Jesień 2020, nr 3

Zamów

Kto zyskuje, a kto traci? – dyskusja

„Więź”: Zanim zajmiemy się konsekwencjami globalizacji w wymiarze ekonomiczno-społecznym, należałoby zacząć od odpowiedzi na pytanie, co to właściwie jest globalizacja w interesującej nas sferze. Na czym polega specyfika tego zjawiska czy też procesu? Jak zmienił on obraz świata w stosunku do czasów wcześniejszych?

Ryszard Bugaj: Definicje globalizacji są oczywiście różne. Refleksja nad tym zjawiskiem jest potrzebna między innymi dlatego, że nie brak takich, którzy mówią, że właściwie nic istotnego się nie wydarzyło. Wskazują oni, że biorąc pod uwagę takie parametry ekonomiczne, jak na przykład udział handlu zagranicznego czy też inwestycji w produkcie krajowym brutto, jesteśmy w tym samym miejscu, w którym była światowa gospodarka przed pierwszą wojną światową. Wydaje mi się, że jest to teza bałamutna, wykorzystująca formalną zbieżność okoliczności, ale niedocierająca do istoty tego procesu. Jest tak chociażby dlatego, że nie można dzisiejszego handlu zagranicznego, jego pozycji i funkcji, porównywać z czasami sprzed pierwszej wojny światowej. Wtedy w dużym stopniu był to handel między metropoliami i koloniami, także duża część inwestycji miała taki charakter. W handlu międzynarodowym ogromne znaczenie miały wtedy surowce – dzisiaj to znaczenie bardzo zmalało. To porównanie jest moim zdaniem w dużym stopniu nietrafne, dlatego że nie uwzględnia zasadniczych zmian strukturalnych systemu gospodarki światowej.

W okresie od pierwszej wojny światowej, poprzez czasy międzywojenne aż po drugą wojnę udział handlu zagranicznego w produkcie krajowym brutto bardzo się zmniejszył. Szacunki pokazują, że ten poziom osiągnął ponownie wartość z czasów przed pierwszą wojną światową około 1974-1975 roku. Nie jest przypadkiem, że właśnie w tym okresie rozpoczyna się proces globalizacji. Jest on oczywiście związany z kryzysem naftowym i z problemem, przed którym stanęło londyńskie City: co zrobić z zalewem arabskich pieniędzy, petrodolarów? To był jeden z ważnych impulsów liberalizacji rynku.

Pojawienie się globalizacji wiąże się z wielką falą neoliberalną, która jest konsekwencją niewątpliwego kryzysu polityki keynesowskiej. Liberalizacja, deregulacja, prywatyzacja powodują z kolei nowe zjawiska. W nowych warunkach, kiedy rynki finansowe dramatycznie się autonomizują, stają się niezależne od tego, co w ekonomii nazywa się procesami realnymi, cechą zjawisk globalizacyjnych – mówiąc językiem trochę marksistowskim – jest wolność dla kapitału. Wiąże się to między innymi z łagodniejszym opodatkowaniem. Ponadto w związku z postępem technicznym ogromnie zmniejszają się koszty przekazywania informacji, skraca się też jego czas. Dzięki temu można bardzo łatwo sterować przepływami kapitałowymi.

Bardzo ważnym czynnikiem jest pewna stabilizacja światowa, szczególnie po upadku komunizmu. Daje ona bezpieczeństwo inwestycjom kapitałowym – nikt się już praktycznie nie boi, że przyjdzie jakaś rewolucja i dokona nacjonalizacji. Właściciele kapitału są pewni swego niezależnie od tego, czy są na Dalekim Wschodzie, w Europie Środkowej, czy w Ameryce Łacińskiej.

Paweł Dembiński: Potocznie wyraz „globalizacja” używany jest bardzo szeroko i chaotycznie. Czasami dotyczy wyłącznie zjawisk ekonomicznych, kiedy indziej jego znaczenie poszerza się tak, że zaczyna obejmować procesy cywilizacyjne. Osobiście uważam, że nie sposób zrozumieć globalizacji ekonomicznej – tej najbardziej dziś widocznej – bez szerszego spojrzenia. Natura globalizacji jest tak złożona, że jej zawężanie do kilku mierników, takich jak stosunek obrotów handlu międzynarodowego do PKB czy poziom przepływów inwestycyjnych, jest nieporozumieniem, zwłaszcza jeżeli odnosi się je do tak zwanej „pierwszej globalizacji” sprzed 120 lat. Mimo że wartości tych wskaźników są podobne, te dwie epoki nie są bezpośrednio porównywalne.

Moim zdaniem trzema podstawowymi siłami napędowymi globalizacji jako procesu długoterminowego są: postęp technologiczny, mit czy też ideał społeczeństwa otwartego – który przeniesiony na grunt gospodarki oznacza otwartość na konkurencję – oraz etos wydajności. Każda z tych sił napędowych krzepła w innym, swoistym rytmie. Postęp technologiczny, który owocuje dzisiaj internetem, ma swoje korzenie w latach trzydziestych i czterdziestych XIX wieku, kiedy wymyślono telegraf i zaczęto używać go do sterowania procesami odbywającymi się w odległości najpierw dziesiątków, później setek, a dziś dziesiątków tysięcy kilometrów. Etos wydajności wyłonił się jako siła napędowa w skali znaczącej społecznie pod koniec XIX wieku. Ideał społeczeństwa otwartego, które Karl Popper tak ostro przeciwstawił społeczeństwom zamkniętym, pojawił się pod koniec drugiej wojny światowej. Pełne zwycięstwo, jeśli tak można powiedzieć, ideału społeczeństwa otwartego jako wartości docelowej nastąpiło wraz z końcem imperium sowieckiego, czyli niewiele ponad dziesięć lat temu. Upadek muru berlińskiego dodał animuszu zarówno etosowi wydajności, jak i ideałowi społeczeństwa otwartego. Tak więc „dojrzała globalizacja” ma niespełna 15 lat.

Globalizacja jest więc wypadkową sił o bardzo różnej istocie. Można ją określić jako proces stałego zagęszczania i komplikacji sieci współzależności między osobami, przedsiębiorstwami, organizmami politycznymi – nie tylko państwami – a także kapitałem i przestrzenią. Właśnie współzależność jest moim zdaniem kluczowym pojęciem pozwalającym na zrozumienie globalizacji. Za tym słowem kryje się cały wachlarz możliwych sytuacji – od partnerstwa do uzależnienia. Jest oczywiste, że globalizacja i wydajność, jaką ona generuje, opiera się na coraz gęstszej sieci zależności, w którą każdy z nas jest wplątany.

