Wiosna 2021, nr 1

Zamów

Jest ja, ale mnie nie ma Filmowy portret młodego pokolenia

Próba opisu tożsamości „pokolenia transformacji”, czyli młodzieży dorastającej w Polsce po przełomie 1989 roku, okazuje się niezwykle trudna. Pokolenia tego nie łączy już – pisze Hanna Świda-Ziemba w pracy Wartości egzystencjalne młodzieży lat dziewięćdziesiątych – wspólny światopogląd, aksjologia i kod komunikacyjny. Trudność ta znajduje odzwierciedlenie w określeniach, jakimi próbuje się czasem to pokolenie opisywać. Nazywa się je pokoleniem X, pokoleniem bez historii, bez biografii. Pośród nich są również i takie, które stanowią próbę dookreślenia – pokolenie frugo, młode wilki. Ostatnie z nich odsyła do kina.

Portret czy „gęba”

„Młode wilki” oraz „Młode wilki 1/2” zrealizował Jarosław Żamojda, utalentowany operator filmowy, który wymyśloną przez siebie samego historią o licealistach debiutował jako reżyser. Filmy te powstały wprawdzie na fali powodzenia „Psów” Władysława Pasikowskiego, pretendowały jednak do opisu pewnej generacji. „Młode wilki 1/2” powstały – mówił reżyser – w odpowiedzi na setki listów, jakie aktorzy i realizatorzy filmu dostali od czasu jego premiery (chodzi o „Młode wilki”). Sukces pierwszej części dowodzi, jak bardzo nastoletni widzowie poszukują swojego portretu na ekranie. Stanowią przecież nowe i czasami trudne do zrozumienia pokolenie, dorastające w innych warunkach politycznych i gospodarczych.

Liczba widzów, jaką zgromadziły w kinach oba filmy Żamojdy, pozwoliła uplasować się im w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych filmów ostatniego dziesięciolecia (to zestawienie nie uwzględnia jeszcze „Ogniem i mieczem” ani „Pana Tadeusza”). „Młode wilki 1/2” z wynikiem ponad 600 tysięcy widzów zajęły czwarte miejsce, a gromadzące około 550 tysięcy widzów „Młode wilki” – siódme. Z tego zestawienia jednoznacznie wynika, że młodzi ludzie oglądali je chętnie, trudno natomiast orzec, czy w „młodych wilkach” odnaleźli siebie, czy też do kina przywiodła ich raczej chęć zabawy, jaką proponuje kino komercyjne.

Bohaterowie obu filmów to dziewiętnastoletni chłopcy. Modnie ubrani, wypielęgnowani, mają dobre samochody, długonogie dziewczyny i pieniądze, o których ich rodzicom nawet się nie śni. Pracują dla szefa przemytniczej grupy. Główny bohater „Młodych wilków” z niedawnego prymusa, bez większych problemów i bezboleśnie, przeistacza się w niezwykle sprawnego przemytnika. Życie wypełnia się treścią i wszystko byłoby dobrze – można przeczytać w jednym ze streszczeń filmu – gdyby nie nadchodził nieubłagany dzień, w którym trzeba przejechać przez granicę z towarem wartym pięć milionów dolarów.

„Młode wilki”, wbrew nazwie, są znacznie łagodniejsze od „młodych psów”, o których w „Słodko-gorzkim” opowiedział Władysław Pasikowski. Treścią życia jego nastoletnich bohaterów – także licealistów – jest wyczynowy seks (uprawiany w łazienkach i na szkolnych wycieczkach), bywanie w nocnych klubach i na wernisażach oraz zamiłowanie do sztuki oratorskiej. Bohaterowie Pasikowskiego bowiem nie rozmawiają, lecz wygłaszają kwestie, stanowiące połączenie przekleństw i „szpanerskich” odzywek, urozmaiconych niekiedy nazwiskiem na przykład postaci historycznej. Taki styl wypowiedzi ma niezbicie dowodzić, jak nieprzeciętną osobowością jest mówca.

Krytykowanie filmów Żamojdy i „Słodko-gorzkiego” nie jest niczym oryginalnym. Trudno jednak traktować je inaczej i to wcale nie dlatego, że bohaterowie tych filmów używają wulgarnego języka i że epatuje się w nich przemocą i seksem. Rzecz w tym, że wyłaniający się z nich portret „młodych wilków” i „młodych psów” (a właściwie całego świata przedstawionego) jest po prostu powierzchowny i bardzo schematyczny. Cała ta kolorowa i często mocno zdeprawowana zewnętrzność, do której odwołują się ich twórcy, jest tutaj jedynie dekoracją, pomimo że poprzez nią przecież ujawnić się może coś niesłychanie istotnego. Trudno zaprzeczać, że ta właśnie rzeczywistość może być także jednym z głównych bohaterów opowieści o młodych ludziach, bo to przecież świat, z którym oni się nierzadko identyfikują i za którym tęsknią (czy może tylko tak się im wydaje). Dlaczego jednak budzi on taką fascynację, skoro bywa często przepastnie pusty czy po prostu tandetny – dowiedzieć się z tych filmów nie można. Próżno w nich również szukać odpowiedzi na nasuwające się w oczywisty sposób pytania: skąd się bierze tak często obecna w bohaterach tych filmów agresja, dlaczego tak łatwo omijają oni wartości, które przetrwały – bagatela – dwa tysiące lat i dlaczego to ominięcie albo przekroczenie w jakiś istotny sposób nie narusza ich wewnętrznego spokoju, nie budzi wątpliwości?

