Jesień 2020, nr 3

Zamów

Perski dywan

Kino irańskie jest jak perski dywan, oczywiście nie ten z fabryki, o kiczowatych barwach i agresywnym wzorze, lecz tkany ręcznie – o wyrafinowanym deseniu i głębi koloru. Przekonują o tym kolejne filmy irańskie, które mamy szczęście oglądać, już nie tylko przy okazji przeglądów czy festiwali w rodzaju Warszawskiego Festiwalu Filmowego, na którym przed dwoma laty prezentowano przegląd filmów irańskich (por. „Więź” nr 12 z 1999 roku), czy debiutującego w tym roku Festiwalu Filmowego w Sanoku, na którym jedną z wielu atrakcji była właśnie prezentacja kina irańskiego. Znaleźli się odważni, którzy decydują się wprowadzać to oryginalne i niekomercyjne kino do regularnej dystrybucji. Dzięki temu spotykają się właśnie na ekranach dwa wyjątkowe filmy: „Uniesie nas wiatr” Abbasa Kiarostamiego, reżysera światowej sławy, i „Czas pijanych koni” – debiut fabularny Kurda (ur. 1969) Bahmana Ghobadiego.

O ile Roman Gutek (którego firma wprowadziła na ekrany film Kiarostamiego) zdążył nas już przyzwyczaić do tego, że proponuje zazwyczaj kino ambitne i oryginalne, o tyle zdziwienie budzić może fakt, że dystrybutorem drugiego z wymienionych filmów jest firma, która weszła na rynek za sprawą kina typowo komercyjnego, odnosząc zresztą duży sukces. Przed kilkoma miesiącami z SPI – bo o tej firmie mowa – wyłoniła się SPInka, która powstała dlatego, żeby – jak można przeczytać w jej programowym manifeście – pokazywać najciekawsze światowe kino [.] filmy artystyczne, autorskie [.]. Wierzymy – deklarują pomysłodawcy SPInki – że o wadze filmu nie decyduje wyłącznie jego komercyjny potencjał.

Oba filmy wiele łączy, ale i wiele dzieli. Każdy z nich zdradza niepospolitą wrażliwość i talent swego twórcy, każdy naznaczony jest bardzo indywidualnym stylem. Akcja obu dzieje się w irańskim Kurdystanie, jakże jednak różnie zobaczonym i pokazanym. W obu występują niezawodowi aktorzy, obdarzając te obrazy dojmującą prawdą. W obu odnaleźć można trudną do nazwania czystość i poezję – zarówno w sposobie opowiadania, jak również w samej materii opowieści. Film Kiarostamiego to wypowiedź człowieka szukającego pojednania ze światem, być może nawet już z nim pogodzonego. Film Ghobadiego (który był asystentem Kiarostamiego przy realizacji „Uniesie nas wiatr”) to opowieść o świecie, który rodzi bunt. Paradoksalnie jednak ani te filmy, ani te postawy nie kłócą się ze sobą, przeciwnie – raczej wzajemnie się dopełniają. Inspirują ważną, choć trudną rozmowę, opisują doświadczenie bliskie wielu z nas.

Zaboli nas ból. uniesie nas wiatr.

Nieczęsto zdarza się oglądać filmy, które potrafiłyby wzniecać tak silne emocje, jak „Czas pijanych koni”. Ten film chwilami wprost trudno wytrzymać, ogląda się go ze ściśniętym gardłem. Pięcioro osieroconych dzieci z zapadłej kurdyjskiej wioski jest zdanych właściwie wyłącznie na siebie. Znaleźli się w sytuacji, która trudna byłaby do uniesienia nawet przez dorosłego człowieka. Muszą nie tylko zapewnić sobie podstawowy byt, ale zdobyć pieniądze na operację dla jednego spośród siebie. Śmiertelnie chory brat jest od urodzenia kaleką, nieustannie potrzebuje lekarstw. Wysiłki, jakie podejmuje rodzeństwo, aby zdobyć pieniądze na operację chłopca, budzą najgłębszy podziw i sprzeciw zarazem – trudno przejść do porządku dziennego nad tym, że dzieci zmuszone są do tak dramatycznych działań i decyzji. Tym trudniej, że historia opowiedziana przez Ghobadiego jest prawdziwa.

