Jesień 2020, nr 3

Zamów

Taśmy prawdy

Zwycięstwo wyborcze Aleksandra Kwaśniewskiego jest faktem. Ponad połowa głosujących Polaków już w pierwszej turze wyborów uznała, że jest on najbardziej odpowiednim kandydatem na najwyższy urząd w państwie. Prezydent niewątpliwie otrzymał zatem demokratyczną legitymację do dalszego piastowania swego urzędu. Czy tym samym otrzymał również legitymację moralną?

Sprawą najgoręcej dyskutowaną podczas kampanii wyborczej był, jak zwą jedni – „incydent kaliski”, lub jak trafniej nazywają to inni – ujawnienie „taśm prawdy” z Kalisza i Charkowa. Rozstrzygnięcie wyborów nie może unieważnić moralnych problemów, które sprawa ta wprowadziła do dyskursu publicznego. „Taśmy prawdy” nie tylko odsłoniły brzydszą twarz Aleksandra Kwaśniewskiego. Społeczne reakcje na ich treść dają wiele do myślenia o moralnych wyborach, jakich dokonują Polacy.

„Chętnie bym wam pobłogosławił.”

Prezydent i jego ludzie wielokrotnie zmieniali interpretację wydarzenia w Kaliszu, kiedy to minister Marek Siwiec, wysiadając z helikoptera, czynił znak krzyża, potem – zachęcany przez prezydenta Kwaśniewskiego – padał na kolana i całował ziemię. Osobiście sądzę, że stosunek prezydenta do tego faktu najlepiej odzwierciedla jego inna „żartobliwa” wypowiedź, która niestety nie przebiła się do świadomości publicznej.

Chętnie bym wam pobłogosławił, ale od kilku dni nie mogę – powiedział Aleksander Kwaśniewski w ostatnim dniu kampanii wyborczej na zakończenie spotkania z rektorami i naukowcami uczelni opolskich i wrocławskich. Spotkanie odbyło się w piątek, 9 października, w Auli Leopoldyńskiej Uniwersytetu Wrocławskiego1.

Powyższe słowa wydają mi się najlepszym autorskim komentarzem do sprawy kaliskiej. Kandydat na urząd prezydenta, oskarżany o przedrzeźnianie papieskich gestów, w ostatnim dniu kampanii stwierdza bowiem, iż w istocie nieszczerze przepraszał za swoje wcześniejsze zachowanie i tak naprawdę nadal pragnie bawić się „w papieża”. Ten mało znany prezydencki „żart” znakomicie pokazuje zarówno spryt i przebiegłość Kwaśniewskiego jako polityka, jak też jego cynizm w stosunku do symboliki chrześcijańskiej.

Prezydent chytrze wybrał odpowiedni moment – wygłosił te pełne arogancji słowa w ostatnim dniu kampanii wyborczej, doskonale wiedząc, że nie powie już o nich sprzyjająca mu telewizja publiczna, a sobotnia prasa nie może o tym napisać ze względu na obowiązującą tego dnia ciszę wyborczą. Co najwyżej radiowcy mogli nieco nadpsuć wizerunek głowy państwa. Ci jednak nie stanęli na wysokości zadania. Śledziłem tego dnia serwisy różnych stacji radiowych. I właściwie nic. Jedynie Piotr Marciniak w Radiu Zet uznał, że ta wypowiedź Kwaśniewskiego zasługuje na powtórzenie jej na antenie.

Kompromitacją polskich mediów wydaje mi się fakt, że nasi dziennikarze – tak przecież skrupulatni w eksponowaniu kontrowersyjnych wypowiedzi polityków – tym razem zawiedli. Na miejscu wydawców i redaktorów prasy codziennej rozważałbym wręcz w tej sytuacji narażenie się na karę za naruszenie ciszy wyborczej. Wyborcom należała się przecież informacja, że lider kampanii prezydenckiej nadal chciałby się zabawiać w błogosławienie swych wyborców.

„Przepraszam” czy „nie ma za co”?

