Jesień 2021, nr 3

Zamów

Czy SLD jest normalną partią polityczną? (ankieta)

Jednym z najistotniejszych wymiarów polskiego życia, w których mówi się o pojednaniu, jest polityka. Rozmowa o pojednaniu w życiu politycznym wydaje się nam jednak niemożliwa bez jednoczesnej odpowiedzi na pytanie: „Czy SLD jest normalną partią polityczną?”. To właśnie pytanie postawiliśmy kilkudziesięciu wybitnym naukowcom, komentatorom i politykom. Świadomie nie próbowaliśmy doprecyzować pytania bardziej szczegółowo, zdając sobie sprawę, jak wiele można uznawać kryteriów „normalności” ugrupowań politycznych. Poniżej prezentujemy otrzymane odpowiedzi (Red.).
———————————————————

Ryszard Bugaj

Ekonomista, były przewodniczący Unii Pracy

Każde polityczne ugrupowanie spojone jest zarówno personalnymi więziami swoich członków, jak i pewną ideową wspólnotą – głównie wizją pożądanego ładu ustrojowego. Do istoty politycznych ugrupowań często należy też specyficzny stosunek do faktów z historii. Na tych przede wszystkim elementach budowana jest więź ugrupowania z wyborcami. Bywa oczywiście, że znaczna część wyborców nietrafnie postrzega cechy różnych ugrupowań i udziela im poparcia, choć nie jest to zgodne z ich aspiracjami.

SLD tym przede wszystkim różni się od innych ugrupowań, że zachowania tej partii określone są przede wszystkim przez silne, historyczne więzi personalne, natomiast zupełnie marginesowe znaczenie ma jego tożsamość ideowa. Sojusz w ślad za poprzedniczką (przejście od SdRP do SLD miało charakter czysto technologiczny) wypisuje na szyldzie słowo „socjaldemokracja” i „lewica”, jednak – przy całym identyfikacyjnym zamęcie, jaki panuje – trudno w tym dostrzec coś więcej niż reklamowe ogłoszenie.

W poprzedniej kadencji parlamentu środowisko Sojuszu stanowiło decydujący składnik rządu i wtedy właśnie obniżono podatki dla zamożnych, prawie zlikwidowano podatki spadkowe, pozbawiono emerytów „płacowej waloryzacji” świadczeń, ograniczono prawa bezrobotnych, zniesiono ustawowe gwarancje wzrostu płac pracowników sfery budżetowej, zrealizowano program powszechnego uwłaszczenia (NFI), pozwolono eksmitować lokatorów „na bruk” itd.

Pewne – bardzo szczególne przywiązanie do wartości lewicowych (a raczej lewicowo-liberalnych) w SLD znaleźć można w sferze spraw obyczajowych – oraz nieufności do tradycji narodowej i Kościoła. Ale to wąska przestrzeń. Leszek Miller w każdym razie (jako minister spraw wewnętrznych) mógł bez ryzyka głosić tradycyjny postulat konserwatywnej prawicy: udostępnić ludziom broń w celu samoobrony.

Marek Borowski (podczas dyskusji opublikowanej w „Gazecie Wyborczej”) uznał, że lewica (czytaj: SLD) tym różni się od prawicy, że po prostu lepiej rządzi. Wydaje się, że wyraził w ten sposób najważniejsze przekonanie swojego środowiska.

Prawie niczym nie ograniczona ideowa elastyczność środowiska SLD istniała już od początku tego ugrupowania, a dziś pozwala na bezkonfliktowe dostosowywanie polityki partii do interesów swojego bliskiego zaplecza i do zmiennych politycznych koniunktur.

Istnieje coś więcej niż ścisła genetyczna więź między aparatem PZPR w schyłkowym kresie komunizmu w Polsce a grupą przywódczą SLD. Schyłkowy okres polskiego komunizmu to okres całkowitej bezideowości rządzących elit. PZPR w tamtym czasie wyrzekła się jakiejkolwiek misji i stała się czystą strukturą władzy. Działacze motywowani byli nieomal wyłącznie przez swoje kariery osobiste. Miało to także dobre strony: kierownictwo PZPR zdecydowało się na Okrągły Stół, bo – po prostu – dostrzegło szansę zabezpieczenia swojej pozycji, natomiast było im obojętne, w ramach jakiego porządku ustrojowego tej szansy szukają.

Po przełomie ludzie PZPR przekształcili swoją partię w ugrupowanie, które nazwali socjaldemokracją, bo też trudno sobie wyobrazić, by nazwali się chadekami lub konserwatystami. Ale to była po prostu przekształcona struktura dawnej partii władzy. To formalnie nowe ugrupowanie nie było skrępowane ideową tradycją ani programową tożsamością, natomiast było (i jest) silnie spojone wspólnotą biografii i interesów. Ugrupowanie to, jak żadne inne, potrafiło więc łączyć elastyczność i jedność działania.

Ugrupowania „posierpniowe” były skazane na ideowe spory i podziały. Zorganizowane środowisko postkomunistyczne żadnych sporów nie toczy, natomiast skutecznie dyskontuje błędy obozu posierpniowego i zyskuje poparcie ogromnej większości tych, którym ustrojowe przemiany (realizowane często w skrajnej postaci) przyniosły życiową porażkę.

SLD nie jest funkcjonalnym składnikiem demokratycznego ładu. Nie jest biegunem programowego przywództwa, nie kreuje wielkiej alternatywy. SLD świadczy „polityczne usługi dla ludności”. Elastycznie i koniunkturalnie dostosowuje swoje hasła, a w pewnych granicach także praktyczną politykę, do społecznych nastrojów. SLD jest sprawny, obliczalny i pragmatyczny. Jeżeli pominąć jego genezę, to – trzeba przyznać – coraz bardziej przypomina zachodnie socjaldemokracje, także wolne już od znaczących idei, kapitulujące przed neoliberalnym walcem.

Skuteczność SLD daje jej dominującą pozycję i wymusza pospolite ruszenie po drugiej stronie. Ale spoiwem obozu przeciwnego jest jak dotąd tylko pożądanie władzy. Jednocześnie (może na szczęście!) nie wszystkie idee w tym obozie zostały porzucone, a zarazem nie podjęto poważnej próby stworzenia z nich zrównoważonej syntezy. Nałożyła się na to zwykła demoralizacja. Nie większa niż w obozie SLD, ale lepiej widoczna i oznaczająca załamanie społecznej nadziei (a więc niewybaczalna). To wszystko oznacza, że dominacja SLD jeszcze się powiększy i może trwać długo.

Co to będzie oznaczać dla Polski? Psychiczny dyskomfort dla wielu (prezydent Kwaśniewski i premier Miller), ale żadnych dramatycznych zdarzeń, żadnego zagrożenia dla demokracji. Trochę drugorzędnych korekt w polityce. Jakich? Przeczytałem uważnie program SLD z jej założycielskiego kongresu. Całkowicie pusty, żadnych zobowiązań. Będzie jak będzie – w zależności od bieżącej sytuacji. Jeśli jednak szukać motta dla przyszłych rządów SLD, to może warto przytoczyć cytat z wypowiedzi Leszka Millera do SLD-owskiej młodzieży: Nie będziemy wam mówić, jak się ubierać, jakiej muzyki słuchać, z kim i jak się kochać, bo to są wasze wybory. Jeżeli macie dość wojen już dawno zakończonych, konfliktów dawno wygasłych, jeżeli macie dość zwietrzałego styropianu i rozmaitych etosów, jeżeli chcecie budować nowoczesne państwo polskie, to chodźmy razem w XXI wiek (cytat za „Gazetą Wyborczą”).

