Jesień 2020, nr 3

Zamów

Maciek też jest ważny…

Marek Robak: „Zarzućcie sieć. Chrześcijanie wobec wyzwań internetu”, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2001, s. 155.

Kiedy w 1988 roku wystukiwałem na maszynie do pisania swoją bakalaureacką pracę z filozofii, nie mogłem sobie wyobrazić, że kilkanaście lat później przyjdzie mi wypowiadać się na temat użyteczności czegoś takiego jak internet. Tymczasem w ciągu niewielu lat nowe, elektroniczne środki komunikacji zmieniły otaczającą nas rzeczywistość na tyle, że nie sposób nie zastanawiać się nad kształtem i kierunkiem tych zmian. Patrząc na półki uginające się w naszych księgarniach pod ciężarem „komputerowej literatury”, można by dojść do wniosku, że nie brak takiej właśnie refleksji. Przy bliższym jednak wejrzeniu w zawartość książek na temat np. internetu okazuje się, że koncentrują się one na technicznej stronie zagadnienia, oferując opisy coraz to nowszych programów. Brak natomiast głębszej refleksji nad znaczeniem internetu dla rozumienia osoby ludzkiej oraz jej relacji ze światem, z innymi, z. Bogiem.

Tym bardziej cieszy książka Marka Robaka „Zarzućcie sieć”, w której autor stara się odkryć zaplątanego w komputerową sieć człowieka ze wszystkimi wymiarami jego życia. Co prawda, nie rozumiem patetycznych wezwań autora, aby przerwać milczenie na temat internetu (s. 141), ale zgadzam się z tym, że warto – bo jakżeby inaczej – podejmować wielowątkową refleksję nad elektroniczną siecią, w tym nad obecnością Kościoła w internecie czy też internetu w Kościele. Na książkę „Zarzućcie sieć” składa się 80-stronicowy tekst Marka Robaka oraz 6 artykułów różnych autorów (Marek Robak, ks. Józef Kloch, ks. Andrzej Draguła, ks. Tomasz Słomiński, Bogdan Sadowski, Wojciech Jędrzejewski OP), obeznanych z internetem i duszpasterstwem. Artykuły te ukazały się swego czasu na łamach miesięcznika „Więź”.

Pierwszy problem, jaki stawia Marek Robak, dotyczy relacji pomiędzy światem realnym a światem wirtualnym. Ostateczna konkluzja jest – niestety – zbyt oczywista: cyberprzestrzeń nie może być miejscem ucieczki od rzeczywistości. Nie znam nikogo, kto by twierdził, że obiektywnie warto od tego co realne uciekać. Inna sprawa, że wielu de facto ucieka. w alkohol, narkotyki, hazard, seks, pogoń za władzą, sztukę itd. Póki co internet wcale nie jest pierwszym miejscem pseudoschronienia przed twardą niekiedy realnością. Dlatego szkoda, że Robak ograniczył się do sformułowania prawdziwych, ale od dawna znanych tez, a nie pokusił się o dokładniejszy opis rodzajów ucieczki w internet. Podobnie jest z problemem „poznania wirtualnego”. Do czego [.] zwraca się człowiek w poznaniu wirtualnym, skoro poznawany przedmiot faktycznie nie istnieje? – pyta autor. Wydaje się jednak, że jest to jedynie nowa wersja starego pytania o naturę poznania. Równie dobrze można pytać, co tak naprawdę poznaje miłośnik sztuk teatralnych, filmów fabularnych, powieści, czy też po prostu ktoś, kto ma nieprzeciętne zdolności wyobrażania sobie coraz to nowych światów. Problem jest więc stary, a spór pomiędzy realizmem a idealizmem nie wydaje się być zakończony. Internet jest w tym sporze skokiem ilościowym, ale nie wydaje się, aby można było mówić o nowej jakości. Przynajmniej nie wynika to z analiz Marka Robaka.