W odpowiedzi na ujawnienie „taśm prawdy” Kwaśniewski w ciągu zaledwie kilku dni zdążył zaprezentować publicznie cały wachlarz reakcji. Najpierw nic nie pamiętał. Potem coś sobie przypomniał, ale wyjaśniał, że gest Siwca można traktować jako wyraz miłości wobec ziemi kaliskiej, że to nie jest działanie zabronione. Twierdził, że to nie są działania złe, brzydkie, nieeleganckie (.) to zachowanie spontaniczne i tyle. Przede wszystkim zaś z oburzeniem wyrażał się o krytykujących go biskupach, od których oczekiwałby miłosierdzia i gotowości spojrzenia na ludzkie słabości z większą wyrozumiałością (choć nie powiedział wówczas, jaką to słabość ma na myśli). Z kolei przyznał, że był to rodzaj zachowania złego, miernego dowcipu. Następnie stwierdził, że było to niefortunne, złe, oczywiście podszyte sympatycznymi intencjami. W końcu wyraził żal i ubolewanie, że w ogóle ten fakt miał miejsce, że mógł urazić. Przez cały czas natomiast głęboko się zastanawiał, co zrobić z dymisją Marka Siwca, ale kampania była tak intensywna, że przed wyborami nie zdążył znaleźć odpowiedzi na to skomplikowane pytanie.

Kandydat lewicy „przeprosił”, ale to nie było jego ostatnie słowo na ten temat. W ostatnim dniu kampanii w cytowanej wypowiedzi wrocławskiej jasno dał do zrozumienia, że małpowanie papieża to nic złego. Wręcz przeciwnie – to coś pociągającego, ale niestety zakazanego przez niedobrych ludzi (Chętnie bym wam pobłogosławił, ale od kilku dni nie mogę). Tego samego dnia prezydent mówił o „wrednych ludziach”, którzy go atakowali podczas kampanii. Rzeczywiście, wredni, nawet pobawić się nie dadzą. A dla wyborców, którzy mimo wszystko mieli wątpliwości, mieliśmy tego samego dnia w „Gazecie Wyborczej” wypowiedź Kwaśniewskiego, w której wymienił Jana Pawła II na pierwszym miejscu wśród ludzi, którzy dają mu „siłę i inspirację do działania”. Dla każdego coś miłego.

Manipulacja?

Po wyborczym zwycięstwie prezydent Kwaśniewski z jednej strony podtrzymywał opinię, że żart w Kaliszu był niestosowny, ale z drugiej strony przystąpił do kontrataku. Stanowczo twierdził, że sposób prezentacji kaliskiej taśmy przez sztab Mariana Krzaklewskiego był manipulacją, a jego zachowanie zostało wyrwane z kontekstu. Całe szczęście, kilka dni po wyborach telewizja publiczna pokazała kaliską taśmę w całości. Można było zobaczyć dokładnie to samo, co w wyborczym programie Mariana Krzaklewskiego, a dodatkowo – długą scenę lądowania helikoptera oraz trzech panów, którzy wysiadają ze śmigłowca za Siwcem, a przed Kwaśniewskim.

Treść taśmy zdecydowanie podważa twierdzenia o jakiejkolwiek manipulacji. Wyraźnie można było zobaczyć, że prezydent wysiadł z helikoptera około pół minuty po swoim ministrze. Nie mógł zatem bezpośrednio widzieć gestu krzyża, jaki wykonał Siwiec na schodkach śmigłowca (co najwyżej przez okno, ale to mało prawdopodobne). Jakim cudem Kwaśniewski podjął więc na murawie lotniska „żart” Siwca – pytając zgromadzonych wokoło notabli: „Słuchajcie, czy minister Siwiec ucałował już ziemię kaliską?”, a następnie zachęcając swego kompana słowami: „Pobłogosław!”? Albo sam wpadł na ten pomysł, albo też obaj panowie jeszcze na pokładzie helikoptera wymyślili sobie ten „dowcip”. Po wylądowaniu należało go już tylko zrealizować.

Zastanawiać musi również fakt, że po zwycięstwie wyborczym Kwaśniewskiego w jego sztabie zapomniano właściwie o tym, że w całej sprawie było cokolwiek niestosownego. Rzecznik Dariusz Szymczycha w telewizyjnej audycji po prezentacji pełnego nagrania z lądowania w Kaliszu uparcie argumentował, że był to „gest pożegnania posła Siwca z ziemią kaliską”. Skoro tak, to za co przepraszali wcześniej i Siwiec, i Kwaśniewski?

Słusznie natomiast Kwaśniewski mógł mówić o wyrwaniu taśmy kaliskiej z kontekstu. Ów kontekst – jak wskazał prof. Edmund Wnuk-Lipiński w telewizyjnej „Rozmowie dnia” w WOT – trzeba jednak rozumieć zupełnie inaczej niż chciałby prezydent. Sztab Krzaklewskiego, prezentując kaliską „zabawę”, wspominał datę wydarzenia (17 września 1997), nie eksponując jednak faktu, że miało to miejsce zaledwie trzy miesiące po pamiętnej poruszającej pielgrzymce papieskiej do Polski. W tym kontekście szyderczy charakter „żartu” staje się jeszcze bardziej czytelny.