————————————————————–

Antoni Dudek

Historyk, publicysta

Jeśli spojrzymy na polską scenę polityczną oczami zagranicznego obserwatora, koncentrującego się na bieżących wydarzeniach, to SLD będzie dlań nie tylko normalną, ale wręcz wzorową partią, działającą w ramach porządku demokratycznego. Sojusz spełnia wszystkie wymogi stawiane przez ustawę o partiach politycznych, należy do Międzynarodówki Socjalistycznej, a w jego programie trudno znaleźć bodaj ślad niechęci do systemu liberalnej demokracji. Z około stutysięczną bazą członkowską jest też prawdopodobnie, uwzględniając coraz wyraźniejszą erozję struktur PSL, najliczniejszym polskim ugrupowaniem. Od siedmiu lat – z krótką przerwą na przełomie lat 1997/98, która umożliwiła zwycięstwo wyborcze AWS – cieszy się poparciem największej i stale rosnącej grupy wyborców. W 1993 roku Sojusz doszedł do władzy otrzymując 20,5 proc. głosów, w cztery lata później wybory wprawdzie przegrał, ale poparcie ponad 27 proc. wyborców zapewniło mu pozycję głównej siły opozycyjnej. Od kilku zaś miesięcy chęć głosowania na SLD deklaruje około 40 proc. respondentów, co sprawia, że – po raz pierwszy w historii III Rzeczypospolitej – uprawnione stały się rozważania o możliwości zdobycia przez jedno ugrupowanie bezwzględnej większości w przyszłym Sejmie.

A jednak coś jest nie tak. Coś sprawia, że u wielu Polaków – i to bynajmniej niekoniecznie o prawicowych sympatiach (vide: Ryszard Bugaj) – te trudne do zakwestionowania sukcesy SLD budzą nie tyle zrozumiałą zazdrość, ile niesmak połączony z rozgoryczeniem i rozczarowaniem. Tym czymś jest oczywiście peerelowska przeszłość i pezetpeerowskie korzenie Sojuszu, które – jak wynika z opublikowanych ostatnio danych CBOS – są jako negatywne doświadczenie w dalszym ciągu ważne dla połowy Polaków. Dokładnie tylu jest bowiem zdania, że SLD – w mniejszym lub większym stopniu – ponosi moralną odpowiedzialność za dyktatorskie rządy PZPR.

Właśnie komunistyczna geneza SLD i wciąż kultywowana w szeregach tej partii, choć od pewnego czasu coraz wstydliwiej maskowana nostalgią za epoką PRL, są w moim przekonaniu głównym czynnikiem, odróżniającym to ugrupowanie od większości podmiotów działających na naszej scenie politycznej. Co więcej, nie sądzę, aby w perspektywie rozpoczynającej się dekady sytuacja ta miała ulec zmianie i to bynajmniej nie dlatego, że na grudniowym kongresie SLD zakończyła się fiaskiem podjęta z inicjatywy prezydenta Kwaśniewskiego próba bardziej radykalnego rozliczenia się z przeszłością. Leszek Miller, który zablokował wówczas zapoczątkowane wspólnymi siłami ośrodka prezydenckiego i „Gazety Wyborczej” wyciąganie osławionego „trupa z SLD-owskiej szafy”, zdaje sobie bowiem sprawę, że żadne ekspiacyjne wystąpienie nie zmieni utrwalonego przez historię podziału opinii publicznej. Dla około połowy Polaków Miller, Oleksy, Szmajdziński czy Janik pozostaną ludźmi z komunistycznego aparatu władzy, bez względu na to, co będą mówić i ilu jeszcze działaczy dawnej opozycji demokratycznej zdołają przeciągnąć na swoją stronę. Z drugiej zaś strony, ze wspomnianych już badań CBOS wynika, że dla 48 proc. badanych Sojusz nie musi się rozliczać z peerelowskiej przeszłości, gdyż nie ma takiej potrzeby (jak uważa większość tej grupy) lub już to uczynił (zdaniem mniejszości). W tej sytuacji wszelkie apele do postkomunistów o dokonanie rzetelnego rachunku sumienia wydają się naiwne, jałowe i potrzebne jedynie wąskiej grupie ludzi, która z mozolnych prób nakłonienia liderów SLD do bodaj symbolicznej pokuty uczyniła rodzaj misji.

Odmienność SLD na polskiej scenie politycznej nie ogranicza się wszakże wyłącznie do jego komunistycznych korzeni, chociaż to w nich właśnie należy upatrywać praźródła dwóch innych oryginalnych cech tej formacji, a mianowicie odmiennego stylu uprawiania polityki i bagatelizowania znaczenia kwestii ideowo-programowych. W przeciwieństwie do ugrupowań wywodzących się z obozu solidarnościowego, a nawet PSL, Sojusz odznacza się podziwu godną hermetycznością w sprawach związanych z konfliktami wewnętrznymi i walką o władzę w partii. Wprawdzie na przestrzeni kończącej się dekady w prasie wielokrotnie spekulowano na temat rywalizacji między liderami Sojuszu, ale tylko raz – kiedy Włodzimierz Cimoszewicz zażądał usunięcia Leszka Millera w związku ze sprawą tzw. moskiewskiej pożyczki – konflikt ten został upubliczniony. Nie przeszkodziło to zresztą obu politykom pracować później zgodnie w rządzie Cimoszewicza. Jeszcze bardziej spektakularny przejaw demonstracyjnej solidarności nastąpił w styczniu 1996 r., gdy – w trzy dni po wszczęciu przez Prokuraturę Warszawskiego Okręgu Wojskowego śledztwa w sprawie domniemanej współpracy Józefa Oleksego z wywiadem rosyjskim – konwencja SdRP wybrała go przytłaczającą większością głosów na nowego szefa partii. Nie sądzę, aby w Polsce znalazła się druga znacząca partia polityczna, która wobec wysunięcia wobec jej działacza oskarżenia tej rangi zaryzykowałaby uczynienie zeń wizytówki.

Najbardziej radykalni krytycy SLD tłumaczą to zjawisko dominacją w jego elicie przywódczej mentalności charakterystycznej dla kliki czy wręcz gangu, w których wzajemna solidarność stanowi wartość najwyższą. Nie sądzę, aby tak było. Po prostu na naszej scenie politycznej elementarna lojalność jest zjawiskiem tak rzadkim, że jej pojawienie się (nawet jeśli ma ona – jak to jest w przypadku SLD – źródło w tzw. wspólnocie strachu) frustruje wszystkich tych, którzy już zapomnieli o jej istnieniu.

Nieco inaczej ma się sprawa z tożsamością ideową Sojuszu. SdRP jest partią dość hermetycznie zamkniętą w swoich szeregach, partią z ubogim życiem wewnętrznym. To partia, która nie formułuje opinii ani wobec zjawisk bieżących, ani wybiegających w przyszłość. Cierpi na uwiąd koncepcyjny. Tę surową ocenę przedstawił we wrześniu 1998 roku na łamach „Gazety Wyborczej” Sławomir Wiatr. Od tego czasu SdRP w oszałamiającym tempie przeobraziła się w SLD-bis, wchłaniając przy okazji szereg mniejszych podmiotów politycznych. Dokonano tego bez większych zgrzytów personalno-organizacyjnych, ale i bez szerszej dyskusji na temat programu nowej partii, którego założenia pozwolono opracować świeżo „importowanemu” z UW Andrzejowi Celińskiemu. Widoczna w tym ostatnim kroku nonszalancja i lekceważenie, z jakim SLD traktuje kwestie programowe, odróżnia go od większości innych ugrupowań politycznych w Polsce, w których wprawdzie pełno jest cyników i bezideowych karierowiczów, ale jednocześnie toczy się zażarte boje o sprawy wykraczające poza rozdział posad i innych konfitur.

