Jesień 2020, nr 3

Zamów

Moi mistrzowie duchowi (ankieta)

Józef Augustyn SJ
jezuita, redaktor naczelny „Pastores”, rekolekcjonista i kierownik duchowy

Po studiach katechetycznych, odbytych po święceniach, i kilku latach pracy kapłańskiej szukałem dalszego kierunku w moim życiu. Z pewnym niepokojem zadawałem sobie pytanie, jak ma wyglądać moje dalsze życie ludzkie, duchowe i moje kapłaństwo. Potrzebowałem wówczas jasności wewnętrznej, uporządkowania, ukierunkowania pragnień, twórczej inspiracji. Miałem wiele zainteresowań, czułem w sobie wiele zapału, ale nie wiedziałem, w co mam włożyć ręce. Szukałem, rozmawiałem z wieloma ludźmi, a mimo to ciągle brakowało mi czegoś. Dobra wola i wewnętrzna szczerość wobec siebie i Boga nie wystarczały. Nosiłem w sobie pragnienie spotkania dobrego kierownika duchowego. Czułem potrzebę lustra. Pan Bóg w swoim miłosierdziu dał mi na krótki czas człowieka, którego uważam za mistrza.

Na początku lat osiemdziesiątych miałem okazję studiować i pracować w Rzymie. Idąc za radą kolegów, zapisałem się na Uniwersytecie Gregoriańskim (1981/1982) na wszystkie wykłady z duchowości o. Federico Arvesú1. Uczestniczyłem też w jego seminarium relacji międzyosobowych. Korzystałem z jego kierownictwa duchowego. I choć znałem go krótko, to jednak, patrząc z perspektywy wielu lat, wpłynął znacząco na moje dalsze życie. Był dla mnie prawdziwym darem. Tylko jego śmiałbym nazwać moim mistrzem. Kiedy go spotkałem, miał sześćdziesiąt lat, a ja połowę z tego.

Co otrzymałem od niego? Najpierw wskazał mi drogę do pełniejszego rozumienia siebie. Dar ten przychodził nie tylko poprzez bezpośrednie spotkania i rozmowy, ale także poprzez wykłady. Słuchałem go, jakby mówił tylko do mnie.

Wcześniej przez ponad dziesięć lat formacji zakonnej byłem wychowywany, by wszelkie przeszkody w życiu duchowym i ludzkim pokonywać siłą woli. Życie nie potwierdzało w pełni słuszności tej metody. O. Federico, wychowany również w takiej atmosferze, dobrze rozumiał nas, swoich studentów i uczniów. Demaskując zimny woluntaryzm, ukazywał potrzebę poznawania praw, jakimi rządzi się ludzkie życie, w tym również życie duchowe. Pan Bóg, choć jest w swoim działaniu w człowieku nieprzewidywalny, nie jest bynajmniej chaotyczny i nielogiczny. Liczy się z tym wszystkim, kim jest człowiek. Sam bowiem stworzył go i uwzględnia prawa, które w nim zapisał. Łaska buduje na naturze.

O. Federico nieustannie podkreślał potrzebę całościowego, integralnego spojrzenia na siebie i wszystkie swoje problemy. Integralność człowieka wyprowadzał z tajemnicy Wcielenia. Każdy ludzki problem – mawiał – może być dobrze rozumiany tylko w powiązaniu z całą ludzką osobą. Mojemu mistrzowi zawdzięczam wrażliwość na łączenie w praktyce życia duchowego tego, co ludzkie, z tym, co Boskie. To, co ludzkie, nie jest Bogu wrogie ani obce. Z drugiej strony zaś, nic co Boskie, nie jest przeciwne dobru i szczęściu człowieka. Zrozumienie tej prawdy pomaga nam nie tylko rozumieć siebie, ale także przyjąć siebie w całym swoim bogactwie wewnętrznym i w całej kruchości i ułomności.

Rozumienie siebie to tylko początek. Poznanie swoich ludzkich barier, pułapek, niedojrzałości, ślepych uliczek wymaga wielkiego zaangażowania wewnętrznego i walki. O. Federico uczył, że Bóg czeka na nas tam, gdzie objawia się nasza wieloraka niemożność. Zmaganie się z własną słabością i kruchością jest jednym z zasadniczych sposobów otwierania się na Boga.

Nie dawał mi gotowych rozwiązań na moje niejasności i wątpliwości wewnętrzne. Podprowadzał pod zamknięte drzwi, do których pomagał jedynie znaleźć właściwy klucz. Uczył samodzielnego szukania. Kiedy pewnego razu, po wielu dniach rozmyślań, przyszedłem do o. Federico i podzieliłem się z nim moim odkryciem, powiedział życzliwie i krótko: „Na pewno nie o to chodzi. Szukaj dalej”. Zostawił mnie z całą moją niepewnością. Mistrz uczy szukania, ponieważ sam nieustannie szuka. On zna smak samotnego szukania Boga.

Mistrz fascynuje swoją osobowością. Dotyka najgłębszych oczekiwań, pragnień, potrzeb i tęsknot. Fascynacja ta potwierdza się przede wszystkim w bezpośrednim spotkaniu. Trudno nazwać mistrzem kogoś, kto odmawia komunikacji, izoluje się. To właśnie w twórczym spotkaniu dokonuje się nasz wzrost wewnętrzny. Spotkania z mistrzem nie muszą mieć jednak charakteru długich przyjacielskich spotkań: dyskusji, wymiany opinii. Mistrz może oddziaływać na ucznia także dzięki rzadkim, ale intensywnym spotkaniom. Gdy obserwowałem o. Federico jako profesora oraz kompetentnego i życzliwego kapłana, rodziło się we mnie pragnienie, by pomagać ludziom w tym samym stylu. Moją pracę rekolekcyjną po powrocie do Polski rozpocząłem, dzieląc się tym, co otrzymałem od niego. Szybko uświadomiłem sobie, że tego, czego ja sam potrzebowałem, potrzebują wszyscy.

Uczeń, choć jest związany z mistrzem, nie czuje się zależny od niego w sposób niewolniczy. Mistrz i uczeń nie tworzą nigdy symbiotycznego związku. Oddziałują na siebie, ale są wobec siebie wolni. Dzięki tej wolności uczeń może wzrastać. O. Federico w swoich rozważaniach o życiu duchowym podkreślał często potrzebę wolności wewnętrznej. Sam też dawał ludziom przestrzeń wolności zarówno w pracy profesora, jak i kierownika duchowego. U niego pisaliśmy prace zawsze na tematy wybrane przez siebie. W kierownictwie duchowym stwarzał również klimat wolności.

Ogromnie ceniłem o. Federico za przejrzystość jego życia. Słowa mistrza są przecież zgodne z jego życiem. Uczeń może powiedzieć: „Chciałbym żyć, modlić się i pracować jak mój mistrz”, ponieważ widzi jego życie jak na dłoni. Sposób życia i postępowania mistrza jest jego legitymacją, dzięki której uczniowie sprawdzają jego autentyzm. Tym samym prawom rozeznania autentyczności podlegał również Mistrz Jezus. Był On wielokrotnie sprawdzany nie tylko przez podejrzliwych faryzeuszów i uczonych w Piśmie, ale także uczniów, a nawet samego Jana Chrzciciela (por. Mt 11, 3-6; 17, 24). Przejrzystość każdego mistrza ujawnia się w sposób szczególny w sytuacjach zaskakujących i nieprzewidzianych. Mistrz nie obawia się podzielić się z uczniem osobistym doświadczeniem. O. Federico był w tym względzie hojny. W czasie wykładów nawiązywał nieraz do osobistego życia, dzięki czemu stawały się one świadectwem jego życia.