Sprzeciw wobec takich filmów wynika oczywiście z tego, że prezentują one pewną określoną życiową filozofię, niemal zupełnie pomijając konsekwencje wynikające z jej praktykowania, ale również stąd – że wyłaniająca się z nich wizja świata nie wykracza poza tę lansowaną w kolorowych pismach typu „Popcorn” czy „Bravo Girl”. Ten świat pełen jest gadżetów, zupełnie pozbawiony natomiast żywych ludzi. Ich bohaterowie sprowadzeni zostają także do funkcji takich gadżetów. Pozbawione szarych komórek dziewczyny i życiowo (czytaj seksualnie) doświadczeni młodzieńcy poubierani są w pozy i miny, tym bardziej sztuczne, że często nieporadnie zagrane. Nawet jeżeli ktoś taki istnieje w rzeczywistości, to w „Słodko-gorzkim” – bo o bohaterach konkretnie tego filmu tutaj mowa – nie jest osobą, ale szeleszczącym papierem modelem. Winę za to ponoszą nie tylko niedoskonali warsztatowo młodzi aktorzy, ale przede wszystkim twórcy, którzy tak jednowymiarowo ten świat i bohaterów zaprojektowali i przedstawili. Nawet jeżeli w ich zewnętrznych zachowaniach czy autentycznej przecież młodości jest jakaś prawda, to schemat, w którym ich zamknięto, unieważnia także i to. „Czy to my?” – pytają czasem sami zainteresowani. Tymczasem wciąż powstają tego rodzaju filmy. Najnowszy z nich, opowiadający o maturzystach wykradających tematy maturalne, opatrzony został znaczącym tytułem „To my”.

Dystrybutor reklamował „Słodko-gorzki” jako „drapieżną, bezkompromisową opowieść o współczesnej młodzieży”. Wydaje się jednak, że pasowani na kontestatorów twórcy tego rodzaju filmów – paradoksalnie i oczywiście wbrew swoim intencjom – dołączają do grona tych, którzy zwykli kwitować niekonwencjonalne i niezrozumiałe zachowania młodych ludzi twierdzeniem – ach, ta dzisiejsza młodzież! Wzorem tamtych także zamykają ją w schemacie, także patrzą na nią z zewnątrz, różnica polega jedynie na tym, że pierwsi krytykują, a drudzy uprawiają apologię. Obie postawy wydają się świadczyć o bezradności wobec rzeczywistości, z którą mierzyć się musi młody człowiek – zarówno w sobie samym, jak i w spotkaniu ze światem.

Cała ta „drapieżność” i „bezkompromisowość” sprowadza się tutaj do powtarzania oczywistych półprawd – młodzież używa wulgarnego języka, a jej największą ambicją jest łatwy seks i pieniądze, szczytem marzeń modne ciuchy, dobry samochód i reprezentacyjny partner. Takiego uproszczonego do granic możliwości schematu używa się również do opisu relacji z dorosłymi. Pozytywny obraz rodziny – przypomina ona grupę kumpli – wypada raczej bezbarwnie. Obraz negatywny osiąga natomiast rozmiary monstrualnej karykatury: znienawidzona nauczycielka jest po prostu faszystką o znacząco brzmiącym nazwisku – Gnat. Trudno tego rodzaju obrazy traktować serio, podobnie jak bunt i nonkonformizm bohaterów, które sprowadzone zostają tutaj do czytania na lekcjach „Playboya” oraz wyczynowego seksu („Słodko-gorzki”), ewentualnie „męskiej” przygody, której motorem napędowym są łatwe pieniądze („Młode wilki”).

Przywoływane filmy dowodzą czegoś zupełnie przeciwnego niż to, co sugerował jeden z ich twórców, twierdząc, że współczesna młodzież stanowi nowe, czasami trudne do zrozumienia pokolenie. Otóż, bohaterów wymienionych filmów zrozumieć można boleśnie łatwo. Trudno natomiast oprzeć się wrażeniu, że ich twórcy dali się zwieść pozorom, że w swych „drapieżnie bezkompromisowych opowieściach o współczesnej młodzieży” nie tylko niczego istotnego nie odsłaniają, ale raczej przyprawiają swoim bohaterom „gęby”.

Od wewnątrz

Niesprawiedliwe byłoby twierdzenie, że w polskim kinie znaleźć można jedynie taki zamknięty w płaski schemat portret młodego pokolenia. Zdarzają się oczywiście próby szkicowania głębszego, bardziej wielowymiarowego wizerunku młodego człowieka. Są i tacy twórcy, którzy próbują zobaczyć, co wynika dla niego z nowej sytuacji społeczno-politycznej, w której przychodzi mu żyć, jak wpływa ona na to, co dzieje się z nim i w nim. Natalia Koryncka-Gruz, autorka „Amoku”, umieszcza swojego bohatera w świecie pełnym atrybutów „nowego”. Maciek – młody dziennikarz komercyjnego radia – z powodów służbowych trafia na warszawską giełdę. Jest rok 1993, trwa hossa, rodzą się i upadają fortuny. Maciek poznaje Maksa, jednego z giełdowych graczy, który zgadza się wtajemniczyć go w mechanizmy i sekrety giełdy oraz związanego z nią środowiska. Przyjaźń z Maksem okazuje się próbą charakteru, a realizacja reporterskiego zadania czymś o wiele więcej niż tylko grą o dobry materiał czy zainwestowane pieniądze. Stawką w tej grze staje się on sam.