Widząc tę sprawę w szerszym kontekście, trzeba też pamiętać, że polscy postkomuniści lubią zabawiać się w przedrzeźnianie gestów religijnych, a zwłaszcza papieskich. W wersji hard zajmuje się tym tygodnik „Nie”, w wersji soft również czołowi politycy. Jeszcze w grudniu 1996 r., podczas konferencji SdRP na temat stosunków państwo-Kościół w Częstochowie, ówczesny szef partii Józef Oleksy składał uczestnikom życzenia świąteczne: Żeby Dziecina Betlejemska swoją rączką wszystkich błogosławiła, prowadząc do pomyślności, dobrego samopoczucia i zdrowia. A ja dołączam swoje błogosławieństwo, choć nie mam do tego uprawnień2. W czerwcu 1999 r., w przedostatnim dniu papieskiej pielgrzymki do ojczyzny, uczestnicy pikniku kończącego VI Kongres SdRP, wołali do Aleksandra Kwaśniewskiego: „Zostań z nami” i „Pobłogosław!”. W tym samym czasie Papież był w Wadowicach, a następnego dnia prezydent miał go żegnać na krakowskim lotnisku. Zapewne dlatego Kwaśniewski potrafił wówczas zareagować w sposób przyzwoity: upomniał swych rozentuzjazmowanych kolegów partyjnych słowami „Nie mieszajcie okrzyków”3.

Cóż to jest prawda?

Dlaczego Aleksander Kwaśniewski potrafi zarówno zabawiać się w przedrzeźnianie Jana Pawła II, jak i upominać swych zbyt radykalnych towarzyszy? To kolejny dowód na wszechstronność tego polityka. Hasło „prezydent wszystkich Polaków” oznacza dlań zasadę, że dla każdego trzeba mieć coś odpowiedniego. Kwaśniewski nie czyni w kampanii wyborczej rzeczy przypadkowych. Gdy jako prezydent-elekt publicznie zapowiada, jak to będzie się zabawiał z żoną po powrocie do domu4, nie jest to tylko spontaniczna wypowiedź, lecz również sygnał dla jakiejś grupy wyborców, wysoko ceniących żarty poniżej pasa, zwłaszcza dla przyjaciół spod znaku tygodnika „Nie”.

Podobnie z komentarzami do wydarzeń kaliskich – ich różnorodność najlepiej świadczy o wysyłaniu sygnałów do różnych grup wyborców. W sumie składa się to na obraz polityka, który, co prawda, musi czasem zrobić ukłon w stronę opinii publicznej czy hierarchii kościelnej, musi wybąkać jakieś „przepraszam”, ale przecież wiadomo, że nie ma to wielkiego znaczenia. Wypowiedź wrocławska to swoiste podsumowanie: gdy się spotkamy sami, to będziemy mogli „spontanicznie” pobawić się „w papieża”.

Kwaśniewski, Siwiec i ich dawni koledzy (bo przecież nie towarzysze!) z SZSP wyraźnie nie pogodzili się z tym, że przekroczyli czterdziestkę. Nadal chcieliby przede wszystkim – tak jak w dobrych czasach studenckich – bawić się, pić i śmiać ze wszystkiego. Ale tak się złożyło, że zostali politykami, a z tego wynika, iż muszą sprawiać wrażenie ludzi głęboko zatroskanych o los ojczyzny. No więc sprawiają. W robieniu dobrego wrażenia są mistrzami. Zwłaszcza Kwaśniewski. Jemu ludzie wierzą nawet wbrew faktom: większość uważa przecież, że jest on politykiem bardziej przystojnym i lepiej wykształconym od Krzaklewskiego, a na dodatek nie miał nic wspólnego z reżimem komunistycznym. A że obiektywnie jest inaczej – tym gorzej dla faktów!

