Jesień 2020, nr 3

Zamów

Świat według Jurka Na marginesie wywiadu z Jerzym Owsiakiem

Redakcja „Więzi” poprosiła mnie o skomentowanie wywiadu z Jerzym Owsiakiem zamieszczonego w czerwcowym numerze miesięcznika. Ostatecznie zgodziłem się na tę prośbę właściwie dopiero wtedy, gdy dowiedziałem się o odwołaniu tegorocznego Przystanku Woodstock, jaki miał się odbyć w Lęborku. Decyzja ta była istotna z dwóch względów. Po pierwsze – co bardzo ważne – Woodstock nie został w tym roku odwołany z powodu, mówiąc ogólnie, Kościoła. Po wtóre, żaden konflikt między Przystankami w tym roku już nie będzie mógł się pojawić. Jak bowiem znam życie, jeśli w Lęborku byłby Przystanek Woodstock, byliby tam również ewangelizatorzy, i nie wiadomo, czy znów do jakiejś – mówiąc delikatnie – przepychanki by nie doszło. W obecnej sytuacji można zatem spojrzeć na problem z perspektywy czasu jako na rzeczywistość minioną i przynajmniej na razie – zamkniętą.

Do tablicy wywołał mnie poza tym sam Jurek Owsiak, wymieniając mnie w wywiadzie z imienia i nazwiska. Pomyślałem więc sobie (może dość niepokornie?), że być może Jurek zechce przyjąć kilka uwag od kogoś, o kim sam powiedział, że to „bardzo mądry człowiek”.

Razem czy osobno?

Zacznijmy więc od początku. O co poszło w sporze z Przystankiem Jezus? Owsiak mówi, że poszło tylko i wyłącznie o stronę techniczną, o trudności w porozumieniu się między nami. I byłoby dobrze, gdyby tak było. Było jednak inaczej. Poszło o pryncypia, o fundament, o samą rację istnienia. Wszystko, o czym mówi Jurek: zdjęcie na ulotce, zastrzeżenia do poziomu organizacji Przystanku Jezus, trudności w komunikacji i wiele innych kwestii sygnalizowanych tu i ówdzie, to tematy zastępcze.

W rozmowie telefonicznej, którą odbyłem z szefem Orkiestry na kilka dni przed ubiegłorocznym Woodstockiem, powiedziałem mu, że najwyższy czas przestać rozmawiać o podpunktach 5c i 7g, a przejść do zasadniczego pytania – czy według niego jesteśmy w ogóle na tym Przystanku potrzebni. Ja go rozumiem i próbuję rzecz zobaczyć tak, jak on to widzi. Jurek wymyślił sobie festiwal, a ktoś się pod tę imprezę podpina. I to ktoś, kto się jawnie dystansuje do tego, co na tej imprezie się wydarza. Ktoś, kto nie chce w związku z tym zrezygnować z własnej, daleko posuniętej organizacyjnej niezależności.

Tak to wygląda z jego strony. A z naszej? Aby na to odpowiedzieć, trzeba powrócić do pytania, czym jest Przystanek Jezus, a właściwie czym był Przystanek Jezus – Żary AD 1999. Przypomnijmy. Przystanek był tylko i wyłącznie inicjatywą ewangelizacyjną. Jego celem było więc głoszenie Ewangelii tym, którzy jej nie znają, znają ją za mało bądź o niej zapomnieli. Należało to robić w różny sposób: śpiewając, modląc się, mieszkając razem, milcząc, dając chleb, pomagając tym, którzy tej pomocy potrzebowali, rozmawiając – po prostu będąc. Takie było zadanie ewangelizatorów. Wszystko to wymagało oczywiście i organizacji, i zaplecza, i niezależności. Jurek był gotów nas przyjąć – to prawda, ale na swoich warunkach, co jest skądinąd zrozumiałe. My jednak na wszystko zgodzić się nie mogliśmy. Nie mogliśmy zaakceptować rozwiązań, które sprawiałyby wrażenie, że Przystanek Jezus jest integralną, zależną częścią festiwalu Przystanek Woodstock. Dlatego też dochodziło między nami do spięć i ostatecznego rozstania. W końcu trzeba było uznać, że jest nam „nie po drodze” (zainteresowanych naszymi rozmowami z Jurkiem Owsiakiem, które odbyły się w lutym, odsyłam do mojego tekstu pt. „Dwa Przystanki, dwa żywioły”, zamieszczonego w sierpniowym wydaniu miesięcznika „W drodze”).