Czy w świetle tego, co napisałem wyżej o „nienormalności”, a właściwie mentalnej i genealogicznej odmienności SLD, możliwe jest pojednanie między ludźmi wywodzącymi się z obu wielkich obozów politycznych, dominujących w naszym życiu politycznym? Sądzę, że w takim zakresie, w jakim to było możliwe, takie pojednanie już się dokonało w latach 1989-1993. Obie strony zaakceptowały w tym okresie prawo przeciwnika do legalnego istnienia, wykluczyły możliwość używania przemocy i pogodziły się z możliwością utraty władzy na rzecz drugiej strony, z zagwarantowaniem wszakże szans na jej odzyskanie. Pozostaje oczywiście pytanie, czy bardziej zdecydowane kroki rządu Mazowieckiego, a następnie prezydenta Wałęsy wobec SdRP w latach 1990-1991 nie doprowadziłyby do trwałego osłabienia potencjału postkomunistów, ale ma to już wyłącznie charakter historycznych spekulacji. Po 1993 roku ostatnim realnym przejawem pojednania stał się consensus wokół podstawowych zasad polskiej polityki zagranicznej, czyli starań o przyjęcie naszego kraju do NATO i Unii Europejskiej. Więcej nie należy oczekiwać. Można naturalnie pomarzyć o osiągnięciu podobnego consensusu w sprawie apolityczności administracji państwowej, służb specjalnych czy mediów publicznych, ale niskie morale całej naszej klasy politycznej wyklucza realność takiego scenariusza.

————————————————————–

Jerzy Holzer

Profesor historii, Instytut Studiów Politycznych PAN

Nie bardzo wiem, co należy w ogóle uznać za normalną, a co za nienormalną partię polityczną. Czy jest taką partią PSL, które stara się być czynnym w życiu politycznym chłopskim związkiem zawodowym? Czy jest taką partią AWS, luźny blok wyborczy i parlamentarny, albo też jej poszczególne części składowe – raczej grupki niż partie? Czy jest taką partią którekolwiek ugrupowanie na prawo od AWS, powstałe z rozłamu lub szykujące się właśnie do kolejnego, każde z nich i nietrwałe, i przesiąknięte ideologią, choćby wbrew oczywistym potrzebom politycznym? Czy jest taką partią Unia Pracy, znów raczej grupka niż partia, po ciężkich przejściach, które pozbawiły ją wielu najbardziej znanych przywódców? Najbardziej jeszcze do owego miana normalności pretendować mogłaby Unia Wolności, choć niewielka liczebnie, ale będąca trwałym i stabilnym elementem życia politycznego w Polsce.

Już z tego wyliczenia wynika kilka pozytywnych określeń normalnej partii, zwłaszcza zaś nowoczesnej partii europejskiej w systemie parlamentarnej demokracji, partii przełomu XX i XXI wieku. Taka partia nie może być dziś reprezentantką partykularnych interesów jednej grupy społecznej (jeszcze kilkadziesiąt lat temu inaczej bywało). Musi mieć pewien, choć trudny do konkretnego ustalenia, wymiar ilościowy. Musi zachowywać trwałość jako element życia politycznego. Nie może być tworzonym ad hoc blokiem wyborczym czy parlamentarnym. Nie może wreszcie być sektą ideologiczną, przesiąkniętą fanatyzmem, uniemożliwiającym funkcjonowanie w warunkach pluralizmu politycznego, a więc zmuszających do kompromisów z przedstawicielami innych poglądów politycznych i ideowych.

W paradoksalny sposób SLD odpowiadałby wszystkim wyliczonym dotychczas określeniom. Nie jest przecież reprezentantką interesów jednej grupy społecznej. Szuka klienteli wśród robotników i wśród chłopów, wśród inteligencji i wśród menedżerów, ma też silną pozycję w środowiskach drobnego, średniego i wielkiego biznesu. Jest partią stosunkowo liczną (zarówno jeżeli mowa o członkach, jak sympatykach), a w warunkach polskich nawet bardzo liczną. Jest trwałym elementem polskiego życia politycznego, poza PSL najstarszym jego uczestnikiem, w tych samych formach i pod taką samą nazwą, choć trzeba wziąć pod uwagę przekształcenie z bloku w partię jednolitą, lecz również ten blok był trwały i nie ograniczał się do funkcji wyborczych i parlamentarnych. Wreszcie SLD cechuje ideologiczna otwartość i polityczna elastyczność, by nie określić tego wręcz jako koniunkturalizm.

Przecież jednak trudno określić właśnie SLD lub nawet przede wszystkim SLD jako normalną partię przełomu XX i XXI wieku. Czy można bowiem nadać taką rangę partii, która powstała bezpośrednio z przekształcenia partii antydemokratycznej, sprawującej dyktaturę przez niemal półwiecze? Czy jest to normalny rodowód partii, działającej w warunkach parlamentarnej demokracji?

Rzecz nie polega na jeszcze jednym przyznaniu się do błędów przeszłości, potępieniu własnego dziedzictwa. Nic bowiem nie zmieni faktu, że na tym samym zjeździe rozwiązano dawną niedemokratyczną partię komunistyczną, a po „wyprowadzeniu jej sztandarów” powołano nową partię demokratyczną. Tworzyła nową, socjaldemokratyczną z nazwy strukturę część działaczy partii komunistycznej. Przywództwo objęli znani już (choć rzeczywiście czynni nie w pierwszym rzędzie i nie wyłącznie oni) przedstawiciele dotychczasowego komunistycznego aparatu partyjnego i państwowego. Przez wiele lat toczyły się boje o rozliczenie majątku dawnej PZPR i do dziś nie są jasne losy znacznej jego części.

SLD nie jest normalną partią polskiej parlamentarnej demokracji. To nie oznacza, abym chciał pozbawić ją prawa do działania w nowym systemie i przypisywał jej wyłącznie czy nawet głównie funkcje negatywne. SLD jest partią komunistycznego dziedzictwa, która odwołuje się przede wszystkim do byłych członków i sympatyków PZPR, ale też do tych wszystkich, którzy nie radząc sobie najlepiej w nowych warunkach demokracji i wolnego rynku, dotknięci zostali późną nostalgią. Właśnie dlatego jej powtarzana demokratyczna opcja spełnia doniosłą, choć ambiwalentną funkcję w budowie polskiej demokracji.

W Niemczech po narodowym socjalizmie Konrad Adenauer świadomie, choć bez deklarowania tego, uznał potrzebę daleko posuniętego dyskretnego milczenia na temat przeszłości, aby ułatwić w ten sposób pogodzenie się z nowym systemem milionów ludzi czynnie lub choćby biernie akceptujących system poprzedni, niedemokratyczny. W ostatnich trzydziestu latach toczyły się w Niemczech dyskusje, w których stanowisko Adenauera często poddawano krytyce, ale czasami także akceptowano. Charakterystyczne przy tym, że owa akceptacja nie była zależna od bieżącej postawy politycznej. Jak formułowano to niekiedy, owe przemilczenia były moralnie naganne, ale dla zaakceptowania demokracji przez miliony ludzi niezbędne. Natomiast krytycy takiej „linii Adenauera” przypisywali jej wszelkie niedostatki i płycizny niemieckiej demokracji. Do niedostatków zaliczyć należało także protest następnego pokolenia, skrajny ruch 1968 roku, który moralnemu relatywizmowi niemieckiej demokracji przeciwstawił moralny fundamentalizm walki z demokracją, prowadzonej jednak z odwrotnej od narodowego socjalizmu strony. Inna sprawa, kiedy i jak moralny fundamentalizm przerodził się u niektórych jego wyznawców już nie w moralny relatywizm, lecz po prostu amoralizm.

SLD spełniałby więc w szczególny sposób funkcję godzenia z demokracją byłych zwolenników komunizmu lub tych, którzy go nostalgicznie choć post factum wspominają. Ze względu na rozmiar zjawiska jest to ogromnej wagi usługa na rzecz demokracji. Drugorzędne staje się właściwie to, jakie intencje przyświecają przy tym animatorom SLD – czy jest to głównie spóźniona, lecz rzetelna chęć wzmocnienia demokracji, czy też dążenie do utrzymania władzy w takim świecie i takiej Europie, w jakiej przychodzi im teraz działać. Zapewne nie zasłużyliby oni na przypomnienie zdania, iż w niebie więcej radości z nawróconego grzesznika niż z wielu sprawiedliwych, ale byłoby to rozumowanie bardziej moralizatorskie niż polityczne.