Prawdą jest przecież – uważają zapewne medialni eksperci SLD – nie to, co jest w rzeczywistości, lecz to, co ludzie uważają za prawdziwe. Jak w teleturnieju „Familiada”: tam nie ma odpowiedzi prawdziwych i fałszywych, są tylko lepsze i gorsze – a najlepsza jest ta, która najbardziej odpowiada przekonaniom większości, choćby nawet była nieprawdziwa. Podobnie w polityce – skoro ludzie uważają swojego prezydenta za dobrze wykształconego, to tak po prostu jest! Zresztą już w roku 1995, głosując na niego, wyborcy udzielili mu przecież „rozgrzeszenia” za kłamstwa w sprawie wykształcenia. Tym bardziej skoro nie widzą związku między nim a komunizmem, to nawet nie trzeba ich przekonywać, że on się wychowywał na. „Kulturze” paryskiej.

Specyficzny stosunek Kwaśniewskiego do prawdy (znany skądinąd od kilku już lat) w tym roku dobrze obrazuje jego postawa w rozmowie z Moniką Olejnik w TVN. Prezydent tak skutecznie zapierał się, iż na pewno mówił w Kaliszu tylko o całowaniu ziemi, a nie o jej błogosławieniu, że nawet tak wytrawna dziennikarka mu uwierzyła. Sprytnie pomyślane! Wiadomo, że w „Kropce nad i” nie pokazuje się materiałów filmowych. Ani dziennikarka, ani widzowie nie mieli zatem możliwości bezpośredniego porównania deklaracji prezydenta z zapisem faktów. Kto przysłuchiwał się rozmowie, musiał uwierzyć, że takie słowa nie padły. A z taśmy kaliskiej wiemy, że padły. Prawda jest oczywista. Lecz cóż z tego? Bo co to jest prawda?

Wydarzenia by nie było, gdyby nie zostało cynicznie użyte w kampanii roku 2000, po trzech latach – mówił kandydat Kwaśniewski w radiowym „Salonie politycznym Trójki”. Wydarzenia by nie było. Z Charkowem prawie się udało, wydarzenia już prawie nie było. Tak mało brakowało i Kalisza też by nie było.

Kwestia smaku

Prezentacja wydarzeń z Kalisza i Charkowa podczas kampanii wyborczej przypomniała o fundamentalnej dla demokracji sprawie: że działania w sferze publicznej nie mogą być oderwane od moralności. Trafnie sformułował to na łamach „Rzeczpospolitej” Ireneusz Krzemiński, socjolog daleki od politycznych powiązań z prawicą. Pisał on o moralnym, obywatelskim obowiązku ujawnienia nagrania z Kalisza5. Obie taśmy zawierały informacje, o których powinni wiedzieć obywatele. Pokazywały one bowiem zachowania niegodne prezydenta, które nie licują z godnością głowy państwa reprezentującej majestat Rzeczypospolitej (Jan Nowak-Jeziorański). Przedstawiały prezydenta, który obraża nie tylko gesty i symbole religijne, lecz także poniża piastowany urząd i samego siebie.

Zdumiewają w tej sytuacji opinie osób, które są w stanie patrzeć na tę sprawę wyłącznie w kontekście walki politycznej, uważając ją jedynie za przejaw politycznej kampanii negatywnej. Jak widać, obrońcy Kwaśniewskiego skutecznie skierowali uwagę nawet wielu ludzi dobrej woli na fakt, że „taśmy prawdy” pokazano w ramach kampanii wyborczej Mariana Krzaklewskiego. Zasugerowano, że prawica wcale nie pokazuje tych taśm bezinteresownie, lecz wyłącznie po to, by zwalczać urzędującego prezydenta6.

Tymczasem, jak napisał w „Dzienniku Polskim” Stanisław Obirek SJ, choć kluczowy wydaje się spór polityczny, tak naprawdę chodzi tu o kwestię smaku, o której w wiadomych czasach pisał Zbigniew Herbert. Tak się po prostu nie robi7. Autor ten podkreślił, że ubieganie się o najważniejszy urząd w państwie nie może być uwarunkowane tylko pozytywnym wynikiem lustracji. Tutaj potrzeba również wiarygodności moralnej. Zachowania Aleksandra Kwaśniewskiego jako głowy państwa w Kaliszu i Charkowie takiej wiarygodności nie dają. To jest właśnie istota sprawy.

