strumyczkiem.

Rozrywka

Także rozrywka studencka złotą epokę ma już także za sobą, a lata dziewięćdziesiąte są co najwyżej erą brązu. Z dawnych tradycji ostały się jeszcze tylko akademiki, choć i te coraz rzadziej „imprezują”. Studiowanie czy – szerzej – życie w dużym mieście jest drogie. Studenci zamiejscowi nie mogą już sobie pozwolić na tracenie lat. Wiedzą poza tym, że nie mając oparcia w lokalnych układach i rodzinie, muszą ciężej pracować na swoją szansę. Długoletni studenci, „Kicmeni”, jakich nie brakowało jeszcze dekadę temu (określenie powstało od akademików „na Kicu”, czyli na ul. Kickiego na warszawskiej Pradze), są gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Czasem jeszcze jakiś przemknie, przywitany uwagą: „To on jeszcze tutaj? Studiował przecież już wówczas, gdy ja zaczynałem”. Studenci z akademików mają też bardzo prozaiczny problem: muszą bronić się przed agresją ze strony młodzieży mieszkającej w blokowiskach otaczających domy studenckie. Tzw. dresiarze, młodzi ludzie raczej bez przyszłości, wypowiedzieli wojnę tym, którzy wygrali.

Kultura studencka w wydaniu znanym poprzednim pokoleniom, te wszystkie Bim-Bomy, STS-y, teatry i galerie, opierała się na pomyśle „fajnego życia przez pięć lat”. Dziś, śledząc aktywność studentów, można znaleźć i takie oto ogłoszenie: „W poniedziałek na Politechnice Radomskiej rozpoczyna się Tydzień Kultury Studenckiej. Na początek odbędzie się m.in. turniej piłkarzyków, wieczorek jazzowy i impreza techno. We wtorek – rajd samochodowy, bal studencki; w środę – kabareton i turniej darta; w czwartek – dzień sportu i dyskoteka; w piątek – wielkie ostatki studenckie i koncert Big Day, w sobotę – dyskoteka. (.)”5. Kabarety, teatry, kluby filmowe i jazzowe, owszem, gdzieniegdzie przetrwały, i choć nigdy nie były „głównym nurtem”, dziś nie wyznaczają już nawet kanonu zachowań.

Jak zatem bawią się studenci? Dominują „balangi” i „imprezy”, najczęściej w klubach, które nawet jeżeli zachowały przymiotnik studencki, najczęściej przypominają zwykłe dyskoteki, podobne mają też program i ofertę. Argumentem za ich istnieniem jest praktyka wpuszczania w określone dni wyłącznie studentów, co stwarza możliwości integracji środowiska oraz zabezpiecza publiczność przed „chuliganerią”. Swoją więziotwórczą rolę straciły prywatki, choć znawcy tematu sygnalizują odradzanie się tej tradycji. Tak jak w całym społeczeństwie, zmienił się styl picia i trunki, które się pija. Strategiczną rolę straciły alkohole mocniejsze, przede wszystkim wódka, która jednak używana jest czasem w celach rytualno-inicjacyjnych. Większość uczestniczy w rozpoczętym kilka lat temu festiwalu piwa.

Niestety, na uczelniach narasta problem narkotyków. Co gorsza, obok obecnej zawsze tzw. trawki, czyli narkotyków miękkich, pojawiły się używki naprawdę niebezpieczne. Trudno oszacować zasięg tego zjawiska, stało się ono jednak bardzo „dotykalne”, a więc obecne tuż obok, fizycznie, a nie tylko abstrakcyjnie znane z przekazów medialnych. Obok uzależnionych jest też grupa korzystająca z pomocy chemii (amfetamina) w nauce.

„Degeneracja” akademickiej rozrywki nie ominęła bardzo zasłużonej dla życia akademickiego instytucji obozów studenckich czy obozów dla rozpoczynających studia. Stały się one zwykłymi wyjazdami wakacyjnymi w Alpy na narty czy też nad Morze Śródziemne, a szyld „obóz studencki” ma jedynie uspokajać rodziców i. przyciągać klientów, często ze szkół średnich.

Wolność

Dość narzekania. Tym bardziej że coraz bardziej warto studiować. Nie chodzi tylko o jednoznaczną wymowę „współczynników korelacji” pomiędzy zarobkami a wykształceniem czy długością życia z dyplomem, choć to bardzo ważny argument i jedyna sensowna rada dla ofiar transformacji. Za studiowaniem przemawiają też inne argumenty. Uniwersytety to chyba już ostatnia instytucja, która daje wolność czy przynajmniej szansę na nią. Adeptom nauk na lat pięć lub dłużej (coraz częściej na krócej – wielu śpieszy się do kariery), kadrze na całe życie. Kto nieśpiesznie studiował, zgłębiając teorie raczej nieprzydatne w dorosłym życiu, kto wdawał się w kilkugodzinne dyskusje o wyższości podejścia funkcjonalnego nad intencjonalnym, kto zarywał noce nadrabiając hulanki, kto wędrował po antykwariatach targując się o parę złotych, ten wie, o czym mówię.

________________________
Jacek Karnowski – ur. 1976 r. Student V roku Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Jest dziennikarzem sekcji polskiej radia BBC. Mieszka w Warszawie.

1 „Rzeczpospolita”, 03.06.2000.

2 „Gazeta Wyborcza”, 03.11.2000. Do Instytutu Kształcenia Menedżerów, włocławskiej filii ZSB, można się było zapisać bez świadectwa dojrzałości. „Studenta” czekały wówczas dwa lata nauki w „Biznes College”, a po zdaniu matury dostawał indeks III roku zaocznych studiów licencjackich. Potem mógł rozpocząć uzupełniające studia magisterskie.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

3 „Rzeczpospolita”, 03.06.2000. W tej samej wypowiedzi minister Handke oskarżył uczelnie prywatne o to, że większość oszukuje studentów.

4 „Gazeta Wyborcza”, 30.09.2000.

5 „Gazeta w Radomiu”, 10.11.2000.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.