„Czas pijanych koni” został opowiedziany bez cienia sentymentalizmu, ale z niezwykłą czułością. Ascetyczny, dokumentalny styl przydaje obrazowi intensywności, pozwala również podejść bardzo blisko bohaterów. Ich ból naprawdę nas boli. Boli nas też nasza bezradność, oto bowiem twórcom filmu udaje się sprawić, że znajdujemy się sytuacji, którą opisała św. Edyta Stein: Musimy się nauczyć także i to znosić, że ktoś dźwiga swój krzyż, a my nie możemy mu ulżyć, co jest często trudniejsze niż cierpieć samemu.

Film Kiarostamiego także w pewnym sensie trudno wytrzymać, ale z zupełnie innych powodów. Tego filmu nie da się opowiedzieć, podobnie jak trudno opowiedzieć wzór perskiego dywanu. Nie można opowiedzieć barw ogromnych falujących łanów zbóż, koloru drzew, łąk i skał. Kadry tego filmu pełne są powietrza nieba, ziemi i niezwykłego światła. Nie są to jednak śliczne pocztówki, raczej obrazy nasycone taką intensywnością, jak płótna van Gogha.

„Uniesie nas wiatr” to kino kontemplacyjne w najgłębszym znaczeniu tego słowa. Kiarostami chce, byśmy po prostu patrzyli, zobaczyli to nieprawdopodobne piękno, które także dla nas sfotografował. Artysta zdaje się mówić: stań i patrz! Pozwól, aby uniósł cię wiatr, zamieszkaj w pięknie, poddaj się tej harmonii, która emanuje z natury. To niesłychanie kuszące, ale też niesłychanie trudne. Chcąc odpowiedzieć na taką propozycję trzeba bowiem wyłączyć w nas samych tę funkcję, która przymusza nas do nieustannego działania. My przecież zazwyczaj jesteśmy w akcji, a tu nie ma akcji – tu jest bycie. To, co proponuje Kiarostami, jest nie tylko trudne, ale też irytujące, bo coś jednak powinno się dziać – kino to akcja. I dzieje się, ale inaczej. To „dzianie się” rodzi się z biernego na pozór patrzenia – podobnie jak w kontemplacji. W złotych łanach zbóż, zielonych łąkach, świetle zapisana jest opowieść, bardzo szczególna i niezwykła. Trzeba cierpliwości, żeby ją odczytać.

Filmu Kiarostamiego nie ogląda się łatwo, zwłaszcza po raz pierwszy. Momentami wręcz drażni. Budzi podejrzenie, że oto sławny reżyser kpi sobie z nas. Do znudzenia powtarza tę samą scenę: główny bohater musi swoim samochodem wspinać się wciąż na ten sam pagórek, żeby móc porozmawiać przez telefon komórkowy. Ekipa filmowa, przybyła z Teheranu, w nieskończoność czeka na zdarzenie, które pozwoli wreszcie rozpocząć pracę. Kobieta parzy herbatę, inna właśnie urodziła kolejne dziecko i rozwiesza pranie, bo – jak mówi – ma dużo roboty. Chłopiec przynosi chleb i idzie do szkoły, którą traktuje bardzo serio, mężczyzna kopie dół. W tej oddalonej od świata wiosce spotkać można przede wszystkim zajętych powszednimi czynnościami kobiety, starców i dzieci – mężczyźni pracują w polu. Dzieje się niewiele, a my czekamy, żeby coś się wreszcie wydarzyło. I rzeczywiście coś się wydarza, choć być może w inny sposób, niż byśmy sądzili i oczekiwali.

Wewnętrzne życie życia

W tym szaleństwie, do którego ucieka się Kiarostami w „Uniesie nas wiatr”, jest metoda. Pozwala mu ono opowiedzieć utajone, wewnętrzne życie życia. Artysta nie tylko je opowiada, ale ćwiczy na nas, widzach, jego mechanizmy, podobnie zresztą jak czyni to samo życie, które bywa irytująco monotonne, a jednocześnie pełne tajemniczych zakamarków i niespodzianek.