Stosunek do „taśm prawdy” ma zatem istotne znaczenie dla określenia moralnego fundamentu, na jakim budowana ma być demokratyczna Rzeczpospolita. Ważniejsze od kaliskiej błazenady jest tu zachowanie prezydenta na cmentarzu w Charkowie. W krajach o ustabilizowanej demokracji taki film – ukazujący głowę państwa chwiejącą się na nogach w miejscu pamięci narodowej, na cmentarzu, na dodatek poza granicami kraju – natychmiast nie tylko zachwiałby opinią bohatera filmu, lecz wysadziłby go ze stanowiska. A w Polsce? Tylko niektóre gazety odważyły się pokazać te zdjęcia bezpośrednio po wydarzeniu. Po kilku dniach zaprezentowały je również komercyjne stacje telewizyjne. Telewizja dworska (zwana dla niepoznaki publiczną) zupełnie je zignorowała, wychodząc z orwellowskiego założenia, że skoro się o tym nie mówi, to faktu nie było. Również największa polska gazeta nie wspominała o tej sprawie8. W sumie do wielu osób ta informacja w ogóle nie dotarła. Podobnie byłoby z taśmami kaliskimi – telewizja publiczna zapewne nigdy by ich nie zaprezentowała, gdyby nie została do tego zmuszona poprzez fakt włączenia ich do wyborczych audycji Krzaklewskiego. Realna możliwość przemilczania takich spraw to – jak stwierdził o. Maciej Zięba OP – jedno z największych zagrożeń dla polskiej demokracji.

Fundamentem demokracji muszą być takie wartości, jak prawdomówność, uczciwość, praworządność, bezinteresowność, troska o dobro wspólne, wzajemne zaufanie. Brak poszanowania dla tych wartości może sprawić, że demokracja rozpadnie się niczym dom zbudowany na piasku. Z tego punktu widzenia kłopot z Aleksandrem Kwaśniewskim polega na tym, że najwyższymi, jeśli nie jedynymi wartościami są dla niego sukces i skuteczność. To właśnie przewidywana skuteczność decyduje najczęściej o jego zachowaniach i postawach. Prezydent RP nie jest bowiem człowiekiem ideowym. Tak jak nie był przekonanym komunistą, nie jest też socjaldemokratą ani liberałem. Bywa różny, w zależności od potrzeb.

Czy można czynić politykowi zarzut z tego, że pragnie być skuteczny? Sądzę, że tak, jeśli skuteczność jest dla niego celem samym w sobie, a inne wartości traktuje jedynie instrumentalnie, jako środki do celu. Wydaje mi się, że tak właśnie jest w przypadku prezydenta Rzeczypospolitej. Nie pociesza mnie fakt, że tak jest również w przypadku coraz większej liczby polityków zachodnich. W USA czy w Niemczech, gdzie również rządzą obecnie ludzie „bez właściwości”, mamy przynajmniej do czynienia z utrwalonymi strukturami demokratycznymi. W Polsce one wciąż dopiero się tworzą.

Moralność publiczna i prywatna

O tym, że Kwaśniewski jest po prostu pragmatykiem bez głębszego odniesienia do wartości, wiadomo już od dawna. Taśmy z Kalisza i Charkowa nie wniosły tu wiele nowego. Po prostu w jednoznaczny sposób pokazały to, o czym było wiadomo i o czym wiele razy pisali publicyści. Dostarczyły dowodów, że publiczne deklaracje polityka Kwaśniewskiego dramatycznie rozmijają się z jego zachowaniami.

I rzeczywiście wielu ludzi zaczęło wątpić w szczerość deklaracji głowy państwa. Z wyjaśnieniem pospieszył Adam Michnik, twierdząc że Prezydent Kwaśniewski dopuścił się tego żartu bez świadomości, że to zachowanie może stać się faktem publicznym i że może kogoś dotknąć. Publicznie wielokrotnie wypowiadał się z najwyższym szacunkiem i podziwem o papieżu Janie Pawle II i wspaniałych dokonaniach jego pontyfikatu. Te publiczne wypowiedzi, a nie te niestosowne dowcipasy decydują, moim zdaniem, o stosunku prezydenta Kwaśniewskiego do papieża Jana Pawła II i do Kościoła katolickiego w naszym kraju. Poza tym redaktor naczelny największej polskiej gazety dowodził, iż Kwaśniewski przeprosił, a to potwierdza, że nie było jego intencją obrażenie wrażliwości religijnej kogokolwiek z Polaków.

Doprawdy karkołomne to rozumowanie. A gdyby okazało się, że prawicowy kandydat na prezydenta, wielokrotnie deklarujący przywiązanie do wartości rodzinnych, pokątnie, „w chwili słabości”, powiedzmy na wyjeździe zagranicznym, poszedł zabawić się w nocnym lokalu tańca erotycznego – rzecz jasna, bez świadomości, że to zachowanie może stać się faktem publicznym – to co by się liczyło po ujawnieniu takiego ewentualnego faktu: tylko wielokrotne publiczne deklaracje pełne szacunku i miłości do małżonki czy również „sztubacki” wybryk?

