Lato 2021, nr 2

Zamów

Miejsce przy oknie Lepsze, gorsze

Pewnego ranka, otworzywszy radiową Dwójkę o dziewiątej rano, usłyszałam Andrzeja Szczepkowskiego czytającego fragment „Wojny i pokoju”. I odtąd już regularnie stawiałam się o tej porze przed odbiornikiem. Wzruszenie, jakie ogarniało mnie przy słuchaniu tej lektury, płynęło z zadziwiającego faktu, który wciąż nie dosyć nas zadziwia, że możemy nadal obcować z głosem aktora, znanego nam nie tylko ze sceny, ale i ze wspólnie przeżytych chwil, z głosem, który wciąż żyje, choć jego właściciel odszedł już od nas na zawsze. Pięknie opisała to zadziwienie Maria Jasnorzewska-Pawlikowska w swoim wierszu napisanym po wysłuchaniu płyty ze śpiewem Szaliapina.

Ale wzruszenie moje wynikało jeszcze z jednego źródła, z zachwytu nad tą wielką prozą, której całe piękno powróciło do mnie po latach, w swojej nieodpartej prawdzie ukazanych charakterów, mojego ukochanego Piotra Bezuchowa, księcia Andrzeja Bołkońskiego i nieustannie gubiącej się w swoich uczuciach Nataszy Rostowej. Naturalne następstwo tych porannych seansów było takie, że pogrzebawszy w domowej bibliotece, wyciągnęłam z półki zakurzone tomy „Wojny i pokoju” i zabrałam je ze sobą na wakacje.

Są takie książki, w które wchodzi się jak w rzekę: nie sposób oprzeć się ich zagarniającemu prądowi. Tak czytałam kiedyś „Czarodziejską górę” i do dziś postać Hansa Castorpa nie znikła z kręgu otaczających mnie wspomnień, wśród których ludzie żywi toczą nieustanny dialog z ludźmi powołanymi do istnienia przez wyobraźnię wielkich pisarzy. Są tacy bohaterowie powieści, którzy wchodzą w ten krąg w sposób naturalny, niemal rodzinny. Są jednak i tacy, równie głęboko zapadający nam w pamięć, ale odgrodzeni od nas barierą chłodu, jak Julian Sorel Stendhala, a nawet nieszczęsna Pani Bovary Flauberta. Wymiar moralny, jaki, niczym przeznaczenie, prowadzi i decyduje o losach bohaterów Tołstoja, nie pozbawia ich ciepła, które promieniując, ogrzewa czytelnika. I choć podziw nasz dla Stendhala nie mniejszy jest niż dla Tołstoja, to rana, jaką nam zadaje Tołstoj, ukazując beznadziejność poczynań jego bohaterów, jest serdeczna, podczas kiedy ból zadany nam przez Stendhala jest jak zranienie ułamkiem lodowej kry.

Arcydzieła literatury dokonują jakiejś trudno określonej chemii w naszym wnętrzu. „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta czyni nas nie tylko świadkami wydarzeń, ale też ich naturalnymi uczestnikami, poprzez tajemniczy akt utożsamienia z autorem. Co dziwniejsze, ów akt utożsamienia, bardzo osobisty, nie przeszkadza nam w ocenie – często pełnej zachwytu – subtelnego i wyrafinowanego kunsztu pisarskiego i uwodzicielskiej atmosfery, która tak bez przymusu a władczo zagarnia naszą wyobraźnię.