Im głębsze są nasze poszukiwania duchowe, tym większa rodzi się potrzeba mistrza. Bierna postawa wobec życia sprawia, że obecność przewodnika-mistrza wydaje się zbędna.

Nie ma szkoły mistrzów. Bycie mistrzem jest darem, charyzmatem, łaską. Mistrzowie ujawniają się tam, gdzie powstają środowiska twórczych i zaangażowanych duchowo uczniów. Mistrz nie reklamuje swoich usług. Jego pierwszym zajęciem nie jest „funkcja mistrza”, ale szukanie Boga. Mistrz, szukając Boga, jakby po drodze pomaga Go szukać innym. Dzieli się tym doświadczeniem, które sam zdobywa w tej drodze. To sam Duch przysyła mu uczniów. Kiedy mistrz narzuca się ze swoimi „usługami” pewnym osobom, zwykle bywa to bardzo podejrzane.

Zagubienie osobowe i wielki głód duchowy, których doświadcza współczesny człowiek, rodzą wielkie zapotrzebowanie na mistrzów. Niestety, w naszej cywilizacji produkcji i konsumpcji miejsce mistrza – szczególnie w życiu młodych – zastępuje idol. Idol fascynuje, ale jest jednocześnie odległy i niedostępny. Kiedy „zstępuje na ziemię” i staje się bliski, zwykle okazuje się, że jest takim samym zagubionym człowiekiem jak ci, którzy go podziwiają. Prywatne życie współczesnych idoli jest tego najlepszym przykładem.

Bycie mistrzem duchowym to dzisiaj wielkie wyzwanie dla osób konsekrowanych i księży. Jeżeli brakuje mistrzów, to tylko dlatego, że brakuje nam radykalizmu w szukaniu i naśladowaniu jedynego Mistrza – Jezusa. Powszechne narzekanie na brak mistrzów jest jednak bezpłodnym zajęciem. Kiedy przyjmujemy postawę zaangażowanych i twórczych uczniów, Bóg sam wzbudza spośród nas mistrzów. To On bowiem daje ludziom powołanie do bycia mistrzem.

O mistrza dla siebie trzeba się modlić. Trzeba go szukać. Aby go znaleźć, konieczna jest wielka otwartość na ludzi. Rozmowy z ludźmi głęboko zaangażowanymi w życie duchowe dają nam szansę spotkania mistrza. Jezusowe szukajcie, a znajdziecie, pukajcie, a otworzą wam – w sposób szczególny możemy dziś odnieść do poszukiwania mistrzów.

Józef Augustyn SJ

1 O. Federico Arvesú (1922-1998), jezuita kubański, profesor duchowości, znany w Rzymie (w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych) kierownik duchowy, wieloletni ojciec duchowny studentów Gregorianum. Mało publikował. Całą swoją działalność skoncentrował na bezpośredniej pracy z ludźmi.

——————————————————————-

Józefa Hennelowa
zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”

Potrzebujemy mistrzów w szczególny sposób w czasie dorastania, kiedy uczymy się miary rzeczy, odkrywamy horyzonty swojego powołania i wyzwań, jakie stawia przed nami świat. Miałam to szczęście. Mistrzowie towarzyszyli memu przedwojennemu dzieciństwu, wojennemu dorastaniu i młodości tużpowojennej, w każdym z tych okresów wywierając decydujący wpływ, w jakiejś mierze do dziś obecny. Chyba także wszyscy oni złożyli się na całość nie tylko nie sprzeczną, ale harmonijną, taką, której do dziś staram się być wierna.

Czas dzieciństwa to czas „małej świętej”, Tereski Martin, kanonizowanej w roku mego urodzenia. „Dzieje duszy” znałam, odkąd umiałam czytać, potem już właściwie na pamięć. Tak samo jak fotografie. Nic mi nie przeszkadzał przesłodzony, zły literacko przekład ani retusz obrazków (o wiele później dowiedziałam się zresztą i o jednym, i o drugim). Była to prawdziwa przyjaźń, oparta – z jednej strony – na solidarności (zbliżała mnie do niej zwłaszcza utrata matki we wczesnym dzieciństwie), z drugiej – podziw złączony z poczuciem, że przerasta mnie we wszystkim tak, iż nie mam szans jej dorównać kiedykolwiek. Co dziś mnie zastanawia, w tym czasie ani przez moment nie pomyślałam, by ją naśladować w wyborze drogi życiowej – zawsze snułam marzenia o szczęśliwym małżeństwie i dzieciach. Ale Teresa stanowiła żywe wtajemniczenie w najważniejszą prawdę wiary: że Bóg to jest ktoś najbliższy na świecie, kogo można kochać „ze wszystkiego serca i z całej duszy”, autentycznie, naturalnie, nie z nakazu, ale z potrzeby, i to także wtedy, gdy pozostaje to poza doświadczeniem uczucia i rozumu (ogromne wrażenie wywierała na mnie od początku jej relacja o „nocy wiary”, której doświadczała przez ostatnie lata życia).

Pamiętam, jak zdumiewało mnie, że można tak jak ona pragnąć cierpienia, żeby je Bogu ofiarować – ale nie było ważne, iż wydaje mi się to za trudne, liczyło się to, że ktoś taki jak ona jest, i że można w jej zwierzeniach odnajdywać Boga, który odpowiada na jej miłość, na jej bezgraniczne zaangażowanie w Niego. Do tego dochodziło przeświadczenie szczególnie cenne, choć bardzo ludzkie, może nawet mało poważne: że Teresa dawała się lubić, że była tak bardzo ujmująca. Do dziś dnia zresztą jest mi bliska jak ktoś żywy, z kim spędziłam tyle lat właściwie na co dzień.

Czas dorastania to czas wojenny, tak złożony i trudny w doświadczeniach kolejnych okupacji wileńskich. I właśnie wtedy przyszedł czas następnego mistrza, tym razem człowieka żywego, o którym już nieraz opowiadałam gdzie indziej. Młody, przez wojnę zatrzymany w Wilnie benedyktyn, o. Jacek Matusewicz, stworzył z kościoła św. Katarzyny wspólnotę, którą wprowadzał przez kilka lat w życie liturgiczne Kościoła. Dla wielu z nas, młodych, był także spowiednikiem i przyjacielem. Ale istotą doświadczenia była właśnie liturgia, której nas uczył od każdej strony: było i wprowadzenie w czynny udział w Mszy, i wtajemniczenie w symbolikę znaków, i szkoła modlitwy, i wgłębianie się w Biblię (a dodam jeszcze wielkie przeżycie sztuki, jaką był śpiew liturgiczny, i studium nad łaciną, wtedy wszechobecną). Wynosiliśmy stamtąd doświadczenie Kościoła jako wspólnoty i doświadczenie tajemnicy przekazywanej przez znaki sakramentalne w każdych, najuboższych nawet warunkach. Ten rodzaj więzi między ludźmi, wtedy odczytany i po tyle razy doświadczony, okazał się odporny na wszystkie zmiany zewnętrzne, utraty bliskich, zawieruchy coraz nowych warunków, a w soborowych i posoborowych latach powojennych potwierdzony doświadczeniem powszechnym, traktowanym jak coś oczywistego i najbardziej zrozumiałego. O. Jackowi zawdzięczam Kościół sakramentalny we wszystkich jego wymiarach.

