Jesień 2020, nr 3

Zamów

Papież we Lwowie: uzdrawianie ran

Kardynał Huzar, zwierzchnik Kościoła greckokatolickiego na Ukrainie, na parę dni przed papieską pielgrzymką, w wypowiedzi dla polskiej telewizji wyraził myśl, że oto Papież przybywa do kraju, gdzie występuje głód religijny, ale jednocześnie do społeczeństwa, które jest głęboko zranione. Ta myśl ukraińskiego hierarchy wydaje mi się kluczem do zrozumienia tego, co wydarzyło się między Janem Pawłem II a ludźmi na Ukrainie. Kulminacją pielgrzymki były niewątpliwie dwa dni pobytu Papieża we Lwowie. Dane mi było w nich uczestniczyć, nie wśród akredytowanych dziennikarzy, ale jako zwykłemu pielgrzymowi.

Oczekiwanie

Wyruszamy w drogę z Krakowa, w pięć osób, mikrobusem, w ulewnym deszczu. Prognoza pogody na najbliższe dni nie najlepsza – opady i burze właśnie na południowym wschodzie. Moimi współtowarzyszami podróży są Maciek, krakowski biznesmen z fantazją, zakochany we Lwowie i Ukrainie, pomagający wielu ludziom stamtąd, Witek, scenograf i reżyser z Warszawy, oraz Bronek, Polak ze Lwowa, pracujący „na czarno” w Krakowie, wracający do rodziny na parę dni specjalnie „na papieża”. Jest sobota, 23 czerwca. W południe Jan Paweł II wylądował w Kijowie, gdzie powitał go prezydent niepodległej od dziesięciu lat Ukrainy. Kiedy późną nocą przekraczamy granicę w Mościskach, celnik Ukrainiec, nie interesując się zupełnie naszymi bagażami, komunikuje nam z dumą, że Papież wygłosił po ukraińsku powitalne przemówienie w Kijowie, które mu się bardzo podobało. A więc – nawet celnik na granicy żyje tu już pielgrzymką!

O drugiej w nocy bez żadnych problemów docieramy do Lwowa, na naszą kwaterę przy cichej uliczce w centrum starego miasta. Gospodarze, polskie małżeństwo na emeryturze, ustępują nam jedyny pokój z trzema posłaniami, a sami kładą się spać na materacach w ciasnej kuchni. Ich emerytury wynoszą po niecałe sto hrywien (wartość hrywny mniej więcej równa złotówce, a ceny – zbliżone do tych w Polsce). Są serdecznie gościnni i częstują nas od razu pysznymi gołąbkami.

W niedzielę rano wyruszamy na przechadzkę po mieście. W najbliższej okolicy są trzy świątynie. Cerkiew prawosławna patriarchatu moskiewskiego, jedyna zresztą we Lwowie, zwraca uwagę swoistym folklorem: przed wejściem stragan z pobożnymi broszurami po rosyjsku, a na murku usadowiła się grupka żebrzących staruszek i starców. Są cisi i rozmodleni, a każda osoba przychodząca na liturgię (słychać język staro-cerkiewno-słowiański), zanim wejdzie do świątyni, obchodzi wszystkich „starców” i każdemu wrzuca do puszki jakiś grosik, czasem witając się i szepcząc jakieś prośby (może o modlitwę?). Okazuje się też, że ta cerkiew prowadzi darmową kuchnię – codziennie o drugiej ustawia się na ulicy długa kolejka potrzebujących pomocy, alkoholików, ale też schludnie wyglądających osób w różnym wieku. Przychodzą tu na swój jedyny posiłek. Pobliska cerkiew prawosławna patriarchatu kijowskiego znajduje się w dawnym kościele katolickim – na murach i witrażach czytamy inskrypcje po łacinie. Liturgia odprawiana jest tu po ukraińsku. Wokół świątyni nieskoszona trawa i chwasty. Wreszcie – kościół św. Antoniego, obok katedry jedyna przedwojenna świątynia lwowska użytkowana dziś przez katolików obrządku łacińskiego. Młody ksiądz wygłasza kazanie po polsku. Tak oto w ciągu kilkunastu zaledwie minut spotkaliśmy całą mozaikę wyznań, kultur i narodowości, ze śladami dramatycznej historii i oznakami dzisiejszej biedy. I jeszcze jedno. Twarze mijanych ludzi promieniują jakimś spokojem i życzliwością. To wrażenie będzie nam towarzyszyło we Lwowie na każdym kroku.