Nie sądzę też, aby „zatrucie informacyjne” pojawiło się dopiero wraz z internetem. Już w latach sześćdziesiątych Karl Rahner, jeden z najwybitniejszych teologów, mówił całkiem poważnie, że w obliczu ogromu wiedzy filozoficzno-teologicznej (zebranej w bibliotekach) nie pozostaje mu nic innego jak być coraz większym dyletantem. Student ma problem „nadmiaru informacji”, kiedy wchodzi w elektroniczną sieć, ale bardzo podobny problem będzie miał również wtedy, gdy stanie u progu dużej biblioteki. Tu i tam potrzeba mu zasad, kryteriów oraz sposobów postępowania, które pozwolą mu zorientować się w dostępnym mu materiale.

Dobro miesza się tu [w internecie] ze złem, sztuka z kiczem, profesjonalizm z amatorszczyzną, prawda z plotką, a wielki świat z zaściankiem – stwierdza słusznie Robak. Tyle że powyższa refleksja odnosi się dziś do wszystkich mediów. Bohaterowie „Big Brothera” czy – jeszcze bardziej – „Amazonek” to uosobienie kiczu, amatorszczyzny i plotki, które sąsiaduje w tej samej telewizji ze sztuką, profesjonalizmem i prawdą. Internet jawi się w tym przypadku jako jedno z narzędzi powiększania chaosu kultury subiektywnej, ale nie jako przyczyna tegoż chaosu. Elektroniczna sieć ma najwięcej do zaoferowania osobom dobrze wykształconym, krytycznym i uformowanym moralnie – zauważa autor. To prawda, ale – znowu – takie stwierdzenie jest jedynie odniesieniem ogólnej prawdy o środkach komunikacji społecznej do konkretnego narzędzia, jakim jest sieć elektroniczna.

Robak sprzeciwia się stereotypowemu, negatywnemu obrazowi internetu, którego wyróżnikiem są cztery elementy: pornografia, hackerzy, kradzieże i uzależnienia. O zagrożeniach tych mówi się bowiem często w sposób zmitologizowany i przesadzony. Autor wskazuje na inne – jego zdaniem – bardziej dalekosiężne zjawiska: anonimowość, wirtualizację życia, obsesję wolności i relatywizm. Powstaje pytanie, co tu jest skutkiem, a co przyczyną. Czy internet jest np. przyczyną wirtualizacji życia, czyli angażowania się ludzi w coś, co naprawdę nie istnieje (s. 53), czy też takie „chore” korzystanie z internetu jest skutkiem czegoś, co wcześniej ma miejsce na znacznie głębszym, międzyosobowym poziomie? Czy obsesja wolności bierze się z internetu, czy też internet jest raczej jednym z miejsc ujawniania się takiej obsesji? Zapewne w pewnym stopniu jedno i drugie, choć wydaje mi się, że często wyolbrzymia się sprawczą moc internetu. Przy tym nie pokazuje się, jak samo rozumienie i korzystanie z internetu zależne jest od skomplikowanej siatki wzajemnych odniesień, które tworzą ludzką rzeczywistość. Ponadto, kiedy piszemy o sieci elektronicznej jako przestrzeni możliwych ucieczek od realnego życia, musimy być świadomi, że bywa i tak, iż – z drugiej strony – głośno deklarowana niechęć do internetu i komputera oznacza w gruncie rzeczy niepogodzenie się z rzeczywistością taką, jaka ona jest.

Najciekawszą warstwą książki jest refleksja nad możliwością spotkania i poznawania Boga za pośrednictwem internetu. Myślę jednak, że refleksja ta byłaby ciekawsza, gdyby Robak odwołał się do istniejących już w sieci rozlicznych propozycji dzielenia się religijnym doświadczeniem, a nie opierał się na powieści ks. Tomasza Węcławskiego „Sieć”. Zamiast refleksji nad „teologalną” realnością internetu, oferowane jest nam zamyślenie nad „teologiczno-internetową” fikcją literacką. Autor stwierdza, że w powieści Węcławskiego internet staje się miejscem, w którym Objawienie „ożywa” i jest dalej przekazywane. Ciekawsze byłoby pokazanie, że Objawienie rzeczywiście „ożywa” w takich polskich witrynach, jak „Mateusz” czy „Opoka”, oraz że – tak jak w powieści – internet daje nowe możliwości, nie stając się jednak światem zastępczym (zob. s. 75).