Ghobadi sfotografował cierpienie i sprawił, że boli ono również nas. Chociaż nie dotyczy nas bezpośrednio, to jednak bardzo nas dotyka, a zatem chyba również jednak dotyczy. Kiarostami sfotografował tętno życia. Nie tylko odkrywa przed nami wewnętrzną strukturę życia, ale wprawia ją w ruch – monotonia przenika się z nadzwyczajnością, poezja z prozą, nie dzieje się nic i zarazem dzieje się wszystko. Pogratulować odwagi temu, kto arbitralnie rozstrzygnie, co jest czym. I tę zasadę Kiarostami również potrafi uruchomić, na przykład każąc swojemu bohaterowi recytować wiersz – z niego zaczerpnął tytuł filmu – w oborze. Dziewczyna, której recytuje go bohater, doi krowę. Jakże niepoetycka sceneria. Mężczyzna jest przybyszem z daleka, obcym nieznajomym, który z jakiegoś powodu chciał właśnie tej dziewczynie wyrecytować wiersz innej kobiety – sławnej irańskiej poetki Forugh Farrochzad. I tak oto ciemna obora i dziewczyna w czerwono-złotej sukni, wstydliwie kryjąca swoją twarz, same stają się poezją. Jest to ta sama dziewczyna, która przyniosła wcześniej mleko kopiącemu dół mężczyźnie. Jego twarzy również nie zobaczymy. Chciałem – mówi reżyser – żeby obydwoje w filmie żyli w taki sam sposób, ukryci pod ziemią, on w dole, ona w oborze, żeby łączyła ich ciemność, do chwili, kiedy młoda kobieta z mroku wydobywa biel mleka, jakby ich związek polegał na tym, że jedno ma przynieść drugiemu światło. Z drobnych ściegów wyłania się deseń, misterny wzór, tkany przez samo życie.

Nosiciele światła

Światło, o którym mówi Kiarostami, przynoszą sobie nawzajem bohaterowie „Czasu pijanych koni”. Są nosicielami światła, chociaż żyją w świecie, w którym „wieje ciemność”. Nie oszczędzono im najboleśniejszych doświadczeń, a jednak zło, które jest ich udziałem, nie wypaliło jasności, wciąż istniejącej w każdym z nich. Przejmujące jest, jak troszczą się nawzajem o siebie, jak czują się za siebie odpowiedzialni, do jakich poświęceń są zdolni. Ból nie zamyka ich. Potrafią wydostać się z niego i z siebie, przedłożyć dobro drugiego ponad własne.

Czy nie do tego właśnie – wydobycia się z siebie – doprowadzać ma piękno, które kontempluje Kiarostami? Ta kontemplacja pomaga usłyszeć, zobaczyć, poczuć, dotknąć, wyjść naprzeciw światu, życiu, drugiemu człowiekowi, samemu sobie wreszcie. Paradoksalnie właśnie to opuszczenie siebie pozwala wrócić do siebie, wrócić bardziej pogodzonym ze sobą i swoim losem. Wiejski lekarz, o twarzy chłopa, przecinający swym białym skuterem pola zbóż, opowiada o swoim zakochaniu w świecie, w jego niewinnej urodzie. Ten filozof, ze szkoły Epikura, jest również szczególnym posłańcem: jeśli aniołem moim On – przekonuje – będzie mnie chronił, jak szkło przed kamieniem.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

W „Czasie pijanych koni” pozornie nie ma jednak aniołów, są za to pijane konie, które poi się whisky, żeby wytrzymały trudy górskiej wspinaczki w mrozie. Nie ma też złotych łanów, kojących obolałe zmysły zielonych łąk, kołyszącego wiatru i rozgrzewającego słońca. Są śnieg i chłód, które jeszcze dokładają trudu już i tak umęczonemu ciężkim losem człowiekowi. Ale jest też mała krucha dziewczynka, która potrafi być czułą matką dla swego starszego brata. Czy właśnie ona nie jest opiekuńczym aniołem? Jest chłopak – sam jeszcze dziecko, który staje się ojcem dla pozostałej czwórki rodzeństwa. Oni nie tylko przynoszą światło sobie nawzajem, przynoszą je także nam.

Katarzyna Jabłońska

„Uniesie nas wiatr” – scenariusz (oparty na pomyśle Mahmouda Ayedina), reżyseria i montaż: Abbas Kiarostami, zdjęcia: Mahmoud Kalari, muzyka: Rejman Yazdanin, występują: Behzad Dourani (inżynier) oraz mieszkańcy wioski Siah Deereh w irańskim Kurdystanie. Produkcja: Iran – Francja 1999 r., 118 minut.
„Czas pijanych koni” – scenariusz, reżyseria i produkcja: Bahman Ghobadi, asystent reżysera: Ali Reza Amini, zdjęcia: Saed Nikzat, muzyka: Hossein Alizadeh, montaż: Samad Tavazol, występują: Ayoub Ayoub, Ahmadi Amaneh, Amaneh Ekhtiar-Dini, Madi Madi, Ekhtiar-Dini, Rojin Rojin Younessi i inni. Iran 2000 r., 77 minut.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.