Idziemy na stare miasto i wstępujemy najpierw do katedry łacińskiej, gdzie odbywa się właśnie „pierszówka”, jak mówią lwowiacy, czyli Msza św. o pierwszej. Świątynia pełna ludzi, mężczyzn, kobiet, dzieci. Młody ksiądz wygłasza po polsku poruszające, głębokie teologicznie kazanie, które chciałbym móc usłyszeć w mojej warszawskiej parafii. Mówi o św. Janie Chrzcicielu i o tym, że często trzeba płacić wysoką cenę za wierność prawdzie i Bogu. Bardzo delikatne nawiązanie do Papieża, który w tej chwili przebywa w Kijowie. Zauważam, że marmurowe rzeźby w głównym ołtarzu są częściowo odnowione. Cała katedra, o wystroju barokowym, robi ogromne wrażenie: to prawdziwy dom Boży, pełen ludzkiego ciepła, tętniący modlitwą.

Podczas spaceru uliczkami starego miasta przechodzimy obok zabytkowej katedry ormiańskiej, pochodzącej z XIV-XVIII wieku. Jak wiadomo, Lwów jako jedyne miasto świata był siedzibą trzech katolickich arcybiskupów, a więc także trzech katedr – łacińskiej, greckiej i ormiańskiej. Było to rezultatem unii, jakie zawierali z Rzymem wyznawcy prawosławia i Ormianie, mieszkańcy Pierwszej Rzeczypospolitej. Będąc we Lwowie przed sześciu laty, zwiedzałem oczywiście przepiękną barokową katedrę greckokatolicką św. Jura – to właśnie w pałacu arcybiskupim obok niej miał teraz nocować Jan Paweł II – ale katedrę ormiańską mogłem wtedy obejrzeć tylko z zewnątrz, bo była zamieniona na magazyn obrazów państwowego muzeum. Tymczasem dziś katedra otwarta! Na malowniczym dziedzińcu i w środku trwają gorączkowe prace remontowe. Historycy sztuki i robotnicy, Ormianie, tynkują, malują, cyklinują. Domyślamy się z tych przygotowań, że katedrę ma odwiedzić Papież. Podobno Jan Paweł II wyraził takie życzenie parę miesięcy temu wobec prezydenta Kuczmy i w rezultacie władze miejskie oddały nieużywaną przez ponad pół wieku zabytkową świątynię Ormianom, ale nie katolikom, bo tych jest dziś we Lwowie zaledwie kilkanaście osób, lecz Ormiańskiemu Kościołowi Apostolskiemu (temu z Armenii, do którego z wizytą we wrześniu wybiera się Jan Paweł II). Przybyłych z Karabachu i samej Armenii Ormian jest dziś we Lwowie około tysiąca. W ten sposób odżywa wielowiekowa lwowska tradycja! Korzystając z uprzejmości nowych gospodarzy zwiedzamy ze wzruszeniem wnętrze katedry. Na razie udostępnione jest tylko pół nawy – reszta oddzielona ścianą nadal jest przechowalnią muzeum. Podziwiamy cudowne mozaiki i słynne freski Rosena z 1928 roku. Tu jutro będzie się modlił Papież Słowianin. Czy komuś się o tym śniło?