Michnik, jak również Roman Graczyk (Żartować jest rzeczą ludzką i wypić jest rzeczą ludzką; błąd i wina prezydenta polegały na tym, że działo się to przed obiektywem kamery) sugerują, że sfera prywatna w życiu polityka powinna być całkowicie rozdzielona od jego działalności publicznej. Takie stawianie sprawy usprawiedliwia polityków. Kompromitować miałyby ich jedynie „przekręty”, w których wykorzystywaliby swoją pozycję polityczną, szwindle w życiu prywatnym nie byłyby istotne dla oceny ich publicznej działalności. Uważam, że jest przeciwnie: chorobą polskiego życia publicznego jest rozdzielanie moralności (także indywidualnej) od polityki. Choroba ta dotyka zresztą, w różnym stopniu, wszystkich ugrupowań politycznych.

Argumentacja Michnika jest nietrafna również dlatego, że zarówno w Charkowie, jak i w Kaliszu Kwaśniewski nie występował prywatnie. W Charkowie to właśnie jako głowa państwa zataczał się nad grobami polskich oficerów. W Kaliszu zaś – jak napisał Ireneusz Krzemiński – rejestrująca obraz kamera nie była kamerą politycznego paparazzi, lecz całkiem oficjalnie rejestrowała przybycie dostojników państwowych. Zresztą nawet zastępca Michnika, Piotr Pacewicz pisał w „Wyborczej”: przecież widać było, że to nie są imieniny u cioci Frani, tylko publiczny występ głowy państwa. Jak można zatem uparcie twierdzić, że był to tylko żart w gronie przyjaciół?

A nawet gdyby były to zachowania tylko prywatne, to i tak powinny one dyskwalifikować polityka. Jeśli osobista moralność polityka odbiega od jego publicznych deklaracji, tym gorzej dla niego. Wyborcy mają prawo o tym wiedzieć, bo muszą posiadać informacje, kim naprawdę jest ten, kto zabiega o ich poparcie.

Powiedzmy, gdyby jacyś prawicowi chłopcy-politycy wpadli na iście „sztubacki” żart, żeby pozdrawiać się we własnym gronie gestem podniesionej wysoko w górę prawej ręki? A gdyby któryś z kandydatów na prezydenta powiedział szeptem do kumpla, że Emmanuel Olisadebe ładnie strzela bramki dla Polski, tylko dlaczego jest taki czarny? Po ujawnieniu takich zachowań „Wyborcza” z pewnością nie poprzestałaby na stwierdzeniu, że to niestosowne żarty. I słusznie. Dlaczego w przypadku prezydenta Kwaśniewskiego stało się inaczej?

Nie stosujmy podwójnego standardu moralnego wobec proboszcza z Gdańska i prezydenta Rzeczypospolitej. Symbole religijne wymagają szacunku bez względu na to, czy chodzi o krzyż, gwiazdę Dawida czy półksiężyc – napisał Jan Nowak-Jeziorański w liście do Adama Michnika. Z pewnych symboli po prostu nie można kpić, zarówno publicznie, jak i prywatnie.

Wybory polskich sumień

Wyborczy sukces prezydenta Kwaśniewskiego nie może niczego zmienić w moralnej ocenie jego zachowań. Każe natomiast zastanowić się nad wyborami, jakich w swoich sumieniach dokonują Polacy. Czy dla wyborców popierających prezydenta kryteria moralne, o których była mowa wyżej, zupełnie się nie liczyły? Dlaczego „taśmy prawdy” były szokujące tylko dla niewielkiej grupy ludzi?

Nikt nie prowadzi badań nad stanem polskich sumień. Jeżeli ośmielam się wypowiadać tu jakieś opinie, to jedynie opierając się na własnych refleksjach i obserwacjach oraz wiedzy potocznej. Trzeba zastanowić się nad tym, co wynika z faktu, że wielu wyborców po prostu przeszło do porządku dziennego nad wiedzą o słabościach moralnych Aleksandra Kwaśniewskiego. Pomimo tej wiedzy uznali go za godnego piastowania funkcji głowy państwa. Wydaje mi się, że pod względem sposobów refleksji moralnej zwolenników prezydenta można by podzielić na cztery kategorie.