Spod znaku „Jezusa”

Jurek Owsiak mówi w wywiadzie, że Przystanek Jezus przekształcił się w odrębną, konkurencyjną instytucję, z własną sceną. Zgadzam się co do odrębności naszego Przystanku. Mówienie jednak, że PJ był konkurencyjną instytucją, dowodzi, że Jurek do końca naszego pomysłu nie zrozumiał. Na czym polegałaby konkurencja? Chyba na tym, że na dwóch odrębnych scenach, o tej samej godzinie przekrzykują się zespoły, a nasi ewangelizatorzy agitują woodstockowiczów: „Chodźcie do nas, a nie do nich”. Kto był w Żarach, ten wie, że tak nie było. Żaden z naszych koncertów ewangelizacyjnych nie odbył się równolegle z występami na wielkiej scenie, a ewangelizatorzy zamieszkali w tzw. chrześcijańskiej wiosce na polu namiotowym, dzieląc z pozostałymi uczestnikami Przystanku wszelkie trudy biwakowania.

W wywiadzie Jurek Owsiak mówi o ewangelizatorach: Chciałem, by podjęli wyzwanie i poszli w ten tłum, który jest niespodzianką. Tak się składa, że oni – w odróżnieniu do Jurka, który chyba zna Woodstock tylko z wysokości sceny – w ten tłum poszli, zdawali sobie bowiem sprawę, że tylko w ten sposób mogą być autentyczni. Ja chciałbym, żeby Kościół – także na Przystanku Woodstock – wyszedł ze swoich opłotków – mówi Jurek, jakby nie zauważając, że w Żarach tak właśnie się stało. Zasadnicza idea Przystanku Jezus to wyjście do ludzi. Mamy świadomość, że nie wystarczy już na ludzi czekać w świątyniach i często mało dostępnych plebaniach. Trzeba wyjść, by szukać, „tego, co zginęło”. Skoro ludzie nie przychodzą do Kościoła, Kościół musi przyjść do ludzi. Takie właśnie dynamiczne, by nie powiedzieć – ofensywne rozumienie ewangelizacji skłoniło nas do obecności w Żarach.

Ewangelizatorzy to nie katoliccy bojówkarze w garniturkach czy przepisowych spódnicach po kostki, którzy nie wiedzą, na czym polega życie. To rówieśnicy tych, którzy przyjechali na Woodstock, często z podobnymi doświadczeniami, niejeden z nich „po przejściach” i „z przeszłością”. Tak samo słuchają rocka, który jest nie tylko ich sposobem wyrażania się, ale wręcz sposobem życia. Jestem zresztą przekonany, że niejednego spod znaku „Jezusa” można spotkać na koncertach rockowych. Było jednak coś, co ich wyróżniało od wielu woodstockowiczów, coś, co im kazało do Żar przyjechać – wiara, która nadaje sens i porządek ich życiu. Jechali po to, by o tym zaświadczyć wobec tych, którzy często nie znaleźli jeszcze w życiu żadnej busoli. Jurek ma rację – i jedni, i drudzy świetnie się ze sobą bawili; i jedni, i drudzy świetnie się ze sobą rozumieli. Dlaczego? Jak sądzę, dlatego że pochodzą z tego samego świata.

W cieniu słoneczników

Obecni w Żarach ewangelizatorzy, obserwując koncert, byli – według Owsiaka – zaskoczeni, że może być tak wspaniale. Myślę, że akurat to ich nie zaskakiwało. Oni też potrafią się bawić. Trzeba było przyjść na koncert zespołu 2 Tm 2, 3, by to zobaczyć. Ale zaskoczeni, owszem, byli. Niestety, czymś zupełnie innym.

Pamiętam poranny „spacer” po polu namiotowym Woodstocku. Wrażenie było przerażające. Jedna z sióstr zakonnych powiedziała o tym widoku: „Widziałyśmy przedsionek piekła”. Biorąc nawet poprawkę na siostrzaną wrażliwość (chociaż ta akurat zakonnica to bardzo trzeźwa kobieta), określenie wcale nie jest przesadzone. Proszę sobie wyobrazić 200 (czy 250) tysięcy osób żyjących de facto na śmietniku, bo tak wyglądało to pole. Niektórzy po prostu spali w pojemnikach na śmieci. Nie było jedynie puszek po piwie. Jurek próbuje nam wmówić, że poprzez akcję zbierania puszek po piwie nauczył ludzi porządku. Że takie jest ich rozumienie ekologii. Chyba jest zbyt naiwny. Piwo dokładnie wypłukało im kieszenie, każdy więc sposób był dobry, by zdobyć parę groszy na kolejne.