Tu znów jednak dotykamy sporu podstawowego: czy demokracja w taki sposób budowana jest lepsza od niedemokracji, czy też gorsza od demokracji pogłębionej, w pełni świadomej i zbudowanej na rozliczeniu z indywidualną i zbiorową przeszłością? Na taką alternatywę nie ma trafnej odpowiedzi, poza tą, która problem przenosi do innego wymiaru. Rzeczywistość polityczna (i moralna) kraju, który przeżył dziesięciolecia dyktatury, nie jest normalna. Dlaczego więc dziwić się temu, że takie sukcesy może odnosić w tej rzeczywistości partia normalna inaczej, normalna partia nienormalnej rzeczywistości?

Ciąży jednak nad nami doświadczenie zachodnioeuropejskiego roku 1968, a w dalszej kolejności niemieckiej Frakcji Czerwonej Armii czy włoskich Czerwonych Brygad. Czy następne polskie pokolenie przyjdzie znów rozliczać naszą nienormalną rzeczywistość polityczną i element tej rzeczywistości – SLD? Czy moralny relatywizm zastąpi moralnym fundamentalizmem, a demokrację obwini o zaniedbania? Czy konflikty, jakie ominęliśmy na drodze do demokracji, nie wrócą później i w innej formie? I czy istnieje inna „normalna” droga od dyktatury do demokracji?

————————————————————–

Jan Kofman

Politolog, profesor Uniwersytetu w Białymstoku i Instytutu Studiów Politycznych PAN

Pytanie sformułowane w zaproszeniu do udziału w ankiecie, podejmując aktualne i ważne zagadnienie życia publicznego, zawiera już w sobie sugestię odpowiedzi, iż w zestawieniu z innymi bytami partyjnymi z „normalnością” SLD nie wszystko jest jak należy. Wzorzec owej „normalności” nie jest zresztą łatwy do odtworzenia, a każdy z nas zapewne inaczej uporządkowałby charakteryzujące go cechy. Niemniej, jeśli przyjąć, że najwyraźniej odróżniają SLD od pozostałych większych ugrupowań (także od PSL) kłopoty tożsamościowe Sojuszu i jego geneza, to początkowe uwagi poniższe można by sprowadzić do kwestii, czy i jak na dzisiejszy SLD wpływa przeszłość, antenaci partii z okresu już choćby peerelowskiego?

Trochę wątpię, by na ten temat dało się jeszcze powiedzieć coś bardziej oryginalnego. Znany jest fakt, że większość aktywnych przywódców Sojuszu wywodzi swój rodowód z PZPR; że wielu z nich pełniło nawet kierownicze funkcje w ówczesnym aparacie partyjnym, rządowym i gospodarczym; że wśród 16 regionalnych liderów SLD nie ma nikogo, kto by nie miał za sobą stażu pezetpeerowskiego; że w związku z tym jednoznaczne odcięcie się SLD od tej przeszłości i od PRL jest prawie niemożliwe pod groźbą szoku tożsamościowego; że przywódcy Sojuszu wnieśli najpierw do SdRP, a teraz do SLD jako swe wiano pewne obyczaje i nawyki, sposób myślenia i postawy mentalne z okresu terminowania w PZPR.

Są to stwierdzenia na poziomie oczywistości. Może zatem lepiej byłoby wyjść od określenia miejsca SLD w życiu politycznym i poszukać właśnie owych cech konstytutywnych dla „normalności” Sojuszu? Najważniejsze jest chyba to, że SLD uczestnicząc w życiu publicznym działa zgodnie z przewidzianymi prawem demokratycznymi procedurami. Przekształciwszy się organizacyjnie w SLD, postkomuniści – tak ich sobie pozwolę określać, wbrew opinii większości Polaków, którzy woleliby nazywać ich socjaldemokratami (według badań PBS ze stycznia br.) – umacniają i rozwijają swoje struktury, imponują skutecznością działania i zwartością szeregów, dysponując relatywnie dobrymi kadrami aktywistów na szczeblu centralnym i wojewódzkim. Na tle koalicji rządzącej, zwłaszcza AWS podminowanej sprzecznościami, bliskiej zapaści i kto wie, czy nie rozpadu, prezentują się niemal świetnie. I tak ich odbiera opinia publiczna. Przytoczona deklaracja ankietowanych jest znacząca z dwóch przynajmniej względów. Po pierwsze, odzwierciedla stan świadomości zbiorowej, o czym niżej, a po wtóre, w ten sposób legitymizuje, a więc i właśnie „unormalnia” Sojusz.

Dlaczego tak się dzieje? Czy powszechne przekonanie o kłótliwości, braku profesjonalizmu i egoizmie partyjnym („republika kolesiów”) AWS jest słuszne? Moim zdaniem, do pewnego tylko stopnia, częściowo zaś zasadza się na nieporozumieniu. Nie wykształciliśmy bowiem jeszcze w sobie charakterystycznej dla rozwiniętych demokracji większej aprobaty dla różnorodności opinii, opcji ideowych i światopoglądowych, formalnego wyodrębniania się frakcji i skrzydeł zarówno w skali ogólnej, jak i w ramach jednego ugrupowania. Przeciwnie, od rządzących oczekujemy ujednoliconych poglądów, jednoznaczności postaw, jednomyślności stanowisk, harmonijnej współpracy – bez kłótni i swarów. Jest to oczywiste, nie przezwyciężone dotychczas dziedzictwo socjalizmu realnego, ale też przejaw tęsknoty do wspólnotowego fenomenu pierwszej Solidarności. Toteż ludziom podoba się, iż przywódcy SLD, całkiem inaczej niż w AWS i koalicji rządzącej, niemal nie upubliczniają i nie roztrząsają dzielących ich różnic stanowisk, nie dezawuują i nie atakują się wzajemnie, przeważnie też nie ujawniają istniejących nieporozumień i niechęci personalnych.

Trzeba tu docenić rolę eseldowskiego marketingu politycznego, umiejętność oferowania każdemu czegoś miłego: pracownikom i pracodawcom, zwolennikom liberalizacji w życiu społecznym i rzecznikom twardego kursu wobec przestępców, bycia za, jak i przeciw udziałowi kapitału zagranicznego w gospodarce, szczególnie w bankowości czy mediach, opowiadanie się za opiekuńczymi funkcjami państwa i etatyzmem, przeciw reprywatyzacji, ale za liberalistyczną prywatyzacją. W takim melanżu poglądów można widzieć brak spójności programowej, chociaż bardziej prawdopodobne, że jest to niespójność wkalkulowana, podporządkowana walce o elektorat i często stosowana w bardziej dojrzałych niż polski systemach partyjnych.

Od innych ugrupowań odróżnia postkomunistów, ważne dla możliwości działania na scenie politycznej, posiadanie silnej bazy finansowej, którą wnieśli w wymarzonych dla takich operacji latach 1988-1990 i w okresie wspólnych rządów z PSL. Ów wyróżnik finansowy (choć jego genezy nie można odrywać od kontekstu politycznego i etycznego) nadaje Sojuszowi także znamię partii „normalnej”, może bardziej „normalnej” niż inne.

Niewątpliwie niedocenianą przeważnie przyczyną dzisiejszej silnej pozycji Sojuszu był – dość nieoczekiwanie – polityczny i społeczny kontekst, w którym uwikłani byli postkomuniści po przemianie 1989 roku. Myślę tu o znaczeniu czynnika subiektywnego i psychologicznego dla spoistości SLD. Postkomunistów charakteryzował wówczas syndrom oblężonej twierdzy, poczucie odrzucenia i wykluczenia społecznego. W obliczu realnej – wydawało się – możliwości zmarginalizowania, wzajemna lojalność stała się rękojmią spoistości, podobnie jak aprobowanym zachowaniem, niemal cnotą, nieprzejrzystość podejmowanych przez nich interesów. Powiada się, że owe więzi dziedziczone po epoce PRL i wzmocnione przez ów syndrom mają charakter na poły mafijny i korupcyjny. Jeśli nawet zgodzić się z tą opinią, to w niewielkim stopniu dotyczy ona szeregowych członków SLD, a już w ogóle ma się nijak w odniesieniu do obecnego elektoratu Sojuszu.