Pierwsza grupa to wojujący antyklerykałowie, dla których im mocniej się przywali „czarnemu”, tym lepiej. Ten antyklerykalny elektorat to odporni na argumenty zwolennicy stylu Jerzego Urbana. Tak trwale uwierzyli w to, że Kościół chce w Polsce zbudować państwo wyznaniowe, iż gotowi są popierać wszelkie formy działań ograniczających (rzekome) przemożne wpływy hierarchii katolickiej.

Druga grupa osób to ci, którzy kierowali się kryteriami czysto pragmatycznymi. Obraziliby się oni chyba, gdyby usłyszeli, że ich decyzje polityczne ocenia się pod kątem moralnym. Przecież, ich zdaniem, politykę należy oddzielić od moralności. Obchodzą mnie tylko te decyzje prezydenta, które mają wpływ na gospodarkę i sytuację w Polsce. Czy „incydent” z Kalisza miał jakikolwiek wpływ na ważne sprawy państwowe? Absolutnie nie! (.) Wyborców, racjonalnych rzecz jasna, interesują tylko te decyzje polityków, które mogą mieć wpływ na ich życie – napisał jeden z czytelników „Rzeczpospolitej” w liście do redakcji.

Myślenie tego typu, mimo pozorów czystego pragmatyzmu, jest również zajęciem stanowiska w sporze moralnym. Takie stawianie sprawy oznacza przecież świadome opowiedzenie się za amoralnością polityki, uznanie, że polityka istnieje „poza dobrem i złem”, że jest tylko grą, że aktorów w teatrze życia politycznego można oceniać wyłącznie pod kątem ich skuteczności. Kryteria moralne nie miałyby nic wspólnego z tą sferą życia. A przecież wybór braku wartości jest również wyborem moralnym. Wydzielenie jakiejś dziedziny, w której kryteria moralne mają nie obowiązywać, to opowiedzenie się za światem bez moralności.

Trzecia grupa zwolenników Aleksandra Kwaśniewskiego to ci, którzy mieli wątpliwości moralne co do jego osoby, lecz stwierdzili, że prezydent właściwie nic złego nie zrobił. Nikogo przecież nie skrzywdził, nie zranił. Zapewne sam Papież też byłby wobec niego miłosierny. Dla tych osób intuicyjnie najbardziej przekonujący był argument sformułowany przez Romana Graczyka – Żartować jest rzeczą ludzką i wypić jest rzeczą ludzką. To ci wyborcy, którzy widzą prezydenta jako „jednego z nas” – takiego, co to i skłamać, i wypić, i pobawić się potrafi. A przecież to takie ludzkie.

Wielu polskich księży podkreśla, że często mają do czynienia z podobnymi postawami – „nikogo nie zabiłem, niczego nie ukradłem, to z czego mam się spowiadać?”. Ludzie nie potrafią dostrzegać, również w sobie samych, bardziej subtelnych form grzechu i zła. Tęsknota za niewinnością prowadzi do negowania pojęcia winy.

Jest również czwarta grupa wyborców, którzy poparli prezydenta Kwaśniewskiego pomimo świadomości jego niedostatków, również moralnych, po prostu dlatego, że uznali, iż inni wcale nie są od niego lepsi. Bo ilu było kandydatów naprawdę uczciwych – nie tylko w życiu prywatnym, lecz również publicznym? Ilu było takich, którzy nie tylko werbalnie dystansowali się od korupcji i podejrzanych powiązań między gospodarką a polityką, lecz także sami ich nie współtworzyli, wspierali czy co najmniej tolerowali? Ilu było kandydatów, którzy mając wpływ na obsadę ważnych stanowisk, proponowali po prostu ludzi najbardziej kompetentnych, a nie swoich kolegów? Trzeba sobie jasno powiedzieć – było ich niewielu9.

Mam wrażenie, że ta czwarta grupa wyborców świadoma była moralnych braków prezydenta Kwaśniewskiego, lecz sytuowała je w sferze czysto osobistej (drobne nieuczciwości czy krętactwa plus żenujące, ale nieszkodliwe „dowcipy”). Potencjalnie zachęcałoby to ich do głosowania na innych kandydatów, ale uznali, że nie mają w kim wybierać. Ci ludzie to nie zwolennicy postkomunistów. To są zapewne osoby, które głosowały w 1997 r. na AWS lub UW, wierząc w hasła moralnej odnowy państwa. Oni nadal są potencjalnymi wyborcami ugrupowań posierpniowych. Ale żeby ich przekonać, nie wystarczy, by prawica słusznie oburzała się na Kwaśniewskiego. Musi jeszcze swoim działaniem udowodnić, że kieruje się nie tylko prawicowością, lecz i prawością.

