Wywiad rzeka z Adamem Bodnarem w prezencie z prenumeratą „Więzi”

Zima 2020, nr 4

Zamów

Był Has, nie było nas…

Umarł jako profesor łódzkiej szkoły filmowej. Szkoła wspomagała go jak mogła w chorobie, jego wychowankowie – dziś uczący już w szkole – Sławek Kryński i Małgosia Burzyńska byli przy chorym od dawna, wytrwali do ostatka. Sztandar Szkoły strzegł jego trumny podczas Mszy pogrzebowej w łódzkim kościele pod wezwaniem św. Teresy, a potem pochylał się nad grobem na łódzkim cmentarzu Na Dołach. Na zmianę dzierżyli drzewce sztandaru włoski student Barnaba Bonati, i Polak, Tomek Skibicki. Obydwaj, jak i cała szóstka pocztu sztandarowego z drugiego roku reżyserii, wśród nich Koreańczyk Chang Yoon Lee. To oni powinni mieć – chyba w tych właśnie godzinach – zajęcia z Profesorem. Zamiast tego wysłuchali najpierw homilii, potem przemówień nad grobem, wysłuchali, jak żegnają Wojciecha Jerzego Hasa Miasto i Ministerstwo, wysłuchali rektora Henryka Kluby, mówiącego w imieniu Szkoły, i Gustawa Holoubka, w imieniu aktorów Hasowskich filmów. Obejrzeli ostatni spektakl Hasa, tłum stojący kręgiem wokół grobu, świat polskiego filmu, aktorów, reżyserów, pomagierów, producentów, tych geniuszy, pracusiów, artystów i kabotynów, poczciwców, cwaniaków i wykolejeńców, prawdziwe łzy i wystudiowane profile, te wszystkie żałobne a ozdobne kapoty i żakiety, okulary i fulary w korzystnym słońcu ciepłego październikowego popołudnia. Zobaczyli stojąc pod sztandarem i tę ostatnią barokową feerię wieńców, wstęg, wiązanek i światełek nad dębową solidną trumną posypaną łódzkim piachem, nie krakowskim czarnoziemem.

W przeddzień pytali mnie ci sami studenci z drugiego roku reżyserii, kto zastąpi Hasa, czy są już jakieś przecieki z Dziekanatu. Nikt go nie zastąpi. Ktoś jednak musi prowadzić przedmiot „reżyseria filmu fabularnego”, bo taki jest program. No to jednak – zastąpi.

Dla uczelni artystycznej to nie jest byle co – profesor, który jest żywą legendą, mitem. Łódzka szkoła miała Hasa przez wiele lat – od 1974 roku. W 1990 wybrano go na rektora, wykorzystał swoją pozycję do stworzenia zespołu „Indeks” umożliwiającego młodym debiuty. Poza tym niemiłe mu było urzędowanie, wolał uczyć. Uczył bardzo po swojemu, z rezerwą do sztuczek wyobraźni, z przywiązaniem największej wagi do rzetelności rzemieślniczej, pracy, precyzji. Z bezwzględnym odrzucaniem złego smaku, chamstwa i cwaniactwa. Nie dawał swoich filmów na wzór, nie opowiadał o sobie. Uczył, że film jest ważny, bo bywa sztuką.

Nie wszyscy studenci znali jego filmy, nawet te najlepsze, klasyczne. Nie naśladowano więc Mistrza. A mimo to, w wielkiej różnorodności szkolnych filmików i ćwiczeń trwa od dziesiątków lat „rzecz Hasowska”. W pracach Polaków, Skandynawów, Niemców, Francuzów, studentów z obydwu Ameryk powraca często jakiś rys formalny, jakaś aura nastroju. Ironiczna nostalgia czy gorzki liryzm, rupieciarnia zmarnowanego piękna, labirynt czasu w labiryncie przedmiotów. Wychował pokolenia filmowców. Wydawało się nam, że jest w szkole od zawsze i na zawsze zostanie. Ćwiczenie drugoroczne – film fabularny bez dialogów, z dramaturgią opowiedzianą siłą obrazu, ćwiczenie wprowadzone i egzekwowane przez Hasa było i jest w konstrukcji procesu kształcenia reżysera momentem kluczowym, próbą prób.

