Jesień 2020, nr 3

Zamów

We dwoje łatwiej się uświęcić

Już wkrótce po raz pierwszy na ołtarze zostanie wyniesiona para małżeńska. 13 lipca 2001 r. w obecności Jana Pawła II ogłoszono dekret o heroiczności cnót Ludwika i Marii Beltrame Quattrocchi. W ceremonii tej wzięło udział troje z czworga ich dzieci. Życie włoskich małżonków przedstawiamy poniżej. Przypominamy, że o potrzebie beatyfikacji i kanonizacji par małżeńskich pisaliśmy kilkakrotnie, najobszerniej w artykule Zbigniewa Nosowskiego „Święci małżonkowie – razem czy osobno?” („Więź” 1998 nr 9). Uroczystość beatyfikacyjna małżonków Beltrame Quattrocchi odbędzie się 21 października w Rzymie br. [Red.]

Gdy dwoje ludzi po zawarciu sakramentu małżeństwa odchodzi od ołtarza, zaczynają żyć jednym życiem. Odtąd cokolwiek jedno z nich uczyni czy postanowi – będzie dotyczyło obojga. Jeśli zatem jedno z nich pragnie dążyć do świętości, może to pragnienie zrealizować jedynie przy pomocy drugiego, a nie – wbrew drugiemu. Aby skonsolidować jedność życia, stanowiącą istotę małżeństwa, żadne z małżonków nie powinno dążyć „pojedynczo” do świętości, którą łatwiej osiągnąć we dwoje.

Najprostszym uzasadnieniem tego stwierdzenia byłoby ukazanie konkretnych osób złączonych sakramentem małżeństwa, które razem osiągnęły świętość. Pojawiła się wreszcie taka szansa, jako że bliska już jest beatyfikacja – po raz pierwszy w historii Kościoła – pary małżeńskiej: Ludwika i Marii Beltrame Quattrocchi.

Koleje życia

Maria (1884-1965) pochodziła z florenckiej gałęzi arystokratycznej rodziny Corsinich, która po licznych przeprowadzkach spowodowanych wojskową karierą ojca, w roku 1893 osiadła na stałe w Rzymie. Tutaj Maria skończyła szkołę średnią, dojrzała jako chrześcijanka i kobieta. Podczas rzymskich spotkań towarzyskich poznała młodego adwokata Ludwika Beltrame Quattrocchi (1880-1952).

Ładna, obdarzona żywym temperamentem i nieprzeciętną inteligencją, Maria spodobała się przystojnemu, spokojnemu Ludwikowi. Spotykali się na eleganckich przyjęciach, pisali do siebie grzecznościowe bileciki, a po roku znajomości w romantycznej scenerii, przy sonacie Beethovena, wyznali sobie miłość. Datę tego wyznania i pierwszego pocałunku będą zawsze obchodzić jako rocznicę zaręczyn. Do oficjalnych zaręczyn, według rytuału właściwego ich epoce i pozycji społecznej, doszło w marcu 1905 r., a w listopadzie tegoż roku odbył się ślub w Bazylice Matki Bożej Większej.

Młoda para zamieszkała razem z dziadkami i rodzicami Marii w eleganckim ośmiopokojowym mieszkaniu w centrum Rzymu, przy via Depretis (prowadzącej od via Nazionale do Bazyliki S. M. Maggiore). W tym właśnie mieszkaniu pełnym książek, zdjęć i pamiątek rodzinnych przyjął mnie na krótką rozmowę najstarszy syn państwa Beltrame, ks. Tarcisio, który mieszka z najmłodszą siostrą (dziś 87-letnią) Enrichettą, konsekrowaną świecką. Bardzo żywotny, intelektualnie młody 95-letni ks. Tarcisio, opowiedział mi wiele ciekawych szczegółów z życia rodziców, o których świętości mówi bez emfazy, jako bardzo naturalnym, ale niezbywalnym komponencie ich tożsamości.

Obserwując „zewnętrzną” biografię Marii i Ludwika, moglibyśmy ich scharakteryzować jako typowe zamożne małżeństwo rzymskiej elity intelektualnej pierwszej połowy XX wieku. On postępuje w karierze zawodowej, jest cenionym prawnikiem zajmującym wysokie stanowiska w państwowym wymiarze sprawiedliwości. Ona zajmuje się domem i czwórką dzieci, przy pomocy służących i guwernantek, prowadząc działalność charytatywną, typową dla zamożnych dam. Wyjeżdżają „do wód”, przyjmują gości, chodzą do opery i teatru.