Pomimo że debiutująca tym filmem reżyserka może zanadto chciała zrealizować polskie „Wall Street”, „Amok” jest interesującą próbą opowiedzenia o spotkaniu młodego człowieka z rzeczywistością, a także o wewnętrznej przemianie, jaka się pod wpływem tego spotkania dokonuje. Bohater – inteligentny młody człowiek – znakomicie zorientowany i radzący sobie w realiach wolnego rynku, okazuje się za słaby, żeby stawić czoło zdeprawowanemu światu – zostaje przezeń wchłonięty.

Portrety zupełnie innego bohatera – młodego człowieka z prowincji – przynoszą ciekawe, debiutanckie filmy Jana Hryniaka – „Przystań” i Urszuli Urbaniak – „Torowisko”. Prowincja pokazana jest w nich jako kwintesencja nudy i braku perspektyw. Bywa to jednocześnie miejsce malownicze, a niekiedy również jakby bardziej niewinne niż miasto (dotyczy to zwłaszcza „Przystani”). Prowincja wydaje się w tych filmach także metaforą sytuacji wewnętrznej. Główne bohaterki – młode wrażliwe kobiety – ograniczone są nie tylko miejscem, w którym żyją, i tym co robią (jedna jest świetliczanką, druga pracuje na kolei), ale także własną konstrukcją psychiczną i wrażliwością. Również wewnętrznie przynależą do innego świata niż ten, który stwarza szansę sukcesu. Tęsknią oczywiście za zmianą, trudno sobie jednak wyobrazić, aby tę tęsknotę mógł zaspokoić sukces, oznaczający po prostu urządzenie się w życiu. Okazuje się zresztą, że przebojowość wcale nie musi prowadzić do realizacji marzeń, czego dowodzą losy drugiej bohaterki „Torowiska”. Jej dramat i klęska są bardzo dotkliwe, ona jednak także w pewnym sensie wygrywa – ocala bowiem w sobie coś niezwykle ważnego. Podobnie jest w przypadku bohaterki „Przystani” – jej zawód okazuje się gorzkim, ale jednak zwycięstwem. Oba filmy nie są wolne od potknięć warsztatowych i pewnych uproszczeń myślowych, stanowią jednak oryginalną próbę opowiedzenia o rzeczywistych ludziach, o ich bolesnych spotkaniach ze światem i samym sobą.

Niezwykle drapieżny obraz prowincji i młodych ludzi stamtąd przynosi również „Poniedziałek” – debiut reżyserski cenionego operatora Witolda Adamka. Bezrobotni bohaterowie filmu nie tylko jednak – jak chcieli twórcy – są spychani na margines społeczny, ale w jakiś sposób sami to miejsce wybierają. Hurtownia, w której pracował jeden z nich, zbankrutowała, chłopak wraz z przyjacielem z wojska rozpoczyna więc brutalną egzekucję długów. Seans okrucieństwa, jaki zgotują swoim dłużnikom, każe widzieć w nich raczej bandytów niż skrzywdzonych. To prawda, że znaleźli są w bardzo trudnej sytuacji. Twórcy filmu widzą w niej okoliczności łagodzące dla przemocy, której ich bohaterowie dopuszczają się wobec słabszych i być może bardziej pokrzywdzonych niż oni. Teza wynikająca z „Poniedziałku” całkowicie jednak przeczy temu, co w tym filmie tak sugestywnie przedstawiono.

Niekonwencjonalne uzupełnienie portretu młodego człowieka z prowincji (którą mogą być także peryferie wielkiego miasta) przynoszą filmy Łukasza Wylężałka. Ten twórca zwykł przedstawiać świat jakby odbity w krzywym zwierciadle. Jego bohaterowie tworzą groteskową galerię darmozjadów – czasem zabawnych („Darmozjad polski”), czasem okrutnych („Balanga”).

W przywoływanych filmach spróbowano zarysować status społeczny bohaterów. Są pośród nich inteligenci, dzieci zamożnych biznesmenów oraz notabli, część wywodzi się z rodzin proletariackich, niektórzy z lumpenproletariackich, niezmiernie rzadko można spotkać pośród nich bohatera ze wsi. Różnią się między sobą nieznacznie wyglądem i sposobem bycia. Jeżeli przywiązani są do jakichś wartości, to zazwyczaj przegrywają one w zetknięciu z twardą rzeczywistością. Dzieje się tak jednak chyba nie tylko dlatego, że zbyt mało znaczą dla bohaterów, ale również dlatego, że dano im w ich świecie za mało miejsca i że twórcy po prostu nie bardzo radzą sobie z opowiadaniem o nich.