I wreszcie czas młodości powojennej, krakowskiej, dokładnie – czas studiów, to jest czas mistrza zbiorowego, jakim stał się dla mnie pierwszy „Tygodnik Powszechny”. Jeszcze zanim w 1948 r. zaczęłam w nim pracować – bo przecież czytałam go i chodziłam na spotkania z redaktorami, w pierwszych latach powojnia jeszcze możliwe. To był zbiorowy mistrz, który mnie nauczył na całe życie katolicyzmu otwartego. Więcej: tego, że katolicyzm z samej istoty jest właśnie taki, dlatego że ewangeliczny. Co to znaczy? Przede wszystkim, że nie jest sprawą prywatną, lecz należy dawać mu świadectwo przed światem. Tak, jak to czyniło pismo i jego redaktorzy, wyznając swoją wiarę w swojej twórczości i w swoich tak głęboko prawych postawach na co dzień. Po drugie, że to jest katolicyzm, który się niczym nie gorszy i otwiera na wszystko, co dobre i godne uwagi, co przede wszystkim dotyczyło kultury – od moich niebawem starszych kolegów uczyłam się ją odczytywać. Po trzecie, że jest to katolicyzm konsekwentny we wszystkich wymiarach życia społecznego: Hanny Malewskiej i Tola Gołubiewa widzenie historii, Stacha Stommy sumienie społeczne (do lektur mistrzowskich raz na zawsze zaliczyłam jego wczesny esej „Na czym polega burżujstwo” drukowany w „Znaku”), Zofii Starowieyskiej-Morstinowej niekonwencjonalną wrażliwość, daleko wykraczającą poza normy tego świata, który ją uważał za sobie najbliższą, księdza Piwowarczyka rzetelność myślenia, precyzyjną jak najlepsze narzędzia, Andrzeja Bardeckiego odważną aż do heroizmu uczciwość.

Nie będę więcej wyliczać, żeby przez pominięcie nikogo nie skrzywdzić. W tym pierwszym „Tygodniku” otrzymałam formację na całe dorosłe życie. Właśnie w tamtych trudnych i coraz trudniejszych warunkach. Myślę więc o tamtym czasie nawet nie w liczbie mnogiej „Moi mistrzowie”, lecz w pojedynczej: „mój mistrz” – „Tygodnik”.

Cóż, potem przyszło dorosłe życie z masą nowych sytuacji i obowiązków. Może to sprawiło, że już nie szukało się mistrzów w tak integralnym rozumieniu. To, co pozostało najbardziej potrzebne i co staje się niemal nie do uzyskania, to wsparcie, którym dla każdego z nas i w każdych warunkach powinna być spowiedź. W konfesjonale każdy z nas powinien do końca życia znajdować, choć na krótko, przewodnika do rozmowy o Bogu i naszym ku Niemu wędrowaniu. Dlaczego jest to coraz mniej możliwe, dlaczego co krok natrafia się na praktyków szkoły pod hasłem „załatw sprawę i żegnaj?” Nie wiem.

Józefa Hennelowa

——————————————————————-

Leon Knabit OSB
benedyktyn, podprzeor w opactwie tynieckim

Wielką łaską jest dla mnie fakt, że wkrótce po ukończeniu siedemnastu lat wiedziałem, iż moja droga życiowa to kapłaństwo diecezjalne; potem okazało się, że do tego i w zakonie monastycznym. Porządkowałem więc temu swoje wnętrze, a gdy byłem już w klasie przedmaturalnej, okazją do gruntownego rachunku sumienia stały się parafialne rekolekcje wielkopostne. Młody kapłan głoszący nauki, ks. Wacław Skomorucha, wzbudził we mnie zaufanie zarówno dzięki głoszonym z wielką żarliwością naukom, jak i dobroci oraz łatwości w kontakcie, co mogłem stwierdzić, będąc podówczas ministrantem. Poprosiłem rekolekcjonistę o spowiedź generalną. Nauka, którą otrzymałem, umocniła mnie na drodze powołania i wytyczyła kierunki postępowania na przyszłość. Pełen pokoju i zapału wstąpiłem zaraz po maturze do seminarium duchownego. Bóg zrządził, że wkrótce ten właśnie kapłan został naszym ojcem duchownym.

Początek lat pięćdziesiątych odznaczał się energicznymi działaniami ówczesnych władz państwowych zmierzającymi do osłabienia i rozbicia Kościoła. Były to czasy, w których osobisty stosunek kleryka i kapłana względem Boga musiał się przekładać na bardzo wyraźnie określoną postawę w życiu społecznym. Łatwo było po prostu zacząć się bać albo zwyczajnie próbować zyskiwać coś dla swej pracy duszpasterskiej za cenę ustępstw. Ojciec w swych konferencjach stawiał sprawę jasno. Promował zawsze bezkompromisowość, unikanie wszelkiej dwulicowości tak w seminarium, jak i na zewnątrz oraz chrześcijański optymizm oparty na pełnym zaufaniu Bogu. Do tego kładł nacisk na solidną wiedzę teologiczną, stanowiącą zawsze wraz z miłością wzajemną podstawę autentycznego życia duchowego. Miał też czas na kontakty osobiste. Umiał słuchać. Zwłaszcza po wakacjach, gdy młody kleryk spotykał się z rozmaitymi trudnymi sytuacjami w życiu parafialnym i reagował zbyt gwałtownie, ojciec, nie zamazując rzeczywistości, chłodził rozpalony umysł i zachęcał do mądrego zaufania Bogu i wzmożonej pracy nad sobą. Zresztą część wakacji spędzaliśmy zawsze wspólnie na wycieczkach do rozmaitych zakątków Polski organizowanych przez niezmordowanego wicerektora seminarium. Ojciec często bywał z nami.