Wiedli życie według zwyczajów i zasad właściwych dla ich epoki i środowiska, ale od konwenansów wolna była ich wielka miłość, która z biegiem lat umacniała się i wzrastała. Historię tej miłości znajdujemy w długich listach (zachowało się 268), które codziennie do siebie pisali, gdy rozstawali się nawet na krótko.

Wspólne, szczęśliwe życie kończy śmierć Ludwika w roku 1952. Maria przez 14 lat wdowieństwa uważała się za fragment jednej całości, którą stanowili. Wyraziła to w pięknym eseju-wspomnieniu, napisanym w rok po śmierci męża, zawierającym syntetyczny opis przeżycia we dwoje tego samego życia oraz swoistą apoteozę sakralności i nierozerwalności małżeństwa.

Już w zewnętrznej historii rodziny Beltrame uderza wyjątkowo intensywne życie religijne objawiające się w praktykach pobożnościowych oraz w ożywionej działalności apostolskiej i kulturalnej. Oboje angażowali się w wielorakie formy apostolstwa, nie bojąc się nowych stowarzyszeń i nurtów. Starali się poznać, zrozumieć i promować wielorakie, często nowatorskie na owe czasy, formy ożywienia życia wiary w rodzinie, parafii, dzielnicy, w gronie przyjaciół. Maria organizowała np. nieformalne spotkania dla kobiet o wychowywaniu dzieci, inspirowała także wspólne modlitwy z udziałem rodzin z sąsiedztwa, niezależnie od ich statusu materialnego. Nawiązywali kontakty z wybitnymi duchownymi (wymieńmy tylko bardzo znanego w Polsce o. Garrigou Lagrange). Wynajdywała ich zazwyczaj Maria, a potem w tę znajomość i duchową przyjaźń włączała resztę rodziny i przyjaciół. Wykorzystując swą pozycję i możliwości, Maria prowadziła salon, ale nie zbierano się tam na plotki i banalne rozmowy, lecz na poważne dyskusje o religii, Kościele, etyce społecznej czy katolickim wychowaniu. Wprowadziła zwyczaj głośnej lektury Pisma Świętego lub najnowszych książek z dziedziny duchowości wspólnie z jakimś zaprzyjaźnionym teologiem czy doświadczonym ojcem duchownym. Spotkania te oraz osobiste doświadczenia i przemyślenia zainspirowały działalność odczytową i publicystyczną Marii, którą nazywała „apostolatem pióra”.

Oboje żywo interesowali się i aktywnie uczestniczyli we wszystkich najważniejszych wydarzeniach z życia Kościoła we Włoszech. Ten aspekt życia małżonków Beltrame stanowi ważny rozdział historii Kościoła oraz apostolstwa świeckich we Włoszech od lat trzydziestych do pięćdziesiątych. Niestety trudno jest przedstawić go polskiemu czytelnikowi, gdyż jest tak mocno osadzony w realiach włoskiego Kościoła i historii Włoch, że wymagałby obszernych wyjaśnień. Wspomnę więc jedynie ogromne zaangażowanie Marii w upowszechnienie nabożeństwa wynagradzającego do Najświętszego Serca Jezusowego, jej działalność w nowo powstałej Akcji Katolickiej oraz wkład Ludwika w rozwój katolickiego skautyzmu.

Jedność dwóch Kościołów

Maria i Ludwik Beltrame realizowali w swym życiu rodzinnym ścisłą łączność i wzajemne przenikanie się dwóch wspólnot: Kościoła domowego oraz Kościoła lokalnego i powszechnego. Czuli się odpowiedzialni za Kościół i tej odpowiedzialności uczyli własne dzieci, zachęcając do tego inne rodziny. Uważali, że rodzice katoliccy mogą i powinni korzystać z pomocy Kościoła w swej trudnej misji wychowawczej. Mogą i powinni korzystać z modlitewnego wsparcia chrześcijańskiej wspólnoty. Pod koniec życia Maria pisała do syna, trapisty: do moich osobistych intencji pragnę dodać jeszcze jedną; proszę cię, módl się gorąco za matki, dzisiejsze i przyszłe, aby Duch Święty zawsze je oświecał, to od nich bowiem zależy, czy Pan Bóg jest obrażany, czy nie.