Podczas warszawskich rozmów z Jurkiem było kilka chwil dramatycznych. Na przykład ta, gdy towarzyszący mi ksiądz mówił, iż nasi ludzie są tam także po to, by pomagać tym, którzy są pod wpływem narkotyków czy alkoholu i zamiast do własnego namiotu trafiają – mniej lub bardziej metaforycznie – na śmietnik. Jurka wtedy poniosło i powiedział coś, co pamiętam do dzisiaj: „A jeśli oni chcą być w tym śmietniku?” Czyli co? Bo nie rozumiem – trzeba zrobić Woodstock, by im ten śmietnik zorganizować? Czy po to się robi ten festiwal? Czy Jurek Owsiak ma świadomość, czym dla wielu osób jest Przystanek Woodstock? Że dla części jest to okazja, by po prostu przez kilka dni dać sobie totalny luz? By przekroczyć kolejne moralne granice, bo w tłumie i wśród rówieśników łatwiej. Czy Jurek nie wie, czy też nie chce wiedzieć, że gros ludzi dotyka tam moralnego śmietnika? Ba, przyjeżdża tam właśnie po to? Ilu ludzi słuchało koncertów? Ilu ludzi się bawiło? Ilu dało sobie w żyłę? Ilu zrobiło coś, czego może będą żałować przez całe życie? I żeby nie było niejasności – nie robię z Woodstocku narkomańskiej i niemoralnej imprezy. Daleki jestem od stwierdzenia, że młodzież z całej Polski przyjechała do Żar tylko po to, by oddać się seksualno-narkomańsko-alkoholowej balandze. Dobrze byłoby jednak sobie uświadomić, iż ideały wolnej miłości i narkotykowych odlotów z czasów amerykańskiego Woodstocku bujnie odżywały w Żarach. Nie bez powodu w logo Przystanku znajdują się słoneczniki – symbol kontrkulturowej amerykańskiej rewolucji „dzieci – kwiatów”. Zresztą dookoła żarskiego lotniska też zasiano słoneczniki, żeby nie było niejasności, gdzie jesteśmy. Wielu Jurkowe „przyjaźń – miłość – muzyka” interpretowało jako „sex – drugs – rock’n’roll”.

Byliśmy w Żarach po to, by świadczyć, że można bez tego śmietnika żyć, że można się na niego nie godzić. I tutaj, niestety, nasze drogi z Jurkiem się rozchodzą. Boję się bowiem, że ten śmietnik Jurkowi nie przeszkadzał, a jeśli nawet przeszkadzał, to za mało.

Żywot człowieka naiwnego

Czytając wywiad Jurka Owsiaka dla „Więzi”, dochodzę jednak do smutnego wniosku, że najprawdopodobniej nie chce on dostrzec sygnalizowanych problemów. To, co mówi o piwie i zachowaniu młodzieży w Żarach, tchnie przynajmniej naiwnością. Nikt ze sprzedających piwo nie przejmował się zbytnio wiekiem kupujących. Nikt nie był też w stanie tego sprawdzić. Jurek mówi o jakimś facecie z Zielonej Góry, który jak wilk czatował w tych miejscach, gdzie sprzedawano piwo. Rzeczony facet musiałby mieć dar polilokacji (bo już nie nawet – bilokacji), by czatować przy wszystkich dystrybutorach piwa, które funkcjonowały na okrągło w liczbie niewyobrażalnej. To prawda, że w samych Żarach nie można było kupić innego alkoholu prócz piwa, wystarczyło jednak podjechać np. do oddalonego o kilkanaście kilometrów Nowogrodu Bobrzańskiego, by kupić kilka butelek taniego wina i przelać do 5-litrowej plastikowej bańki po wodzie mineralnej. Zresztą, pomysłowość uczestników Woodstocku była pod tym względem wyjątkowa.

Przyznaję, że Jurek na festiwalu rządzi duszami, ale nie popadajmy w przesadę. Chyba przecenia on siebie i przecenia tych, do których mówi. Wierzy w to, że gdy powie „Przestajemy pić piwo”, ludzie przestaną. Z hasłem „Stop narkotykom” jakoś mu się ciągle nie udaje. Czy może udać się z piwem?

Jurek Owsiak wierzy w człowieka, i to wiarą bezgraniczną. Wierzy w jego naturalną dobroć. To jego największa zaleta i wada jednocześnie. Wierzy, że wystarczy tylko powiedzieć młodemu człowiekowi, by robił tak czy inaczej, a ów tak właśnie będzie postępował. Jurek chciałby bardzo, aby jego Przystankiem rządziła zasada: „rzekł – i stało się”. Zapomniał jednak, że to wyłącznie boska prerogatywa. Młodzi ludzie, owszem, słuchają go, ale ten posłuch ma swoje granice. Trudno uwierzyć, że nikt na polu nie sprzeda piwa małolatom tylko dlatego, że prosi o to Jurek. Tutaj świat, niestety, wymyka mu się spod kontroli.