Innym nieoczekiwanym nawiązaniem do najpiękniejszych tradycji wielokulturowej i wieloetnicznej Pierwszej Rzeczypospolitej, którą jak żadne inne miasto uosabiał Lwów, był – w tę wigilię przybycia Jana Pawła II – wieczorny koncert muzyki dawnej pt. „Pieśń starego Lwowa”, zorganizowany przez Fundację Pomocy Polakom na Wschodzie oraz Fundację Lutnia Staropolska z Dworu na Wysokiej koło Jordanowa, którą kieruje pan Antoni Pilch, postać zaiste renesansowa. Po wieczornej Mszy świętej w katedrze – z uroczystym, procesjonalnym wniesieniem relikwii św. Jana z Dukli, bernardyna z XIV wieku, którego kazań we Lwowie słuchali wówczas i katolicy, i prawosławni, i Ormianie – i po pięknie odśpiewanych po łacinie nieszporach, na placu przed katedrą zgromadziło się liczne towarzystwo lwowian i gości z różnych stron świata, uszczęśliwione tą niezwykłą chwilą wyczekiwania na wielkie wydarzenia następnych dni. Przeszliśmy na pobliski Rynek i tam, na dziedzińcu renesansowej kamienicy Korniakta, zwanej Dworkiem Włoskim, gdzie mieści się Muzeum Historyczne, rozpoczęła się niezwykła inscenizacja. Muzykanci i śpiewacy z Polski, Ukrainy, Litwy i Estonii, w strojach z epoki, ulokowani na balkonie renesansowego krużganku, grali na dawnych instrumentach i śpiewali staropolskie pieśni. „Nasze korzenie to miłość braterska – mówił prowadzący spotkanie Antoni Pilch – a łączy nas fascynacja różnorodnością kultur”. Na dole, na brukowanym dziedzińcu, długie stoły uginały się od jadła i różnych specjałów narodowych kuchni. Było też wino, płonęły świece. Po wykonaniu kilku pieśni pan Antoni wzniósł toast – „Za pomyślność Lwowa! Za zdrowie jedynego Gościa!” – i zaprosił wszystkich do ucztowania.

Dalsza część wieczoru, z powodu nasilającego się deszczu, odbyła się w pięknej sali na parterze. Gospodarz spotkania między poszczególnymi utworami snuł ciekawą gawędę, między innymi opowiadał o kantach, czyli ukraińskich pieśniach religijnych z XVII wieku i o związkach mistrzów muzyki kijowskiej z tradycją europejską. „Panowie bracia szlachty polskiej i ruskiej, którzy rozmawiali ze sobą jak równy z równym i my dzisiaj, śpiewając wspólnie kanty i pieśni Mikołaja Gomółki, czujemy się jedną rodziną”. Wystąpił też solo Taras Kompaniczenko z cechu lirników i lutnistów z Kijowa, młodzian o pociągłej twarzy, z czarnym kozackim wąsem i długimi, równo przyciętymi włosami, który śpiewał przy akompaniamencie bandury rzewną ruską dumkę. Potem Zula, córka pana Antoniego, zaśpiewała przejmującą żydowską pieśń w jidysz, a w duecie z Waldemarem Dadeło z Wilna – białoruską piosnkę miłosną. Wreszcie chór z Drohobycza zaśpiewał po polsku dwie popularne pieśni kresowe – „Hej, sokoły” i „Dla Hucuła nie ma życia jak na połoninie”. Czuliśmy się naprawdę jak jedna rodzina. Polsko-ukraińskie resentymenty i stereotypy, którymi jesteśmy – my, pokolenia wojenne i wychowane w czasach powojennych – jakoś naznaczeni, znikły tego wieczoru, ustępując miejsca poczuciu braterstwa. Stało się tak dzięki pięknej muzyce, dzięki wypowiedzianym dobrym i mądrym słowom, przede wszystkim jednak dzięki spotkaniu żywych ludzi. Skoro tak, pomyślałem sobie, to ile jeszcze dobrego dla polsko-ukraińskiego pojednania może zrobić w ciągu dwóch najbliższych dni Jan Paweł II, Iwan Pawło Druhyj.

Nazajutrz o stosunkach między Polakami a Ukraińcami, między katolikami łacińskimi a grekokatolikami, rozmawiamy w polskim domu, w gronie naszych lwowskich przyjaciół. „Tutaj między normalnymi, prostymi ludźmi nie ma żadnej nienawiści i nigdy jej nie było. Tylko od góry, sztucznie wzniecano konflikty” – mówi Elżbieta, dziennikarka radiowa. Jej mąż, Andrzej, jest robotnikiem budowlanym, mają trójkę dzieci, mieszkają w nowym bloku w centrum miasta. Ludzie różnych wyznań i tradycji żyli tu zawsze obok siebie i szanowali swoje obyczaje religijne. Do dziś Elżbieta w dzień powszedni, w którym przypada święto greckokatolickie, powstrzymuje się w domu od wykonywania ciężkich prac, jak sprzątanie czy pranie, choć przecież i tak nikt tego nie widzi. Tego nauczyła ją babka, która lubiła powtarzać: „Nie wiadomo, które święto jest starsze i ważniejsze, dlatego wszystkie trzeba szanować”. Obchodzono więc i jedne święta, i drugie. W ten sposób Boże Narodzenie trwało praktycznie we Lwowie od 24 grudnia do 19 stycznia, czyli do święta Jordanu. Tak samo było w Złoczowie, gdzie mieszka matka Włodka, reżysera jednego z lwowskich teatrów (Włodek ukończył reżyserię w warszawskiej PWST). Jak było jakieś święto, to schodzili się i katolicy, i prawosławni, i Ormianie. W całej kamienicy tylko oni byli katolikami, ale jak obchodzili święto, to wszystkie pozostałe rodziny ukraińskie przez szacunek wstrzymywały się od prac domowych.