Wzajemna wymiana i pomoc dwóch Kościołów urzeczywistniona w życiu rodziny Beltrame Quattrocchi mogłaby stanowić cenne pouczenie dla współczesnych rodziców, borykających się samotnie w trudnościami wychowawczymi, a rzadko korzystających z pomocy Kościoła, szczególnie przydatnej w obronie przed naciskiem laickich ideologii i wzorców. Może to pouczenie powinni sobie wziąć do serca również księża.

Częstymi gośćmi w mieszkaniu państwa Beltrame byli księża i zakonnicy, którzy odegrali wielką rolę w formacji intelektualnej i religijnej ich czworga dzieci oraz w odkryciu ich powołania. Jednym z przejawów intensywnego życia duchowego domowego Kościoła państwa Beltrame jest wstąpienie do seminarium dwóch synów oraz starszej córki do benedyktynek klauzurowych, podczas gdy najmłodsza wybrała życie konsekrowanej świeckiej. Jak mi powiedział ks. Tarcisio, powołanie dzieci nie było „podpowiedziane” przez rodziców, lecz wyrażało wolną decyzję każdego z nich. Na rozbudzenie powołania wpłynęło świadectwo wiary rodziców, wspólna modlitwa i rozmowy o Bogu, ale także kontakt z fascynującymi księżmi i wychowawcami. Ten ostatni zaważył szczególnie na decyzji przyszłej benedyktynki, matki Cecylii, zmarłej w 1993 r.

Po opuszczeniu domu przez troje dzieci dla rodziców zaczął się nowy etap rodzinnego życia oraz nowa forma realizacji ich misji edukacyjnej. Ludwik regularnie jeździł do nich w odwiedziny, spędzając w pociągu całe noce; oboje brali udział w ważnych momentach życia wspólnot zakonnych swoich dzieci, a przede wszystkim prowadzili ożywioną korespondencję. Zachowane listy, głównie Marii, do synów (surowa reguła benedyktynek uniemożliwiała podobny kontakt z córką na początku jej życia zakonnego) stanowią ciekawy komentarz do współczesnych wydarzeń z życia Włoch (okres faszyzmu i wojny) oraz Kościoła (wyjątkowo liczne wzmianki o działalności papieży, o obradach II Soboru Watykańskiego), a przede wszystkim – świadectwo swoistego kierownictwa duchowego rodziców. Piszą oni dużo o swoim intymnym kontakcie z Bogiem, dzielą się owocem kontemplacji, lektur i stale zachęcają dzieci do pogłębiania wiedzy religijnej. Jak wszyscy kochający rodzice, troszczą się o potrzeby materialne swych dzieci, martwią się każdym przeziębieniem, oraz grożącymi im niebezpieczeństwami, zwłaszcza w czasie wojny (obaj synowie byli kapelanami wojskowymi, a klasztor córki był bombardowany), ale najbardziej troszczą się o rozwój duchowy. Maria – która ten etap swej macierzyńskiej misji nazwała „macierzyństwem kapłańskim” – w każdym liście do synów zamiast końcowych pozdrowień przesyła macierzyńskie błogosławieństwo i jednocześnie prosi o błogosławieństwo kapłańskie. Do jednego z nich tuż po święceniach pisze: teraz możesz mnie błogosławić, możesz mnie nawet rozgrzeszyć, ale pamiętaj, że nie przestaję być twoją matką i mogę cię nawet zbesztać, jak dawniej.

Reguła życia

W momencie ślubu Maria była bardziej dojrzała religijnie niż Ludwik i początkowo to ona była główną inspiratorką ich praktyk religijnych, lektur i apostolatu. Jednak już po kilku latach zaczęli wspólnie kroczyć drogą ku świętości, wspierając się nawzajem; gdy jedno z nich zwalniało, drugie czekało i dodawało sił.

Rytm ich codziennego życia wyznaczała praca, wspólna modlitwa, codzienna Msza święta i Komunia święta, co wówczas nie było wcale powszechnie przyjętym zwyczajem świeckich katolików. Bez trudu przekazują i włączają dzieci w swe życie wiary, wzajemnie sobie pomagając i uzupełniając się, tak samo jak w przypadku innych zajęć. Matka uczyła dzieci modlitwy, nadzorowała odrabianie lekcji oraz pilnie chroniła je od nieodpowiednich znajomości, ojciec chodził z nimi na wycieczki i odprowadzał do szkoły, wstępując po drodze na krótką modlitwę do kościoła. Ojciec też prowadził wieczorem wspólną modlitwę, a gdy dzieci były większe – różaniec. Dzieci brały udział w nabożeństwach, adoracji Najświętszego Sakramentu, dyskusjach i konferencjach duchowych organizowanych często w domu.

