Jesień 2020, nr 3

Zamów

W poszukiwaniu współnoty ducha O mijającej dekadzie w Kościele, w Polsce i w Europie rozmowa

Agnieszka Magdziak-Miszewska: Na początku mijającej właśnie dekady odzyskaliśmy wolność. Upadł mur dzielący Europę. Zniknął z powierzchni ziemi Związek Sowiecki, nazywany często Imperium Zła. Pojawiła się wówczas nadzieja, że nadchodzące lata będą nie tylko okresem budowania demokracji i przemian gospodarczych, lecz także, a może przede wszystkim, czasem wielkiej przemiany duchowej w skali — zjednoczonego po latach — kontynentu. Odbudowanie zagubionej hierarchii wartości, powrót moralności do polityki, pojmowanie państwa jako dobra wspólnego, solidarność odzyskującej swoje chrześcijańskie korzenie Europy — wszystko to wydawało się możliwe. Ale historia ostatnich dziesięciu lat — polityczna, społeczna, wreszcie, jeśli można użyć tego określenia — duchowa historia Europy i Polski pokazuje raczej klęskę tych nadziei. Powstają nowe, nieprzekraczalne podziały, rosną mury — budowane tym razem, jak mówił Papież — w ludzkich sercach, konflikty etniczne przeradzają się w wojny. Czy nasze nadzieje z początku lat dziewięćdziesiątych były złudne? Czy nie potrafiliśmy skorzystać z trudnego daru wolności?

o. Jacek Salij: Może ograniczę się tylko do Polski. To rozczarowanie, to zapewne zjawisko stereotypowe. Coś bardzo podobnego przeżywali Polacy po odzyskaniu niepodległości, w latach dwudziestych. Wtedy również dominowało poczucie rozczarowania i wciąż powtarzano: nie takiej Polski się spodziewaliśmy. Kiedy jednak patrzy się na tamte lata z perspektywy historycznej, jesteśmy pełni podziwu, jak ogromny wysiłek budowania wspólnego państwa podjęło społeczeństwo i jak pozytywny był tego rezultat. Oczywiście, z ogromem problemów nie potrafiono sobie wtedy poradzić. Częściowo z powodów od nas niezależnych. Polska długo była uważana za państwo sezonowe i płaciła za to niemałe koszty, np. w dziedzinie międzynarodowego handlu.

Wiele dzisiejszych rozczarowań bierze się z zapomnienia o tej prostej prawdzie, że po udanej operacji trzeba się jeszcze sporo nacierpieć. Ufam jednak, że historia wystawi nam za mijające dziesięciolecie ocenę raczej pozytywną. To prawda, że wiele zła, jakie się dzieje, można by uniknąć. Najbardziej rzuca się w oczy wzrost niewrażliwości na cudzą biedę. Co gorsza, nieraz samo prawo staje po stronie silnych przeciwko słabym. W ramach tak zwanego powrotu do normalności podeptano wiele osiągnięć socjalnych, pochodzących niekiedy jeszcze z XIX wieku. Ufajmy, że to zostanie najszybciej naprawione, bo chyba już nie ma takich ludzi, którzy by tego nie zauważali.

— Czy ten brak wrażliwości na biedę jest bardziej cechą elit rządzących, czy także dotyczy społeczeństwa? Z jednej strony bowiem możemy zaobserwować wycofywanie się państwa ze sfery socjalnej, z drugiej zaś — rozkwit wolontariatów, powodzenie wszelkiego rodzaju akcji pomocowych, zbiórek pieniędzy, darów…

— To prawda, ludzie są gotowi pomagać. Także bogaci przedsiębiorcy. Ale jednocześnie dwunastogodzinny dzień pracy staje się normą w wielu przedsiębiorstwach. Ci sami ludzie mogą okazać niezwykłą hojność podczas jakiejś akcji charytatywnej i jednocześnie z całą bezwzględnością nie przyjmować do wiadomości, że ich pracownica musi się zająć chorym dzieckiem. Niektórzy mówią o pozytywnych stronach obecnej niewrażliwości na biedę — że przymusza to ludzi do pewnej zaradności, której socjalizm nas oduczył. Ale co w takim razie z ludźmi, którzy już nie potrafią się przystosować do nowej sytuacji? Co z ludźmi, którzy znaleźli się w ponadprzeciętnie trudnej sytuacji?