Rezultatem tak ujętej globalizacji jest pojawianie się nowych form instytucjonalnych i organizacyjnych. Dotyczy to form działalności gospodarczej, form organizacji politycznej, sposobu działania społeczeństwa obywatelskiego i tak dalej. Oczywiste jest, że siły napędowe, o których wspomniałem, otworzyły nowe przestrzenie przed działalnością gospodarczą. To właśnie ona podporządkowuje swojej logice coraz to nowe dziedziny życia społecznego. Globalizacja jest więc związana ze swoistym zwycięstwem ekonomicznego spojrzenia na świat, zakorzenionego w etosie wydajności. Zwycięstwo to jest tym pełniejsze, że zarówno rozwój techniki, jak i zanikanie granic otwierają przed etosem wydajności coraz nowe przestrzenie, nie tylko w sensie geograficznym.

W wyniku globalizacji ogromne przedsiębiorstwa wygrywają ze średnimi i małymi. Wielkie firmy tworzą ramy – między innymi technologiczne – w których funkcjonują te mniejsze. Powstają ogromne przedsiębiorstwa działające w skali światowej. Ich horyzont działania sięga dziesiątków lat. Do wyjątków należą takie przypadki, jak Microsoft, który w ciągu kilkunastu lat z małej firmy urósł do rozmiarów jednego z największych gigantów gospodarki światowej. Dzisiaj trzy czwarte zagranicznych inwestycji bezpośrednich stanowią płatności z tytułu fuzji i przejmowania przedsiębiorstw. Pokazuje to, że proces koncentracji wciąż trwa.

Ponieważ procesy związane z globalizacją toczą się ponad granicami, nastąpiła pewna emancypacja działalności gospodarczej wobec tradycyjnych instytucji politycznych. Świat stoi dziś wobec zadania wymyślenia nowych form instytucjonalnych, odpowiadających wymiarom wyzwania, przed którym stoimy.

Janusz Jankowiak: Myślę, że najłatwiej można zdefiniować globalizację przez odwołanie się do oczekiwań, które jej towarzyszyły. Ten proces miał przynieść następstwa zarówno dla ludzi, dla obywateli, jak i dla państw narodowych jako instytucji, które stanowią formę zorganizowania społeczeństwa. Na tym pierwszym poziomie globalizacja miała przynieść konwergencję dochodów, tak aby w skali światowej różnice między dochodami krajów najuboższych i najbogatszych zaczęły się zmniejszać. W wymiarze państwa jako instytucji świat miał zacząć przypominać globalną wioskę – zniknąć miały tradycyjne cechy przypisywane państwu narodowemu. Myślę, że niezadowolenie i wątpliwości towarzyszące globalizacji wynikają z weryfikacji tych nadziei. Ogólny poziom dochodów w ciągu ostatniego stulecia w świecie rośnie, ale rośnie też zasadniczo różnica między krajami najbogatszymi a najbiedniejszymi. Widzimy też, że zanik państwa narodowego nie nastąpił, a nawet wręcz przeciwnie: sądzę, że globalizacja stawia przed państwem narodowym nowe wyzwania, które uzasadniają jego istnienie.

Na czym miało polegać to wyrównywanie się dochodów? Otóż kraje uboższe, dysponujące dużym zasobem taniej siły roboczej, miały eksportować jej nadwyżki do krajów bogatszych. Te z kolei, mając więcej kapitału, miały go transferować do krajów uboższych, podnosząc tym samym produktywność. Dane z ostatniego stulecia, szczególnie z okresu po drugiej wojnie światowej, pokazują, że te nadzieje się nie spełniły. Stało się tak dlatego, że państwa bogate w dalszym ciągu stosują bariery protekcjonistyczne w handlu, głównie żywnością i surowcami, chronią też swoje rynki pracy przed napływem siły roboczej z krajów ubogich. Według danych, które można znaleźć na przykład w „World Development Report”, migracja ludności do Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej w latach dziewięćdziesiątych wyniosła łącznie około 4 procent potencjału emigracyjnego krajów ubogich – to po prostu kropla w morzu. Jeśli zaś chodzi o inwestycje, o napływ kapitału, okazuje się, że o ile udział w PKB inwestycji bezpośrednich w latach dziewięćdziesiątych wzrósł w świecie z 4 do 12 procent, około 70 procent z tego stanowiły inwestycje jednych krajów bogatych w innych krajach bogatych. Dalszych około 20 procent inwestycji zostało ulokowanych zaledwie w ośmiu krajach rozwijających się, czyli na pozostałe ponad 100 krajów uważanych za ubogie przypada nie więcej niż 10 procent udziału w inwestycjach bezpośrednich.

W okresie od 1950 roku średni wzrost gospodarczy dla krajów zachodnich plus Japonia wynosi rocznie około 2,5 procent. W tym samym czasie jedna trzecia najbardziej biednych krajów świata osiągnęła w najlepszym wypadku wzrost zerowy, czyli w ogóle nie miała wzrostu. Nic dziwnego, że podział korzyści związanych z globalizacją budzi zasadniczy sprzeciw tych, którzy łączyli z nią tak duże nadzieje. Problem polega na tym, że nie ma w tej chwili żadnego dobrego pomysłu, w jaki sposób ogólne korzyści z procesu globalizacji można podzielić lepiej, sprawiedliwiej.

P. Dembiński: Według szacunków – między innymi Banku Światowego – wzrasta poziom nierówności w podziale dochodów. Najnowsze jak dotąd dane, dotyczące roku 1993, wskazują, że najbogatsze 10 procent ludności świata dysponowało wtedy 66 procentami dochodu światowego, podczas gdy pięć lat wcześniej ten udział wynosił 63 procent.

Z czysto ekonomicznego punktu widzenia jasne jest, że kapitał wygrywa z pracą. Podział wartości dodanej wyprodukowanej w krajach OECD – czyli najzamożniejszych – pokazuje dosyć jasno, że relatywnie zwiększa się część służąca płatnościom na rzecz kapitału, czyli zyski i procenty, maleje natomiast część przeznaczona na płace. Innymi słowy, relatywnie biednieją ci – nawet w krajach bogatych – którzy nie są właścicielami kapitału.