Książki, które tu wymieniłam dla przykładu – wszystkie z gatunku prozy – należą niewątpliwie do grupy najwybitniejszych, a pomnożyć by je można o wiele dziesiątków, a może i setek tytułów, które mają prawo w tym towarzystwie się znaleźć. (Nie mogę się powstrzymać, by nie wymienić tu „Lalki” Prusa, którą za każdym razem czytam z tym samym uczuciem zażyłości i zarazem podziwu.) Istnieje coś takiego jak niezapisany indeks dzieł uznanych za najdoskonalsze czy najbardziej znaczące w literaturze światowej. Wielokrotnie próbowano robić takie spisy, począwszy od Homera aż po Joyce’a, i choć kanon nie jest twardo ustalony, to przecież, z małymi wahaniami, przynajmniej w Europie panuje pod tym względem pewna jednomyślność. Pytanie, nad którym dziś się zastanawiam, dotyczy miejsca i losu tysięcy, a chyba i milionów tytułów prozy, jakie do nazwy arcydzieła nie roszczą sobie pretensji, a przecież znajdują swoje miejsce w historii literatury, która coraz szerzej otwiera ramiona na przyjęcie gatunków znajdujących się dotąd poza jej granicami. Mam na myśli choćby reportaż, uznawany dotąd za gatunek par excellence dziennikarski, który dziś – to prawda, że w swojej najwybitniejszej postaci – zaliczany jest do literatury pięknej. Rzecz nie do wiary, ale nawet komiks bliski jest już dziś nobilitacji literackiej, podobnie jak graffiti objęte zostało uwagą krytyków malarskich. (Motywy komiksowe wprowadził do swojego malarstwa we wczesnych latach sześćdziesiątych amerykański malarz Roy Lichtenstein.) Socjologiczny punkt widzenia zdaje się przeważać w dzisiejszych rozważaniach nad granicami sztuki. Kryteria wartości, granice gatunków, zostały do reszty rozmazane.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Ale czy kochamy tylko arcydzieła literackie? Czesław Miłosz napisał kiedyś w „Kulturze” paryskiej obszerny i piękny esej o Rodziewiczównie, wyrażając swój zachwyt dla „Lata leśnych ludzi”. I, jeśli się nie mylę, wychwalał kiedy indziej Selmę Lagerlöff, autorkę znanej powieści „Krzyk dzikich gęsi”. Ulubioną lekturą Witolda Lutosławskiego i jego żony był „Głód” Hamsuna, co – nie wiem zresztą dlaczego – bardzo mnie zadziwiło. A co zrobić choćby z Remarkiem? Pisarzem tak jeszcze niedawno bardzo popularnym i czytywanym? Więź, jaka nas łączy z książkami, nie polega więc tylko na podziwie dla genialności pisarza, ale na bliskości, jaka powstaje ze wspólnoty odczuwania, z całej skomplikowanej aury wspomnień, przeczuć, intuicji, rozbudzonych przez autora, wreszcie – co jest rzeczą nie ostatnią – z zaciekawienia, jakie budzi atrakcyjność fabuły, sztuka narracji i sposób ukazania bohaterów, z którymi zżywamy się na całe życie, o czym świadczy choćby nasza pamięć o lekturach z lat dziecięcych. Nie trzeba nikogo przekonywać, że do literatury, i to cenionej również z punktu widzenia artystycznego, należą książki sensacyjne takich pisarzy jak Simenon, Agata Christie, klasycy tego gatunku, czy ze współczesnych choćby Le Carré (podobno).

Zastanawiając się nad tym, co lepsze, a co gorsze, może warto tu jeszcze wspomnieć o roli wdrożonych w pewnych kołach wyobrażeń o sztuce. Wyraziście objawia się to, dla przykładu, w ocenach dotyczących dzieł muzycznych; by uchodzić za „obytego”, lepiej nie wyrażać się dobrze na przykład o Czajkowskim albo o Rachmaninowie (kompozytorze, nie wykonawcy), choć Czajkowski jest, jak wiadomo, sławą światową, ulubionym kompozytorem wielu dyrygentów i nawet tak kapryśny geniusz sztuki fortepianowej jak Gould – któremu trudno zarzucić wsteczność w pojmowaniu muzyki – wyraża się o nim z prawdziwym szacunkiem i uznaniem. (A piszę to wszystko trochę wbrew sobie, bo sama zbytnią miłośniczką Czajkowskiego nie jestem.)

Wracając jednak do literatury. Pamiętam, jak przy jakiejś towarzyskiej okazji, przeczącym ruchem głowy powstrzymywał mnie Andrzej Kijowski przed wyrażeniem dobrej opinii o „Dziennikach” Katarzyny Mansfield. Myślę, że działała tu jego osobista surowość ocen, choć, rzeczywiście, literacka pozycja tej autorki jest dosyć wątlutka. Ale co począć, jeśli dzienniki jej tak mnie kiedyś poruszyły swoją radością świata, z którego autorka – a pisząc je, wiedziała już o tym – wkrótce miała odejść. Nasze reakcje na sztukę nigdy nie są czyste. Wchodzi w nie element osobistego przeżycia, nieoczekiwany akt utożsamienia się z bohaterem lub narratorem, a taką zdolność mają nie tylko arcydzieła. Gdyby istniała „czysta sztuka”, nasze podziały na arcydzieła i resztę byłyby zapewne łatwiejsze. Ale też, obawiam się, byłyby one zbyt suche zważywszy na naszą ludzką potrzebę odnalezienia siebie w sztuce, która w tym celu nie musi być, nie może, a zapewne i nie powinna być aseptycznie czysta.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.