Zima 2020, nr 4

Zamów

Jak odkryłem, że marksizm to opium dla ludu

Gdyby nie fakt, że to szkoła dla cudzoziemców, moją nauczycielkę chińskiego można by wziąć za uczennicę. Gao ubiera się w grzeczne sukienki, jest drobniutka, ładniutka i bardzo młoda. Ten opis zresztą zupełnie nie pasuje do ideologicznego oblicza mojej nauczycielki. Jest ona bowiem marksistką.

Tutaj marksistą zostaje się niejako naturalnie. Wynosi się to z przedszkola, szkoły, uniwersytetu. Chyba że się jest chłopem i nie chodzi się do szkoły, mimo że obowiązkowa – bo nawet podstawowa jest płatna.

Dlaczego Gao deklaruje się jako marksistka, a nie na przykład maoistka? Maoizm bowiem skompromitował się „rewolucją kulturalną”, o której woli się tu nie pamiętać – więc zręczniej jest mówić o marksizmie, uzupełnianym tylko o myśli Mao Zedonga i Deng Xiaopinga. Obecny przywódca narodu, choć czasy z pozoru nie sprzyjają ideologii, też chętnie dołączyłby do tego panteonu myślicieli. Ostatnio Jiang Zemin z rozmachem zapoczątkował następną ze swych kampanii ideologicznych: tym razem jest to „kampania trzech reprezentacji”. Pytałem o nią nauczycieli. Wszyscy o kampanii już wiedzieli, żaden jednak nie potrafił powiedzieć mi o jej sensie więcej niż jedno zdanie, które i tak znałem już z prasy.

O ile Jiang nie może być jeszcze pewien, jak osądzą jego twórczość pekińscy historycy idei oraz lud Państwa Środka, mir dla Marksa wydaje się być nie do zachwiania. Zabobonni Chińczycy nie lubią mówić po prostu: umrzeć. Wymyślili więc mnóstwo innych wyrażeń, między innymi takie: „wybrać się na spotkanie z Marksem”. Mówią tak o swych bliskich.

Marksizm Gao można by więc ewentualnie tłumaczyć siłą jej przyzwyczajenia: zapewne już od lat zdaje z niego egzaminy. Dziwi jednak zapał, z jakim ta urocza dziewczyna próbuje przybliżyć nam widzenie świata zgodne z obowiązującą doktryną. Osoba układająca nasze czytanki nie dała Gao-marksistce pola do popisu: ich teksty wyprano już z siermiężnej ideologii. Jeżeli coś w nich denerwuje, to powtarzające się peany na cześć polityki otwarcia i reform, czy też opisy odwagi Chińczyków, którzy zdecydowali się xiahai – skoczyć do morza biznesu – pozostawiając za sobą spokojną przystań państwowej posady. Gao radzi sobie jednak w każdej sytuacji, wykorzystując nawet prosty tekst o chińskich zwyczajach noworocznych: niepytana podkreśla, iż tak naprawdę Chińczycy mają światopogląd naukowy, a huczne obchody tego święta, to tylko ot. taki zwyczaj.

Czytanki o chińskich reformach gospodarczych stawiają więc przed naszą nauczycielką karkołomne zadanie wytłumaczenia niewtajemniczonym cudzoziemcom, jak logicznie pogodzić niebezpiecznie ocierającą się o kapitalizm chińską rzeczywistość gospodarczą z głoszonym przez nią marksizmem. Nie powiem, iż nie kusi mnie wtedy, by wystawiać Gao na próby, zadając jej proste pytanie: dlaczego?

– Skoro w Chinach jest socjalizm, to dlaczego tak słono płaci się za edukację?

To pytanie zadali już sobie kiedyś partyjni ideolodzy, więc Gao nie musi się długo namyślać.

– Chiny dążą do komunizmu. Obecnie jesteśmy na początkowym etapie rozwoju historycznego, więc na razie trzeba płacić za szkołę, ale gdy już dojdziemy do celu, to będzie bezpłatna.

Tu zresztą Gao nie doczytała. Znam pełniejszą odpowiedź na to pytanie, która uwzględnia następną podejrzaną okoliczność: etap rozwoju jest początkowy, choć w Chinach komunizm teoretycznie zaprowadza się już od lat pięćdziesięciu. Jeden z kolegów, równie młody jak Gao, wyjaśnił mi, iż Mao popełnił niestety parę błędów, w tym dwa największe: „wielki skok” oraz „rewolucję kulturalną” i dlatego, tak naprawdę, ChRL dążyć do komunizmu zaczęła dopiero. wraz z rozpoczęciem programu „czterech modernizacji” Deng Xiaopinga.

Trzeba jednak przyznać, że moja nauczycielka dość zręcznie szafuje znanymi sobie teoriami i tekstami z mediów. Poddała się dopiero przy pytaniu: a kiedy dojdziecie do komunizmu?