Bohater na przykład „Egzekutora” Filipa Zylbera zostaje postawiony wręcz w sytuacji granicznej – oto stary, schorowany i antypatyczny człowiek, którym opiekuje się w ramach studenckich praktyk, domaga się, żeby pomógł mu zakończyć wegetację, na którą jest skazany. Proponuje mu za tę przysługę pieniądze i niejako pomaga wypełnić zadanie. Odtąd wrażliwy student, chyba psychologii, stanie się płatnym mordercą. Pełne ekspresji zdjęcia Jarosława Szody i muzyka Tomasza Stańki sprawiają, że wykreowany w filmie Zylbera świat jest niezwykle sugestywny, tyle że znowu – i temu światu, i bohaterowi, a właściwie niemal wszystkim postaciom – brakuje wewnętrznej prawdy. Opowiedziana w nim historia nie jest w stanie unieść dramatu, o którym usiłuje mówić. Twórcy chcieli chyba zbyt dużo – moralitet opowiedziany w konwencji kina sensacyjnego zupełnie się nie powiódł. Ta konwencja odebrała mu wiarygodność.

Podobnie stało się w przypadku „Gniewu” Marcina Ziębińskiego – historii skomplikowanych relacji między braćmi, z których młodszy ucieka z poprawczaka. Dotyczy to także „Nocnych Graffiti” Macieja Dutkiewicza, filmu opowiadającego o młodej narkomance, w którą wcieliła się gwiazda muzyki pop – Kasia Kowalska. W dwóch ostatnich przypadkach z pewnością jednak o moralitet nie chodziło, raczej o wartkie kino, które ich twórcy próbowali wspomóc głębszym problemem.

Uwięzieni w konwencji

Lecząc kompleksy, polscy twórcy próbują nierzadko podążać drogą przetartą w rodzimej kinematografii przez Władysława Pasikowskiego. „Młode wilki” to powielanie modelu „Psów” – tyle że wylansowana przez ich twórcę konwencja „kina bandyckiego” została w filmach Żamojdy znacznie złagodzona. Wysiłki obu reżyserów koncentrują się na dbaniu o wartki przebieg akcji, a nie budowaniu portretów psychologicznych bohaterów i w niczym nie zmienią tego deklaracje samych autorów tych filmów ani oświadczenia w rodzaju: „Młode wilki 1/2” nie są filmem o przemocy i zbrodni. Jest to film o przyjaźni, lojalności i pierwszej miłości. (.) film o marzeniach i pragnieniach. Zarówno tych zwykłych, banalnych jak szybkie samochody i ładne dziewczyny, jak i głębszych – jak chęć znalezienia swojego celu w życiu, poznania własnej tożsamości.

Nie zamierzam twierdzić, że posługiwanie się konwencją kina akcji zawsze musi prowadzić do uproszczenia i spłaszczenia przedstawianego świata. Oczywiście nie musi, ale filmy w rodzaju „Długu” Krzysztofa Krauzego – który on sam określa jako film sensacyjny – należą jednak do wyjątków. Nietrudno też zauważyć, że jego twórcy mieli zupełnie inne motywacje niż reżyserzy wcześniej przywoływanych tytułów, co odciska się zresztą na całości – wyborze aktorów, sposobie używania tej konwencji w procesie kreowania całego przedstawianego świata etc. Dla twórców „Długu” formuła kina akcji jest jedynie jednym ze środków do osiągnięcia celu, a nie celem samym w sobie. Dlatego będąc filmem sensacyjnym, „Dług” jest jednocześnie kinem opowiadającym o rzeczach najważniejszych, uniwersalną historią – moralitetem o naturze zła i ludzkiej kondycji. Jest także drapieżną i bezkompromisową opowieścią o dotyczącej nas bezpośrednio rzeczywistości oraz mierzących się z nią współczesnych młodych ludziach. Próbujący założyć własny biznes bohaterowie „Długu” wikłają się w zgubną dla siebie zależność, z której w żaden sposób nie mogą się wyplątać. Okazuje się, że zdani są wyłącznie na siebie. Zbrodnia, którą popełniają, aby wyzwolić się spod władzy sadystycznego przestępcy, oznacza także ich totalną klęskę. Pokazana jest w sposób odrażający, bliski temu jak przedstawił ją Krzysztof Kieślowski w „Krótkim filmie o zabijaniu”. Te filmy mają wiele wspólnego. Oba są kinem tak sugestywnym, że odbiera się je niemal każdym zmysłem.

Przywoływanie filmu Krzysztofa Krauze w towarzystwie „Słodko-gorzkiego” czy „Młodych wilków” jest trochę niezręczne, bo to i inna klasa, i inny format, dobrze jednak pokazuje, na czym polega całkowite podporządkowanie się określonej konwencji, a na czym posłużenie się nią jako narzędziem. Wskazuje również na coś jeszcze – co może z tych obu sytuacji wynikać, bo rzecz nie w tym – jak trafnie zauważa twórca „Długu” – że filmy muszą być śmiertelnie poważne, ale że powinny poważnie traktować rzeczywistość.