R. Bugaj: Nie ulega dla mnie wątpliwości, że w dłuższym okresie presja na zachowanie niskich wynagrodzeń w krajach słabiej rozwiniętych, wynikająca właśnie z globalizacji, z możliwości ucieczki kapitału, jest bardzo realnym czynnikiem wpływającym na wzrost nierówności w krajach zamożnych.

W kontekście przyszłości ważne jest też pytanie, w jakiej mierze proces globalizacji stanowił efekt celowego działania, kierowanego przez zorganizowane siły społeczne w intencji osiągnięcia tych celów, o których mówił Janusz Jankowiak. Przyznam się, że jestem co do tego dość sceptyczny. Powinniśmy oczywiście wziąć pod uwagę tak zwany konsens waszyngtoński, czyli pewien zespół zasad polityki ekonomicznej reprezentowany zwłaszcza w końcu lat siedemdziesiątych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, potem trochę korygowany. Reguły konsensu waszyngtońskiego, takie jak na przykład wolny handel, a więc sprzeciw wobec protekcji celnej czy też kontroli przepływu kapitału, były często warunkiem udzielania pomocy krajom słabiej rozwiniętym, albo takim, które znalazły się w kryzysie finansowym Instytucje ratingowe były skłonne traktować te zasady jako przesłankę ocen poszczególnych krajów, co miało ogromne znaczenie dla inwestycji zarówno bezpośrednich, jak i tym bardziej finansowych. Obydwie te sprawy miały ogromne znaczenie. Nie można więc z pewnością lekceważyć tych zasad jako czynnika, który organizował gospodarkę światową.

P. Dembiński: Jako proces cywilizacyjny, globalizacja również „wytwarza” normy. Żyjemy w świecie, który opiera się na normach, dzięki nim działa i jest tak wydajny. Normy te nie są tylko techniczne, ale również intelektualne. Konsens waszyngtoński jest, a raczej był tego rodzaju normą dotyczącą „dobrej” polityki ekonomicznej. Nie jest to ani pierwsza, ani ostatnia norma w tej materii.

R. Bugaj: Można więc powiedzieć, że istniała pewna idea globalizacyjna, związana z pomysłem swobodnego ruchu kapitału i z oczekiwaniem jego następstw. Myślę natomiast, że wielką przesadą jest interpretacja globalizacji jako procesu w dużym stopniu napędzanego przez interesy amerykańskie. Skłonny byłbym twierdzić, że ten proces dokonuje się w dużym stopniu spontanicznie. Powiedzmy sobie jasno: ten proces wymyka się spod jakiejkolwiek kontroli, jeżeli kiedykolwiek w ogóle był pod kontrolą.

P. Dembiński: Twierdzenie, że proces globalizacji jest wynikiem świadomego i planowego działania, jest podwójnym błędem. Po pierwsze, oznacza odwołanie się do spiskowej teorii historii, która może wszystko wytłumaczyć, bo odwołuje się do sił ex definitione nieznanych i ciemnych, po drugie zaś przypisuje „spiskowcom” ponadludzką inteligencję. Odrzucanie takiego ogólnego wytłumaczenia nie jest jednak sprzeczne z podkreśleniem zbieżności tego procesu z interesami poszczególnych aktorów, przede wszystkim przedsiębiorstw ponadnarodowych, które są instytucjami społecznymi najlepiej przystosowanymi do globalizacji. Istnieje więc sprzężenie zwrotne między tymi przedsiębiorstwami a globalizacją.

„Więź”: Pan Janusz Jankowiak, opisując, co to jest globalizacja, dotknął już zasadniczego tematu tej rozmowy, mianowicie społeczno-ekonomicznych skutków tego procesu. Jak więc wygląda bilans skutków globalizacji?

J. Jankowiak: Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Punktem odniesienia dla takiej odpowiedzi mogłoby być to, jak wyglądałby świat, gdyby procesu globalizacji nie było. Nie wiadomo, czy byłby lepszy, czy gorszy.

„Więź”: Można porównywać z tym, co było.

J. Jankowiak: Sto lat temu, około roku 1900, udział w globalnym handlu światowym surowców i towarów nieprzetworzonych wynosił około 70 procent, a teraz około 20. Gros z tego przypada na kraje biedne, rozwijające się. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, na ile ten proces wynika z globalizacji jako takiej, a na ile był to po prostu trend cywilizacyjny. Widać jednak przyczyny, dlaczego krajom najbardziej zacofanym tak trudno jest wydobyć się ze swej ciężkiej sytuacji mimo globalizacji, mimo ogólnego postępu.

Przed pierwszą wojną światową gospodarki szczególnie takich krajów, jak Stany Zjednoczone, czy też kolonii jak Australia, Nowa Zelandia, otwierały się na napływ zasobów ludzkich i kapitałów z zagranicy. Później, zwłaszcza po drugiej wojnie światowej, nastąpił okres aktywnej budowy autonomicznych, silnych, zamkniętych państw narodowych. Czy można to w ogóle porównać z tym, co się dzieje w świecie w epoce globalizacji? Nie wiem, czy świat zamknięty, taki jak po drugiej wojnie światowej, w okresie narastania protekcjonizmu, w ogóle mógłby teraz istnieć, niezależnie od konsensu waszyngtońskiego.

P. Dembiński: Aby długoterminowe porównania miały sens, trzeba wziąć pod uwagę społeczny zasięg mierzonych procesów. Błędem byłoby na przykład porównywanie za pomocą mierników w rodzaju PKB poziomu życia na wsi sto lat temu, kiedy 95 procent potrzeb było zaspokajanych poza obiegiem ekonomicznym, i w miastach w krajach OECD dziś, gdy 95 procent potrzeb jest zaspokajanych poprzez PKB. W tych dwóch skrajnych sytuacjach taki sam dochód ma zupełnie inne znaczenie.

Nie zawsze też wiadomo, czy zmiany, o których mówimy, są rzeczywiście wynikiem globalizacji. Można, przy pewnej dozie optymizmu, argumentować, że inwestycje bezpośrednie działają pobudzająco na rozwój w danym kraju czy regionie. Jasne jest również, że handel międzynarodowy, sprzyjając specjalizacji, zwiększa ogólną wydajność – niełatwo jednak dowieść, w jaki sposób korzyści są dzielone między partnerów tego handlu.