Marek Robak wzywa – wskazując na przykład Węcławskiego – do „teologicznego” optymizmu w patrzeniu na internet, a zarazem opisuje „teologiczne ograniczenia internetu”. Pierwsze teologiczne ograniczenie internetu wiąże się – pisze autor – z sakramentalnością wiary (s. 78). Rzeczywiście, sprawowanie sakramentów wymaga spełnienia określonych warunków, którym internet nie zawsze jest w stanie uczynić zadość. Piszę „nie zawsze”, gdyż nie do końca zgadzam się z Robakiem, gdy ten stwierdza: Żaden z sakramentów nie ma [i mieć nie może – zdaje się uważać autor] swoich wirtualnych odpowiedników, gdyż nie zostałaby wtedy zachowana sakramentalna integralność miejsca i czasu (s. 78). To prawda, że nie można wyobrazić sobie wirtualnych odpowiedników wody, oleju, chleba, wina, włożenia rąk, które są istotnymi elementami sakramentów. W przypadku jednak sakramentu spowiedzi oraz małżeństwa nie ma – jak się wydaje – tego rodzaju elementów konstytutywnych (pomijam tutaj obowiązującą obecnie dyscyplinę sprawowania tych sakramentów), które nie mogłyby zostać zrealizowane w internecie. Inna sprawa, czy z pastoralnego punktu widzenia „internetowe” spowiedzi i małżeństwa miałyby jakiś sens. Chociaż można by się zastanawiać, czy np. kosmonauta, który gdzieś w kosmicznej przestrzeni oczekuje nieuniknionej katastrofy, nie powinien mieć możliwości poślubienia swojej pozostającej na Ziemi ukochanej drogą elektroniczną, i czy nie byłoby dobrze, gdyby przedtem – wciąż w obliczu śmierci – tą samą drogą wyspowiadał się i otrzymał rozgrzeszenie.

Drugie teologiczne ograniczenie sieci elektronicznej Robak ujmuje następująco: Internet sprzyja indywidualizacji, podczas gdy dla chrześcijaństwa istotną wartość stanowi wspólnota (s. 79). To prawda, że internet nie zastąpi realnego spotkania zgromadzonych w jednym miejscu i czasie ludzi celebrujących liturgię. Powstaje jednak pytanie: Co to jest realne spotkanie i kiedy mamy w Kościele z takim spotkaniem do czynienia? Czy spotkanie poprzez grube kratki konfesjonału pomiędzy spowiednikiem a penitentem jest na pewno realnym spotkaniem? Czy kapłan spotyka się z ludźmi, kiedy patrzy na nich z wysokości ołtarza? Czy misjonarz, głoszący płomienne rekolekcje wielkopostne, spotyka się ze słuchaczami? Czy ksiądz, mający na kolędzie „do przejścia” wiele mieszkań, spotyka się realnie z ludźmi? Czym jest wspólnota wiary i czy tzw. dobrzy katolicy rzeczywiście jej doświadczają?

Ks. Andrzej Draguła pisze w jednym z artykułów zamieszczonych w książce, że w jego stosunku do internetu przeważa dystans nad zachwytem. Najpierw dlatego, że tworzy on ułudę wspólnoty (s. 119). Z mojego doświadczenia wynika zaś, że ułudę wspólnoty częściej tworzą różnego rodzaju „kółka wzajemnej adoracji”, grupy o sekciarskiej mentalności, czy też tłumne i powierzchownie przeżywane spotkania religijne niż internet. Szkoda, że ks. Draguła nie podaje przykładu kogoś, kto rzeczywiście twierdzi, że internetowe kontakty dają mu poczucie pełnej wspólnoty wiary z innymi. Problem „wirtualnej diecezji” biskupa Jacquesa Gaillot nie polega na tym, że biskup ten chce zastąpić wspólnotę realną wspólnotą wirtualną, ale na tym, że wcześniej stracił poczucie więzi z Rzymem, a potem próbował wirtualnie omijać „niedobrą centralę”.