Odsądzanie kina popularnego od czci i wiary na nic się oczywiście nie zda, nawet jeżeli czasem na to zasługuje. Jego twórcy i promotorzy zawsze mogą zasłonić się właśnie konwencją, dowodząc, że chodzi w nim przecież o zabawę, a nie o dociekanie prawdy. Ten rodzaj kina dobrze odzwierciedla pewną jakościową zmianę, jaka dokonała się w kulturze – przedmiotem zabawy może być dzisiaj wszystko. Nic, nawet sacrum, nie jest nietykalne. Oczywiste jest, że jeżeli ten „program rozrywkowy” realizowany jest kosztem tego, co dla wielu z zaproszonych do zabawy jest święte, przynajmniej niektórzy z nich odmówią w niej udziału. Nie można jednak nie dostrzegać także i tego, że filmy w rodzaju „Fuksa” Macieja Dutkiewicza, „Zakochanych” Piotra Wereśniaka czy „Chłopaki nie płaczą” Olafa Lubaszenki – bawiące jednych, a irytujące drugich – nie usiłują pretendować do tego, czym nie są. Na plus niektórych z nich – mam tu na myśli zwłaszcza „Fuksa” – zapisać można również to, że postarano się, aby ich bohaterowie byli nie tylko zabawni, ale również niepozbawieni autentyzmu. Agnieszka Krukówna sprawiła, że jej – nieprzemęczająca się zbytnio myśleniem – bohaterka jest także osobą, a nie jedynie ładną buzią i zgrabnym ciałem z reklamy. Aktorka przede wszystkim bawi się tą postacią, przy okazji jednak opowiada również o kimś rzeczywistym. Wyłamującą się ze schematu postać niebanalnego młodego człowieka tworzy w „Fuksie” również Maciej Stuhr.

Komediowa formuła tego i podobnych mu filmów służy przede wszystkim zabawie, a nie diagnozowaniu rzeczywistości. Ich autorzy, opowiadając swoje kolorowe historie, odwołują się wprawdzie do rzeczywistości, zawsze wolą jednak zamknąć je w konwencji bajki niż opisywać jej autentyczne właściwości. To jest z pewnością bezpieczniejsze.

Świat nieprzedstawiony

Polscy twórcy znajdują się w naprawdę trudnej sytuacji. Oczekuje się od nich, że będą mierzyć się z nową, a wciąż nieopisaną rzeczywistością. Świat po zmianie okazuje się jednak tak skomplikowany, że nie tylko kinu stawia opór (być może jedyna naprawdę udana próba zmierzenia się z nią to właśnie „Dług”). Ta trudność tkwi przede wszystkim w materii samej rzeczywistości, wynika chyba jednak również i stąd, że wciąż brakuje języka, który pomógłby nowy świat ogarnąć i nazwać to, co w nim istotne (tak jak na przykład „kino moralnego niepokoju” nazywało fikcję oficjalnej wizji peerelowskiej rzeczywistości). Trudność jest tym większa, że dotychczasowe kody kulturowe wyczerpały się albo też nierzadko utraciły swoją dotychczasową moc. To natomiast, co na przestrzeni ostatnich lat dokonało się w sztuce audiowizualnej, doprowadziło do powstania zupełnie nowej estetyki. Od sztuki oczekuje się więc dzisiaj nie tylko tego, żeby opisywała nową rzeczywistość, ale żeby robiła to w nowy sposób.

Odwołująca się do poetyki reklamy i teledysku nowa estetyka wydaje się jedną z szans na nawiązanie kontaktu z rzeczywistością i publicznością, zwłaszcza z młodym pokoleniem, którego wrażliwość estetyczna – a czasem także etyczna – formowana jest właśnie głównie poprzez nią. Nic dziwnego, że twórcy filmowi tak chętnie posługują się nią, słusznie twierdząc, że kryje ona w sobie duży potencjał. Próbował go twórczo wykorzystać Michał Rosa w „Farbie” – historii dwojga młodych ludzi, podróżujących bez wyraźnego celu po Polsce. Język, którym posłużył się ten twórca, nie tylko uwiarygodnia świat i bohaterów, ale sprawia, że ta historia opowiadana jest jakby od środka, poprzez pryzmat ich wrażliwości. Pozwala także – jak mówił reżyser – poskrobać rzeczywistość, by zobaczyć, co kryje się pod farbą kolorowych gadżetów, które tak lubi tytułowa bohaterka. Pomaga wreszcie ujawnić, że jej agresja wobec świata skrywa wielką samotność i zagubienie. Trudno uznać „Farbę” za dzieło skończone i w pełni udane. Ten film próbuje jednak być czymś w rodzaju spotkania z kimś, kogo trudno zrozumieć, ale jednocześnie kimś rzeczywistym.

Zbytnie zawierzenie opisywanej estetyce bywa również pułapką – grozi zerwaniem więzi z rzeczywistością. Kreowane za jej pomocą światy konstytuują te upozowane – rodem z telewizyjnej reklamy czy billboardu. Nie próbują o nich opowiadać – to mogłoby być bardzo ciekawe – ale po prostu nimi są, tak jak na przykład „Billboard” Łukasza Zadrzyńskiego. Bohaterowie jego filmu wywodzą się ze środowiska reklamy, co już samo w sobie niemało obiecuje. Naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego twórcy tak wiele energii włożyli w to, żeby wmieszać swoich bohaterów w jakieś dziwaczne przygody, niewiele uwagi poświęcili natomiast im samym. Znowu więc ekran zapełniają modele, a nie żywi ludzie.

Syndrom braku osobowości, którym dotknięci są często bohaterowie polskich filmów, nie oznacza niestety zazwyczaj próby opowiadania o człowieku bez właściwości, ale wynika raczej z nieumiejętności obdarzenia go jakimś wewnętrznym życiem i prawdą. Nie udaje się to przy tym nie tylko twórcom uprawiającym kino popularne czy tylko próbującym z nim flirtować, ale nierzadko także tym, którzy wybierają model stanowiący zupełne jego zaprzeczenie.