Co dziwne, w miarę jak przybywało pracy i ubywało sił, życie religijne małżonków intensyfikowało się i wzbogacało o nowe formy, od nabożeństw ku czci Serca Jezusowego aż po pielgrzymki do Lourdes, w czasie których Ludwik dźwigał nosze chorych.

Wybór życia zakonnego przez troje dzieci nadał przyspieszenia duchowemu rozwojowi Ludwika i Marii, pogłębił ich tożsamość rodzicielską i chrześcijańską. Wtedy też ustabilizował się ich tryb życia, który pozostał niezmienny aż do śmierci Ludwika. Codzienne rano uczestniczyli we Mszy świętej, a przed wyjściem, gdy Maria się ubierała, mąż czytał jej na głos teksty czytań z danego dnia. Dopiero po Mszy całowali się na dzień dobry, jedli śniadanie i rozpoczynali pracę. Dzień kończyli wspólnie odmawianym różańcem. Jest to w gruncie rzeczy zakonny, jakby benedyktyński tryb życia, ale państwo Beltrame Quattrocchi nie byli bynajmniej zakonnikami. Nie izolowali się od „świata”, odwiedzali i przyjmowali krewnych i przyjaciół, ale, nie ukrywając swego bogatego życia duchowego, dawali innym do myślenia, inspirowali pytania, a czasem nawet – nawrócenia. Dom był zawsze otwarty, a odwiedzający go przyjaciele i znajomi, świeccy i duchowni, znajdowali w nim pomoc materialną i duchową.

Wspomniany program dnia stanowi fragment całościowego programu życia, który naszkicowali w pierwszych latach małżeństwa, za sugestią franciszkanina, o. Paoli, spowiednika i kierownika duchowego całej rodziny. Tekst tej „reguły”, której nadali znamienny tytuł „Regulamin duchowy”, stanowi ciekawy przyczynek do poznania ich duchowości. Można w nim znaleźć cenne sugestie dla małżeństw szukających realizacji powszechnego powołania do świętości w życiu małżeńskim i rodzinnym. Istotnie dążenie do chrześcijańskiej doskonałości, czyli świętości, jest tam bardzo wyraźnie sformułowane i uznane za integralną część dążenia do coraz doskonalszej jedności w małżeństwie. Czytamy m.in. świętość nie polega na dokonywaniu niezwykłych rzeczy, ale na czynieniu dobrze, coraz lepiej, tego, co przynależy do obowiązków naszego stanu. Zasada dążenia do perfekcji w najmniejszych rzeczach i sprawach pomagała w zachowaniu napięcia duchowego w codziennych, banalnych zajęciach. Warto też wspomnieć o franciszkańskim elemencie tej reguły; postanowieniu unikania zbędnych wydatków i luksusowych ubrań, co uderza ze względu na pozycję społeczną małżonków, a dzisiaj jest też wyjątkowo aktualne.

Nicią przewodnią wszelkich ich działań i planów była wierność Bogu i totalne zawierzenie się Mu, w przekonaniu, że wierność Bogu nie wymaga wyrzeczenia się tej miłości, która jest celem i treścią świętego związku małżeńskiego, a raczej – potęguje ją i umacnia. Bóg pomaga lepiej miłować współmałżonka.

Najważniejszą regułą życia codziennego rodziny Beltrame było postawienie Boga na pierwszym miejscu, przestrzeganie Jego przykazań oraz nieustanny wysiłek rozpoznania i pełnienia woli Bożej lub (jakże często) pokorne poddanie się jej. Syntezą takiej postawy duchowej są trzy słowa-hasła: Fiat – Adveniat – Magnificat. W liście do syna-trapisty Maria tak je wyjaśniała: W „Fiat” jest wyrażona stała i totalna zgoda na wolę Bożą. W „Adveniat” zawarty jest sposób na zaspokojenie gorącego pragnienia nastania Królestwa Bożego, „przepis” na to, aby Prawo Boże było słuchane i przestrzegane [.]. „Magnificat” jest aktem dziękczynienia, który winien wypływać z serca każdego z nas, za każdym razem potężniejszym w miarę, jak rośnie nasza wdzięczność. Ilustracją powyższych słów są te epizody z życia Marii, kiedy odmawiała na głos Magnificat w kościele, domu lub na ulicy, jako spontaniczną odpowiedź na radosne lub smutne wydarzenie odczytane jako znak działania Boga.