– O to musisz spytać specjalistów z wydziału nauk politycznych. Choć tego to zapewne i oni nie wiedzą. Widzisz, dla nas marksizm i komunizm jest tym, czym dla was religia. My w to wierzymy. Wierzymy, że kiedyś powstanie takie społeczeństwo. To ideał.

Powstrzymałem się przed przeprowadzeniem głośno wywodu, że skoro religia to opium dla ludu, a marksizm jest jak religia, to. Zresztą już nie wierzę w czystość wiary Gao. Parę dni temu żaliła się nam, iż znacznie lepiej jest wstąpić do jednej z ośmiu niewielkich, legalnych „partii demokratycznych” – których zadaniem jest doradzanie władzom – niż być członkiem prowadzącej naród Komunistycznej Partii Chin.

– KPCh ma za dużo członków. Dlatego mogę co najwyżej raz na parę miesięcy pojechać na jakąś konferencję. A członkowie partii demokratycznych? Co miesiąc wycieczki. No i szybciej awansują.

Czwarty szóstego

Ana mieszka już w Chinach wystarczająco długo, by wiedzieć jak zbić z tropu Chińczyka. Wprawdzie porusza się po obszarze chińskiej pamięci historycznej z subtelnością tarana, nie można jej jednak odmówić skuteczności. Gdzieś na początku maja usłyszałem od niej:

– Gdy już nie mogę znieść chińskiego wychwalania „czwartego piątego”, gdy mam już dość mowy o tym, że to takie doniosłe wydarzenie, że wtedy po raz pierwszy Chiny przeciwstawiły się imperializmowi, pytam po prostu: a co z „czwartym szóstego?”. Zaraz milkną.

Każdy, kto mieszka w Chinach, wcześniej czy później dowiaduje się, jakie treści lubujący się od wieków w skrótach i symbolach Chińczycy ukryli w wyrażeniach, które osoba niezorientowana mogłaby przetłumaczyć jako „pięć cztery” (wu si) i „sześć cztery” (liu si). To daty.

Pierwsza z nich, to czwarty maja 1919 roku, dzień pierwszego wielkiego protestu studenckiego w historii Chin. Młodzi wyszli wtedy na ulice Pekinu, by zaprotestować przeciwko decyzji o oddaniu Japonii chińskich ziem w prowincji Shandong. Mimo że do jej podjęcia w Wersalu przyczynił się walnie ówczesny premier Chin, dziś opisuje się protest praktycznym słowem „antyimperialistyczny”. Obecnie czwarty maja to dzień młodzieży. Najbardziej zasłużonym jej przedstawicielom przyznaje się nawet Medal Czwartego Maja i opisuje się ich w mediach.

„Czwarty szóstego” to data masakry na Tiananmen. W tym roku czwartego czerwca dziennik „Renmin Ribao” zamieścił artykuł o tym, iż według sondaży chińscy studenci z optymizmem patrzą w przyszłość i popierają działania partii i rządu.

Ana bywa więc niedelikatna. Trochę ją ponosi, gdy ci sami znajomi studenci, którzy uczą nas, jak powiedzieć po chińsku „wolność słowa” albo „trójpodział władzy”, zaczynają opowiadać, że podobnie jak kiedyś Chinom próbowano narzucić dyktat 1919 roku, tak i dziś próbuje się wpływać na wewnętrzne sprawy chińskie, a właściwie to i oni byliby za siłowym rozwiązaniem kwestii tajwańskiej. Ucina wtedy dyskusję.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Trudno wywnioskować z twarzy studentów, co czują, gdy wspomnieć przy nich o „czwartym szóstego”. Milkną i zmieniają temat. Nie dlatego bynajmniej, że boją się na ten temat rozmawiać. Za prywatne rozmowy na podobne tematy nikt nikogo nie ściga. Byle nie rozmawiać w zbyt dużym gronie, byle się nie organizować, byle dyskusja nie stała się zbyt głośna. Odnoszę wrażenie, że ich milczenie podyktowane jest uczuciem bliskim europejskiemu wstydowi.

W połowie maja studenci zorganizowali na uniwersyteckim kampusie zbiórkę pieniędzy na operację dla poważnie chorego kolegi. Po chińsku: przy bramach długie, przykryte czerwonym materiałem stoły, czerwone pudła na pieniądze i zeszyty, gdzie darczyńcy wpisywali słowa otuchy dla chorego. Zabrakło tylko jednego: słów poparcia od władz uczelni. To dziwne – władze prowincjonalnych uniwersytetów zwykle wspierają inicjatorów podobnych akcji, wygłaszając na ich rozpoczęcie parę entuzjastycznych słów.

– Studenci zapomnieli o dacie – wytłumaczył mi znajomy Chińczyk. – W maju władze szczególnie uważają na to, co dzieje się na kampusach. Zakazać akcji nie mogły, ale popierać jej też nie chciały. A gdyby studentom przyszło do głowy, by przy okazji przeciwko czemuś zaprotestować? Kto wie, w co by to się mogło przerodzić? Lepiej więc przemilczeć i przeczekać.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.