— Czy to nie jest jednak przede wszystkim pole dla szczególnej aktywności Kościoła? Czy polski Kościół nie jest wobec problemu biedy zbyt mało aktywny?

— Ja wiem, że Pani nie wysuwa roszczeń: Kościół w Polsce powinien zrobić to albo tamto, ani pretensji, że Kościół czegoś tam nie robi. Ale najpierw powiem o tym, co mnie boli. Ludzie, dla których Kościół to jacyś “oni”, mogliby mieć tyle taktu, żeby nie wyznaczać Kościołowi zadań ani obowiązków. Manierę tę wprowadzili jeszcze filozofowie Oświecenia, którzy posuwali się nieraz do twierdzenia, że jedynie działalność charytatywna usprawiedliwia istnienie Kościoła. To stąd zrodził się np. oświeceniowy postulat, doprowadzany nieraz do realizacji prawnej, likwidowania zakonów, chyba że zajmują się działalnością charytatywną. Otóż wobec takich twierdzeń, roszczeń i pretensji trzeba przypominać, że podstawowym zadaniem Kościoła jest tworzyć religijną wspólnotę, modlić się, zgłębiać i głosić słowo Boże, sprawować sakramenty.

Dopiero po tym przypomnieniu spróbuję odpowiedzieć na Pani pytanie. Myślę, że zaangażowanie charytatywne Kościoła od dziesięciu lat jest coraz większe. Zwłaszcza ceniłbym sobie te inicjatywy, kiedy parafie rozbudzają i organizują w lokalnych społecznościach postawy solidarności wobec ludzi szczególnie potrzebujących pomocy. Zarazem zwyczajny realizm podpowiada, że tylko niektóre parafie mogą rozwinąć tę działalność w stopniu budzącym podziw. Nasz świat nie jest i nigdy nie będzie miejscem zrealizowanego ideału.

— Wydawać by się jednak mogło, że — nawet jeśli generalnie panuje tendencja do wycofywania się państwa ze sfery socjalnej — obecne elity rządzące, w dużej części przyznające się do związków z Kościołem i podkreślające swoją chrześcijańską tożsamość, będą bardziej otwarte na głos Kościoła w tej kwestii. Chociażby na przesłanie Jana Pawła II z Ełku i Legnicy. Tymczasem trudno to zauważyć w konkretnym działaniu, widać raczej likwidacje zakładów pracy chronionej.

— Były jednak próby wprowadzenia prorodzinnych ulg podatkowych i bardzo źle się stało, że miały one tylu przeciwników. A co do decyzji o likwidacji zakładów pracy chronionej, sam spotkałem konkretnych ludzi, dla których była ona nieszczęściem porównywalnym z trzęsieniem ziemi. Ci, którzy ją podejmowali, nie pomyśleli o tym, że dotknie ona ludzi najbiedniejszych. Niestety, nie jest to jedyna odgórna decyzja, przy której jakby zapomniano, że ekonomia jest dla człowieka, a nie odwrotnie.

— Wróćmy jednak do Kościoła. Na początku lat dziewięćdziesiątych widać było bardzo wyraźnie poszukiwanie nowego miejsca Kościoła w warunkach tworzącej się demokracji. Bardzo szybko okazało się, że tym miejscem nie może być sfera polityki, że szansą Kościoła jest przede wszystkim “bycie z ludźmi”, że aktywna obecność w społeczeństwie jest szansą na odbudowę jego autorytetu. Czy to się udało? Co można nazwać spełnioną nadzieją polskiego Kościoła, a co się nie spełniło? Co w ciągu tych dziesięciu lat można uznać za najważniejsze w życiu Kościoła?