Rozklekotanym tramwajem jedziemy przez miasto do przyjaciół, mieszkających w peryferyjnej, ubogiej dzielnicy starego Lwowa (otaczają go dziś nowe osiedla z wielkopłytowych bloków). W zabytkowym centrum spotyka się dziś tu i ówdzie świeżo odnowiony pałac czy kamienicę, ale na trasie, którą jedziemy – obraz nędzy i rozpaczy. Kompletnie zardzewiałe dachy, łatane prowizorycznie, pourywane rynny, okna pozabijane deskami, odpadające balkony, brudne, zakurzone chodniki, dziury w jezdni z wetkniętymi gałęziami, które mają ostrzegać kierowców. Olek jest artystą malarzem, w jego pięknie umeblowanym mieszkaniu dużo obrazów na ścianach, ale marzy o wyjeździe z całą rodziną do Polski, gdzie ma jakichś dalekich krewnych. „Najgorsze jest tutaj to, że jeśli ktoś wykazuje jakąś inicjatywę i chce cokolwiek zrobić, na przykład otworzyć kawiarnię, to musi płacić haracz – najpierw ogromne podatki państwu, a potem mafii. To dotyczy nawet lekarzy z prywatną praktyką. Dlatego jest wąska warstwa bardzo bogatych, dzięki władzy i korupcji, oraz biedne i bierne społeczeństwo”.

Tę biedę i bierność widać na lwowskich ulicach. Ludzie są na ogół bardzo skromnie ubrani. Wielu mężczyzn stoi bezczynnie przed domami. Nie wyczuwa się w tłumie przechodniów zabiegania i pośpiechu, tak charakterystycznych dla dużych miast w Polsce. Z twarzy można wyczytać jakąś apatię, pogodzenie się z losem. Jednocześnie jednak ludzie na ulicy są uprzejmi, życzliwi i otwarci. Ilekroć pytaliśmy kogoś (po polsku) o drogę, udzielano nam szczegółowych wyjaśnień, a zdarzyło się i tak, że zapytana osoba z własnej inicjatywy po prostu odprowadziła nas kilka ulic pod wskazany adres.

Powitanie

Tego dnia, w poniedziałek 25 czerwca 2001 roku, byłem świadkiem, jak lwowski szary, apatyczny tłum, witając Papieża, przerodził się w rozradowaną, świętującą wspólnotę.

Jan Paweł II miał przybyć do Lwowa wieczorem. Już kilka godzin wcześniej śródmieście zostało wyłączone z ruchu, a na ulicach i placach, wzdłuż trasy papieskiego przejazdu, zaczęły się gromadzić gęste szpalery mieszkańców i pielgrzymów. Był to niezwykły widok. Stałem przy szerokiej alei Wolności (dawne Wały Hetmańskie), prowadzącej od Opery do pomnika Mickiewicza. W świetle zachodzącego słońca miasto było jeszcze piękniejsze niż zwykle. Domy, pomniki, drzewa – wszystko jakby trwało w bezruchu, w spokojnym oczekiwaniu. Trochę pokropiło, ale potem chmury się rozeszły i niebo rozjaśniło się pastelowo. Spacerowałem po chodniku i obserwowałem ludzi. Nikt się nie przepychał, przeciwnie, życzliwie ustępowano sobie miejsca. Ludzie odświętnie ubrani, starsi i młodzież, rodzice i dzieci, rozmawiali ze sobą, uśmiechnięci, spokojni i rozluźnieni. Młodzi policjanci, rozstawieni co kilkanaście metrów, zwróceni twarzą do oczekujących, też wdawali się z nimi w przyjacielską pogawędkę. W pewnej chwili zauważyłem dość niezwykłą scenę: pod pomnikiem Tarasa Szewczenki stała w pierwszym rzędzie grupa staruszków, weteranów Ukraińskiej Powstańczej Armii, w ciemnozielonych mundurach, obwieszonych medalami, a tuż obok – inny dziarski staruszek. w polskim mundurze, jak się okazało, członek Szarych Szeregów i uczestnik Powstania Warszawskiego. Jacyś niemieccy dziennikarze przy pomocy tłumacza przepytywali z ciekawością i Ukraińców, i Polaka. Czy potrafili jednak odczytać całą symbolikę tej sceny? W innym miejscu po jednej stronie ulicy stały młode zakonnice, które przyjechały z Polski, po drugiej – tłum lwowian, zapewne w większości Ukraińców. Siostry dla umilenia sobie i innym czasu oczekiwania zaczęły śpiewać ukraińskie pieśni, co druga strona ulicy przyjmowała oklaskami, odpowiadając po chwili śpiewem. polskich lwowskich piosenek.