Szybki powrót postkomunistów na scenę polityczną jako aktywnych jej uczestników był dla nich samych zaskoczeniem, nawet o tym nie marzyli w Sejmie kontraktowym i częściowo I kadencji, przygotowani na długoletnią kwarantannę, której w istocie nie odbyli. W ciągu lat następnych, zwłaszcza gdy współrządzili, przeszli metamorfozę: z zakompleksionych, wydawało się – dość niepewnych siebie, do wcale często demonstracyjnie triumfujących i zadufanych. Bo są też teraz wyraziście, niekiedy dojmująco, widoczni na wszystkich szczeblach władzy – ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, w administracji centralnej i samorządowej, w mediach publicznych i prywatnych oraz – co zasadnicze – w gospodarce. Sojusz panuje nad swoimi związkami zawodowymi (OPZZ), powołał do życia organizację młodzieżową, ma niemałe wpływy na wsi; jeśli – na co się zanosi – w praktyce uzależni od siebie Unię Pracy, to ostatecznie zawłaszczy pojęcie lewicy, tak przydatne z medialnego i propagandowego punktu widzenia.

Ocena postkomunistów byłaby ułomna, gdyby nie wspomnieć o ich rządach w latach 1993-1997. Wprawdzie w wyniku dobrej koniunktury gospodarczej i postępu transformacji systemowej realizowanej przez gabinety obozu posierpniowego, ale także dzięki własnej wstrzemięźliwości, nie popsuli wówczas tego, co zastali, niemniej nie podjęli, choć mogli, niezbędnych reform. Lecz było to nie tylko wynikiem wygodnego asekuranctwa, ale – co się rzadko wymienia – także skutkiem przyjęcia innej wizji państwa – interwencjonistyczno-etatystycznej, o peerelowskich jeszcze korzeniach. Zresztą i dzisiejszy SLD do niej nawiązuje, krytykując z jej perspektywy bezlitośnie poczynania koalicji i szczęśliwie dla siebie przeczekując trudny społecznie i gospodarczo okres. Sojusz ponownie udowadnia, że jest partią całkiem „normalną” i racjonalną, kalkulując, co mu się najbardziej opłaca z punktu widzenia poparcia społecznego.

SLD jest partią władzy, której „ideologią jest brak ideologii” i dla której chęć utrzymania władzy, pozostania przy niej, korzystania z jej owoców – dominuje nad wyborami o charakterze ponadpartykularnym. Ale i w tym sensie jest SLD – paradoksalnie – partią zwykłą, „normalną”. Kwestie ideologiczne i programowe nie są najważniejsze w praktyce codziennej. Bywa tak, że poważne partie mają poczucie misji do spełnienia, co im pozwala podejmować decyzje niepopularne nawet na przekór partyjnemu interesowi, choć właśnie w zgodzie z szeroko pojmowaną korzyścią dla kraju. Jak dotąd, postkomuniści są bardziej „normalni” w tym węższym sensie.

Tak jednoznacznie nie dałoby się tego samego powiedzieć o AWS i UW, ugrupowaniach trochę jakby z innej bajki. Deklarują one bowiem ustami swych reprezentatywnych liderów, i w dużym stopniu tak postępują, podejście odmienne od praktycyzmu i utylitaryzmu SLD. Można by je nazwać swego rodzaju pozytywistycznym romantyzmem, jakkolwiek wewnętrznie sprzeczny jest ów związek pojęciowy. Pozostawiając na boku moralno-ideowe konsekwencje tego podejścia, trzeba by uznać, iż jego skutki polityczne i społeczne mogą w krótkiej perspektywie czasowej prowadzić do poważnego osłabienia autentycznej formacji przemian, wręcz do dezintegracji AWS i, kto wie, czy nie zmarginalizowania UW, co w sumie byłoby złą wróżbą dla kraju i dalszych reform.

W efekcie jednak to SLD jest przykładem powagi, roztropności, dbałości o interes ogólny i maluczkich, jest „normalny” w odbiorze publicznym, natomiast jakby mniej „normalnie” wypadają w nim partie obozu posierpniowego; w większości widziane jako zideologizowane, pasjonujące się nie tym, co ważne dla obywateli, lecz dekomunizacją, lustracją, aborcją, pornografią, wartościami chrześcijańskimi w mediach czy odwrotnie, zapatrzone wyłącznie w gospodarkę – walkę z inflacją, deficytem budżetowym, gnębiące oszczędnościami wydatki centralne i samorządowe na cele wrażliwe społecznie. A jednocześnie, zdaniem ankietowanych, układowi rządzącemu towarzyszą frazes i obłuda, dzielenie posad i bezwzględna wzajemna wymiana ciosów. Jest to odbiór, jak już wspomniałem, wypaczony i niesprawiedliwy.

Postawa SLD współgra i współkształtuje poniekąd te nastroje społeczne. Szok cywilizacyjny, będący zarazem skutkiem, jak i fragmentem transformacji, otwarcie na Zachód, zmiany zasadnicze w materialnym położeniu zdecydowanej większości społeczeństwa, odczuwane przez nie nierzadko jako opresyjne, rosnąca konkurencja na rynku pracy, rozpiętości dochodów traktowane jako krzywdzące, różnice w dostępie do oświaty i wiedzy – wszystkie te i inne zjawiska stanowią w odbiorze zbiorowym tak doniosłą cezurę, że ludzie próbując za wszelką cenę złapać równowagę w nowym, dynamicznie przekształcającym się otoczeniu, nie mają siły ani ochoty spojrzeć krytycznie wstecz i dokonać indywidualnego czy zbiorowego rachunku sumienia. Jest raczej przeciwnie – jesteśmy świadkami idealizowania przeszłości w pokoleniu czynnym w okresie PRL. I Sojusz wychodzi naprzeciw tym nastrojom, głosząc wszem i wobec, że wprawdzie działy się po 1944 roku rzeczy złe, ale zdecydowana większość tego, co my, Polacy, także ci aktywni w PZPR, wtedy robiliśmy, było dobre. Nie zmarnowaliśmy życia.

Pamięć zbiorowa bywa wybiórcza i krótka. Coraz mniej pamięta się – czy ściślej: chce pamiętać – że sprawcą cywilizacyjnego odstawania i gospodarczego regresu i w efekcie wielkich obecnych trudności była PRL, socjalizm realny, partia, której postkomuniści są bezpośrednimi spadkobiercami (również materialnie) i którzy całkiem niedawno potrafili dzięki wcześniejszym nomenklaturowym powiązaniom stworzyć sobie korzystne warunki działania i możliwości rozszerzania wpływów.

Lecz jest także inna jeszcze strona społecznego odbioru przeszłości. Otóż liczni odrzucają pomysł dekomunizacji i lustracji, nie chcą rozliczenia PRL, nie domagają się od Sojuszu dokonania oceny i rozrachunku PZPR, bo nie chcą osądu swojej młodości czy wieku dojrzałego – tak samo, jak tego nie chce młode pokolenie, mając do tej przeszłości stosunek obojętny. W efekcie spora część społeczeństwa – intuicyjnie wiążąc ze sobą oba te zjawiska – nie chce też właściwie transformacji, zerwania z wygodnymi przyzwyczajeniami i nawykami wyniesionymi z poprzedniego systemu.