— Ja to przede wszystkim sobie zapamiętałem, że na początku lat dziewięćdziesiątych nowego miejsca dla Kościoła poszukiwały środowiska niekoniecznie wobec niego przyjazne, które pobudzały społeczeństwo do lęku przed państwem wyznaniowym oraz straszyły czarną nietolerancją, jaka zapanuje po wprowadzeniu religii do szkół. Było to dla mnie wielkim zaskoczeniem, że ludzie, których znałem jako mądrych, inteligentnych, uczciwych, noszą w sobie taki bezmiar uprzedzeń wobec Kościoła. Mniej zdziwił mnie wysoki posłuch, z jakim te histeryczne ostrzeżenia przed wielką czarną czarownicą, czyli przed Kościołem, przyjmowało społeczeństwo. Już w latach osiemdziesiątych pisałem, że wielką słabością polskiego Kościoła jest to, że nawet ludzie głęboko wierzący potrafią wobec Kościoła stać poniekąd “na zewnątrz” i widzieć w nim przede wszystkim instytucję od usług religijnych. Wobec takich zaś instytucji, jeśli się ich samemu nie prowadzi, zawsze się jest kimś z zewnątrz. Ostatnio ta słabość jeszcze się pogłębiła. W niektórych katolickich domach o Kościele mówi się przede wszystkim źle, taka jest teraz moda. Owszem, w innych rodzinach moda ta przyśpieszyła głębokie wkorzenianie się w Kościół, utożsamianie się z nim, rozpoznawanie w nim swojej duchowej matki. Jednak domy, gdzie rodzice i dziadkowie, zazwyczaj katolicy, nieustannie krytykują Kościół i nie potrafią widzieć go inaczej niż od zewnątrz, są miejscami najbardziej skutecznej dechrystianizacji. Jest czymś prawie niemożliwym, żeby dzieci pochodzące z takich domów wytrwały w wierze.

— Powiedział Ojciec, że jest to słabość polskiego Kościoła, czy to znaczy, że odpowiedzialność za rozpowszechnienie takiego jego wizerunku: instytucji usług religijnych, ponoszą przede wszystkim biskupi i księża? Tylko oni?

— Dam konkretny przykład. W czasach stalinowskich na terenie samego tylko Górnego Śląska władze doprowadziły do zlikwidowania sześciuset chórów parafialnych. Zarazem wydaje mi się (może się mylę), że ziemie dawnego zaboru rosyjskiego i austriackiego razem wzięte nie mogły się poszczycić taką liczbą chórów parafialnych. O czym to świadczy? Po pierwsze, że komunizm istotnie osłabił samą strukturę przynależności do Kościoła; wiele form aktywnego udziału w jego życiu w czasach komunistycznych zanikło albo uległo osłabieniu. Ale z drugiej strony, w niektórych rejonach Polski tradycje aktywnego udziału w życiu Kościoła już przedtem były zdewastowane i dwudziestu lat wolności nie starczyło na ich odbudowanie. Zwłaszcza zabór rosyjski był pod tym względem ciężko poszkodowany. Dziś mało kto o tym wie, że były momenty, kiedy 20% księży z Kongresówki przebywało na zesłaniu na Sybirze. A można tam się było dostać dosłownie za nic, nawet za opiekę nad ministrantami. W rezultacie, księża w Kongresówce, zwłaszcza w latach 1864–1905, ograniczali swoją pracę do absolutnego minimum. Bardzo oddzieliło to księży tego zaboru od społeczeństwa, zwłaszcza od inteligencji. Najpierw czuli się zmuszeni wycofać z wszelkiej aktywności społecznej, a również z prób aktywizowania wiernych w życiu parafii, a później stało się to poniekąd ich obyczajem. Siłą bezwładu, obyczaj ten dominował również w wolnej Polsce. Czy to wina tych księży? Trochę tak i trochę nie, w końcu nie jest to takie proste przekroczyć zastany obyczaj. Również w czasach Polski Ludowej to przede wszystkim duszpasterstwo utrwaliło model Kościoła jako instytucji usług religijnych. Bogu Najwyższemu dzięki, że przynajmniej tyle dało się zrobić. Ale dziś ten model musimy przezwyciężać, wiernych świeckich trzeba jak najwięcej zapraszać do różnorodnej aktywności wewnątrz Kościoła. Sporo pod tym względem dobrego dzieje się dzięki różnym wspólnotom, które w ostatnich latach świetnie się u nas rozwijają.