R. Bugaj: Porównania wypadłyby niekorzystnie na rzecz globalizacji. „Złoty wiek” kapitalizmu, czyli lata 1945-1975, to był okres bardzo wysokiej stopy wzrostu, niewielkich nierówności, awansu krajów słabo rozwiniętych. W tym czasie na przykład Brazylia rozwijała się w tempie nawet 6-8 procent rocznie, cokolwiek by się powiedziało o tym, co stało się później. Obecnie, w dobie globalizacji, stopa wzrostu jest znacznie niższa, a bezrobocie wyższe, z czego nie należy wyciągać łatwych wniosków. Tamta polityka skończyła się z ważnych powodów, a nie tylko z powodu szaleństwa liberalnych polityków. Nie znaczy to, że droga, po której dzisiaj się posuwamy, jest bezwzględnie słuszna.

Kłopot z procesami globalizacyjnymi polega na tym, że ich następstwa są dwoiste. Gdyby było inaczej, nie mielibyśmy do czynienia z tak ostrym sporem. Bezsporną korzyścią z globalizacji jest wielki postęp techniczny – jest on w pewnym sensie jej produktem. Można powiedzieć, że bez globalizacji nie byłoby Intela, którego procesory mamy niemal wszyscy w naszych komputerach. Podobnie elementem globalizacji jest na przykład to, że przerzutki w rowerach na całym świecie – także w moim – pochodzą właściwie z jednej firmy. Ten postęp techniczny związany jest z ogromnymi nakładami na badania, które nie były możliwe, kiedy nie było tak gigantycznych firm międzynarodowych. Potencjalną korzyścią z globalizacji jest natomiast możliwość pozyskiwania tanich oszczędności do finansowania rozwoju w krajach słabiej rozwiniętych, które nie są zdolne osiągnąć niezbędnego poziomu oszczędności.

Jest jednak i druga, negatywna strona tych procesów. Osobiście najbardziej jestem zaniepokojony podmywaniem przez procesy globalizacyjne statusu państwa narodowego. Prawdą jest to, co mówił Janusz Jankowiak, że globalizacja wywołuje także zapotrzebowanie na nowe funkcje państwa narodowego, ale w generalnym bilansie przeważa ubezwłasnowolnienie państw narodowych w jego dość podstawowych funkcjach. W tym miejscu ujawniają się moje lewicowo-prawicowe skłonności. Myślę, że podważanie możliwości prowadzenia przez państwa niezależnej polityki wewnętrznej jest także podważaniem społecznej solidarności. O ile niełatwo zdobyć się nam na społeczną solidarność w ramach naszych krajów, tym bardziej trudno nam o solidarność międzynarodową. Martwić się o Murzynów w Ghanie przychodzi nam znacznie trudniej niż przejmować się dziećmi w Bieszczadach. Niesłychanie ważne jest i to, że podważając funkcje państwa, podważamy także demokrację. Państwa demokratyczne są zawsze państwami narodowymi. Te wszystkie mrzonki o światowym rządzie, które snują różni liberalni lewicowcy, wydają mi się niebezpieczną utopią.

Proces globalizacji w dużym stopniu wyjmuje z rąk państwa jeden z dwóch podstawowych instrumentów polityki gospodarczej, mianowicie dużą część polityki pieniężnej – to nie ulega wątpliwości. Państwu pozostaje tylko polityka fiskalna, i to też w ograniczonym zakresie, skoro oczekuje się małych budżetów i niskich podatków, co oczywiście podważa solidarność społeczną.

J. Jankowiak: W związku z globalizacją pojawiają się też pomysły oddania polityki fiskalnej w ręce niezależnych ekonomistów i instytucji takich jak w przypadku polityki pieniężnej.

R. Bugaj: To jest nowa utopia – lewicowa połączona z liberalną. Także ci szlachetni socjaliści od „trzeciej drogi” Anthony’ego Giddensa, który napisał projekt, jak przekształcić ONZ w rząd światowy, a Międzynarodowy Fundusz Walutowy w globalne ministerstwo finansów czy bank centralny, mówią rzeczy śmieszne. Z tych powodów staję się lewicowo-konserwatywny. Uważam, że ocalenie suwerenności państwa jest jedną z wielkich spraw najbliższych kilkudziesięciu lat.

„Więź”: Według obiegowej opinii, obecnej w większości artykułów prasowych czy innych publicznych wypowiedzi na ten temat, wpływ globalizacji na rolę państwa jest w zasadzie jednokierunkowy – następuje jego osłabienie. Jeśli na przykład pod wpływem ocen ryzyka inwestycyjnego każde państwo może zostać pozbawione z dnia na dzień ogromnych kapitałów, w oczywisty sposób zawęża to granice manewru w polityce gospodarczej. Ma to oczywiście dobre i złe strony, bo z jednej strony chroni przed gospodarczymi szaleństwami ze strony nieodpowiedzialnych polityków, ale z drugiej po prostu narzuca pewien model gospodarczy.

J. Jankowiak: Obiegowa opinia jest właśnie taka. Osłabienie roli państwa zresztą rzeczywiście następuje. Dlaczego jednak mówię, że to jest obiegowa opinia? Dlatego, że jednak globalizacja, osłabiając możliwość swobodnego manewru przez państwo zasobami, które ma ono do dyspozycji – stawiania barier, regulowania – stawia jednak przed nim zupełnie nowe wyzwania z punktu widzenia zaspokojenia takich elementarnych potrzeb obywateli, jak na przykład bezpieczeństwo. Przystępując do Unii, też będziemy poddani temu testowi, na ile potrafimy zapewnić bezpieczeństwo wewnętrzne powiększonego obszaru Unii. Chodzi tu również o edukację, która na poziomie podstawowym jest elementem wyrównywania szans, skutecznym antidotum na zarzuty stawiane globalizacji, że zwiększa ona dysproporcje społeczne. Te zupełnie nowe zadania dotyczą również dystrybucji zasobów wewnątrz danego kraju w takim stopniu, w jakim państwo może sobie na to pozwolić w ramach prowadzenia autonomicznej polityki gospodarczej. Przecież globalizacja nie przekreśla w ogóle możliwości prowadzenia takiej polityki. Jakieś pole manewru jednak zostaje, nie bądźmy tacy defetystyczni. Jestem jak najdalszy od tego, żeby uważać, że państwo narodowe jako instytucja zapewniająca podstawowe świadczenia na rzecz obywateli ma zaniknąć.