Dzisiaj czasy się zmieniły, ale wtedy władza seminaryjna kąpiąca się z klerykami w Bałtyku czy też Popradzie, to był ewenement. A ojciec nawet w mokrych kąpielówkach był zawsze sobą i nie tracił ani krzty swego autorytetu. Służył też radą, gdy wyłaniały się problemy z księżmi profesorami, którzy nawet, jeśli posiadali wystarczającą wiedzę i byli dobrymi dydaktykami, niekoniecznie musieli się odznaczać odpowiednimi kwalifikacjami pedagogicznymi, co się odczuwało na własnej skórze. Otwartość jego była wielka. Można było przyjść do ojca z każdym problemem. Zdarzało się nieraz, że wobec tak życzliwego i uważnego słuchacza przedstawiana sprawa stawała się coraz prostsza i wreszcie ojciec pytał: „No i gdzie tu problem?” Rzeczywiście, problem jakoś się rozwiązywał. Pamiętam rozmowę przed subdiakonatem, a była to wtedy rozmowa decydująca o pozostaniu w seminarium lub też odejściu – zapytałem wprost, czy po takiej długiej obserwacji i znając mnie nieźle, uważa, że mam powołanie? „A co by ksiądz (to „ksiądz” wcale nie stwarzało dystansu) zrobił, gdybym powiedział, że nie?” – odrzekł z figlarnym uśmiechem. „No, trudno.” – odpowiedziałem. Oczywiście okazało się, że według ojca mogę prosić o dopuszczenie do święceń. Gdy na ostatnim roku, już jako diakon, musiałem ze względów zdrowotnych przerwać naukę w seminarium, ojciec dyskretnie a serdecznie podtrzymywał mnie na duchu i doprowadził aż do święceń kapłańskich, które otrzymałem wcześniej niż moi kursowi koledzy, na drugi dzień po ukończeniu dwudziestu czterech lat.

Niewykluczone, że za decyzją biskupa ordynariusza, od którego ta rzecz zależała, kryła się też sugestia ojca. Potem drogi nasze się rozeszły, ale nie urwał się kontakt duchowy. Ojciec czuwał nad ewolucją mego powołania ku życiu monastycznemu. Choć nie bardzo chciał, bym opuszczał diecezję, uznał jednak to powołanie za głos Boży, któremu trzeba okazać posłuszeństwo.

A potem ojciec został powołany do pełni kapłaństwa. Jako biskup nie zmienił stosunku do swego duchowego syna. Służył radą na drodze korespondencyjnej, a ile razy mogłem go odwiedzić, zdawałem sprawę ze stanu swej duszy. I tak jest do dzisiaj, po pięćdziesięciu dwóch latach od tej pierwszej spowiedzi generalnej. Kontakty są rzadsze, ale jednakowo serdeczne. A zdarza się od czasu do czasu i tak, że ojciec, zdejmując po spowiedzi stułę, daje ją mnie ze słowami: „To może by Ojciec i mnie wyspowiadał”.

Bardzo sobie cenię ten dar Boży. Nie wiem, czy moje postępowanie można uznać za naśladowanie mojego mistrza. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo wciąż do niego nie dorastam. Ale chociaż sam już wielu ludziom pomagam w drodze do Boga, wiem, że w pewnym sensie nade mną jest ktoś, komu wiele zawdzięczam i kto swoją modlitwą wspiera mnie na każdym etapie mojego życia. Natomiast nigdy nie odczuwałem i nie odczuwam do dzisiaj uzależnienia od mistrza, które tak często stanowi przeszkodę do prawidłowego rozwoju życia duchowego. Ojciec od najdawniejszych czasów był towarzyszem w drodze, a nigdy treserem narzucającym metody czy postawy. Jego świadectwo szło zawsze w parze z pouczeniem. Po prostu wobec takiego człowieka, a w konsekwencji i wobec innych, a to nie zawsze jest łatwe, nie wypadało nigdy być świnią. Na jeszcze jedną cechę ojca chciałbym zwrócić uwagę: szczere rozradowanie ze wszystkich osiągnięć swoich podopiecznych. Nie zachwyty i pochlebstwa, ale taki szczery współudział w radości drugiego człowieka, co bardzo ustawiało i zamiast próżności przynosiło zwyczajne zadowolenie z dziejącego się dobra. A w wypadku niepowodzenia czy cierpienia, dyskretne wskazywanie na mądrość Bożą, bez taniej demagogii. Znów „bycie z”.

Oczywiście w myśl zasady pomocniczości ojciec nie był i nie jest ze mną sam i nie chce sam zrobić ze mną wszystkiego. Nie widziałem w nim nigdy zachłanności, przeciwnie, cieszy się zawsze, gdy na swej drodze spotykam innych „ojców” (nie macie wielu ojców – 1 Kor 4, 15). Jest to zrozumiałe, gdy „ojciec numer jeden” jest daleko. Ciekawe, że pierwszym, który mi dopomógł w rozstrzygnięciu problemu powołania, był parę lat starszy ode mnie kleryk, Stanisław Molski. Jako ministrant utrzymywałem z nim kontakty przez prawie dwa lata i kiedy na z górą rok przed maturą problem powołania życiowego stawał się dla mnie coraz bardziej palący, poprosiłem go o wyrażenie swej opinii. Było to sześć lat przed analogicznym pytaniem postawionym ojcu duchownemu przed subdiakonatem. Opinia życzliwego kleryka była pozytywna i jak się dzisiaj okazuje, trafna. Charyzmat ojcostwa dany jest każdemu mężczyźnie. Rad bym bardziej uczulić wszystkich duchownych, także kandydatów w trakcie przygotowania do kapłaństwa, a nawet i świeckich, by nie zaniedbywali możliwości jego realizacji w stosunku do ludzi poszukujących.

Potem w seminarium spotykałem się z księżmi, których życie duchowe może nie jaśniało szczególnie na zewnątrz, ale było nadzwyczaj solidne, konsekwentne, z regularnymi ćwiczeniami duchownymi jako kośćcem w trudnych warunkach duszpasterskich. Jeden z nich, ks. Władysław Proczek, szczególnie otaczał mnie braterską troską, a także wspomagał materialnie. Miałem szczęście być na jego święceniach, a potem wygłosić kazanie na uroczystościach złotego jubileuszu kapłaństwa. Do dzisiaj jest dla mnie mistrzem dynamizmu duszpasterskiego i wierności Bogu oraz Kościołowi w praktykowaniu ideałów, które wyniósł z domu, a potem z seminarium.

Do wielkich mistrzów zaliczyłbym też swego biskupa ordynariusza ks. Ignacego Świrskiego. Tutaj olbrzymią rolę odgrywało słowo i świadectwo. Oczywiście to, że był biskupem, w jakiś sposób imponowało młodemu klerykowi, ale jego posługa biskupia stanowiła tylko ramy dla nieprzeciętnej osobowości. Był to człowiek gruntownie wykształcony w Rzymie, znający parę języków, pełen tej rzadko dzisiaj spotykanej kultury ludzi Kresów, znawca sztuki i problemów życia społecznego. Mnie i moich kolegów uderzała przede wszystkim głęboka wiara, która dawała się odczuć przy sprawowaniu przez niego liturgii. We wszystkie większe święta uczestniczyliśmy z naszym arcypasterzem w nabożeństwach w katedrze. Byliśmy zawsze urzeczeni świadectwem prostej wiary i dbałości o świętość Domu Bożego. Ceremonie były wtedy długie, nieraz wielogodzinne. Biskup, starszy przecież człowiek, zawsze pogodny i oddany Bogu, tłumaczył nam, że radość trzeba znajdować nie tylko w wytchnieniu, ale i w utrudzeniu służbą Najwyższemu. Kiedy nieraz jako kleryk towarzyszyłem Papie (bo tak go nazywaliśmy) w wizytacjach duszpasterskich, uczyłem się bardzo wiele, widząc, jak po uroczystym powitaniu i posiłku zasiadał na długie godziny do konfesjonału, jak przy poświęceniu Drogi Krzyżowej wygłaszał przy każdej stacji z serca płynące rozważania, jak na pożegnanie żegnał się osobiście z każdym, kto tylko tego pragnął (ile to nieraz trwało!), jak wracał potem zwyczajnie pociągiem do stolicy biskupiej. Do tego należy podkreślić jego wielką troskę o ubogich, których wspierał osobiście, oddając im nieraz nowe rzeczy, które otrzymywał. Na zapytanie, dlaczego kiedyś nie oddał swoich starych butów, odpowiedział po prostu: „A czy u Pana Boga ten biedny jest gorszy ode mnie? On też potrzebuje mieć ładne buty!” Osobiście miał tyle, że w testamencie mógł napisać: „W spadku po mnie nikt nie dostanie nic”. Trudno jest nie ulec wpływowi takiego człowieka, jeśli się około dwudziestu lat przebywało bliżej lub dalej, ale przecież w kręgu jego światła.