Jedność dwojga

Głęboka miłość, jaka łączyła Marię i Ludwika, znalazła najpiękniejszy wyraz i największe umocnienie w jedności duchowej. Świadomie tworzyli tę cielesno-duchową rzeczywistość, na którą Jan Paweł II znalazł genialny termin „jedność dwojga”. Niemal przez pół wieku doświadczali tej jedności bogatej w niepowtarzalność każdego z nich i dynamicznej dzięki nieustannej wymianie wzajemnej miłości opartej na mocnym fundamencie miłości do Boga.

Ścisłej jedności dwojga nie osłabiła podjęta w 21 lat po ślubie decyzja „rozdzielenia łóżek”. Ta decyzja – zasugerowana przez spowiednika, niemniej absolutnie wolna – nigdy nie była dyskutowana nawet z najbliższymi czy ostentacyjnie ogłaszana. Mało osób o niej wiedziało, tym bardziej że w zachowaniu małżonków nic się nie zmieniło, nie szczędzili sobie czułych gestów wyrażających niezmienioną miłość. Taka decyzja może dzisiaj dziwić, może się wydać zgrzytem lub średniowiecznym akcentem w życiu dwojga inteligentnych, zakochanych w sobie małżonków. Trudno ją subiektywnie oceniać, ale należy uznać jej charakter wolnego aktu miłości, który objawia znaczenie duchowego wymiaru małżeńskiego związku, wymiaru niedocenianego, acz niezbędnego. Może ona zatem pomóc wielu współczesnym małżeństwom w zrozumieniu wartości okresowej wstrzemięźliwości oraz potrzeby budowania ścisłej duchowej więzi, która utrwala więź emocjonalną i cielesną.

Rozważanie Marii napisane po śmierci męża zawiera opis tego pogłębiającego się stale (aż do śmierci) zjednoczenia. Całe życie, także i w starości, kiedy to staraliśmy się nawzajem przekonać, że będzie jeszcze trwało bardzo, bardzo długo, doświadczaliśmy wyraźnie tej jedności, której nic nie może zniszczyć. Czuliśmy się jednym wielkim głazem. Byliśmy jedną bryłą skalną, chcianą przez Boga i scaloną przez Niego w sakramencie małżeństwa, która w ciągu wielu lat wzajemnej miłości i porozumienia zmieniała swą zewnętrzną formę, ale też stawała się tak jednolita, że nie można było jej rozbić. Gdy z takiej skały ukruszy się choćby jeden mały kawałek, jest już niepełna, trudniej jej samodzielnie ustać.

Maria przyrównała wieloletni wysiłek tworzenia małżeńskiej wspólnoty do tkania dwukolorowego materiału. Na początku można odróżnić poszczególne nici, ale gdy już splotą się w tkaninę, nie można wyciągnąć żadnej z nich bez zniszczenia materiału.

W ciągu 46 lat takiej żmudnej pracy tkania jednego życia, Maria i Ludwik nie doznawali znudzenia, przesytu czy zmęczenia. Maria wyznaje, że przez 46 lat zawsze taką samą radością napawał ją odgłos zgrzytu klucza w drzwiach otwieranych przez męża.

Ich zasada doskonalenia się oraz zachowywania wierności w każdej najmniejszej sprawie i chwili ożywiała monotonię. Starali się też upiększać codzienność, w czym najważniejsza rola przypadła Marii, obdarzonej talentem artystycznym i zdolnościami organizacyjnymi. Od nudy chroniła ich miłosna troska o codzienną pracę i przeżycia drugiego, która też dawała ogromne poczucie bezpieczeństwa.