Patrzę na studentów i myślę sobie, że Has był młodszy od nich, kiedy poróżnił się z Historią, odebrał Historii całą nadzieję i z tym bagażem wysiadł z pociągu Czasu w wymyślonym przez siebie Mieście Snu i Sztuki. Kilkunastoletniemu Jurkowi Hasowi (Wojciechem Jerzym został debiutując w filmie) okupacyjny Kraków pokazał swoje krwawe, trywialne i heroiczne tajemnice. Był świadkiem żydowskiej martyrologii, pracował na chleb, zetknął się i z podziemnym życiem artystycznym i z podziemnym kształceniem. Chodził do koncesjonowanej przez Niemców szkoły rzemiosł artystycznych, która była przykrywką dla konspiracyjnej ASP. Pierwszymi dziełami Hasa-rytownika były robione na zlecenia podziemia kartki na żywność.

W styczniu 1944 do Krakowa weszły sowieckie wojska Koniewa. Dziewiętnastoletni Has przeżył wtedy osobliwą noc, w której wymarły chłopięce i młodzieńcze marzenia.

Jestem z Krakowa i nic mnie tutaj nie zaskoczyło przez te czterdzieści lat, wszystkiego się już spodziewałem. – powiedział po latach w rozmowie z Janem Słodowskim i Tadeuszem Wijatą (Jan Słodowski, „Rupieciarnia marzeń”; Warszawa 1994). Pojął więc Has, że Historia jest przeciw niemu, że jeśli chce być sobą, musi szukać innej przestrzeni. Zwrócił się ku sztuce, postanowił ukryć się w kulturze. Film pojawił się na drodze ucieczki dość przypadkowo – kursy filmowe przy ASP, możliwości robienia filmów animowanych przez uzdolnionego rysunkowo studenta. Potem przyszedł „przydział pracy” w wytwórni filmów oświatowych. Kiedy po odwilży roku 1956 pojawiła się możliwość debiutu fabularnego, za kamerą stanął trzydziestolatek w pełni przygotowany nie tylko do zawodu, ale i do samotnego sukcesu. Wiedział, że współczesności musi przeciwstawić osobistą wizję, własny sen, własną konstrukcję. Krakowskie środowiska, krakowskie kawiarnie nauczyły go dobrego smaku, pokazały mu, że są skarbnice piękna w malarstwie, muzyce, literaturze, teatrze. Dlatego z uporem, konsekwencją i przebiegłością gromadził wokół siebie najlepszych aktorów, kompozytorów, scenografów, upierał się przy adaptacjach pierwszorzędnej literatury, dlatego pracując solidnie i innych przymuszając do solidności przenosił te skarby w domenę swoich ekranowych snów.

Kraina wizji nie była dla niego miejscem emigracji wewnętrznej. Zdarzało się to raczej jego bohaterom – przypomnijmy Chłopca ze „Złota” (1961) czy lokatorów ze „Wspólnego pokoju” (1960) – samemu reżyserowi to nie było potrzebne. Przestrzeń marzenia i snu to było wybrane przez niego miejsce pracy, podważanie materialności, banalnej logiki przyczyn i skutków. Uwierzywszy w sztukę, uwierzył w ludzi wychowanych przez sztukę, w ludzi wrażliwych, obdarzonych wyobraźnią – dla nich chciał robić filmy. Tak jak posługiwał się literackimi tekstami, aktorskimi i kompozytorskimi talentami, biegłością scenografów, tak z łatwością przemieniał w swoje narzędzia doświadczenia włoskiego neorealizmu („Złoto” 1961), francuskiej „nowej fali („Jak być kochaną” 1962), niemieckiego ekspresjonizmu („Pętla” 1957), surrealizmu („Rękopis znaleziony w Saragossie” 1964; „Sanatorium pod Klepsydrą” 1973). Czuł się równie swobodnie w poetyce baroku jak i jarmarcznego kiczu czy turpistycznej groteski. Nie przemieniał się pod wpływami mody, nie ulegał naciskom – przeciwnie, przemieniał w swoje wizje wszelkie tworzywo.

Has założył sobie na początku, że będzie rozmawiał z widownią po swojemu, że potrafi odkryć w niej te struny, które wibrowały w jego sztuce, na których tylko on potrafił grać. Film w PRL był w pełni koncesjonowany i kontrolowany przez PZPR, nie można było kręcić filmów opozycyjnych czy niezależnych. Rzemieślnicza perfekcja i artystowskie przekonanie o konieczności tworzenia pozwalały Hasowi walczyć o kolejne filmy, dokonywać cudu budowania w przestrzeni politycznej PRL-u własnego gmachu snów. Zapraszał tam coraz liczniejszych widzów, otwierał przed nimi perspektywy osobnych losów, niepoddanych kontroli doktryny sentymentów, cierpień, zachwytów. Dojrzewanie jego widowni było szybsze niż dojrzewanie jego sztuki – pełny sukces kasowy i prasowy, powiew sławy przyniósł mu już siódmy film fabularny – „Jak być kochaną”, pełne przeniesienie narracji w „przestrzeń wewnętrzną”, ustanowienie własnych reguł stylistyki, kolejny film „Rękopis znaleziony w Saragossie”, zrealizowany dwa lata później (1964). Tu teatr subiektywnej jaźni, snu, urojenia, stał się rzeczywistością absolutną.