Tymczasem jeszcze jako kleryk spotkałem też zakonnika, białego sercanina, o. Włodzimierza Zimoląga, dzisiaj już nieżyjącego, uosobienie pokory i dobroci. Bardzo małego wzrostu, ale wielkiej wiary, pobożności i życzliwości. Spowiadałem się też u niego od roku 1951 do połowy lat dziewięćdziesiątych. Każdy list od niego i każde spotkanie pozostawiały trwałe ślady w duszy. Był naprawdę „mężem Bożym”, jak wielcy prorocy Starego Przymierza. „Żeby do Ojca dorosnąć, trzeba uklęknąć” – mawiałem z najgłębszym przekonaniem. Rzeczywiście, kiedy klęczałem, byliśmy mniej więcej równi. Przyjmował to z ujmującym zażenowaniem.

W klasztorze tynieckim autorytetem duchowym i mistrzem był pierwszy mój przełożony, o. Piotr Rostworowski, obecnie też już nieżyjący, który przez pewien czas był również mistrzem nowicjatu. Uderzała mnie w nim głębia modlitwy i zatopienia się w Bogu oraz traktowanie całej rzeczywistości ziemskiej z perspektywy całkowicie nadprzyrodzonej. Bardziej niż ktokolwiek przedstawiał prawdę, że Bóg ma być uwielbiony we wszystkim. Był dla mnie wzorem mnicha. W połączeniu z całą atmosferą panującą w klasztorze (a klasztor też jest sam w sobie takim upersonifikowanym mistrzem) miał zasadniczy wpływ na sposób realizacji mojego monastycznego powołania.

Nie mogę oczywiście nie wspomnieć osoby Ojca Świętego, którego poznałem jeszcze jako zwykłego księdza w roku 1958, a który z całą pewnością jest w mniejszym lub większym stopniu mistrzem dla każdego, który się z nim w jakikolwiek sposób spotkał. Gdybym chciał wchodzić w szczegóły, musiałbym przepisać całą książkę „Spotkania z Wujkiem Karolem”, do której zainteresowanych uprzejmie odsyłam.

Ojców pomocniczych znalazłoby się jeszcze wielu. Mam nadzieję, że nie mają żalu do mnie ci wszyscy, których nie wymieniłem, a którzy zostawili ślady w mojej osobowości i którym jestem zawsze szczerze wdzięczny. Chciałbym na jeszcze jedną rzecz zwrócić uwagę. Wymienione tu osoby nie były i nie są dla mnie pełnymi ideałami. Chyba w każdym znalazłbym ze swoim krytyczno-złośliwym charakterkiem jakieś niedociągnięcia i braki. Ale to mi zupełnie nie przeszkadzało i nie przeszkadza do dzisiaj. Trudno jest dyktować Panu Bogu, przez kogo powinien do mnie przemawiać. Jestem wdzięczny za wszelkie dobro od nich i od kogokolwiek otrzymane i często modlę się w ich intencji, by i inni, którzy się z nimi stykają, mieli wzgląd na ich słabości.

Jest mi bardzo trudno odpowiedzieć na pytanie, czy i jak naśladuję moich mistrzów. Boję się szczerze „małpowania” wzorów. Jeden z poprzednich przełożonych wołał do nas dramatycznie: „Bracia, nie czytajcie książek ascetycznych!” I nie chodziło mu wcale o zniechęcenie współbraci do czytania, które jest dla mnicha jak oddech, ale o bezkrytyczne przyjmowanie i wprowadzanie w życie każdej przeczytanej treści i zasugerowanej postawy. Człowiek próbujący odnaleźć konkretną drogę powołania, sięga do wnętrza swej duszy jak do skarbca, w który sam Bóg wkłada rzeczy nowe i stare (Mt 13, 52) i w miarę potrzeby z niego czerpie, budując rzeczywistość własną, przez Boga zadaną. Monastyczne szukanie Boga to także szukanie Go we własnym wnętrzu i szukanie własnej drogi w Bogu. W moim ustabilizowanym obecnie życiu mnicha wspiera mnie teraz stały spowiednik, który zna mnie od siedmiu lat. Jego interwencje można porównać do działań kierowcy, który prowadząc samochód, trzyma rękę na kierownicy, w miarę potrzeby interweniuje naprostowując kierunek jazdy; czasem naciska gaz, a czasem hamulec. Do tego dochodzi jeszcze przełożony, Ojciec Opat, który w mniszym klasztorze jest raczej ojcem niż administratorem. Oni nadają mej formacji szlif ostateczny.

Zbierając to, co napisałem, dochodzę do wniosku, że właściwie mistrzem moim jest sam Chrystus, przemawiający do mnie przez swoje sługi. Jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus (Mt 23, 10). Wdzięczny Mu jestem za wszystko, co mi wyświadczył (Ps 116, 12). Całym sercem pragnę, aby – jak mówi Reguła Świętego Ojca Benedykta – raczył nas razem doprowadzić do życia wiecznego (RB 72, 12)

Leon Knabit OSB

——————————————————————-

abp Henryk Józef Muszyński
metropolita gnieźnieński, biblista

Zaproszenie Redakcji „Więzi” do udziału w ankiecie „Moi mistrzowie duchowi” jest nie do odrzucenia. Kusi najpierw przygodą duchowej podróży w głębsze rejony duszy, o które potykamy się na co dzień jakby z zewnątrz, na powierzchni. Po wtóre, daje ono możliwość spłacenia długu wdzięczności wobec tych, którzy w sposób znaczący mieli wpływ na wybór i kierunek mojej drogi życiowej. Pewnie dlatego dla większości z nas, mistrzowie duchowi kojarzą się z okresem młodości, kiedy trzeba było podejmować najbardziej istotne, egzystencjalne decyzje wiążące na całe życie. Długa perspektywa życiowa, która dzieli mnie od tamtego czasu sprawia, że w retrospektywnym spojrzeniu zawarta jest także spora doza autorefleksji i cały balast doświadczenia wielu lat życia i kapłańskiej posługi.