Punktualnie o 19.15 zaczynają bić dzwony. Radosne poruszenie. Potem znowu zalega cisza. W pół godziny później pojawia się na horyzoncie narastający szum, przejeżdżają wozy policyjne, i wreszcie – ukazuje się sunący niespiesznie papamobile, z pochyloną sylwetką Człowieka w bieli, pozdrawiającego wszystkich uniesioną z trudem dłonią. Ludzie wyciągają ręce, machają chorągiewkami, klaszczą. To przedziwne, myślę, że jeden człowiek samą swoją obecnością może dać tyle radości innym. Co ta jego obecność tak naprawdę dla nich oznacza? Ja sam czułem się w tym momencie wśród lwowian jak w czerwcu 1979 roku na ulicach Warszawy, kiedy odzyskiwaliśmy nasze poczucie godności i siły jako społeczeństwa.

Znowu zaczyna bić dzwon katedry łacińskiej, którą krótko nawiedza Papież. Klęka przed obrazem Matki Bożej Łaskawej, w tym samym miejscu, gdzie klęczał król Jan Kazimierz w roku 1656, składając Śluby Narodu. O czym w tym momencie rozmyśla Jan Paweł II? Za co dziękuje? O co prosi?

Tymczasem ludzie zgromadzeni w okolicach Katedry łacińskiej przemieszczają się pośpiesznie, zajmując dogodne miejsca obserwacyjne w wąskich uliczkach Starówki, żeby jeszcze raz móc pozdrowić Papieża przejeżdżającego do pobliskiej katedry ormiańskiej. Niektórzy wspinają się na wystające gzymsy. Przypomina się historia z Zacheuszem. Kiedy Jan Paweł II zbliża się do świątyni, której przywrócił życie, zaczynają bić jej dzwony (czy biły kiedykolwiek przez minione sześćdziesiąt lat?).

W katedrze ormiańskiej Papież przebywał ponad dwadzieścia minut. Czekaliśmy cierpliwie w staromiejskim zaułku na jego kolejny przejazd. Parę kroków ode mnie stało między innymi trzech młodzieńców w skórzanych kurtkach, o twarzach mafioso – wymieniali między sobą jakieś uwagi, promiennie się przy tym uśmiechając. Pomyślałem sobie: nawet z nich Papież wydobył dobro i ludzką godność.

Znów rozdźwięczały się dzwony katedry ormiańskiej. Jan Paweł II po raz ostatni przejechał obok nas, po czym opuścił centrum miasta, udając się do katedry Św. Jura. Pękły policyjne kordony i można już było swobodnie się przemieszczać, ale miałem wrażenie, że ludzie, rozradowani i uszczęśliwieni, wcale nie zamierzają iść do domu. Tak jakby chcieli nasycić się w pełni tym prawdziwym świętem, może pierwszym w swoim życiu, podzielić swoją radość i dumę z innymi. Grupki osób przechadzały się po uliczkach i placach Starego Miasta. Oddział chorążych szkoły oficerskiej robił sobie pamiątkowe zdjęcie, młodzi wolontariusze rozdawali specjalne pocztówki z Papieżem, greckokatolickie siostry zakonne z Kanady gwarzyły z przechodniami. Powoli zapadał zmierzch i zapalały się światła. Kiedy wraz z moimi kompanami zatrzymaliśmy się na chwilę, by głośno podziwiać świeżo odrestaurowaną staromiejską kamienicę z XIV wieku, podszedł do nas młody Ukrainiec, jak się okazało, student historii sztuki, i zaczął z nieukrywaną dumą opowiadać nam o lwowskiej Starówce. Wdaliśmy się z nim w serdeczną rozmowę. Szczastliwoho! – pozdrowił nas na pożegnanie. Zrozumiałem, że miłość do tego Miasta może nas – Polaków i Ukraińców – łączyć, a nie dzielić.