Zawsze szukam w kinie – mówi jeden z tych twórców, Mariusz Grzegorzek – czegoś intensywnego, przejmującego, baśniowego. Jego najnowszy film – „Królowa aniołów” – jest nie tylko baśniowy, ale próbuje opowiadać o jakimś straszliwym wewnętrznym poranieniu i emocjonalnym kalectwie. Główny bohater wypowiada w pewnym momencie naprawdę rozpaczliwe słowa: Nikt mnie nie kocha, nie powinienem się był urodzić, a jednak jego ból nie boli. Bohaterowie Grzegorzka to znowu raczej fantomy niż ludzie. Wypowiadane przez nich słowa czasem nawet poruszają, nie sposób się jednak zidentyfikować z tymi, którzy je wypowiadają. Bardzo trudno przejąć się ich losem czy po prostu im uwierzyć. Nie bójcie się tego filmu – prosi jego twórca – nie uciekajcie przed nim zmęczeni chorą rzeczywistością. Ten film jest pocałunkiem. Ten pocałunek trudno jednak przyjąć, a jeszcze trudniej na niego odpowiedzieć.

Jan Skrzetuski kontra Franz Maurer

Wszystko wskazuje na to, że jedynym bohaterem w kinie polskim ostatnich lat, z którym naprawdę silnie utożsamiła się młoda publiczność, jest Franz Maurer – jeden z „Psów”. Ciekawe jest to, że jego przeszłość – to ubek przekształcony w policjanta – wydaje się zafascynowanej nim publiczności w ogóle nie przeszkadzać. Dla niej, podobnie jak dla kreowanych na ekranie młodych bohaterów, polityczna biografia okazuje się czymś zupełnie bez znaczenia. Oto na przykład niezależni filmowcy z Zielonej Góry – tworzący grupę „Sky Piastowski” – pieniądze na realizację swojego najnowszego filmu „.Że życie ma sens” – dostali m.in. od zielonogórskiego oddziału ZSMP. Dla nas – mówi jeden z nich – nie ma znaczenia, czy pieniądze pochodzą od SLD, AWS, czy prywatnego sponsora.

Ten problem, mówiący przecież coś istotnego o tożsamości pokolenia transformacji, w jego ekranowym portrecie przywoływany bywa niesłychanie rzadko. Pojawił się w „Grach ulicznych” Krzysztofa Krauzego. Bohaterowie – młodzi dziennikarze realizujący „gorące” reportaże w prywatnej telewizji – przypadkiem wikłają się w sprawę zabójstwa krakowskiego studenta Stanisława Pyjasa. Początkowo sprawa ta jest dla nich jedynie kolejnym „tematem do zrobienia”. Dopiero w trakcie zdobywania materiałów rodzi się ich świadomość i zaangażowanie. Historia, zwłaszcza ta dotycząca PRL, jest dla bohaterów „Gier ulicznych” – podobnie jak dla wielu współczesnych młodych ludzi – archeologią i kombatanctwem. Mają dosyć „etosu” i tym podobnych spraw. Radosny śmiech widzów podczas słynnej sceny z „Psów”, w której pijani ubecy niosą swojego kolegę na drzwiach, śpiewając: „Janek Wiśniewski padł”, chyba także o tej postawie opowiada.

Nie tylko niechęć, z jaką współcześni młodzi ludzie odnoszą się często do polityki, budzi nikłe zainteresowanie filmowców. Do rzadkości należą również próby opowiedzenia o duchowej tożsamości młodego człowieka. Takich bohaterów, jak dotknięta kalectwem dziewczyna z dokumentu „Twarzą w twarz z papieżem”, opowiadająca o radzeniu sobie z cierpieniem, doświadczeniu wiary oraz dorastaniu do miłości (także tej do mężczyzny), rzadko spotkać można w filmie fabularnym. Warto dodać, że nie jest ona jedyną bohaterką, trwającego niespełna godzinę filmu Grzegorza Tomczaka. Pomimo to autorom udało się opowiedzieć o niej niezwykle głęboko.

Bohater, wyłaniający się z ekranowego portretu młodego pokolenia, to zazwyczaj ktoś albo słaby, albo papierowy, a często jedno i drugie. Franz Maurer w wykonaniu Bogusława Lindy jest natomiast silny, a siła ta wzmocniona jest niełatwą do wyjaśnienia charyzmą – obdarzonego także nieprzeciętnym talentem – aktora. Mitologia męskości i siły, do której odwołali się twórcy kreując tę postać, okazała się niezwykle pociągająca. Być może zagubionym w rzeczywistości oraz mającym nierzadko problem z określeniem własnej tożsamości młodym ludziom, potrzebny jest taki właśnie bohater – silny, wolny od wahań, a jednocześnie pełen szczególnego „romantyzmu”. Z całą pewnością w jego zaskakującej popularności niemały udział ma również słabość polskiego kina, które nie potrafiło wykreować bohatera, mogącego stawić mu czoło.