Dzisiaj o tych, którzy jawią mi się jako mistrzowie duchowi mojego życia nie umiem myśleć inaczej, jak przez światło i pryzmat Tego, który ostrzegał: Nikogo nie nazywajcie mistrzem, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus (Mt 23, 10). Tylko On jest Mistrzem uniwersalnym dla wszystkich i każdego z osobna, i to po wszystkie czasy, gdyż tylko On wypełnił wolę Ojca w sposób doskonały i nigdy nie zalecał innym tego, czego by sam pierwej nie wypełnił. Rozumiem jednak doskonale, że w rozumieniu Chrystusa, nie wyklucza to innych mistrzów, którzy prowadzili nas, uczyli słuchać i dawać posłuch właśnie jedynemu Mistrzowi, którym dla każdego chrześcijanina pozostanie na zawsze On sam. Podobnie zresztą jak jeden Ojciec w niebie, nie wyklucza przecież ludzkiego ojcostwa i nauczycieli prawdziwego dobra, które jednak zawsze jest odblaskiem Tego, który jedynie jest dobry – Boga (por. Mt 23, 7-8; Mk 10, 18).

Po tych uwagach staje się zrozumiałe, że nikogo w moim życiu nie mogę nazwać mistrzem w całości, pod każdym względem. Poczytuję sobie to za szczególną łaskę, że – być może właśnie dzięki temu – mogę wskazać aż na kilku przewodników duchowych, którzy w sposób znaczący kształtowali moją duchową sylwetkę. Z ogromną wdzięcznością przywołuję ich dzisiaj ku własnej i innych pamięci.

Pierwszym z nich był ks. Józef Sobisz – proboszcz wiejskiej parafii w Wysinie koło Kościerzyny, gdzie wraz z rodziną przeżyłem lata wojny i pierwsze miesiące po wyzwoleniu (jak się to podówczas nazywało). Szczególne okoliczności sprawiły, że właśnie ks. Sobisz stał się dla mnie pierwszym, który wprowadził mnie w życie duchowe i liturgię Kościoła. Dusza moja była jak dobrze uprawiana ziemia, która od lat czekała na posiew łaski. Przez pięć lat przechodziłem prawie codziennie obok zamkniętego przez Niemców kościoła. Nigdy nie oglądałem go od wewnątrz. Znałem go tylko z opowiadań rodziców, które budziły tęsknotę i oczekiwanie za otwarciem, za wolnością i normalnością. Żyłem nadzieją, że kiedyś świątynia doczeka się prawdziwego gospodarza i zacznie żyć własnym religijnym życiem.

Na dodatek dokonałem w czasie okupacji niezwykłego odkrycia w dachu stajni. Pomiędzy dachówkami a ich podbiciem znalazłem dziesiątki tajemniczych, łacińskich dużych i małych ksiąg oraz potężną ilustrowaną polską Biblię. Byłem szczęśliwy i dumny z mojego odkrycia, a z drugiej strony cierpiałem, że nic z tego, co odkryłem nie mogłem zrozumieć. Okazało się niebawem, że książki te ukrył przed okupantem mój ojciec, który delikatnie mówiąc nie był zachwycony moim „wynalazkiem”. W pełnej konspiracji musiałem wszystko ponownie ukryć i odtąd stałem się powiernikiem tajemnicy dorosłych, ale tęskniłem również do chwili, kiedy bez strachu i otwarcie będę mógł poznać tajemnicę „moich skarbów”. Towarzysząc Ojcu w przekazaniu odzyskanych skarbów kościelnych Proboszczowi, który po latach wojny wrócił do dawnej parafii, wbrew własnej woli i bez żadnych moich zasług zostałem zaliczony do tych, którzy przysłużyli się do ocalenia ksiąg kościelnych. Pewnie w dowód uznania zostałem pierwszym powojennym ministrantem Ks. Sobisza.

Miałem wszystko do nadrobienia. O posłudze i moich nowych obowiązkach nie wiedziałem dosłownie nic. Kościół domowy, którym był dom rodzinny, został zastąpiony prawdziwą świątynią, prawdziwymi obrzędami z prawdziwym kazaniem. Wszystko to imponowało mi bezmiernie i stanowiło wypełnienie moich tęsknot. Imponował mi także kapłan i jego płomienne homilie. Podświadomie chłonąłem wszystko jak gąbka. Dziś nie mam wątpliwości, że tutaj tkwią korzenie mojego kapłańskiego powołania. Interesowała mnie już nie tylko łacina, której nadal nie rozumiałem, ale także wszystko, co wiąże się z kultem i życiem Kościoła. Przy takim nastawieniu nie było trudno trafić do seminarium.

Tym, który w sposób decydujący formował moje życie duchowe w Seminarium w Pelplinie, był ojciec duchowny, o. Bratek. Jeśli ktoś, to jedynie on może być nazwany moim mistrzem duchowym. Był to człowiek i kapłan dosyć niezwykły. Najpierw był księdzem diecezjalnym, w późniejszym wieku wstąpił do jezuitów. Kiedy w 1951 r. zgłosiło się do Seminarium przeszło 80 adeptów, sprowadzono o. Bratka do Pelplina i powierzono mu formację duchową nowo przyjętych alumnów. Był to człowiek autentycznie Boży i święty. Prowadził codziennie modlitwy i rozmyślanie. Wprowadzał nas w tajniki metody ignacjańskiej. We wszystkim, co czynił był głęboko prawdziwy, rozmodlony, wymagający od siebie i innych, a jednocześnie prosty i dobroduszny w swojej postawie.

Nazywaliśmy go niekiedy „Bożym kuglarzem”, bo potrafił niekiedy swoje myśli ilustrować zewnętrznymi znakami. Były to znaki, które u innych mogłyby bawić lub śmieszyć, a u o. Bratka były ilustracją prostoty ducha błogosławionych Kazania na Górze. Uczył nas wierności w małych rzeczach i powtarzał: quod minimum est – minimum est, sed in minimis fidelem esse – maximum est [to, co małe jest, jest małe; lecz być wiernym w rzeczach małych – jest rzeczą największą].

Osobiste spotkania i rozmowy z ojcem duchownym zawsze były głębokim przeżyciem. Był znakomitym znawcą dusz ludzkich, potrafił wyjść naprzeciw niepokojom młodych, niedoświadczonych wychowanków, umiał podnieść na duchu, ale i zaniepokoić. Największy ciężar gatunkowy miały w jego ustach słowa: „Będę się za księdza modlił”. Były one niechybnym znakiem, że z życiem duchowym nie jest najlepiej, jakby napomnieniem i wezwaniem do natychmiastowej poprawy i zmiany. Wszyscy wiedzieliśmy, że potrafi nocami leżeć za nas krzyżem w kaplicy i pokutować właśnie za nas.

Pod koniec naszego pobytu w Seminarium był ciężko chory, lecz nikt nie usłyszał z jego ust żadnego słowa skargi. Potrafił apostołować także cierpieniem. Taka postawa zobowiązuje. Jako młodzi ludzie nie zawsze potrafiliśmy docenić to, co dla nas czynił. Wierność wobec praktyk duchowych, których nas uczył: rozmyślanie, rachunek sumienia, nawiedzenie, odczuwałem zawsze nie tylko jako obowiązek kapłański, ale także osobisty znak wierności lub niewierności wobec tak zobowiązującego mistrza.