Innymi słowy, nie sądzę, aby ktoś doświadczywszy realnej wspólnoty, porzucał ją na rzecz internetu. Problem polega na tym, że ci, którzy nie mają doświadczenia wspólnoty Kościoła, czasem próbują odnaleźć ją w elektronicznej sieci. Istota problemu nie polega zatem na zagrożeniach, jakie niesie internet, ale na słabości wspólnotowego wymiaru lokalnych Kościołów. Zamiast grzmieć, że komputery nie tworzą prawdziwej wspólnoty, trzeba przeciwstawiać się skostniałym strukturom i budować Kościół jako realną wspólnotę wspólnot. Internet może tu tylko pomóc.

Kolejne ograniczenie-zagrożenie internetu, o którym wspomina Marek Robak, to pokusa przypisania człowiekowi stwórczej mocy Boga, co znajduje swój szczególny wyraz w świecie wartości: Człowiek jest panem i władcą w świecie wirtualnym i to on arbitralnie rozstrzyga, co jest dobre (s. 80). Trzeba jednak zauważyć, że pokusa decydowania o tym, co dobre, a co złe, jest stara jak rzeczywistość grzechu pierworodnego: otworzą się wam oczy – kusi wąż – i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło (Rdz 3,5). W XXI wieku szatan będzie nas kusił w ten sam sposób, ale nie sądzę, aby największe pole do popisu miał właśnie w internecie. Jego swąd będzie można raczej wyczuć tam, gdzie ludzie z uśmiechem dokonywać będą aborcji i eutanazji, tam, gdzie inżynieria genetyczna łamać będzie kolejne bariery.

Ma zapewne rację Francis Fukuyama, kiedy stwierdza: Współczesny świat określany jest przez technologie elektroniczne i informatyczne, które na naszych oczach dokonały rewolucyjnego skoku. Konsekwencje tego procesu są głównie pozytywne, gdyż prowadzą do decentralizacji władzy [.]. Jednakże uczestniczymy też w dużo bardziej fundamentalnej rewolucji, która przeistacza biologię i nauki społeczne. W konsekwencji można będzie kontrolować ludzkie zachowanie i wyposażenie genetyczne. Znajdujemy się dopiero w fazie wstępnej tej rewolucji, która jest dużo bardziej „płodna” niż informatyczna. (B. Wildstein: „Profile wieku”, Warszawa 2000, s. 22). W powyższej perspektywie internet nie wydaje się stanowić jakościowego skoku w historii pokusy „bycia jak Bóg”. Niemoralność, obscenę i brak kategorii aksjologicznych mamy we wszystkich mediach, z których póki co przoduje telewizja ze swoimi reality show na czele.

Internet natomiast jest o tyle pozytywny, że – jak to zauważył Fukuyama – prowadzi do decentralizacji. Jest zatem szansa, że na przykład w Polsce nie będziemy zdani na tzw. publiczną telewizję z jej całkiem niepublicznymi, bo partyjnymi opcjami, oraz na komercyjny chłam Polsatu i TVN. Z decentralizacją wiąże się – co prawda – niebezpieczeństwo skrajnego zdemokratyzowania internetu (s. 81), ale nie sądzę, aby miał rację Robak, kiedy obawia się, że strona z nauczaniem Kościoła jest traktowana w praktyce tak samo, jak materiały opublikowane przez bluźniercę (s. 81). Większość internautów chce wiedzieć, z kim ma do czynienia, i ceni sobie różnego rodzaju „oficjalne” strony. Nie ma obawy, że internauci pomylą domorosłego bluźniercę z Janem Pawłem II. Inna rzecz, że dla niektórych bardziej przekonujący może okazać się. bluźnierca. Ale nie będzie to wina internetu.