Dwoje Cyrenejczyków

W tym sielskim na pozór życiu dobrze sytuowanej, cenionej rodziny nie brakowało zmartwień, rozczarowań, niepokojów i cierpienia. Stanowiły one, tak samo jak radości, ważne etapy na drodze do doskonałości małżeńskiej i chrześcijańskiej. Pierwszą poważną próbą było zagrożenie życia Marii w czasie czwartej ciąży, a polegała ona nie tyle na fizycznym bólu, co na nacisku lekarzy na dokonanie aborcji. Oboje bez wahania postanowili nie zabijać dziecka, ale największą udrękę przeżywał Ludwik. W tym okresie objawiła się bardziej niż kiedykolwiek przedtem jego gorąca miłość do żony i duchowa moc. Zawsze przejmował się każdą migreną Marii, a teraz groziła jej śmierć. Poza tym było oczywiste, że po ewentualnej śmierci żony musiałby się podjąć wychowania czworga dzieci. Niewiele wiemy o jego ówczesnych przeżyciach, którymi dzielił się tylko z żoną, ale wielu świadków i trójka dzieci przywołuje obraz milczącego, rozmodlonego mężczyzny. To z pewnością był niezwykle ważny etap na drodze ich duchowej łączności, a także – na drodze jego duchowego doskonalenia się.

Etap ten można uznać za obóz, z którego alpiniści wyruszają na szczyt. Istotnie w dalszym życiu rodziny nie brakowało cierpień, zwątpień i przykrości, ale byli dobrze zaopatrzeni na taką drogę. Nie można zaprzeczyć – napisała Maria – że wewnętrzna udręka i cierpienia towarzyszą nam stale i bardzo męczą, ale dzięki temu wygładza się nasza rogata dusza, oczyszcza się i przez to staje się zdolna do odbijania światła Chrystusa.

Cierpienie przeżyte razem jednoczy małżonków, ale przybliża też do Boga – jeśli jest przeżyte jako forma współpracy z Jezusem. Maria tak formułuje ich wspólne przekonanie: Jezus nas bardzo miłuje, dlatego chce żebyśmy – jak prawdziwi przyjaciele – pomogli Mu zbawiać dusze, niosąc Jego krzyż, kilka kroków, tylko kilka kroków [.] Zróbmy to z miłością i dla miłości, nie z przymusu, jak Cyrenejczyk. Coraz ściślej zjednoczeni w Nim, będziemy od Niego czerpać siły.

W życiu rodzinnym radość splata się z bólem. Największa radość rodziców jest prawie zawsze owocem poświęcenia. Rodzice muszą się stale uczyć wyrzekania się siebie, co objawia się najpierw poświęceniem dla dzieci, a potem ofiarowaniem dzieci Bogu lub innym. Małżonkowie, aby stworzyć jedność dwojga, żyć jednym życiem, muszą się wyrzekać przywiązania do samych siebie, egoistycznego koncentrowania się na sobie. Ofiara w ustawicznym odrywaniu się od siebie samego, czyni człowieka wolnym, obdarza prawdziwą wolnością, która napawa radością – uczy Maria.

Wiekuiste razem

Jedność w miłości Marii i Ludwika od początku ich wspólnego życia wyrażała się w jedności przeżyć i pragnień, które kierują się ku ludziom, ale też i ku Bogu. Zakochani w sobie chcieli razem miłować Boga, w przekonaniu, że Bóg nie dzieli kochających się ludzi, ale swoją miłością ich do siebie zbliża. Ludwik mówił po prostu: dusza moja potrzebuje twojej duszy, aby żyć pełnią życia.

Toteż w miarę jak zacieśniała się ich małżeńska więź, coraz bardziej pragnęli zjednoczenia z Bogiem. Kierunkiem ich wspólnego rozwoju duchowego był Bóg, a celem wyraźnie określonym – połączenie się z Nim na wieki. Jest to więc dążenie do świętości, które już w pierwszych latach małżeństwa było bardzo wyraźnie uświadomione, a potem – bardzo gorliwie realizowane. Byli przekonani, że pomagała im w tym wzajemna miłość, chroniąc od sterylnej oschłości, która zabija życie duchowe. We dwoje łatwiej się uświęcić, z większą radością ponosi się wyrzeczenia i trudy wspinaczki na szczyty świętości.

W swoistym testamencie duchowym 35-letnia Maria napisała, że zjednoczenie w ofierze dla nadejścia Królestwa Jezusa Chrystusa na świecie pozwoli nam kiedyś połączyć się tam, w Królestwie Bożym w niebie, razem zanurzyć się w tym samym oceanie światła i wiekuistej miłości, w ogniu wiekuistej prawdy. Będziemy tam wszyscy razem, na zawsze.