Hasowska wiara w teatr była wiarą w teatr własny, w równowagę snów i dekoracji. Kadry filmów Hasa dużo i dobitnie mówią poprzez barwy, kształty, faktury przedmiotów, przez ich siłę budzenia skojarzeń i pamięci. Mowa przedmiotów towarzyszy dialogom, nadaje im inne sensy. Puchar zrobiony z czaszki, talmudyczna księga przepowiedni, szubienica z „Rękopisu” mówią więcej niż teksty aktorów, powinowactwo krągłości kobiecych piersi, odsłoniętych w dekoltach, i krągłości trupich głów jest zadziwiającym rymem wewnętrznym komentującym powikłanie życia i śmierci.

W dziele Hasa da się odnaleźć wyraźnie powiązania z nastawieniami krakowskiej moderny, ironią, pesymizmem, mitologią mieszczucha i mitologią artysty. Has jest wierny tej tradycji, tym kaprysom ducha, ale zarazem podejmuje z nimi dialog. Bohater Hasowski z reguły jest osaczony przedmiotami i błahymi ceremoniami, jest poniżony klęską i niemożnością, a jednocześnie przez klęskę odnajduje godność i wielkość – jest według określenia Tadeusza Sobolewskiego „przegranym romantykiem”. Szukałem kiedyś (por. „Kino” 1995 nr 4; „Prorok naszych snów”) artysty, którego mógłbym z Hasem porównać w sferze widzenia filozoficznego i zarazem plastycznego człowieka – narzucił mi się Federico Garcia Lorca, jego „Romancero gitano” – błysk sztyletów i brzęk strzemion, zasztyletowani kochankowie, zabłąkani w wiecznej drodze jeźdźcy. U jednego i drugiego miłość jest zawsze niespełniona, a współobecna z zapowiedzią pewnej, nieuchronnej i banalnej śmierci. U jednego i drugiego rekwizyt komentuje słowo.

Spojrzenie na zamknięte już dzieło Hasa – wizjonera władającego najprecyzyjniejszym warsztatem profesjonalisty, twórcy przestrzeni własnej w obrębie polskiej zbiorowej wyobraźni, nie pozwala uznać jego filmów za pesymistyczne. Głosił przecież i potęgę sztuki, nadzieję w labiryntach życia, głosił sens klęski w miłości. Swoją tajemnicą, magią ekranu uwiódł nie tylko tłumy krajowych widzów – zdobył zachwyt takich mistrzów kina jak Luis Buńuel, Francis Ford Coppola, Martin Scorsese. Na amerykańskich uniwersytetach ma swoich fanów, francuskie mediateki organizują przeglądy jego dzieł.

Wywiad rzeka z Adamem Bodnarem w prezencie z prenumeratą „Więzi”

Nie wiem, czy polskie instytucje filmowe potrafią zapewnić obecność filmom Hasa na kinowych, klubowych i telewizyjnych ekranach. Nie wiem, czy doczekamy się wydania jego „Dzieł wszystkich” na kasetach wideo. Łódzka szkoła, dotknięta stratą Profesora, pozbawiona mitycznego Hasa, z pewnością postara się ocalić i dzieło, i legendę w swoich murach. Nie dożył wręczenia mu doktoratu honorowego. Zostanie jego portret w Dziekanacie Reżyserii i to ćwiczenie, jakim drugi rok zdobywa swoje zaliczenie.

Myślę, że i Kraków w jakiś sposób upamiętni tego niezwykłego filmowca, który do końca chciał zatrzymać swoje dawne mieszkanie w Krakowie, często wracał myślami do krakowskich kawiarni – „Lii” przy Grodzkiej, „U Warszawianek”. Z gorzką tęsknotą mówił: Nie ma już w Krakowie nikogo, z kim chciałbym się spotkać: chyba z Kernem na kawie albo z Tadziem Kwiatkowskim. Nie bardzo jest do czego wracać (wypowiedź dla „Kina” w 1989 r.).

Ciało spoczęło na łódzkim cmentarzu, czy jednak można sobie wyobrazić Kraków bez Jego cienia, bez Hasowskiej legendy?

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.