W wywiadzie najbardziej zaskoczyło mnie posłanie, z jakim jakoby mieli się spotkać uczestnicy festiwalu w Żarach: Bądź mądry, spróbuj przeżyć swoje życie tak, abyś mądrze wybierał, żebyś popatrzył na świat z jakąś wiedzą (.). Przede wszystkim ucz się języków obcych. O ile dobrze zrozumiałem, to posłanie miało płynąć z wielkiej sceny z ust samego Szefa Orkiestry i zaproszonych tam zespołów. Przykro mi, ale to, co zostało w mej pamięci z wypowiedzi Jurka w Żarach, to nieustanne przepraszanie za dorosłych, późną nocą okraszane słowami, które zwykło się określać jako nieparlamentarne (wiem, czasami go ponosi.). O językach obcych, wykształceniu i świadomym wyborze nie było tam ani słowa.

Krajobraz po bitwie

Cieszę się, że Jurek Owsiak powiedział wreszcie coś, co powinien powiedzieć już dawno. Że tak naprawdę, to odszedł z Żar wcale nie przez nas. Że po prostu – mówiąc krótko – zbyt duży był opór materii. Staliśmy się więc kozłem ofiarnym i świetnym żerem dla mediów. I w tym też się z Jurkiem zgadzam. Media wcale nam nie pomagały – ani jednemu, ani drugiemu Przystankowi. Konflikt gwarantował temat. Przekonałem się o tym po raz kolejny, gdy Jurek zapowiedział Przystanek w Lęborku. Natychmiast rozdzwoniły się redakcje z pytaniem, czy Przystanek Jezus też tam będzie.

Nie ulega wątpliwości, że odwołując w tym roku po raz drugi Przystanek Woodstock, Jurek poniósł klęskę. Tę bitwę przegrał. Czy jestem z tego zadowolony? Nie, albowiem nie należę do tych, którzy czekają tylko, aż się komuś powinie noga. Ale sądzę, że to dla Jurka ważny sygnał. I dobrze by było, gdyby go posłuchał i zrozumiał. Żeby wziął w nawias emocje i zapytał siebie, czy w tych wszystkich pytaniach, zastrzeżeniach, czasami bardzo ostrych i może nawet krzywdzących słowach krytyki nie ma jakiegoś ziarna racji. Tylko, czy Jurek zdolny jest popatrzeć na Woodstock krytycznie? Obawiam się, że nie. Musiałby wówczas skorygować swoje poglądy i przynajmniej choć trochę zmienić filozofię tego festiwalu: na przykład zgodzić się na prohibicję, poddać się większym rygorom bezpieczeństwa, popracować nad lepszym obrazem tego, co się tam dzieje. Ale to nie byłby już Woodstock Jurka Owsiaka. Czytałem jego wypowiedź w internecie po odwołaniu Przystanku w Lęborku. Jurek jest przekonany do swego pomysłu na Woodstock, tylko – jak napisał – w Polsce nie ma dzisiaj miejsca na jego zorganizowanie.

Dzisiaj hasła Jurka Owsiaka coraz częściej zaczynają się od słowa „stop” (stop narkotykom, stop przemocy). I dzięki Bogu! Musi jednak mieć więc świadomość, że cokolwiek by robił i cokolwiek by mówił, zawsze będą tacy, którzy mu przypomną inne hasło jego autorstwa – „Róbta, co chceta”. Już od dawna sam Owsiak wypiera się jednak tego hasła. Mam nadzieję, że chyba wreszcie uświadomił sobie, że jest to hasło, na które zgodzić się nie można. Może więc tych „stopów” powinno być trochę więcej? Może powinny być wyraźniej artykułowane? Choćby w sprawie piwa – z wywiadu wynika bowiem, że Jurek, jeśli chodzi o piwo, jest za, a nawet przeciw.

*

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Kim jest więc Jurek Owsiak? Dla jednych idolem, dla innych – bez mała wysłannikiem piekieł. A dla mnie? Choć zaczynam się ostatnio czuć „specjalistą” od Jerzego Owsiaka, to ciągle nie wiem. Po kilkakrotnej lekturze wywiadu wiem o nim co prawda więcej, ale więcej też mam pytań. Może będzie okazja, by je kiedyś jeszcze postawić? Z tego też powodu pozwoliłem sobie na ułatwiającą ewentualny dialog formę „Jurek”.

W wywiadzie Jurek powołuje się na naszą telefoniczną rozmowę. Jak twierdzi, podobno „bardzo dobrze reagowałem na jego pretensje”. Nie ukrywam, że liczę na wzajemność.

_________________________
ks. Andrzej Draguła – ur. 1966. Kapłan diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. Doktor homiletyki, dziennikarz, logopeda. Wykładowca w seminarium diecezjalnym oraz Gorzowskiej Sekcji Wydziału Teologicznego UAM. Redaktor odpowiedzialny „Aspektów” – diecezjalnego wydania tygodnika „Niedziela”. Rzecznik prasowy Kurii i Przystanku Jezus. Mieszka w Zielonej Górze.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.