Tym bardziej te stwierdzenia dotyczą SLD, którego I Zjazd unaocznił, jak silny jest opór przed jakimikolwiek zasadniczymi rozliczeniami. Działacze, członkowie i tzw. twarde jądro elektoratu Sojuszu odczuwają nostalgię za przeszłością, w III Rzeczypospolitej widząc kontynuację. PRL, będącej dla nich źródłem dumy. W tej i innych niewygodnych sprawach, postkomuniści przejawiają, jak to lapidarnie ujęła Ewa Milewicz, „pamięć niemowlęcia”, nie będącą niczym innym, niż refleksem dysonansu poznawczego. Liderzy tacy, jak Aleksander Kwaśniewski, Włodzimierz Cimoszewicz, Zbigniew Siemiątkowski, Marek Borowski czy do pewnego stopnia nawet Leszek Miller, którzy z różnych dla siebie powodów chcieliby jakiejś formy usunięcia szkieletu z szafy (jak radzi Barbara Labuda), są w SLD w zdecydowanej mniejszości. Dla wielu aktywistów i sporej części elektoratu oznaczałoby to przekreślenie własnych życiorysów, wręcz utratę tożsamości. Wcale zatem nie dziwi, że postkomuniści nie godzą się na to, by SLD było jednak „mniej wolno”. Wkładają oni wiele wysiłku w uformowanie pamięci zbiorowej wedle własnych wyobrażeń, odwołując się w tym celu do metody „podstawienia” (Edmund Wnuk-Lipiński) – w miejsce zarezerwowane dotychczas dla „czerwonych” jako siły sprawczej nieprzejrzystej rzeczywistości wprowadzają z powodzeniem „etosowców” i „styropianowców”.

Siła i wpływy Sojuszu są faktem społecznym, politycznym, psychologicznym, z którym trzeba się zmierzyć. SLD nie da się izolować społecznie, nie tylko dlatego, że w marcu 2000 roku popierało go około 40% potencjalnych wyborców, utożsamianego zaś z Sojuszem prezydenta Kwaśniewskiego – 63%, lecz dlatego, iż – czy to się bez względu na przeszłość SLD podoba, czy nie – przestrzega on norm demokratycznego porządku. Å»e został legitymizowany, przechodząc kolejne sprawdziany wyborcze; że był u władzy i ją oddał; że uzyskał międzynarodową akceptację (np. poprzez przyjęcie do Międzynarodówki Socjalistycznej); że włączył się ostatecznie, potwierdzając to swoimi działaniami, do konsensu politycznego w sprawie zachodniej orientacji polityki polskiej – wejścia do NATO i Unii Europejskiej. Å»e wreszcie postępuje dziś w zgodzie z wartościami, stanowiącymi pewne minimum wspólne, co do którego ludzie różnych przekonań, ideologii, światopoglądów mogą się porozumieć, choćby nawet nie zgadzali się ze sobą co do jego treści w każdym zakresie. To ważne. I również w tych znaczeniach stał się Sojusz całkiem „normalnym” uczestnikiem naszego życia publicznego. Podobnie stał się nim, wchodząc w mniej czy bardziej taktyczne przejściowe i trwalsze układy lub wręcz oficjalne alianse z innymi siłami politycznymi, włącznie z UW i AWS – rzadziej w skali ogólnokrajowej, na przykład w parlamencie, częściej w układzie lokalnym i samorządowym czy „branżowym”, w mediach publicznych, w radach nadzorczych i zarządach spółek Skarbu Państwa i przedsiębiorstw prywatnych.

Konkludując: przywoływanie SLD do tablicy, spoglądanie mu na ręce, domaganie się rozliczenia z przeszłością, choć przecież zasadne, wydawać może się dziś trudem syzyfowym, działaniem nieproduktywnym, wręcz jałowym. Niemniej, jestem przekonany, że powinien być on podejmowany – nie z myślą o doraźnych partyjnych korzyściach, które w swych skutkach okazują się iluzoryczne, lecz w imię prawdy, jakkolwiek by to było niedzisiejsze – po to, aby totalitarnej ideologii i systemu władzy w Polsce komunistycznej, jego zbrodni, niegodziwości całej formacji poprzedników postkomunistów nie pokryło zapomnienie.

————————————————————–

Miłowit Kuniński

Filozof, Uniwersytet Jagielloński, Ośrodek Myśli Politycznej

Sojusz Lewicy Demokratycznej posiada wiele cech normalnej partii politycznej. Ma sprawne przywództwo polityczne i wewnętrzną dyscyplinę. Tę ostatnią widać zarówno w głosowaniach w Sejmie, jak i w publicznych wystąpieniach różnych przedstawicieli SLD, którzy potrafią ukazać swą organizację jako wewnętrznie skonsolidowaną, a jednocześnie dopuszczającą pewien zakres wewnętrznego zróżnicowania, nie tylko gdy idzie o odmienne interesy grupowe, jakie reprezentowane są wewnątrz SLD, ale także w zakresie samych celów i metod politycznego działania. W ten sposób SLD ukazuje swe pluralistyczne oblicze, zgodnie z wymogami demokracji i szlachetnych ideałów humanizmu i tolerancji. SLD pełni z powodzeniem funkcję partii opozycyjnej, która krytykując rządzącą koalicję, przedstawia swe własne propozycje rozwiązań problemów, czy to na poziomie instytucjonalnym, prawodawczym, czy też praktycznych działań, jakie rząd powinien podjąć.

SLD, jak każda partia, dąży do przejęcia władzy, by kierować nawą państwową w sposób bardziej kompetentny niż czyni to aktualny rząd i chwiejna większość parlamentarna. SLD konsekwentnie buduje swój obraz jako partii propaństwowej, wolnej od ideologii, sprzyjającej prezydentowi, lecz – gdy wymagają tego okoliczności – zdolnej do zachowania odrębnego stanowiska. Partia ta daje do zrozumienia, że jest zdolna do twórczej kohabitacji z prezydentem, ale dbać będzie o zachowanie konstytucyjnego porządku i rozdziału kompetencji dwóch instytucji władzy wykonawczej.

Normalność SLD wykracza poza problemy polityki wewnętrznej. SLD posiada rozległe kontakty polityczne z partiami socjaldemokratycznymi i socjalistycznymi w Europie i poza nią, jest członkiem międzynarodowych organizacji, skupiających partie o centrolewicowym charakterze. Międzynarodowe uznanie, a nawet wsparcie, jawnie lub dyskretnie udzielane SLD, podkreśla jego normalny charakter, to znaczy spełnianie kryteriów organizacyjnych, ideowych i politycznych, a więc dostosowanie do tzw. standardów europejskich. W ten sposób SLD staje się naturalnym partnerem partii i środowisk politycznych, które dominują w Unii Europejskiej, i tym samym pośrednio daje gwarancje, iż rząd sformowany przez SLD sprawnie pokieruje Polską w okresie przygotowawczym do wejścia do Unii i zadba o właściwą politykę państwa polskiego jako pełnoprawnego jej członka.

Krytykując politykę wschodnią obecnego rządu, eseldowska opozycja wskazuje jednoznacznie, iż lepiej pojmuje specyfikę polityki rosyjskiej i mentalność przywódców Rosji, jest bowiem wolna od antyrosyjskich uprzedzeń, które cechują koalicję rządzącą. Koalicja ta – daje pośrednio do zrozumienia SLD – jest pełna takich uprzedzeń, ponieważ ma rodowód antyradziecki i antykomunistyczny i swe opozycyjne nastawienie do komunizmu i ZSRR przenosi (bywa, że bezwiednie) na współczesne państwo rosyjskie. SLD sugeruje przywódcom Rosji i najbardziej znaczącym państwom Unii Europejskiej, iż zdolny jest prowadzić politykę wschodnią zgodną z zasadniczo prorosyjskim nastawieniem Unii i jej najpotężniejszych państw oraz odpowiadającą oczekiwaniom Rosji – wielkiego kraju, dla którego nie Polska, lecz Unia Europejska czy też Niemcy, Francja lub Anglia, względnie NATO i Stany Zjednoczone są rzeczywistymi partnerami. Wyznaczając skromniejszą pozycję Polski w relacjach Zachód-Rosja, SLD ma nadzieję uzyskać zaufanie Zachodu i pełnić w przyszłości bardziej znaczącą funkcję wynikającą z położenia geopolitycznego i znajomości uwarunkowań kulturowych Rosji oraz krajów blisko niej położonych.

