Jesień 2020, nr 3

Zamów

Księdzu Profesorowi – nie na pożegnanie

Każdemu daj śmierć jego własną, Panie.
Daj umieranie, co wynika z życia,
gdzie miał swą miłość, cel i biedowanie.

Rainer Maria Rilke

Ten fragment wiersza Rilkego często cytował ks. Józef Tischner przy okazji różnych pożegnań, tych największych i najboleśniejszych. Próbował w ten sposób z doświadczenia umierania odczytywać człowieka i jego życie. Lubił też wracać do Heideggerowskiej metafory życia jako melodii, której sens i wartość możemy zrozumieć dopiero wtedy, gdy przebrzmią ostatnie akordy. Wtedy dopiero wiadomo, czy była to piosenka, hymn czy symfonia.

Czy można zrozumieć Tischnera poprzez jego umieranie?.

Któż z nas, patrząc bardzo po ludzku, mógł się spodziewać, że ten roześmiany góral, zachwycony i zdawałoby się zachłystujący się urodą życia i świata, będzie umierał tak długo i tak okrutnie – z wielką pokorą, nadzieją i w wielkim posłuszeństwie woli Boga? Miłosierdzie Chrystusa odkrywał, paradoksalnie, w swym straszliwym cierpieniu, powoli ogołacany z wszystkiego, co było darem, talentem i siłą. Nie, on nie umierał jak Hiob, umierał jak kapłan, rozpięty na krzyżu cierpienia trzy lata. Z tego krzyża nauczał o Bożym Miłosierdziu, o nadziei, która zawieść nie może, o ludzkim heroizmie w obliczu śmierci. Nauczał już nie tylko pięknem swego słowa i myśli – nauczał sobą.

Prawdy tego ostatniego, tak długiego i największego Twego wykładu już nikt nie może zakwestionować, Księże Profesorze!

Umierał, myśląc o tych, których pozostawia. To nie my Go pocieszaliśmy, to On nas pocieszał, gdy przychodziliśmy do Niego przez te ostatnie lata. Przychodziliśmy zrozpaczeni, że może widzimy Go po raz ostatni i przerażeni ogromem Jego cierpienia. Wiedział o tym i oswajał nas ze swoim umieraniem, ze śmiercią – tak obcą, inną i tak ludzką, własną. Mówił, że go nie boli, a kroplówki przynoszą mu tylko natchnienie do pisania. Potem już tylko pisał, że to nie jest straszne – nie gadać.

I był wdzięczny do końca. Bycie wdzięcznym stanowiło bardzo istotny rys Jego osoby. Był wdzięczny Bogu-Stwórcy za życie, za piękno świata, którym umiał się tak cieszyć, był wdzięczny ludziom za myśl, słowo, śpiew, za ich własne piękno i dobroć. Podobał mu się świat, podobał mu się człowiek, podobało mu się życie. Jego zachwyt światem i życiem miał w sobie pamięć Boskiej radości i ten uśmiech Boga nad stworzeniem z Księgi Rodzaju: wiedział, że było dobre. Jego śmiech był wyrazem wdzięczności, wiara w człowieka – też.

Nie znosił „mistrzów podejrzeń” i „świadomości nieszczęśliwej”, lamentów nad współczesnością, tak jakby radość życia była chrześcijańskim obowiązkiem. Wierzył ludziom z heroiczną naiwnością, był duszpasterzem ludzkiej nadziei, pasterzem zabłąkanych owiec, a nie tych, które mocno trzymają się stada.