Młoda publiczność dała ostatnio liczne dowody swojej sympatii wobec innych bohaterów – Skrzetuskiego i Pana Tadeusza, a być może najbardziej wobec odtwórcy tych postaci. Ciekawe, czy bohaterowie zagrani przez Michała Żebrowskiego mają szansę naruszyć pozycję Franza Maurera? Ich formacja, a także model aktorstwa, jaki stara się realizować ten utalentowany aktor, mocno odbiegają od preferowanych wzorców. Czy i na ile okażą się atrakcyjne i czy zostaną docenione? Być może odpowiedź na to pytanie mogłaby przynieść rola pozwalająca Żebrowskiemu zdjąć historyczny kostium. Jego dojrzale zagrany niedojrzały Jimmy Porter (z przedstawienia dyplomowego według „Miłości i gniewu” Osborne’a) pozwala przypuszczać, że mógłby opowiedzieć o współczesnym młodym człowieku nie tylko sugestywnie, ale – być może – powiedzieć w jego imieniu coś istotnego.

W swoim imieniu

Interesujące dopełnienie portretu współczesnych młodych ludzi w kinie stanowią filmy realizowane przez nich samych, poza oficjalnymi strukturami kinematografii. Powstają one zazwyczaj przy udziale przyjaciół, często za własne pieniądze. Od dwóch lat część z nich pokazywana jest na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, w sekcji off-festiwal. Dwa spośród prezentowanych w ubiegłym roku – „Kallafiorr” Jacka Borcucha1 i „Zabij ich wszystkich” Przemysława Wojcieszka2 – zyskały pewien rozgłos.

Pierwszy to luźna opowieść o grupie znajomych, którym przytrafiają najzwyklejsze oraz zupełnie niecodzienne zdarzenia. Jednym z nich jest spotkanie z. Jezusem. Nie ma nic – mówi Jezus. Z tych słów wbrew pozorom wiele wynika. Film Borcucha to jednak przede wszystkim rodzaj zabawy kinem i w kino, w której odnaleźć można fascynację filmami w rodzaju „Rejsu” Marka Piwowskiego. Radość tworzenia, która wydobywa się z filmu Borcucha, wydaje się jednak zdecydowanie większa niż radość oglądania. Pełne sale podczas projekcji „Kallafiorra” (film miał swoją kinową premierę!) świadczą jednak o tym, że niektórym ta zabawa także sprawia przyjemność.

„Zabij ich wszystkich” Przemysława Wojcieszka to wypowiedź bardzo serio, wręcz wykrzyczana (dosłownie) przez główną bohaterkę filmu. Dziewiętnastoletnia Ewa przyjeżdża do dużego miasta (mieszka na prowincji). Brat, z którym miała się spotkać, właśnie wyjechał, czeka więc na niego w mieszkaniu, które wynajmuje on z dwójką kolegów. W mieście trwają starcia młodzieży z policją (jeden z młodych ludzi zginął). Dziewczyna solidaryzuje się z biorącą udział w zamieszkach młodzieżą. O policjantach mówi – faszyści, taktykę odziedziczyli po ZOMO. Co chwila wybucha agresywnym gniewem, którego adresatem jest obłudny świat. Jego synonimem są „oni” – policja, władza, ci wszyscy, którzy próbując urządzić się w życiu, zdradzili swoje ideały. O jednym z nich mówi z pogardą: bojownik podziemia w garniturze od Diora (.) zaczął ględzić, że tracił wzrok przy powielaczu. Jest wobec nich bezlitosna, czyni ich odpowiedzialnymi za całe zło i niesprawiedliwość świata, w którym nie może znaleźć dla siebie miejsca: To wszystko ich wina – wykrzyczy. Z jej ust padną jeszcze mocniejsze słowa: Żeby zmienić cokolwiek, trzeba wszystkich zabić. (.) Potrzebne jest pokolenie, które zapędzi ich do morza i potopi jak świnie. Padają słowa wulgarne i pełne złości. Ten atak nie jest jednak zupełnie ślepy – o ojcu mówi z szacunkiem: Od czterdziestu lat robi to, co potrafi. Jest zwykłym nauczycielem historii. Okaże się zresztą, że „oni” to nie tylko „starzy”, ale również ci, do których dołączyła. Przekonuje się, że są zwykłymi „zadymiarzami”, to takie same świnie jak inni – powie o nich.

Ta miotająca się w gniewie i agresji dziewczyna wydaje się kimś straszliwie zagubionym – wie kim nie chce być, ale – zdaje się – nie bardzo wie, kim jest i kim chce być. Znakomicie opisują ją słowa z wiersza Wojaczka: Jest ja / ale mnie nie ma. Określa siebie poprzez negację. Szukając „mnie”, krzyczy, kopie i kąsa (także w znaczeniu dosłownym). Jej bunt i agresywne zachowanie nie wynikają chyba jednak z dzikiej potrzeby niszczenia, ale raczej z nieumiejętności budowania. Wydaje się, że bohaterka Wojcieszka walczy o coś naprawdę istotnego – o świat uczciwszy i lepszy. Osobnym problemem jest to, czy takimi metodami można go zbudować.

Dwaj pozostali bohaterowie filmu również nie mają pomysłu na siebie i własne życie, już się jednak nie buntują, jakby wiedzieli, że z takiego buntu niewiele może wyniknąć. Poruszające jest to, że wszyscy oni – także dziewczyna – pomimo istotnych różnic, a niekiedy też wzajemnej agresji, potrafią być ze sobą solidarni i troszczyć się o siebie nawzajem. Potrafią też – rzadko, ale jednak – znaleźć jakąś pozytywną możliwość: Wszędzie można – mówi jeden z nich – znaleźć miejsce dla siebie, nieważne gdzie, ważne, żeby to było twoje miejsce. Sami jednak nie umieją go odnaleźć, jedynie o nim marzą: Spać, zmienić się we śnie, urodzić się na nowo do nowego życia. Tymczasem świat, do którego przynależą, odczuwają podobnie, jak przywoływany już wcześniej „poeta przeklęty” odczuwał swój: Jest poręcz/ ale nie ma schodów (.) Jest ciemno/ jest ciemno jak najciemniej/ mnie nie ma/ Nie ma spać/ Nie ma oddychać/ Żyć nie ma (.)