— Wiadomo jednak, że nie wszyscy młodzi ludzie będą członkami takich wspólnot. Większość, z bardzo różnych powodów, pozostanie poza nimi. Czy to oznacza, że pozostaną poza Kościołem? Czy będzie potrzebna im w przyszłości ewangelizacja od podstaw? Przecież w ciągu tej dekady wprowadzono religię do szkół. Jeśli uczestnictwo w lekcjach religii nie powstrzymuje procesu laicyzacji, to może nauczanie religii w szkołach nie jest sukcesem, lecz porażką polskiego Kościoła?

— Przynależność do jakiejś wspólnoty to tylko jedna z wielu form czynnego uczestnictwa w życiu Kościoła. Można też należeć do chóru kościelnego albo działać w radzie parafialnej, w grupie charytatywnej, w kółku biblijnym, w organizowaniu pielgrzymek, udzielać się w przygotowaniu liturgii, katechizowaniu przedszkolaków albo w propagowaniu czytelnictwa religijnego. Można też nie uczestniczyć w żadnej z tych struktur, a jednak w życiu Kościoła uczestniczyć aktywnie, np. poprzez poważną troskę o życie religijne w swojej rodzinie czy gotowość do dawania świadectwa wierze w różnych sytuacjach codziennego życia.

Ale Pani pyta o młodych w Kościele. To prawda, że niektóre relacje z lekcji religii mogą wpędzić w rozpacz. Z drugiej strony, jestem przy warszawskim kościele Świętego Jacka 30 lat i nie pamiętam, żeby był tak wypełniony, jak podczas ostatnich rekolekcji dla studentów. Chyba tylko jeden Pan Bóg wie, co się naprawdę teraz z naszą młodzieżą dzieje. Jeśli zaś chodzi o religię w szkole — patrzyłem z bliska na dramat kilkorga moich dawnych studentów, którzy z największym zapałem szli uczyć religii i się wysypywali z powodu strukturalnej dyskryminacji, jaką w szkole ten przedmiot jest obłożony. Nie o to chodzi, że nie jest to przedmiot obowiązkowy, bo tego wymaga zasada wolności sumienia i wyznania. Kiedy jednak uczeń lub jego rodzice decydują się wybrać nieobowiązkowy przedmiot, powinien on mieć taki sam status jak pozostałe przedmioty. I tak jest rzeczywiście z nieobowiązkowym językiem niemieckim, ale nie jest tak z religią. Rozwiązania prawne niejako zapraszają uczniów do tego, żeby religię lekceważyli. Tylko katecheci obdarzeni zupełnie nadzwyczajnym charyzmatem sprostają takiemu wyzwaniu, a wielkie charyzmaty są, jak wiadomo, rzadkie.

Co robić, zwłaszcza jeśli żywimy uzasadnione obawy, że niekiedy (nawet jeśli rzadko) nauczanie religii w szkole przyśpiesza tylko dechrystianizację naszej młodzieży? Dwa pomysły przychodzą mi do głowy. Po pierwsze, warto pomyśleć o jakichś formach kontaktu duszpasterskiego również poza szkołą, najprościej przy kościele. To trudne do zrealizowania w praktyce, bo młodzi ludzie są dzisiaj straszliwie przeciążeni nauką, ale kto wie, może w ten sposób wyrośnie nam nawet jakaś duchowa elita. Po drugie, słyszę, że temu czy innemu katechecie udaje się wciągnąć do współpracy niektórych rodziców, zaprosić na jakąś dyskusję, powierzyć jakąś katechezę, zapewnić sobie ich obecność podczas wycieczki lub pielgrzymki.