P. Dembiński: Globalizacja wymaga norm, bez których niemożliwe jest działanie na odległość. Jeżeli kupuję tysiąc ton ropy na drugim końcu świata, nie może być najmniejszych niejasności co do znaczenia słowa „ropa”. Jeżeli samolot przelatuje z przestrzeni powietrznej jednego kraju do drugiego, musi być jasne, w jaki sposób nawiąże on kontakt z organami regulującymi ruch powietrzny. Innymi słowy, państwa poprzez dziesiątki tysięcy umów międzynarodowych współtworzą takie normy i tym samym ograniczają swoją suwerenność. Jest więc dla mnie jasne, że globalizacja prowadzi do ograniczenia suwerenności państwa w wielu dziedzinach. Państwo jest tworem terytorialnym o jednoznacznie nakreślonych granicach: albo jest się wewnątrz nich, albo poza nimi. Tymczasem porządek terytorialny traci na znaczeniu – dziś za pomocą techniki można bez trudu być jednocześnie „wewnątrz” i „na zewnątrz” granic państwowych.

Zawsze będzie potrzeba organizacji pilnujących porządku na danym terytorium, ale one same nie wyczerpują potrzeby istnienia instytucji. Myślę więc, że dekady państwa narodowego są policzone, zarówno z punktu widzenia prężności organizacyjnej, jak i poczucia przynależności. Europa jest tego najlepszym przykładem. Sytuacja polska jest trochę anachroniczna w stosunku do jej przyjaciół i sojuszników na Zachodzie. Waga, jaką w Polsce przywiązuje się do państwa narodowego, tłumaczy się poziomem frustracji w tej dziedzinie. Francuzi, Niemcy czy Włosi cieszą się takim państwem przynajmniej od 130 lat, Polacy w tym czasie mieli je przez lat około 30. Jasne więc, że trudno przejść do porządku dziennego nad faktem, że skarb ledwie odzyskany jest skazany na rozpłynięcie się w globalizacyjnej mgle.

R. Bugaj: Kluczową sprawą jest to, jak traktujemy państwo: czy przyjmujemy hipotezę, że generalnie rzecz biorąc państwo jest zdolne do działania w interesie swoich obywateli, czy nie. Otóż w wielu analizach ekonomicznych, na przykład tych, które legły u podstaw teorii wyboru publicznego, w istocie rzeczy zakłada się, że klasa polityczna nie jest zdolna do formułowania programów i prowadzenia polityki zgodnej z interesami społeczeństwa. Przy takim założeniu należy zrobić wszystko, żeby jak najmniej zależało od polityków. W to rozumowanie oczywiście wpisują się w ogromnym stopniu procesy globalizacyjne, a także na przykład takie pomysły, żebyśmy musieli oddać politykę pieniężną w ręce Wima Duisenberga, prezesa banku europejskiego, żeby nasi politycy się do tego nie dotykali.

Ja odrzucam tę hipotezę. Jest wiele powodów, dla których jest nam potrzebne dobre państwo i niczym go nie zastąpimy. Owszem, w niektórych krajach Trzeciego Świata, w Ameryce Łacińskiej czy w Afryce, presja zewnętrzna może być w pewnym okresie korzystna, może sprzyjać rozsądnej modernizacji. Jednak w tych krajach, w których system polityczny jako tako funkcjonuje, a obywatele mają świadomość swoich interesów, tam gdzie poziom edukacji przekroczył pewne minimum, mamy prawo oczekiwać dobrego państwa i musimy zrobić wszystko, co jest możliwe, żeby państwo było dobre.

J. Jankowiak: Generalnie proces globalizacji nie doprowadził do poprawy sposobu rządzenia państwem w krajach naprawdę ubogich. To jest kolejna zawiedziona nadzieja. Nie ma odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób można to zrobić, może poza jedną. Nigdzie nie udało się naprawdę poprawić zarządzania państwem i jakości rządzenia bez demokratyzacji.

R. Bugaj: Lista problemów związanych z globalizacją jest znacznie dłuższa. Nie ma na przykład łatwej odpowiedzi na pytanie, w jakiej mierze procesy globalizacyjne są czynnikiem stabilności, a w jakiej – destabilizacji makroekonomicznej. Można dostrzec czynniki działające zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Skłaniałbym się do poglądu, że mamy raczej do czynienia z przewagą czynników negatywnych. Krugman w swojej niewielkiej książeczce „Wracają problemy kryzysu gospodarczego”, która właśnie się ukazała po polsku, niesłychanie ostro pisze o destabilizujących następstwach procesów globalizacyjnych.

J. Jankowiak: Dla krajów wysoko rozwiniętych, bogatych, takich jak Stany Zjednoczone, globalizacja jest bez wątpienia czynnikiem stabilizującym. Gdyby nie było tych procesów, Stany Zjednoczone przy takim stanie bilansu handlowego, jaki mają od wielu lat, już dawno poszłyby pod wodę. Globalizacja zasadniczo zmienia spojrzenie ekonomistów na takie podstawowe kwestie, jak nierównowaga zewnętrzna, handel zagraniczny, deficyt w obrotach bieżących. Pozwala na przykład uznać za czynnik wzrostu handel między korporacjami transnarodowymi, co do których właściwie nie wiadomo, do jakiego kraju należą.

R. Bugaj: Wydaje się, że Stany Zjednoczone są jedynym krajem, dla którego globalizacja z tego punktu widzenia nie niesie wielkich zagrożeń. Chociaż jeśli prawdziwe okażą się wizje Lestera Thurowa zawarte w jego słynnej książce „Przyszłość kapitalizmu”, będzie to oznaczać, że w długim okresie i Stany Zjednoczone muszą się liczyć z konsekwencjami tych procesów dla stabilności swej gospodarki.

Nie bardzo wiadomo, jaki jest wpływ globalizacji na stabilność gospodarki japońskiej. Natomiast jeśli chodzi o kraje takie jak Francja, mamy przykład z 1981 roku, kiedy prezydent François Mitterrand próbował prowadzić klasyczną politykę socjalistyczną czy socjaldemokratyczną. Wówczas globalne rynki przywołały go do porządku, tak że musiał się kompletnie wycofać z całego swego programu i zaakceptować trzy główne elementy liberalne: prywatyzację, deregulację, liberalizację.

J. Jankowiak: Natomiast w przypadku krajów rozwijających się ocena wpływu globalizacji na ich stabilizację gospodarczą jest skomplikowana. Z jednej strony można powiedzieć, że gdyby nie globalizacja, swobodny przepływ kapitału, liberalizacja handlu, część z tych krajów, które finansują swój rozwój właśnie dzięki napływowi kapitału, miałaby zasadnicze trudności z finansowaniem inwestycji w długim okresie. Z drugiej strony jest oczywiste, że takie otwarcie naraża te kraje na ryzyko destabilizacji związane z przypływami i odpływami kapitału, czego także my doświadczamy.