Jak radzi Pan sobie z samotnością?

To pytanie zadał pewien młodych człowiek Krzysztofowi Piesiewiczowi podczas sesji, poświęconej twórczości Krzysztofa Kieślowskiego, zorganizowanej w kwietniu tego roku przez studentów teologii Uniwersytetu Opolskiego. Wysiłek, jaki wkładali w to, aby mogła dojść do skutku, budził prawdziwy podziw. Obecność Krzysztofa Piesiewicza napawała ich dumą i radością, oni i pozostali uczestnicy – w większości studenci – słuchali niezwykle uważnie tego, co do nich mówił. Sami także opowiadali o swojej fascynacji filmami twórcy „Dekalogu” i nowelami filmowymi, które od czasu jego śmierci Piesiewicz pisze już sam. Te liczne dowody podziwu, kierowane przez młodych ludzi pod adresem obu twórców, wydają się wyrażać potrzebę rozmowy o rzeczach istotnych, rozmowy z kimś bardziej doświadczonym niż oni, z kimś, do kogo mają zaufanie.

Młodzi lubią się bawić – to przywilej młodości – ale każda zabawa kiedyś musi się skończyć, czasem wbrew woli jej uczestników. Poza tym nawet ta dostarczająca najmocniejszych wrażeń nie jest chyba w stanie zagłuszyć pytań, jakie postawili Krystianowi Lupie młodzi widzowie jego „Braci Karamazow”. W Paryżu – opowiada artysta – młodzi ludzie czatowali na mnie między aktami, łapali za rękaw i chcieli rozmawiać. Nie pytali o znaczenie przedstawienia, ale o moje stanowisko wobec Boga. Czy uważam, że świat nie ma sensu, czy jest katastrofą?

Jeden z uczestników sesji poświęconej Kieślowskiemu mówił: jest nam potrzebne kino, które pyta o kondycję człowieka, ukazuje jego tęsknoty, próbuje stawiać pytania kluczowe, dotyczące życia. Chciałoby się oglądać filmy, w których prowadzony jest uczciwy dialog twórcy z widzem. Te tęsknoty zostały w nas, młodych ludziach, na nowo obudzone podczas tych dwóch dni. (.) Próbowaliśmy odpowiedzieć na pytanie: jak zachować wrażliwość wobec niełatwej rzeczywistości, która nas otacza. Próbowaliśmy odfałszowywać rzeczywistość.

Być może młodzi widzowie, którzy poszli na „Młode wilki” oraz zafascynowani są Franzem Maurerem, także pragną odfałszowywać rzeczywistość. Pytanie, czy kino, które wybierają, może im w tym pomóc. Może zresztą to zbyt wiele wymagać od kina, żeby zajmowało się odfałszowywaniem rzeczywistości. Co jednak wówczas, kiedy okazuje się, że ją fałszuje? Takie kino, nawet to najbardziej schlebiające widzowi, po prostu odwraca się od człowieka – zarówno tego, któremu opowiada, jak również tego – o którym opowiada.

A on jest nieustannie ciekawy, wciąż pozostaje nieodkrytą w pełni tajemnicą, pomimo że powiedziano już o nim tak wiele. Taki jest również młody człowiek z pokolenia transformacji, którego portretu próbowałam tutaj szukać. Próby odnajdywania go przynoszą niezwykle interesujący i bogaty materiał. Szkoda jednak, że z tego materiału tak rzadko czyni się materię filmów, w których próbuje się o nim opowiadać.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

_________________________
Katarzyna Jabłońska – absolwentka polonistyki UW. Z „Więzią” współpracuje od 1992 r., od 1997 r. sekretarz redakcji. Publikowała także w „Tygodniku Powszechnym” i „Kwartalniku Filmowym”. Mieszka w Otwocku.

_________________________
1 Jacek Borcuch – ur. 1970. Muzyk i piosenkarz, aktor Teatru Muzycznego w Gdyni. Zagrał m.in. w „Długu” Krzysztofa Krauzego.

2 Przemysław Wojcieszek ma dwadzieścia sześć lat. Nie ukończył żadnej szkoły filmowej. Jest autorem scenariusza „Poniedziałku” w reż. Witolda Adamka, a także scenariusza „Made in Poland”, zakwalifikowanego m.in. na warsztaty scenariuszowe w Seregelyes na Węgrzech, organizowane przez Sundance Instytut Roberta Redforda. W kwietniu 1999 r. założył firmę „Rebellion Films”. „Zabij ich wszystkich” jest pierwszym wyprodukowanym przez nią filmem. Zrealizowany został w ciągu kilku dni w wynajętym mieszkaniu. Wszystkie osoby zaangażowane w jego powstanie pracowały za darmo. Całkowity budżet filmu wyniósł dwadzieścia sześć tysięcy złotych.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.