Ojciec Bratek dał nam do ręki „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza ŕ Kempis jako przewodnik na drogę kapłańskiego życia. Obok Pisma Świętego często z tej książki korzystał. Ten przewodnik towarzyszył mi przez całe życie, aż został zastąpiony samym Pismem Świętym, jako Księgą życia. Trwało to niestety dosyć długo. Przez wiele lat Pismo Święte było dla mnie źródłem naukowych dociekań. Czytałem i studiowałem je – jeśli tak można powiedzieć – z myślą o innych. Tym, który jako pierwszy ukazał mi nowy duchowy wymiar Biblii był profesor Instytutu Biblijnego, o. Maksymilian Zerwick. W czasie, kiedy rozpoczynałem swoje studia w tymże instytucie, był zawieszony jako wykładowca egzegezy. Zwykł powtarzać, że uczy nas tylko języka greckiego. Wykład języka uzupełniał często tzw. uwagami filologicznymi. Uwagi te, chociaż były przeznaczone dla innych, stanowiły często rodzaj osobistego świadectwa, co te słowa autora biblijnego, a przez niego samego Boga, oznaczają dla mnie, jaki walor egzystencjalny mają one dla mojego życia? Jak później mogłem się zorientować, zostały one niejednokrotnie wyrażone w komentarzu do Nowego Testamentu, który nosił tytuł: „Geistliche Schriftlesung” – co opisowo można by oddać jako duchowy sposób czytania i wykładu Pisma Świętego.

Zrozumiałem, że skutecznie karmić można innych tylko tym, czym człowiek sam żyje. Praktycznie, na użytek własny nauczyłem się tej metody w czasie pobytu w Instytucie Badań Qumranistycznych w Heidelbergu. Byłem tam nie tylko jedynym Polakiem, ale jedynym katolikiem i księdzem. Ku mojemu zawstydzeniu doświadczałem nierzadko, że wielu pracowników naukowych tego Instytutu, jeszcze przed rozpoczęciem zajęć w ciszy medytowało na użytek własny słowa Pisma Świętego. Intuicyjnie wyczuwałem, że może to stanowić niebezpieczną i zobowiązującą przygodę. Na równi z innymi wierzyłem i wyznawałem, że jest to słowo Boże. Ale cóż po takiej wierze, jeżeli nie znajduje ona odbicia w życiu. Św. Jakub przestrzega: także i złe duchy wierzą (Jk 2, 19). Przez jakiś czas byłem skłonny twierdzić, że jest to przecież „metoda protestancka”. W końcu zrozumiałem, że było to po prostu opieranie się samemu Duchowi Świętemu. W końcu za prorokiem Jeremiaszem musiałem wyznać: Panie, ujarzmiłeś mnie i przemogłeś (Jr 20, 7). Wyznanie to oznaczało moment zwrotny w moim życiu. Odtąd Biblia stała się światłem na moich ścieżkach. Wiem jedno, że tyle potrafię z tego światła zapalić dla innych, ile zapłonie ono we mnie samym.

Miało być o mistrzach duchowych, a stało się wyznaniem o Słowie życia. Niezupełnie! Inaczej niż u Tomasza ŕ Kempis jedyny mistrz nie ukazuje już wyłącznie ideału, który owszem pociąga, ale i onieśmiela, jakby przeznaczony dla tych lepszych, doskonalszych, jakby z innej gliny. Mówi przez żywych ludzi o wielkich aspiracjach i pragnieniach, ale i uwikłanych w tysiące codziennych spraw, którym nie jest obca żadna z ludzkich słabości, a których Pan mimo wszystko kocha, może właśnie dlatego, że tak bardzo się pogubili i zatracili. Każda z tych postaci może stać się mistrzem i nauczycielem, głosem jedynego Mistrza i Pana, bo zachęca, napomina, przestrzega. Nie mam żadnej trudności, by utożsamiać się nie tylko ze św. Piotrem który woła: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego (J 6, 68), z bezimiennym ojcem, który prosi: Panie wierzę, zaradź mojemu niedowiarstwu (Mk 9, 24), ale i z prorokiem serca – Jeremiaszem, który prawuje się z Bogiem wołając: uwiodłeś mnie Panie i pozwoliłem się uwieść (Jr 20, 7), a nawet z samym Królem Dawidem, małym w swojej słabości, ale wielkim w pokucie i wołaniu: Stwórz, o Boże we mnie serce czyste. i przywróć mi radość z Twojego zbawienia (Ps 51, 12.14).

Dziękuję Bogu za tak wielu przewodników, nauczycieli, którzy uczą mnie wołać, przebaczać, miłować, żałować, słowem żyć w obliczu Pana i z Panem na co dzień. Dziś już wiem, że nie starczy mi życia, by zgłębić to, co mają mi do powiedzenia. Nie starczy też siły, by chociaż w części wypełnić to, do czego mnie wzywają. Sam smutny i pełen winy, dziękuję Bogu, że dał mi aż tylu nauczycieli i przewodników do jednego Pana i Mistrza.

abp Henryk Józef Muszyński

——————————————————————-

Joanna Szczepkowska
aktorka

Pierwsza moja myśl po przeczytaniu listu redakcji „Więzi” była prosta: nie mogę wziąć udziału w tej ankiecie – byłoby to nieuczciwe po prostu dlatego, że nigdy nie zadałam sobie pytania: „Kto jest moim mistrzem duchowym?”

Siłą rzeczy jednak, zaczęłam szukać odpowiedzi, zadając sobie pytanie podstawowe: czy można mieć mistrza duchowego, nie zdając sobie z tego sprawy? Musiałam odrzucić tych wszystkich, którzy stali się dla mnie życiowym wzorem, ideałem, autorytetem. Mistrz to przecież nauczyciel. To ktoś, kto powiedział choćby jedno zdanie, które zaważyło na postrzeganiu świata.

Pierwszą odpowiedzią, która mi się nasunęła, było stwierdzenie – moja matka. Powód jest prosty. Ona rozumiała i rozumie macierzyństwo jako przewodnictwo duchowe. Ideą mojej matki przez całe życie jest „drugi człowiek”. Ja natomiast od dzieciństwa czułam się aktorką, a aktorstwo to pewna świadomość siebie jako osoby oglądanej. Jako centrum. Otóż właśnie dzięki mojej matce przez całe życie towarzyszy mi opozycja takiego świata. Ona zwrócona była zawsze ku otoczeniu, ku drugiemu człowiekowi i odkąd pamiętam, uparcie zawracała mnie z drogi „do siebie”. Jeszcze w dzieciństwie, kiedy wracałam do domu ze szkoły po sukcesach na polu jakiegoś ukochanego przedmiotu, witała mnie pytaniem o kogoś z ostatnich ławek. Wysłuchiwała zawsze trudne dzieci i docierała do nich jak nikt inny. Robiła to z odruchu serca, ale też najwyraźniej po to, żebym wiedziała, jak trzeba żyć. Nie miała łatwego zadania. Byłam bardzo opornym uczniem, zapatrzona raczej w sztukę, skłonna do wymyślania „innych światów”. Moja matka zawsze stała na ziemi i czerpała siłę z codzienności. Dzięki niej wiem, że moje „centrum” jest złudzeniem, a może być chorobą ducha. A mogłabym tego nie wiedzieć.