Obraz SLD tak naszkicowany jest konsekwentnie propagowany przez przywódców tej partii i część mediów, które mają z nią różnorakie powiązania. Warunkiem skutecznego utrwalenia wizji SLD jako partii zdolnej do sprawowania władzy w interesie państwa polskiego jest selektywny i generalnie niechętny stosunek do przeszłości. Niezależnie od tego, ewolucja systemu komunistycznego w Polsce w kierunku kontrolowanej liberalizacji, którą – nawiązując do Maxa Webera – można by określić mianem rutynizacji totalitaryzmu, sprawiła, iż różnica między stopniem represyjności reżimu w Polsce i w innych krajach komunistycznych była znacząca, a siła opozycji wspartej pozycją Kościoła – nieporównywalna. Odmienność polskiej sytuacji wewnętrznej skłaniała nawet niektórych, skądinąd bardzo wnikliwych analityków myśli politycznej i zarazem obserwatorów życia politycznego (Bronisława Łagowskiego i Andrzeja Walickiego), do formułowania takiej charakterystyki ustroju PRL i funkcji pełnionej przez PZPR, która pod istotnymi względami zbiegała się z nastawieniem i pojmowaniem swej historycznej roli przez przywódców tej partii, jak i wywodzącej się z niej SdRP, a następnie SLD.

Teza o stopniowej liberalizacji reżimu politycznego PRL nie była podważana, mimo iż w latach osiemdziesiątych rzeczywista natura ustroju totalitarnego dawała znać o sobie w postaci selektywnych represji, służących zastraszaniu Kościoła i pośrednio znacznych odłamów społeczeństwa. Zwolennicy tej tezy skłonni byliby ją odrzucić zapewne dopiero w obliczu masowych represji. W rezultacie SLD była w stanie oprzeć swą tożsamość polityczną na micie świadomej i konsekwentnej polityki liberalizacji, która mimo potknięć i zahamowań miała być prowadzona co najmniej od 1956 roku. Mitologizacja przeszłości obejmuje także podkreślanie pozytywnych aspektów polityki społecznej i gospodarczej PRL, z pominięciem szkód, wynikających zarówno z natury systemu gospodarczego, jak i arbitralnej polityki PZPR. Ten mit jest przedstawiany grupom społecznym, które znajdują się w trudnym położeniu ekonomicznym. Jednocześnie na użytek grup zaangażowanych w rozwój gospodarki rynkowej prezentowane jest oblicze nowoczesnej socjaldemokracji, która – nie rezygnując z ideałów redystrybucji – zabiega o rozwój gospodarczy, bez którego ideały te nie mogą być urzeczywistniane. W dziedzinie stosunków z zagranicą dawna wasalna zależność od Moskwy przedstawiana jest jako okres zdobywania cnoty roztropności, która służy interesom Polski. Ostatnie próby przekształcenia ideowego rodowodu SLD przez odwołanie się do polskiej tradycji socjalistycznej i jej czołowych postaci pokazują, iż „wybór przyszłości” wymaga zasadniczej zmiany wizji przeszłości, a jej mitologizacja, a właściwie zafałszowanie, to jedyny środek, który służy osiągnięciu tego celu.

Trzeba także wskazać na bardzo istotny aspekt działalności SLD, który spełnia szczególne dodatkowe funkcje. SLD głosząc hasła sprawiedliwości społecznej, polityki prorodzinnej, wspierania różnych grup zawodowych, posługuje się retoryką moralną, która idzie w parze z moralnym nihilizmem, z negacją systemów wartości oraz kryteriów dobra i zła. Ten rodzaj oddziaływania nie jest szczególnie eksponowany, nie stanowi elementu oficjalnego programu politycznego, lecz skutecznie służy przyciąganiu różnych kręgów, które cechuje lenistwo intelektualne i słabość moralna. Powiązania SLD z pismami „Nie” i „Zły”, wsparcie przez reprezentantów SLD propagowania treści i wartości takich, jak zawarte w wywiadzie z mordercą ks. Jerzego Popiełuszki Grzegorzem Piotrowskim, wyraźnie wskazują na świadome szukanie poparcia politycznego za pomocą gry na najniższych instynktach i popieranie fałszu (teza Piotrowskiego, iż ks. Popiełuszko zabił się sam.), który służy ugruntowaniu zmistyfikowanej tożsamości SLD.

Czy SLD jest zatem normalną partią polityczną? Tak, bo z punktu widzenia kryteriów stosowanych w Europie, nie odbiega pod zasadniczymi względami od partii komunistycznych i socjalistycznych, zadomowionych od dawna w politycznej rzeczywistości Zachodu. Sprzyja temu także rozpowszechniona dysproporcja ocen moralnych w stosunku do partii lewicowych i prawicowych.

Jak taka charakterystyka SLD ma się do kwestii pojednania w Polsce? Problem pojednania w polityce jest całkowicie pozorny. SLD ze względu na sposób, w jaki jest postrzegany i jak kreuje swój obraz w oczach różnych odłamów społeczeństwa, nie musi dążyć do pojednania z kimkolwiek, ponieważ uzyskał poparcie znaczących grup społecznych. Skoro nie ma liczącej się politycznie strony, która mogłaby się jednać z SLD, nie ma sensu mówić o pojednaniu.

SLD ma wiele twarzy, ale na żadnej z nich nie widać skruchy, bo są to twarze, które mają się powszechnie podobać. Ewolucja mentalności społecznej, jaka dokonała się w ciągu ostatnich dziesięciu lat, współgra z owym programowym nastawieniem na przyszłość. Ważne jest to, co dzieje się teraz, a czego skutki niebawem dadzą znać o sobie. Jeśli SLD daje gwarancję stabilizacji bardziej wyrównanego udziału w dobrobycie, jeśli zespół wartości, jaki reprezentuje, pozwala utożsamić się z jego częścią dowolnym grupom czy zbiorowościom, przeszłość przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, a pojednanie osiąga się przez zapomnienie i zaspokojenie praktycznych oczekiwań.

Pojednanie polityczne mogłoby mieć sens tylko wówczas, gdyby istniały wyraziste przeciwstawne postawy i programy polityczne, tak dalece konfliktowe, iż grożące zimną wojną domową i rozpadem wspólnoty politycznej. Nic takiego w Polsce nie występuje. Dzieje się tak dlatego, że szeroko rozumiana klasa polityczna (włączając w to obserwatorów życia politycznego) nie zdołała przeprowadzić rzetelnej dyskusji nad komunizmem w Polsce, jej część zaś w imię obrony Polski przed nacjonalizmem i rzekomo możliwą wojną domową zatarła granice między dobrem a złem, między sprawiedliwością a niesprawiedliwością, przyczyniając się do tego, iż winni poczuli się rozgrzeszeni, a ofiary zostały zrównane z katami.

Polska stoi przed koniecznością dokonania moralnej oceny okresu komunizmu, określenia win i wymierzenia sprawiedliwości. Dopiero wówczas można będzie mówić o moralnym pojednaniu, które jest ważniejsze niż pojednanie polityczne. Pojednanie moralne wymaga wyznania win, skruchy, gotowości do poniesienia kary i prośby o wybaczenie. Pojednanie polityczne bez pojednania moralnego to farsa.

————————————————————–

Maciej Łętowski

Dyrektor programu V (dla zagranicy) Polskiego Radia, publicysta „Tygodnika Solidarność”

Na SLD, jak na każdą partię polityczną, można patrzeć w porządku formalnym i ideowo-etycznym. W pierwszym nie ma najmniejszego problemu z odpowiedzią na zadane pytanie, w drugim – otwiera się pole do interesującej debaty.