Sam, zresztą, był człowiekiem, który zawsze przychodzi „skądinąd” – obcy wśród swoich. Syn nauczycieli, zaczytujący się od dzieciństwa w wielkiej literaturze, spędził dzieciństwo ze swoimi góralskim rówieśnikami posługując się biegle dwoma językami: polskim i góralskim. Filozof wśród księży, ksiądz wśród filozofów, duszpasterz wśród szukających i wątpiących, góral wśród europejskich intelektualistów i „profesor” wśród swoich ukochanych górali, którzy kochali go miłością prostą i czystą, wolną od pytań – ale czy rozumiejącą w pełni? Zresztą, kto go rozumiał w pełni? Wymykał się schematom i definicjom, tak samo jak odrzucał je w swoim własnym filozoficznym myśleniu.

Czy my, Jego studenci i współpracownicy, których wybrał i nazwał „swoimi uczniami”, rozumieliśmy Go? Ofiarował nam tak wiele z siebie w latach osiemdziesiątych, w czasie, gdy tworzył Wydział Filozofii Papieskiej Akademii Teologicznej. Był naszym Mistrzem i Przyjacielem, otwierał przed nami wielki świat dramatu myśli i poszukiwań, uczył rozbijać stare struktury, dodawał odwagi do stawiania trudnych i bolesnych pytań. Prowokował, zmuszał do samodzielności i zostawiał czasem na ruinach starego myślenia, pełnego banału. Sekundował naszym poszukiwaniom rozwiązań i dodawał odwagi.

Wsłuchiwał się z powagą w nasze często bełkotliwe pytania i tezy. Odpowiadał i podpowiadał rozwiązania. Ale miał też odwagę mówić „nie wiem” i miał odwagę przepraszać. Ksiądz Profesor Józef Tischner, chociaż wielu ludziom, którzy go nie znali, wydawał się dumny, hardy i bardzo pewny siebie – był człowiekiem wielkiej pokory. Nie lubił polemik i nie umiał ich prowadzić. Zastanawiałam się długo, dlaczego. Wreszcie zrozumiałam. Tischner rozróżniał dwa rodzaje pytań – pytanie Zachariasza, pełne wątpienia, podważające prawdę słów, oraz pytanie Maryi – ufne i poszukujące zrozumienia. Nazywał je pytaniami nierzetelnymi i rzetelnymi. Odpowiadał z wielkim zaangażowaniem na te drugie. Na te, które chciały zaprzeczać i zaczepiać – odpowiadać nie potrafił i nie chciał.

Swoją podatność na zranienie zasłaniał żartem, czasem ironią. Dla niektórych, niestety, bardzo skutecznie.

Dotknięty chorobą, odsłonił siebie w rozmowach-wyznaniach, w książce „Przekonać Pana Boga”. Swój filozoficzny testament zostawił, kończąc „Spór o istnienie człowieka”. Każdemu ze swych bliskich zostawił jakiś gest, spojrzenie, słowa zapisane na karteczce. Żegnaliśmy Go długo i On się z nami długo żegnał.

Kiedy 2 lipca w Łopusznej rozstawał się z nami na krótką chwilę dzielącą nas od wieczności, powietrze drgało od przejmującego góralskiego śpiewu: „Ksiądz Tischner zaginął, imię nie zaginie”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Po skończonych uroczystościach z małą grupką Jego uczniów rozpaliliśmy ognisko na polanie, która była świadkiem wielu naszych spotkań z Nim. Czuliśmy, że jest to jeszcze jedno spotkanie, które nam ofiarował. Był z nami w tę noc przy ognisku – po raz pierwszy bez Niego. I zostanie. Zrozumieliśmy, że być wiernym uczniem Tischnera to znaczy zdobywać się na odwagę heroicznego myślenia i bycia, na stawianie pytań ryzykownych i koniecznych, które budzą z letargu samozadowolenia – pytać od siebie, ale i od tych, którzy nie odważają się pytać.

Są spotkania, w których nie ma rozstania. Czas i przestrzeń są wobec nich bezsilne. Ksiądz Tischner twierdził, że jednym z najważniejszych słów w dramacie spotkania jest słówko: „Do widzenia”. A więc: do widzenia, Księże Profesorze!.

Anna Karoń-Ostrowska

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.