Nie znam twarzy ani nazwiska człowieka, który jednym zdaniem zmienił moje widzenie świata, stosunek do życia i religii. Zakonnik. Okoliczności naszego spotkania łatwo się domyślić i nie mam oczywiście zamiaru naruszać tajemnicy własnej spowiedzi – powiem tylko tyle, że kiedy próbowałam nazwać istotę swojej winy i okoliczności usłyszałam – „To jest twój krzyż”. Wtedy uświadomiłam sobie, że krzyż może być tak mały, jak zwykłe życie. Dotychczas rozumiałam istotę krzyża jako akt wielki i jedyny – jako akt, wobec którego mamy żyć, do którego powinniśmy odnosić swoje czyny i myśli. Dopiero wtedy, podczas tej „rozmowy”, uświadomiłam sobie, że krzyż jest wyzwaniem na miarę każdego człowieka.

I tak oto znalazłam osoby, które zadziałały w moim życiu tak, jak może zadziałać mistrz duchowy. Szukałam i znalazłam. Bo tak naprawdę to jedno zdanie Chrystusa z Kazania na Górze – Szukajcie a znajdziecie – jest dla mnie przez całe życie najważniejszym wskazaniem. Nie tylko dlatego, że należę do osób wiecznie poszukujących ani też nie tylko dlatego, że wielokrotnie doznawałam radości „znalezienia”. W moim przekonaniu, szukając, spotykamy tych, którzy też szukają, a wiec siłą rzeczy poznajemy osoby bliskie duchem i to jest właśnie to, co naprawdę warto znaleźć.

Joanna Szczepkowska

——————————————————————-

Krzysztof Zanussi
reżyser filmowy

Redakcja „Więzi” zaprosiła mnie do udziału w ankiecie „Moi mistrzowie duchowi” i ze smutkiem widzę, że mija wskazana data, a ja tkwię w rozterce, co tu napisać – wygląda bowiem na to, że nie miałem mistrzów albo też nie do końca wiem, co ten termin oznacza.

Sięgam pamięcią do moich lat szkolnych, a więc do mroków stalinizmu. Czy mogłem nie mieć mistrzów w tamtych czasach, kiedy walczyłem o przetrwanie z moją wiarą, moimi upodobaniami, wyborami i rodzinnym wychowaniem stojącym w pełnej sprzeczności do obowiązujących wówczas wzorów? Pamiętam oczywiście legendę kardynała Wyszyńskiego – byłem absolwentem tej samej szkoły, im. Wojciecha Górskiego, do której chodził przyszły Prymas. Od początku, z mojej szczeniackiej perspektywy, kardynała otaczał nimb męczeństwa i był to mit romantyczny, podobny do tego, który wywoływał imię węgierskiego kardynała. O wiele później dotarła do mnie różnica w historii działań obu kardynałów. Nie pamiętam, żeby ktoś mi uświadomił, iż węgierski kardynał się załamał (czy raczej został załamany), a stopień gwałtu użyty pod adresem kardynała Wyszyńskiego był inny i inne było także jego zachowanie. Lata później, kiedy przymierzałem się w Niemczech do realizacji telewizyjnego filmu według „Zapisków więziennych” Kardynała, zrozumiałem, że mój dziecinny obraz tego dramatu pochodził z przeniesienia lektur Sienkiewicza na zupełnie inną rzeczywistość. Zachwyt uwięzionym kardynałem w oczach czternastolatka zamienił się potem na nazbyt surowy krytycyzm, kiedy w dojrzałym wieku chciałem widzieć samą doskonałość tam, gdzie było także zwykłe człowieczeństwo, ze wszystkimi jego słabościami.

Kiedy dalej sięgam pamięcią, pojawia się jeszcze Mahatma Gandhi – mistrz w postaci mitu polityka bez nienawiści. Jednak, nie wiem skąd, wiedziałem od początku, że miał on trudny charakter i że przeżywał konflikt z synem. Nie nadawał się więc na idola, a mistrz to chyba współcześnie tłumaczy się jako idol.

Później był święty Augustyn – lubiłem to, co pisał na przekór świętemu Tomaszowi z Akwinu, ale pamiętałem, jakim był trudnym człowiekiem i byłem pewien, że by mnie nie polubił. Czy można wybrać na mistrza kogoś, o kim wiadomo, że nie miałby dla mnie zrozumienia?

Czytałem w szkole opowiadania o Stalinie, w domu plątały się książki, w których ideałem człowieka jawił się zmarły Marszałek. Myślę, że komplementarność tych bodźców uczyniła mnie zupełnie niewrażliwym na pokusę posiadania Mistrza w postaci ideału takiego człowieka-przewodnika, osobowego wzoru, autorytetu bez skazy. Uczyłem się w dzieciństwie godzić z tym, że papież zawiódł nas Polaków, co nie przeszkadzało mi szanować go jako głowy Kościoła, ale usuwało pokusę, żeby go idealizować. Wiedziałem, że poprzedni papieże mieli wady, tak jak mieli je wszyscy znani mi duchowni, również ci, u których bywałem u spowiedzi. Starałem się oddzielać ich urząd od osoby, ich człowieczeństwo od sakramentalnej misji i robiłem to z ostrożności, żeby uniknąć zawodu. Gdyby ktoś okazał się niegodny mojego zachwytu, byłem z góry przygotowany – mój świat nie mógł się zawalić.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Po latach spotkałem ten wątek jakże bliski w młodzieńczej sztuce Karola Wojtyły, którą adaptowałem do filmu. W tej sztuce brat Albert, który długo zmaga się w poszukiwaniu własnej drogi, w końcu uzyskuje równowagę i wtedy biegnie za nim młody człowiek Hubert (gdzieś w domyśle Hubert Rostworowski) i chce mieć w bracie Albercie mistrza duchowego, chce iść w jego ślady przekonany, że to będzie dobre rozwiązanie. A brat Albert przepędza natręta, mówiąc mu, że każdy ma inne powołanie i w życiu duchowym nie ma drogi na skróty (w tekście jest podobne sformułowanie), nie można więc po prostu naśladować czyjejś drogi, iść czyimiś śladami, każdy musi znaczyć swoje własne, za cenę własnych cierpień i rozterek, od których nie ma ucieczki, człowiek bowiem nie może uczciwie schować się w cieniu drugiego człowieka.

Ta świadomie personalistyczna nuta czyni ze sztuki o bracie Albercie utwór, który daleko wybiega poza horyzont księżowskiej dydaktyki, nie został jednak doceniony w środowisku, które go oceniło jako dzieło wikarego spod Krakowa. Dla mnie, pół wieku później, ta myśl była potwierdzeniem tego, że nie powinienem mieć kompleksów, nie znajdując w mej pamięci takich mistrzów, których mógłbym wielbić bez zastrzeżeń.

Krzysztof Zanussi

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.