Zwolennik liberalnej demokracji definiuje trzy warunki uczestnictwa w życiu parlamentarnym. Po pierwsze, partia musi mieć demokratyczne procedury wyłaniania przywództwa. Po drugie, musi akceptować kanon politycznej konkurencji: wybory powszechne, rządy większości oraz podmiotowość opozycji. Po trzecie wreszcie, partia musi akceptować ład konstytucyjny i prawny. Owszem, może próbować go zmienić, ale za pomocą przewidzianych w tym ładzie reguł. Czytając statut SLD i przyglądając się jego dziesięcioletniej praktyce, zwolennik demokracji liberalnej odpowie bez wahania: SLD jest zwyczajną partią, niczym się nie różni od innych partii, krajowych i europejskich.

W porządku ideowo-etycznym rodzą się natomiast pytania o korzenie danej partii, treść jej programu oraz ludzi, którzy ją tworzą. Odpowiedzi na te pytania pozwalają lepiej poznać fenomen SLD, który jest fascynującym zjawiskiem dla historyka i socjologa polityki.

Historyk poruszony jest rzadko spotykaną ciągłością analizowanego zjawiska. Da się bowiem wywieść ciągłość ideowo-personalna: SDKPiL, KPP, PPR, PZPR, SdRP i SLD. Spośród blisko 1600 delegatów na ostatni, XI Zjazd PZPR, tylko setka nie zapisała się do nowej partii – na dodatek byli to ludzie reprezentujący najbardziej antykomunistyczny nurt w PZPR. Dziesięć lat później, w chwili tworzenia SLD, wśród jego wojewódzkich liderów tylko jeden nie był PRL-owskim aparatczykiem, a szef mazowieckiego Sojuszu zapisał się do PZPR jeszcze w pamiętnym roku 1968.

Sumując przebieg zjazdu założycielskiego SLD, Eliza Olczyk pisała w „Rzeczpospolitej”: SdRP była jedyną partią, która otwarcie broniła okresu PRL. To samo czyni SLD. Politycy SdRP występowali przeciwko dekomunizacji. Tak samo czynią politycy Sojuszu. SdRP broniła byłych członków PZPR przed odpowiedzialnością za przynależność do tej formacji, co również czyni SLD. Działacze SdRP nerwowo reagowali na sugestie, że powinni rozliczyć się z przeszłością i tak samo nerwowo reagują na to działacze SLD. O SLD rzeczywiście trudno powiedzieć, że jest kontynuatorką SdRP. Sojusz jest po prostu jej innym, nowym obliczem.

Socjolog polityki będzie natomiast poruszony rzadko spotykaną elastycznością tej formacji politycznej, która potrafiła znaleźć dla siebie miejsce zarówno w komunistycznej dyktaturze, jak i w demokracji liberalnej, która potrafiła zaspokoić zarówno żądania „góry”, czyli sowieckich mocodawców, jak i wyrażać dążenia „dołów”, czyli wyborców.

O SLD wypowiadają się jej liderzy, opinia publiczna i obserwatorzy. Te trzy punkty widzenia prowadzą do trzech różnych konkluzji. Każdy widzi w SLD to, co chce widzieć. Nie udało się osiągnąć konsensu nawet w tak elementarnej sprawie, jak definicja partii. Dla jednych jest to nadal partia postkomunistyczna, dla innych już socjaldemokracja. A przecież te dwa pojęcia dzieli przepaść.

Na progu III Rzeczypospolitej liderzy SLD z pokorą przyjmowali status formacji postkomunistycznej. Status ten wymuszał na nich samoograniczenie celów, języka, a także praktyki politycznej. W 1990 roku Leszek Miller przekonywał czytelników „Trybuny”, że nie uda się im przekreślić przeszłości jakimś spektakularnym gestem pokuty. Nazwał to „złudzeniem niepokalanego poczęcia”. Naiwna jest wiara – mówił – że po odprawieniu w jedną noc egzorcyzmów i wypędzeniu duchów PZPR będziemy postrzegani przez społeczeństwo tak, jakbyśmy tego oczekiwali. (.) Jeszcze wiele czasu upłynie, zanim SdRP ukształtuje się jako pełnokrwista partia polityczna.

Upłynęło dziesięć lat i Sojusz w dokumencie programowym „Nasze tradycje i wartości” deklarował już coś całkiem innego: Bliskie są nam tradycje polskich socjalistów. W nasze postrzeganie polskich spraw wpisane jest myślenie i działanie tych działaczy opozycji demokratycznej, którzy podjęli walkę o godność robotników, honor i dobre imię polskiej lewicy. Kropkę nad „i” postawił wiceprzewodniczący SLD Andrzej Celiński, przywołując na ideowych patronów Sojuszu Kuronia, Modzelewskiego, Pajdaka, Steinsbergową, Lipińskiego i Strzeleckiego.

W oczach liderów SLD w ciągu dekady Sojusz dokonał pełnej ewolucji od partii postkomunistycznej do socjaldemokracji. Ta samoocena jest jednak kontestowana i to zarówno przez bliskich przyjaciół Sojuszu, jak i jego politycznych przeciwników.

W głośnym liście do zjazdu SLD prezydent Kwaśniewski przypominał, że pod sztandarami lewicy popełnione zostały zbrodnie. Przekonywał, że potrzebne są nie tylko słowa przeproszenia. Bez powodzenia. Także środowisko Unii Wolności i „Gazety Wyborczej” było poruszone próbą przechwycenia ich tradycji. Chcielibyście mieć majątek po PZPR, a tradycję po PPS i KOR – zwrócił się z wyrzutem do Krzysztofa Janika dziennikarz tej gazety. Na co sekretarz generalny SLD odpowiedział kategorycznie: Państwo odmawiają nam prawa do zmiany postawy. Tak, powołujemy się na ludzi, którzy działali przeciwko PZPR. Ale czy nasza działalność nie jest zaprzeczeniem tego wszystkiego, czym była PZPR? Å»adna tradycja nie jest chroniona w urzędzie patentowym.

Bardziej radykalna jest krytyka SLD dokonywana przez ugrupowania prawicowe i antykomunistyczne. Kwestionują one wiarygodność ewolucji Sojuszu. Uczynił to swego czasu lider KPN Leszek Moczulski, rozwijając skrót PZPR w bolesny dla lewicy sposób. Czynią to obecnie liderzy AWS. Dla prawicy SLD jest „przefarbowaną” PZPR. Komuniści z SLD – pisał Antoni Macierewicz – widzą w Unii Europejskiej szansę na zrealizowanie tych celów programowych, których nie udało się im w pełni osiągnąć w imperium sowieckim. Likwidacja narodu, religii i rodziny monogamicznej, socjalizacja gospodarki pozostającej we władzy małej elity, propaganda cywilizacji śmierci i państwa światowego to są cele, których dziś już się nie ukrywa.

Świąteczna promocja Wydawnictwa Więź

Gdyby spór o ideową tożsamość SLD oddać w ręce opinii publicznej, zwycięsko z niego wyszliby liderzy Sojuszu. W gronie przegranych znaleźliby się natomiast Kwaśniewski, Moczulski i Macierewicz.

43 procent Polaków (według sondażu CBOS) uważa bowiem, że SLD jest taką samą partią socjaldemokratyczną, jak inne partie w Europie Zachodniej. Jedynie 31 procent ankietowanych twierdzi, że SLD jest partią postkomunistyczną, spadkobierczynią PZPR. 37 procent Polaków uważa, że SLD nie powinien się rozliczyć z PRL-owskiej przeszłości, ponieważ nie ma z czego się rozliczać. Kolejne 11 procent nie widzi takiej potrzeby, gdyż Sojusz już się rozliczył ze swą przeszłością. Tylko 32 procent ankietowanych chciałoby widzieć polityków SLD przed narodowym konfesjonałem.

Jeśli opinia publiczna udzieliła SLD rozgrzeszenia, to jak mają się do tego odnieść elity? Obstawać przy pryncypialnej krytyce Sojuszu, wskazywać na niewiarygodność jego przeprosin za zbrodnie PRL, akcentować powierzchownośÄ

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania została wyłączona.