Marek Robak wskazuje też na racjonalistyczno-gnostyczne zagrożenia internetu: W elektronicznej sieci łatwiej mówić o teologicznych pojęciach niż podjąć modlitwę, łatwiej też prowadzić kogoś na „wyżyny poznania mistycznego” niż integrować wiarę z życiem (s. 81). Rozdźwięk między deklarowaną wiarą a praktyką życia nie pojawił się jednak dopiero wraz z internetem i nie sądzę, aby „klasyczny” misjonarz grzmiący z ambony miał większe szanse w przeciwdziałaniu temu zjawisku niż rekolekcjonista „internetowy”. Z moich duszpastersko-internetowych doświadczeń wynika, że internauci są bardzo konkretni i poszukują w sieci życiowych (a nie gnostycznych) wskazówek*. Co do modlitwy, to mogę powiedzieć, że internetowe kontakty bardzo często skłaniają mnie do zwracania się ku Bogu. Czuję się „zmuszony” modlić się w intencji różnych problemów przedstawianych mi drogą elektroniczną, a poza tym internauci sami proszą o modlitwę lub obiecują, że będą się modlić. Pod tym względem obecność w sieci elektronicznej nie ustępuje innym formom duszpasterstwa.

Z powyższego między innymi powodu zupełnie nie rozumiem tezy postawionej przez ks. Tomasza Słomińskiego, że komputerowe działania są wielce interesujące, tyle że nie są duszpasterstwem – nie tylko klasycznym, ale w ogóle żadnym (s. 130). To oczywiste, że np. rekolekcje przez internet – same w sobie i w oderwaniu od innych wymiarów życia chrześcijanina – nie są duszpasterstwem. Ale to samo można powiedzieć o każdym innym elemencie duszpasterstwa, nawet o sakramentach. Przecież sakrament spowiedzi w oderwaniu od wspólnoty i Eucharystii też nie byłby duszpasterstwem. Skoro duszpasterstwo jest – jak pisze Słomiński – szczególnym wielostronnym oddziaływaniem (s. 128), to każdą formę tego oddziaływania można nazwać duszpasterstwem, o ile pozostaje w korelacji z innym formami, składającymi się na duszpasterstwo. W zupełności zatem zgadzam się z Robakiem, kiedy pisze: Nie mogę [.] przystać na sceptycyzm księży Słomińskiego i Draguły, którzy wzdragają się przed używaniem terminu „duszpasterstwo” w odniesieniu do internetu (s. 142).

Myślę, że ks. Draguła niepotrzebnie traci czas na przypominanie tego, co oczywiste i przez nikogo niekwestionowane, a mianowicie, że nie w nim [internecie] katolik pokłada nadzieję (s. 126). Bardzo bliskie jest mi stanowisko B. Sadowskiego, który stwierdza: Rozważania, czy można mówić o „elektronicznym duszpasterstwie”, są dziś po prostu mocno spóźnione. Trzeba mówić o sposobach tego duszpasterstwa (s. 132). Internetowe duszpasterstwo jest dziś faktem. Nie warto zatem koncentrować się na wyliczaniu starych i znanych zagrożeń w odniesieniu do nowego narzędzia. Lepiej zastanawiać się wspólnie, jak to narzędzie optymalnie wykorzystać. Marek Robak – choć wymienia zagrożenia – to przede wszystkim formułuje konkretne postulaty, dotyczące wykorzystania komputerowych mediów w duszpasterstwie (zob. s. 98-100). Dlatego – pomimo moich polemicznych uwag – jestem mu wdzięczny za książkę „Zarzućcie sieć”. Mam nadzieję, że niedługo będziemy mogli przeczytać nową książkę Robaka, odwołującą się do aktualnej propozycji katolickich stron www. Wszak – jak to ktoś zauważył – kilka lat w mediach to dzisiaj cała epoka.