Ku przebaczeniu win

We wtorek wstajemy o czwartej rano. O piątej maszerujemy już ulicą Łyczakowską ku centrum. Ciche jeszcze miasto zachwyciło nas swoimi pastelowymi kolorami, jakimś wyczuwalnym klimatem śródziemnomorskim. Mikrobusem linii 17 dojechaliśmy na ulicę Stryjską, do wielkiego skrzyżowania – dalej około trzech kilometrów trzeba było przejść pieszo. Dwoma jezdniami szerokiej, prostej arterii prowadzącej do hipodromu maszerowały energicznym, równym krokiem tysiące, dziesiątki tysięcy osób. Ze śpiewem pieśni religijnych, albo w milczeniu. Z plecakami, torbami. Przejmujący był widok ludzi starych, podpierających się laskami, nawet o kulach, zgarbionych kobiet o zdeformowanych nogach. Wszyscy maszerowali z jakąś radosną determinacją. Jaka siła przyciągała tych ludzi, jaka nimi powodowała nadzieja? Poprzedniego dnia Włodek opowiadał nam, że przyjechała ze Złoczowa jego matka, siedemdziesięcioletnia schorowana kobieta – powiedziała mu, że musi być na Mszy z Papieżem, że to może największa chwila jej życia.

Na hipodromie sprawne służby porządkowe, wspomagane przez polskich harcerzy, kierują pielgrzymów do odpowiednich sektorów. Mamy karty wstępu do jednego z bocznych sektorów, ale bardzo blisko ołtarza. Namoknięta od ostatnich deszczów trawa szybko zamienia się w grząskie błoto, ale na szczęście nie pada, a wkrótce niebo robi się błękitne, słońce zaczyna przygrzewać, a do tego wieje delikatny, chłodzący wiatr. (Tego dnia wieczorem przejdzie nad Lwowem parogodzinna ulewa, która zamieni rozdeptane przez uczestników Mszy łacińskiej łąki w bagniste rozlewiska.) W naszym sektorze nie ma tłoku, można się swobodnie przechadzać. Zaczynamy zatem zapoznawać się ze sobą. Są katolicy z Mińska, klerycy franciszkanie z Łodzi, prawosławni Ukraińcy, siostry franciszkanki służebnice krzyża z niewidomą młodzieżą z parafii w Charkowie, katolicy z Odessy i oczywiście katolicy obu obrządków i narodowości ze Lwowa. Godziny oczekiwania mijają szybko, między innymi dzięki życiorysom nowych błogosławionych, arcybiskupa Bilczewskiego i księdza Gorazdowskiego, odczytywanym po polsku i po ukraińsku.

Na powitanie Papieża, który najpierw w towarzystwie kardynała Jaworskiego przejechał w papamobile między sektorami (po specjalnie zbudowanych asfaltowych alejkach), 300 tysięcy zgromadzonych odśpiewało po ukraińsku Witajemo tebe, kochajemo tebe, a potem już wybuchły spontaniczne okrzyki i śpiewy. Nad głowami pielgrzymów powiewały transparenty i flagi – ukraińskie, polskie, ale była też białoruska. Gdy procesja liturgiczna wchodziła po stopniach ołtarza, wszyscy zauważyli kołującego po niebie bociana. To dobry znak, powtarzali sobie moi sąsiedzi z Ukrainy. W słowie powitalnym kardynał Marian Jaworski, metropolita lwowski obrządku łacińskiego, podziękował Biskupowi Rzymu za to, co uczynił on dla wskrzeszenia struktur lwowskiego Kościoła. „Doświadczyliśmy w ostatnich latach, czym jest posługa Piotrowa dla Kościołów lokalnych. Nie można pomyśleć naszego Kościoła bez urzędu Piotrowego!”