Odpowiedzialność za duszę, czyli za świętość współmałżonka, jest najwyższym wyrazem miłości, naturalnym odruchem serca człowieka wierzącego, który nie może być szczęśliwy bez osoby ukochanej ani na ziemi, ani w niebie. Miłującym się ludziom nie wystarcza doczesne szczęście, pojawia się też pragnienie wiekuistego „razem”. Dlatego Maria przez wiele lat powtarzała w listach do męża i dzieci żarliwe wezwanie: „bądźcie świętymi!”. Jest to jeden z wyrazów miłości, szczere życzenie wielkiego szczęścia, jakim się cieszą „domownicy Boga”.

Jak ich naśladować?

Od świętych można i trzeba się uczyć, jak żyć, ale nie można mechanicznie powtarzać ich gestów i czynów, bo nie byłoby to naśladownictwo, lecz małpowanie. Tak więc nie można przedstawiać życia małżeństwa Quattrocchi jako gotowego do skopiowania wzoru dla małżonków dążących do świętości. Naśladowanie nie może naruszyć specyficznego charakteru tej intymnej rzeczywistości, jaką jest cielesno-duchowa jedność dwojga niepowtarzalnych osób. Możemy i powinniśmy śledzić ich drogę od ślubnego ołtarza do chwały ołtarzy, aby się czegoś nauczyć się i przetłumaczyć na własne życie ich przykład i świadectwo życia.

Trzeba też szukać w Polsce podobnego przykładu, nie bojąc się nazywać świętymi święte małżeństwa, które może nawet żyją obok nas. Pod tym względem moglibyśmy się wiele nauczyć od Włochów, którzy są bardziej oswojeni ze świętością i bez obaw, z wielkim zapałem, proponują niezliczoną liczbę kandydatów na ołtarze – nie tylko osób duchownych, ale również świeckich; nie tylko żyjących przed wiekami, ale również niedawno zmarłych. W ten sposób przekonująco pokazują, że biorą na serio nauczanie Kościoła o tym, że każdy chrześcijanin może osiągnąć świętość.

Przebieg procesu beatyfikacyjnego Marii i Ludwika Beltrame Quattrocchi jest bardzo znamiennym, pouczającym przykładem. Zaangażowali się weń: kard. Camillo Ruini, Komisja ds. Rodziny przy Konferencji Episkopatu Włoch oraz liczni świeccy. Dzięki wysiłkom wielu instytucji i pojedynczych osób w ostatnich kilku latach podjęto przeróżne inicjatywy mające na celu (w najlepszym, kościelnym tego słowa znaczeniu) propagowanie kultu, czyli ukazywanie świadectwa świętości małżonków Beltrame. Ukazało się bardzo wiele artykułów, broszurek, obrazków, powstało oratorium oparte na tekstach przyszłych błogosławionych, często wykonywane w kościołach i na spotkaniach rodzin. Opublikowano również dwie bardzo obszerne, dobrze udokumentowane biografie; jedną z nich noszącą tytuł „Aureola dla dwojga” napisało małżeństwo – wykładowcy uniwersytetu w Chieti, zaangażowani w duszpasterstwo rodzin. Katolickie wydawnictwo „Cittá Nuova” bez obawy o bankructwo wydało dwa tomy listów, jeden (390 stron) zawiera wymianę listów między Marią i Ludwikiem, a drugi (460 stron) – listy rodziców do trojga dzieci.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Historia życia i świętości Marii i Ludwika Beltrame Quattrocchi pokazuje, że świętość w małżeństwie jest możliwa, co więcej – pozwala małżeństwu pełnić cel, który mu Bóg wyznaczył. Uświęcając siebie, małżonkowie uświęcają świat, zmieniają go na lepszy. Żaden duchowny nie ma takiego wpływu na formowanie osoby ludzkiej, a przez to na dzieje świata i przybliżanie go do Boga, jak ci chrześcijanie, którzy zostali powołani do życia w małżeństwie i rodzinie.

Ludmiła Grygiel

_______________________________________
Ludmiła Grygiel – eseistka i tłumaczka (m.in. listów i modlitw św. Katarzyny ze Sieny). Autorka książek o mistyce św. Faustyny (ostatnie wydanie to „Zawierzyć Bożemu Miłosierdziu”, Znak 2000). Audytorka na Synodzie Biskupów nt. Europy w 1999 r. Od 1980 r. mieszka w Rzymie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.