Wymagać więcej

Moralność prezydenta w sumie nie jest zatem kwestią samą w sobie. W jaskrawy sposób ilustruje ona kluczowy problem, jakim jest moralny stan polskich sumień, w tym również stan sumień polityków partii postsolidarnościowych. Już pięć lat temu, w Skoczowie, Jan Paweł II mówił, że Polska najbardziej potrzebuje ludzi sumienia. Apel ten staje się coraz bardziej aktualny. Dziś najważniejszym zadaniem jest praca nad sumieniami Polaków: nad kształtowaniem wrażliwych i odpowiedzialnych sumień – powiedział po ogłoszeniu wyniku wyborów abp Józef Życiński.

Nie można obrażać się na Polaków, że dokonali niesłusznego wyboru. Ale można od naszego narodu wymagać więcej. I trzeba zacząć do siebie! Zwłaszcza ugrupowania posierpniowe stają przed zadaniem przeprowadzenia gruntownego rachunku sumienia, nie tylko politycznego, lecz również moralnego. Mam wrażenie, że nie wystarczy tu zmiana liderów. To przecież nie sami liderzy odpowiadają za hipokryzję, mentalność „TKM”, wspieranie kolesiów, chamstwo, butę, arogancję, niekompetencję.

Edmund Wnuk-Lipiński zwrócił uwagę na fakt, że Aleksander Kwaśniewski nie wprowadza zasad moralnych do polityki, więc w zamian wyborcy nie oczekują od niego przestrzegania ich w polityce, nie rozliczają go z wierności zasadom. O wiele więcej wymaga się zaś od polityków, którzy jednoznacznie mówią o potrzebie przestrzegania zasad moralnych. Byleby tylko działacze AWS i UW nie wyciągnęli z tych słów wniosku, że lepiej w takim razie przestać mówić o tych zasadach.

________________________
Zbigniew Nosowski – ur. 1961. Ukończył studia socjologiczne na Uniwersytecie Warszawskim oraz teologiczne na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie i Instytucie Ekumenicznym w Bossey pod Genewą. Od 1988 r. pracuje w redakcji miesięcznika „Więź”, od 1993 r., jako zastępca redaktora naczelnego. Członek Zarządu Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Członek Krajowej Rady Katolików Świeckich. Redaktor i współautor książki „Dzieci Soboru zadają pytania”. Autor ponad 200 telewizyjnych programów publicystycznych. Mieszka w Otwocku.

1 Wiadomość o tej wypowiedzi podała Polska Agencja Prasowa w depeszy o godz. 14.29. Osobiście usłyszałem o niej w serwisie informacyjnym Radia Zet.

2 Zob. nota „Oleksy błogosławi” w „Gazecie Wyborczej” z 16 grudnia 1996 r.

3 Informowały o tym PAP i „Gazeta Wyborcza”.

4 Gorzko to będzie wtedy, jak wrócimy do domu i będziemy sami, i obiecuję, że to pójdzie dalej! – odpowiedział Kwaśniewski przed kamerami telewizyjnymi na okrzyki „gorzko, gorzko!” wznoszone przez swoich zwolenników w noc powyborczą.

5 Ireneusz Krzemiński, „Jak minister ziemię całował”, „Rzeczpospolita” 25 września 2000 r.

6 Niewątpliwie słabość kandydatury Mariana Krzaklewskiego i natarczywość w wykorzystywaniu „taśm prawdy” przez jego sztab ułatwiała interpretację, że prezentacja taśm z Kalisza i Charkowa ma być zastępczym tematem wobec braku przekonujących merytorycznych argumentów na rzecz swojego kandydata.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

7 Stanisław Obirek SJ, „Sprawa jest poważna”, „Dziennik Polski” 26 września 2000 r.

8 Interesujące może być, że choć „Gazeta Wyborcza” nie informowała o zachowaniu Aleksandra Kwaśniewskiego w Charkowie, to jednak zamieściła sprostowanie prezydenckiej kancelarii, że przyczyną problemów szefa państwa na cmentarzu była niedyspozycja goleni prawej.

9 Koncentrując się tu na moralnym aspekcie całej sprawy, pomijam czysto polityczny wymiar konkurencji między kandydatami.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.