Po czytaniach – z Apokalipsy, o walce św. Michała ze smokiem, i z Ewangelii św. Jana o Kanie Galilejskiej – Jan Paweł II wygłasza homilię, w której silnym akordem brzmi apel o pojednanie Polaków i Ukraińców. Najpierw, mówiąc o błogosławionym arcybiskupie Bilczewskim, wspomina postać metropolity Andrzeja Szeptyckiego, bohatera narodowego Ukraińców, wyrażając przekonanie o jego rychłej beatyfikacji, która jest, jak wiadomo, wielkim pragnieniem ukraińskich grekokatolików. Następnie, przywoławszy imiona trzech arcybiskupów, którzy współkonsekrowali bł. Józefa Bilczewskiego: kardynała Jana Puzynę, Józefa Sebastiana Pelczara i Andrzeja Szeptyckiego, Jan Paweł II mówił: Ta ziemia zasłużyła, aby zobaczyć ich zjednoczonych. Ich jedność pozostaje znakiem i wezwaniem dla wiernych należących do owczarni każdego z nich, którzy za ich przykładem mają budować komunię, zagrożoną przez pamięć o wydarzeniach z przeszłości i przez uprzedzenia wyrosłe z nacjonalizmu. Dzisiaj [.] odczuwamy głęboką wewnętrzną potrzebę uznania różnych przejawów niewierności ewangelicznym zasadom, jakich nierzadko dopuszczali się chrześcijanie pochodzenia zarówno polskiego, jak i ukraińskiego, zamieszkujący te ziemie. czas już oderwać się od bolesnej przeszłości! [.] Niech przebaczenie – udzielone i uzyskane – rozleje się niczym dobroczynny balsam w każdym sercu. Niech dzięki oczyszczeniu pamięci historycznej wszyscy gotowi będą stawiać wyżej to, co jednoczy, niż to, co dzieli, ażeby razem budować przyszłość opartą na wzajemnym szacunku, braterskiej współpracy i autentycznej solidarności. Dzisiaj arcybiskup Józef Bilczewski i jego towarzysze biskup Pelczar i arcybiskup Szeptycki wzywają was: trwajcie w jedności!

Cały ten fragment homilii Papież powtórzył po ukraińsku. Jego słowa za każdym razem przyjmowane były oklaskami.

Dążcie usilnie do tego – mówił Jan Paweł II w dalszej części swojej homilii do wiernych Kościoła łacińskiego – żeby miłować wszystkich i być do dyspozycji każdego, nie uchybiając nigdy wierności Chrystusowi i Kościołowi. Na tej drodze z pewnością napotkacie wiele trudności i zaznacie niezrozumienia, które czasem może prowadzić nawet do prześladowania. [.] Nie lękajcie się! Chrystus nie obiecuje łatwego życia, ale zawsze zapewnia nam swoją pomoc. Duc in altum! Wypłyń na głębię, lwowski Kościele łaciński!

*

Następnego dnia, podczas liturgii w obrządku bizantyjskim, w swojej homilii skierowanej do ponad miliona wiernych, w ogromnej większości Ukraińców, Jan Paweł II wypowiedział znów ważkie słowa o pojednaniu:

Ta ziemia galicyjska, która w ciągu historii była świadkiem wzrostu Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, została usłana, jak mawiał niezapomniany metropolita Josyf Slipyj, „górami trupów i rzekami krwi”. [.]

W ciągu ostatnich wieków nagromadziło się zbyt wiele stereotypowych sposobów myślenia, zbyt wiele wzajemnych uraz i zbyt wiele nietolerancji. Jedynym sposobem oczyszczenia drogi jest zapomnienie przeszłości, prośba o wzajemne przebaczenie sobie zadanych i otrzymanych ran, i bezgraniczna ufność w odnowieńcze działanie Ducha Świętego.

[.] niechaj na wasze rany wyleje Bóg oliwę miłosierdzia i pociechy.