— Mówiliśmy dotąd przede wszystkim o Polsce. Moje pierwsze pytanie dotyczyło także Europy, możliwości powrotu do chrześcijaństwa jako podstawowego wyznacznika tożsamości duchowej i kulturowej kontynentu, służącego przyszłości. Przyszłości, w której, jak wielokrotnie mówi Jan Paweł II, powinniśmy dążyć do budowy cywilizacji miłości. Czy — wobec doświadczeń ostatniego dziesięciolecia — wciąż można mieć nadzieję, że uda nam się ją zbudować w następnym stuleciu? A może to tylko jeszcze jedno wielkie marzenie ludzkości? Może cywilizacja śmierci jednak triumfuje?

— Muszę powiedzieć, że ogromnie mnie trwożą sukcesy zwolenników legalnej eutanazji. Niestety, to prawda, że cywilizacja śmierci odnosi wielkie sukcesy. Przeciętne współczesne dziecko ma niewielkie szanse na to, że podczas rozmowy o jego przyszłym zawodzie ktoś mu podpowie, że w wyborze zawodu trzeba brać pod uwagę również jego pożytek dla innych; ono przede wszystkim dowiaduje się, że zawód ma być dobrze płatny i ma zapewniać prestiż. Najbardziej charakterystyczne cechy cywilizacji śmierci to relatywizm moralny oraz zwątpienie w miłość jako ostateczną wartość w naszym świecie. Co do moralnego relatywizmu, wydaje on się nie tyle alternatywą, co karykaturą przeświadczenia o bezwzględności dobra. Dobro jest czymś względnym, ale niech ktoś spróbuje nie podzielać mojego stanowiska na temat dobra! Toteż relatywizm moralny niesie z sobą coraz bardziej agresywną nietolerancję. Niejeden relatywista uzna cię za osobistego wroga tylko dlatego, że nie chcesz podzielać jego przekonania, jakoby związek homoseksualny był tak samo czcigodny jak małżeństwo. Albo spróbuj powiedzieć w obecności takiego pluralisty, że wierność małżeńska czy celibat to nie tylko wielkie wartości, ale że wielu ludzi naprawdę je zachowuje — to dopiero się dowiesz, co z ciebie za gagatek, hipokryta i naiwniak!

Relatywizm z konieczności prowadzi do odrzucenia miłości, bo autentyczna miłość, która nie jest wartością absolutną, to kwadratowe koło. Moim zdaniem, tutaj — w zwyciężaniu moralnego relatywizmu i w zwątpieniu w miłość należy szukać źródeł brutalizacji życia społecznego, zmniejszania się poczucia bezpieczeństwa, narastającej aprobaty dla eutanazji, itp. Sukcesy cywilizacji śmierci oznaczają bezmiar ludzkiego nieszczęścia, zagubienia, poczucia bezsensu, ale na pewno nie doprowadzą do jej zwycięstwa. Świat jest Boży i niemożliwe jest, żeby zło zwyciężyło w nim ostatecznie.

Czytamy w Apokalipsie (12, 12), że szatan śpieszy się z sianiem spustoszenia, “świadom, że mało ma czasu”. Szkoda, że tak gorliwie mu pomagamy w jego pracy przeciwko nam. Na szczęście, ponieważ świat naprawdę jest Boży, dzieje się w nim również wiele dobra. Ludziom, których przeraża ogrom zła we współczesnym świecie, przytaczam nieraz słowa mądrego rabina: “Zła w świecie jest zapewne jeszcze więcej, niż tobie się wydaje, ale dobra też jest w nim niemało. Można nawet przypuszczać, że dobra jest w nim mniej więcej tyle samo co zła. A jeśli tak się rzeczy mają, to właśnie od ciebie zależy, co w świecie zwycięży!”