R. Bugaj: Właśnie na rynkach finansowych niesłychanie modna i wpływowa hipoteza racjonalnych oczekiwań nie znajduje zastosowania. Kłopot polega na tym, że nie wystarczy samemu prowadzić dobrej polityki, spełniać wszystkich warunków konsensu waszyngtońskiego. My możemy te warunki spełniać, ale jeżeli coś się przydarzy w Brazylii, poniesiemy tego skutki. Ten czynnik działa bardzo silnie destabilizująco.

Poza tym okazuje się, że te normy, które wyznacza globalny rynek, są często nieracjonalne. Na miesiąc przed wybuchem kryzysu meksykańskiego „Time” wydrukował pełen zachwytu artykuł o polityce Meksyku ze zdjęciem prezydenta Gortariego na okładce. Po miesiącu ten kryzys zmiótł prezydenta i zrujnował gospodarkę Meksyku. Jak pokazuje Krugman, prawie wszystkie kraje, które wpadły w kryzysy finansowe, tuż przed załamaniem miały bardzo dobre notowania u firm ratingowych. Na ogół nie tylko nie miały deficytu budżetowego, ale wręcz nadwyżki. Dość częste w tych krajach były wprawdzie złe, niemożliwe do spłacenia kredyty, ale generalne oceny były dobre – ryzyko inwestowania miało być niewielkie, a zaraz potem wszystko się waliło. Te kryteria nie są więc takie niezawodne.

„Więź”: Ideologiczni liberałowie przedstawiają zjawiska, o których mówimy, jako walec, który się po nas przetacza i na który nie mamy żadnego wpływu. Z drugiej strony słychać nawoływania szlachetnych utopistów, którzy konstatując zło świata, stwierdzają, że tak być nie może i trzeba zmienić paradygmat cywilizacyjny, co może nastąpić, kiedy wystarczająco dużo ludzi wreszcie zrozumie, że tak będzie dla nich lepiej. Trudno zaprzeczyć temu, że istnieją pewne procesy w skali makro, których nie możemy po prostu zmienić, odwrócić, unieważnić. Widać jednak, że gospodarka, także w epoce globalizacji, jest sferą, gdzie ludzie dokonują wyborów, choć z pewnością w ograniczonym zakresie. Jaki więc mamy na to wszystko wpływ? Co można i należy zmienić, a z czym po prostu trzeba się pogodzić?

J. Jankowiak: Myślę, że tymi procesami można do pewnego stopnia sterować, chociażby poprzez duże instytucje międzynarodowe, takie jak Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. W tych instytucjach zachodzą obecnie zasadnicze zmiany, także personalne. Odchodzą te osoby, które są uważane za symbole realizacji konsensu waszyngtońskiego, ale także ich przeciwnicy z przeciwnego skrzydła. Moim zdaniem niemożliwy jest powrót tych instytucji do stanu z lat sześćdziesiątych, kiedy rozdawano kredyty „po uważaniu”. Z drugiej strony na skutek naruszenia równowagi makroekonomicznej przez politykę globalizacyjną w latach dziewięćdziesiątych nie będzie też kontynuacji polityki stawiania poszczególnym krajom twardych, rygorystycznych wymagań i udzielania im pomocy wyłącznie pod warunkiem ich spełnienia.

R. Bugaj: Globalizacja nie jest w stu procentach po prostu obiektywnym procesem. W pewnych granicach rzeczywiście tak jest, ale poza tym jest wyrazem konsensu wpływowych sił. Wydaje mi się, że w tych procesach najważniejsze są: pewien klimat intelektualny oraz nieformalne struktury interesów. Wcale nie wykluczam tego, że w perspektywie kilku czy kilkunastu lat może się pojawić nowa fala sceptycyzmu wobec swobodnego przepływu kapitału. Wtedy może nastąpić zbieżność wysiłków na rzecz zawężenia tej swobody. Można się na przykład zastanowić, czy aktualny jest pomysł Jamesa Tobina opodatkowania dochodów z kapitału, z jego przepływów. To jest w istocie rzeczy idea podatku transakcyjnego, który niewątpliwie dość zasadniczo zmniejszyłby płynność rynków finansowych.

Niewątpliwie mamy za sobą szczyt zadufanego w sobie neoliberalizmu, teorie nowej ekonomii klasycznej przeżywają raczej kłopoty, następuje w pewnym sensie powrót do keynesizmu, choć na pewno nie w wersji ortodoksyjnej. Historia z pewnością się nie skończyła.

„Więź”: W jaki sposób można sprawić, by korzyści z globalizacji były dzielone bardziej sprawiedliwie? Niektórzy twierdzą, że nie da ich się lepiej podzielić, ponieważ do istoty procesów globalizacyjnych należy właśnie nierówność w podziale korzyści.

J. Jankowiak: Obecnie około dwóch miliardów ludzi na świecie żyje za mniej niż dwa dolary dziennie. Utopią jest uznanie, że jeżeli damy tym ludziom po dodatkowe dwa dolary, które musimy zabrać z krajów bogatych – nie możemy ich przecież wyprodukować – czyli z dnia na dzień zwiększymy dochód tych najuboższych o 100 procent, to świat stanie się z tego powodu zasadniczo lepszy.

Nie może jednak być tak, jak jest obecnie, że proces konwergencji dochodów jest hamowany przez to, że kraje bogate głoszą ideę otwarcia, liberalizmu, chroniąc jednocześnie swoje rynki pracy. Przedstawiciele krajów bogatych twierdzili, że nie ma potrzeby, żeby napływali do nich emigranci – lepiej skierować kapitał do krajów ubogich i stworzyć tam miejsca pracy, podnieść produktywność i w ten sposób nastąpi konwergencja dochodów. Po pierwsze, mam zasadnicze wątpliwości, czy to twierdzenie jest prawdziwe, a po drugie widać empirycznie, że mimo zapowiedzi nic takiego nie nastąpiło, skoro zdecydowana większość kapitału nie skierowała się z krajów bogatych do biednych, tylko do innych krajów bogatych. Moim zdaniem, trzeba wrócić do samych podstaw tego, czym ma być proces globalizacji. Przyjrzyjmy się warunkom wzajemnego otwarcia i warunkom koniecznym dla konwergencji dochodów i zastanówmy się, czy spełnienie tych warunków jest możliwe. Jeżeli nie, wtedy będziemy naprawdę bezradni.