Do tego trzeba koniecznie dodać to, co wydarzyło się tego samego dnia i w tym samym miejscu nieco wcześniej. Otóż witając Papieża kardynał Huzar dokonał niespodziewanego aktu przeprosin za winy grekokatolików: Za nich wszystkich przed tobą, Ojcze Święty, chcę prosić Boga o wybaczenie, jak też chcemy przebaczyć wszystkim, którzy nas krzywdzili. Chcemy wymazać wszystkie krzywdy i nienawiść między nami, abyśmy pojednani mogli razem wstąpić w nowe stulecie.

Te słowa, które można odczytać także jako przeproszenie w imieniu narodu ukraińskiego mordowanych na tej ziemi w trakcie drugiej wojny światowej Polaków i Żydów, wielu odebrało jako akt o równym znaczeniu jak słynny list biskupów polskich do biskupów niemieckich ze słowami „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie!”

*

W kilka dni po zakończeniu papieskiej pielgrzymki poprosiłem księdza kardynała Mariana Jaworskiego o krótki komentarz do tego, co się wydarzyło. Powiedział między innymi:

„Myśląc o tej pielgrzymce, trzeba sobie zdawać sprawę, że dla wielu ludzi na Ukrainie, ukształtowanych w ideologii ateistycznej i żyjących zupełnie poza kontekstem religijnym, było to pierwsze w życiu spotkanie z zupełnie nową rzeczywistością. Na tym tle jest zadziwiającym fenomenem, że nawet w Kijowie coraz więcej ludzi gromadziło się przy Papieżu, że dużo osób przyszło na Mszę łacińską, a potem bizantyjską. Wiem, że na spotkania z Janem Pawłem II przychodzili nie tylko wierzący, prawosławni i katolicy, ale też wiele takich osób, które przedtem nie miały żadnego kontaktu z religią ani z Kościołem. Mam relacje od ludzi, którzy na spotkanie z Ojcem Świętym przyjechali nawet z Rosji, z Sankt-Petersburga, i że spotkali się z czymś zupełnie nowym. Przyjazd Papieża sprawił więc, że wielu ludzi na Ukrainie lepiej rozumie, czym jest chrześcijaństwo”.

„Natomiast we Lwowie – kontynuował kardynał Jaworski – przeżycia przeszły wszelkie ludzkie oczekiwania. Jeśli na to, co się tutaj wydarzyło w ciągu ostatnich dziesięciu lat, od upadku Związku Radzieckiego i ogłoszenia niepodległości Ukrainy, patrzeć w kategoriach wiary, to trzeba to nazwać cudem moralnym. Po ludzku nikt się tego przecież nie spodziewał. Kto z nas marzył, że to się wszystko tak zmieni i że Ojciec Święty w stosunkowo niedługim czasie będzie mógł odwiedzić Ukrainę, i że będzie na tej ziemi tak przyjęty! Że nawiedzi Panią Łaskawą w katedrze lwowskiej i ofiaruje Jej złotą różę! To są rzeczy naprawdę wielkie, w których doświadczamy Pana Boga i Jego mocy. Musimy nauczyć się doświadczać Boga, który jest Panem historii, w wydarzeniach i w życiu Kościoła. To doświadczenie z kolei rodzi ufność. Oczywiście, nie od razu będziemy w niebie, ale Pan Bóg daje nam siłę, aby to wszystko dalej dźwigać”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Zapytany o owoce, jakie może przynieść wizyta Jana Pawła II we Lwowie, jeśli chodzi o wzajemne relacje katolików łacińskich i grekokatolików, Polaków i Ukraińców, kardynał Jaworski powiedział: „Trzeba nam podjąć proces pojednania, o którym mówił Ojciec Święty, i kontynuować współpracę między obu obrządkami. Przemówienie kardynała Huzara przed Mszą bizantyjską, kiedy powiedział: , było pierwszą tego rodzaju wypowiedzią. Ten proces pojednania trzeba podjąć i kontynuować. Jestem przekonany, że ludzi, którzy żyją przeszłością, jest coraz mniej, i że coraz mocniej wchodzi w ludzką świadomość to, co nowe”.

Cezary Gawryś

______________________
Cezary Gawryś – ur. 1947, dziennikarz i publicysta. Studiował filozofię na Uniwersytecie Warszawskim i teologię na Uniwersytecie Kard. Stefana Wyszyńskiego. Od 1976 w „Więzi”, 1995-2000 redaktor naczelny. Autor książki „Ścieżki ocalenia”. Członek Rady Etyki Mediów. Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.