Wszystkim zaś sceptykom co do internetowego duszpasterstwa dedykuję list pewnej 13-letniej internautki, która zawitała na Forum „Porozmawiajmy o wierze”, jakie moderuję na „Opoce” (www.opoka.org.pl): „Dzisiaj jest dzień niespodzianek. To taki dzień, gdy ja przygotowuję niespodziankę dla Babci, a Babcia dla mnie. Moją niespodzianką jest to, że mogę do Księdza napisać. Babcia powiedziała, że skoro Ksiądz pozwolił, to Ona też się zgadza i obiecała nie czytać tego listu. Gdybyś jednak, Babciu, tu zajrzała, to ja się nie gniewam. Bardzo Cię kocham, ale proszę, dalej nie czytaj, bo ja obiecałam tajemnicę. Obiecałam Maćkowi, że nikomu nic nie powiem, ale ja robię to, żeby Mu pomóc, sama nie umiem. Maciek to mój kolega, siedzimy w jednej ławce. Uczymy się dobrze. Lubimy historię i język polski. Kłopoty sprawia nam matematyka, ale umiemy ją na czwórkę. I to jest kłopot, bo Pan od matematyki krzyczy, kiedy czegoś nie rozumiemy, a chłopców tarmosi za uszy. Kiedyś szarpał Maćka, Maciek schylił głowę, a na ławkę spadły łzy. Podałam Mu rękę, wtedy Pan zaczął się śmiać i śmiały się wszystkie dzieci, a my tak siedzieliśmy. Potem Pan ciągle krzyczał na Maćka, a Maciek zaczął palić papierosy. Mówiłam Mu, że trzeba powiedzieć dorosłym, ale Maciek nie chce. A ja się o Niego martwię, bo rujnuje sobie zdrowie i podkrada Tacie papierosy, a Jego Tata jest bardzo surowy. Niedługo zacznie się rok szkolny. Co robić? Babcia mówi, że Maciek to wrażliwy chłopak. Kiedyś napisał dla Niej wiersz. Bo moją Babcię wszyscy kochają! Lubię Maćka i chcę, żeby się uśmiechał, a nie martwił. Może Ksiądz mi poradzi, a może napisze tak coś, że pokażę to Maćkowi i gdy przeczyta to może zrozumie, że musimy coś zrobić. Ja wiem, że to nie całkiem dotyczy wiary, ale Babcia mówi, że jest Ksiądz dobrym i mądrym człowiekiem, to może nam Ksiądz pomoże. Ja też myślę, że jest Ksiądz mądry i dobry. Tylu ludzi prosi Księdza o pomoc, a Ksiądz wszystkim kłopotom stara się zaradzić. Moja Babcia czasem jest smutna, a ja nie wszystko rozumiem, ale wtedy przytulam Ją mocno i znów się uśmiecha. Ksiądz nie może przytulić nas wszystkich, ale jak Ksiądz się za nas modli, to tak jakby Pan Jezus się do nas uśmiechał. Myślę, że wszyscy musimy Księdzu bardzo mocno dziękować. Najlepiej się modlić. Przepraszam, że ten list jest taki długi, ale nie umiem napisać go inaczej. Babcia mówi, że dorośli piszą tu o ważnych sprawach, ale przecież Maciek też jest ważny. Bardzo proszę o odpowiedź. Jeśli Ksiądz jest dzisiaj już zmęczony, to może jutro. Szczęść Boże, Weronika”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Odpisałem. Czyż to nie duszpasterstwo?

Dariusz Kowalczyk SJ

* Swoje doświadczenia internetowego rekolekcjonisty ks. Dariusz Kowalczyk opisuje w innym tekście, który wkrótce opublikujemy w „Więzi”. (Red.)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.