R. Bugaj: Jestem w tej sprawie sceptyczny. Wyobraźmy sobie, że na przykład Francuzi musieliby się zgodzić na to, że 2/3 spożywanej przez nich żywności pochodzi z importu, bo do tego musiałoby się to sprowadzić. Drugim źródłem mojego sceptycyzmu jest coś, co skądinąd jest siłą globalizacji: ona tworzy jeden wzorzec technologii. Jeszcze w latach sześćdziesiątych można było mówić, że istnieją technologie dla krajów słabo i wysoko rozwiniętych. Dzisiaj jest jeden wzorzec technologiczny. Mimo że cena siły roboczej w Polsce jest trzy- czy czterokrotnie niższa niż w Niemczech, wydajność w polskich supermarketach jest taka sama jak w Niemczech – ten sam jest wzorzec organizacyjny, techniczny etc. Problem polega więc na tym, że jeżeli kapitał idzie tam, gdzie jest tańsza siła robocza, tworzy on pewną liczbę miejsc pracy, ale niszczy ich znacznie więcej. Mamy właściwie do czynienia z powrotem do tego, co się zdarzyło pod koniec XVIII wieku w związku z rewolucją przemysłową, kiedy Anglia za pomocą swojego przemysłu lekkiego niszczyła ten przemysł w Indiach i w innych miejscach świata przez ogromną przewagę technologiczną i wolny handel.

Nie ma więc przesłanek do optymizmu. Oczywiście dobrze by było zrobić to, o czym mówił Janusz Jankowiak, ale w krajach rozwiniętych musi zostać przełamany ogromnie silny opór społeczny. Na razie na to się nie zanosi. Amerykanie chcą wydobywać swój węgiel, nie przejmując się jakimiś mrzonkami o atmosferze, bo dzięki temu zatrudniają swoich ludzi, którzy są w dodatku wpływowi politycznie.

„Więź”: Kto mógłby dokonać takich zasadniczych zmian? Decyzję o złagodzeniu ograniczeń migracyjnych mogą podjąć władze państwowe, natomiast o ulokowaniu kapitału w określonym kraju postanawia zarząd konkretnej firmy.

J. Jankowiak: To jest system naczyń połączonych – otwarcia rynku dla przepływu pracy nie da się traktować oddzielnie od otwarcia rynku dla przepływu kapitałów. Jednak w dużej mierze prawdą jest to, że kapitał prywatny podejmuje decyzje na zasadzie autonomicznej oceny ryzyka, poziomu zysków, rentowności itd. Z drugiej strony trudno powiedzieć, jakie podejmowałby on decyzje, gdyby dysponował u siebie w kraju dużym zasobem taniej siły roboczej, którą wytworzyłoby otwarcie miejscowego rynku pracy.

Mogę natomiast powiedzieć z całą pewnością, że jeśli chcemy uzyskać efekt konwergencji dochodów, alternatywą dla takich zmian jest wyłącznie jakaś forma przymusowego podziału zysków z globalizacji. Mamy już zresztą do czynienia z czymś takim, bo przecież darowanie długów to nic innego niż przymusowa forma redystrybucji.

R. Bugaj: Nie najlepsza, bo w przyszłości nikt nie będzie chciał pożyczać.

J. Jankowiak: Oczywiście, dlatego że zasadniczo zwiększa ryzyko inwestycyjne, ale to jest jedyna realna perspektywa, jaką w tej chwili widzę.

„Więź”: Przeciwnicy globalizacji chętnie posługują się pojęciem „wyłączenia”, mówiąc, że zarówno w skali globalnej, jak i w poszczególnych krajach – nawet najbogatszych – tworzy się grupa ludzi trwale wyłączona z systemu społecznego. Czy to jest tylko konstrukt ideologiczny, czy też po prostu opis rzeczywistości, a jeśli to drugie, to jak można temu zapobiec czy choćby ograniczyć?

R. Bugaj: To jest opis rzeczywistości. Procesy wyłączenia obejmują całe kraje – właściwie prawie cała Afryka jest „wyłączona”, ale są też enklawy wyłączenia w krajach wysoko rozwiniętych, szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Okazało się, że mimo rozpowszechniania informacji, wzorców zachowań, powstają zamknięte enklawy z własnym etosem, własnymi regułami postępowania etc. Czy można coś zrobić w tej sprawie? Wydaje mi się, że na poziomie poszczególnych krajów tak. Powiem jasno: kluczem jest nieco bardziej równy podział dochodów i zatrzymanie procesu erozji państwa opiekuńczego, co nie znaczy, że nie trzeba przebudować jego form – tu wiele jest do zrobienia.

Co można natomiast zrobić z całymi wielkimi krajami? Przyznam, że mam w tej sprawie poczucie bezsiły. Podstawowym problemem jest brak w tych krajach elit czujących jakąkolwiek odpowiedzialność za kraj, a nie za stan swojego rachunku w Genewie. Jak długo to się nie zmieni, nawet duże pieniądze niczego nie załatwią: oni wszystko zmarnują i ukradną.

J. Jankowiak: Sprawa wyłączenia ma ścisły związek z globalizacją. W XIX wieku istniały wielkie obszary, nawet kontynenty wyłączenia, skrajnej biedy, rozpaczy, beznadziei. Jeśli o nich dzisiaj mówimy, to jest między innymi skutkiem globalizacji. Dzięki lepszemu przepływowi informacji, lepszej komunikacji, lepiej widzimy te obszary, ale pomysłu na to, co z nimi zrobić, jak nie było w XIX wieku, tak samo nie ma dzisiaj. Z całą pewnością nie jest dobrym pomysłem przymusowa redystrybucja dochodów na rzecz tych krajów bez względu na to, jaką prowadzą politykę. Pomysłem jedynym jest to, żeby one zaczęły prowadzić lepszą politykę wewnętrzną, również w wymiarze społecznym. Jak je do tego skłonić? Nie wiem, czy ktoś w ogóle może mieć na to wpływ.

R. Bugaj: To nie znaczy, że można zrezygnować z wysiłku. Przekonania etyczne powinny być ciągle źródłem jakichś poszukiwań, jakichś działań, nawet jeśli kończą się one porażką.

P. Dembiński: W bogatych społeczeństwach zachodnich, najbliższych modelowi „społeczeństwa otwartego”, więzi społeczne nawiązywane są przede wszystkim za pośrednictwem instytucji. Coraz mniejszą rolę odgrywają relacje nawiązywane bezpośrednio przez konkretnych ludzi. Także w okazywaniu solidarności pośredniczą instytucje – solidarnością się administruje. Jeśli chcemy komuś pomóc, szukamy właściwej instytucji. W tych warunkach więzi społeczne stają się coraz bardziej „ekonomiczne”. W społeczeństwach bogatych wyłączenie zaczyna się od wykluczenia z rynku pracy lub niedopuszczenia do niego. W ślad za utratą pracy lub niemożnością jej uzyskania bardzo szybko pojawiają się kolejne czynniki sprawiające, że człowiek zaczyna żyć na marginesie normalnego społeczeństwa. W niepokojąco dużych proporcjach dotyczy to ludzi młodych, którzy nie są w stanie w ogóle rozpocząć życia zawodowego. Inne grupy, którym najbardziej zagraża takie wyłączenie, to nielegalni imigranci, a także osoby po 55 roku życia, które kiedy raz utracą pracę, mają bardzo niewielkie szanse jej znalezienia. To wykluczenie w bogatym społeczeństwie nie powoduje wprawdzie materialnej nędzy, ci ludzie mają co jeść, ale pozostają w dużej mierze poza społeczeństwem.

„Więź”: Mówiąc o globalizacji, nie sposób pominąć jej przeciwników. Kim oni są? Czy jest to grupa ludzi, która łączy niezgodę na świat ze skłonnością do gwałtownych i spektakularnych zachowań, innymi słowy – czy antyglobalizm jest po prostu nową formą młodzieńczego buntu? A może jest to zalążek poważniejszego ruchu kulturowego protestu?

J. Jankowiak: Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, kto to jest antyglobalista, ponieważ jest to byt niejednorodny, który nie poddaje się jasnym kryteriom oceny. Stąd wynikają takie formy protestu, które są spektakularne, ponieważ dzieją się na ulicy. Ten ruch protestu nie stworzył właściwie dokumentów z konstruktywnymi propozycjami, które wykraczałyby poza to, że trzeba mniej zanieczyszczać środowisko, sprawiedliwie podzielić bogactwo itp., trudno więc ustosunkować się do tego ruchu pozytywnie. Wydaje mi się, że jest on obecnie formą kontrkultury, która prawdopodobnie w pierwszej kolejności doprowadzi nie do tego, że zmieni się polityka globalizacyjna mocarstw, tylko do tego, że przywódcy organizacji międzynarodowych i państw rozwiniętych będą się spotykać w takich miejscach, w których nie będzie można rzucić w nich jajkiem czy wybić szyby, na przykład w Górach Skalistych.

R. Bugaj: Moim zdaniem w tym, co się pojawia w większości manifestacji antyglobalistycznych, trzeba widzieć raczej symptom problemu niż jakiekolwiek pierwociny jego rozwiązania. Patrzę na te protesty nie tyle z sympatią, co z pewną dozą zrozumienia. Myślę, że ich uczestników łączy po pierwsze przekonanie, że na świecie jest zbyt dużo nierówności, a po drugie przeświadczenie, że nie wszystko trzeba zrobić dla wzrostu gospodarczego. Oni nie są ani lewicowi, ani prawicowi, a właściwie są i tacy, i tacy. Ich popularność wynika moim zdaniem z tego, że oficjalna klasa polityczna w dużym stopniu zdradziła pewne wartości, także w związku z globalizacją. Współczesna socjaldemokracja zaakceptowała procesy globalizacji neoliberalnej polityki. W dużym stopniu dotyczy to także konserwatystów. Tradycyjna polityka konserwatywna była opiekuńcza – konserwatyści w stylu pani Thatcher nie mają z tą tradycją nic wspólnego. Powstała więc pewna próżnia. Wydaje mi się, że także polityka oficjalna będzie próbowała budować alternatywę w postaci wizji świata miarkującej te procesy. Wtedy ruchy protestu będą miały mniejsze znaczenie, ale na razie będą rosły.

P. Dembiński: Wyłaniająca się konfiguracja ruchu antyglobalizacyjnego jest bezsprzecznie jedną z tych nowych form instytucjonalnych, które towarzyszą globalizacji. W kakofonii głoszonych przez protestujących haseł trudno dopatrzyć się wspólnego mianownika poza sprzeciwem wobec tego, by stać się „mięsem ekonomicznym” – na podobieństwo „mięsa armatniego”, jakim byli zawsze zwykli obywatele w armii każdego imperium. Wspaniale wydajna maszyna ekonomiczna produkuje postęp, dobrobyt, niesie wolność, ale również przynosi nieszczęścia. W imię specjalizacji wszyscy stajemy się coraz bardziej zależni od innych, czyli tracimy naszą autonomię. W pewnym sensie następuje proces alienacji nie wobec samej pracy, ale wobec form życia społecznego. Na bogatym krańcu społecznego spektrum prowadzi to do ucieczki w formie egzotycznych podróży czy innych form zapominania, na biednym – do zwiększonej nędzy, migracji, beznadziei.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Ruchy antyglobalizacyjne to sygnał, że centralne miejsce nie tylko w polityce, ale i w gospodarce powinien zajmować człowiek, a nie machina ekonomiczna. Błędem jest oczekiwanie, że ten ruch sformułuje konkretne postulaty w rodzaju podatku Tobina, których przyjęcie załatwi sprawę. Osobiście widzę w ruchu antyglobalizacyjnym krzyk przerażenia przed wszechwładną machiną ekonomiczną, która pozostawiona samej sobie w sposób niezamierzony zmiażdży wszystko i wszystkich w imię wyższej wydajności. Innymi słowy, ten ruch jest mocnym i niekonwencjonalnym głosem w toczącej się przynajmniej od dwudziestu lat dyskusji – jak do tej pory absolutnie jałowej – na temat wyłonienia form instytucjonalnych, które byłyby w stanie ustanowić ramy dla globalizującego się świata i pozwoliłyby na wyraźniejsze wyłonienie się dobra wspólnego.

Żadna z sił napędowych globalizacji, o których mówiłem – technologia, etos wydajności, mit doskonałego społeczeństwa – nie musi działać wiecznie. Może się na przykład zdarzyć, że etos wydajności powoli straci monopol kulturowy, jakim się dzisiaj cieszy, a twórcom konstrukcji politycznych zaczną przyświecać inne ideały. Ruch antyglobalizacyjny może być znakiem, że historia przeciera nowe szlaki.

Opr. T. W.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.