— Ale w tym świecie wciąż jeszcze bardzo rzadko mamy szansę wybierać pomiędzy dobrem a złem, najczęściej wybieramy pomiędzy mniejszym a większym złem.

— Jest poniekąd jeszcze gorzej. Jeśli czynimy zło, to zwykle dlatego, żeśmy w nim rozpoznali jakieś dobro. Niesłychanie rzadko zdarza się, by ktoś świadomie wybierał zło. Warto może jeszcze przypomnieć, że moralność chrześcijańska tylko w dwóch sytuacjach dopuszcza wybór mniejszego zła. Po pierwsze, gdy chodzi o zło, które nie jest grzechem (dlatego na przykład wzywamy strażaków do pożaru, mimo że nam wiele w mieszkaniu poniszczą). Po wtóre, gdy ktoś inny jest zdecydowany czynić zło, od mojego zaś zachowania zależy tylko to, czy będzie to zło większe, czy mniejsze (jeśli na przykład bandyta stawia mnie wobec alternatywy: “pieniądze albo życie”, to powinienem wybrać raczej to, żeby dokonał rabunku, niż dopuścił się morderstwa). Kiedy natomiast to ja staję wobec wyboru: popełnić grzech większy czy mniejszy, zawsze powinienem wybrać powstrzymanie się w ogóle od grzechu, nawet gdyby trzeba było za to bardzo wiele zapłacić.

— Powiedział Ojciec, że relatywizm w dłuższej perspektywie nam nie zagraża. Chciałabym się z tym zgodzić, ale obserwując świat i Polskę trudno czasem w to uwierzyć. Nie sposób nie dostrzegać, że bywają mniejsze i większe prawa człowieka, bo jednych się w imię tych praw chroni, a innych nie. Relatywna bywa też wolność, zwłaszcza w wydaniu tak zwanych środowisk liberalno-postępowych, bo obejmuje ona często prawo do głoszenia wszelkich poglądów, z wyjątkiem prawa do powiedzenia głośno, że nie ma wielu prawd, a coś jest po prostu niemoralne.

— Słychać nawet tezy, że uczenie dzieci prawa moralnego oraz reguł życia społecznego to forma represji. Że dzieci nie narodzone to jeszcze nie istoty ludzkie, tylko kandydaci na ludzi, a niedołężni starcy to już nie ludzie, tylko eksludzie, i dlatego ani jednym, ani drugim nie przysługuje prawo do życia. Świat zawsze był pełen niemądrych, nieraz wręcz zbrodniczych pomysłów. Z pomysłów takich potrafi wyniknąć nieraz bardzo wiele zła. Niemożliwe jest jednak, żeby zło w tym Bożym świecie zwyciężyło ostatecznie. Zło dokonuje destrukcji nie tylko dobra, ale również samego siebie. Choroba, nawet jeśli doprowadza do śmierci, sama nigdy nie zwycięża, ginie razem z chorym organizmem. Na szczęście, nie w ten sposób, nie w katastrofie ostatecznej, zło zniknie ze świata. Świat jest odkupiony przez Chrystusa i dlatego zło będzie w nim ostatecznie zwyciężone przez miłość. Różne konkretne zwycięstwa dobra stanowią niejako empiryczne potwierdzenia tej naszej nadziei.

— Przełom tysiącleci miał także — w przekonaniu wielu ludzi Kościoła — otworzyć epokę zjednoczenia albo przynajmniej ogromnego zbliżenia Kościołów chrześcijańskich. Dialog rzeczywiście trwa i niekiedy prowadzi do zbliżenia, ale z drugiej strony widać też, jak daleko jeszcze do prawdziwego otwarcia się na siebie. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie dialogu katolicko-prawosławnego.

— Ależ proszę sobie uprzytomnić, jak wiele książek prawosławnych wydaje się w oficynach katolickich i jak wielu prawosławnych czyta książki katolickie! Na tym odcinku dokonuje się zbliżenie, którego nie mógłby dokonać najlepiej nawet rozwijający się dialog oficjalny. Ponieważ zaś oba Kościoły, mimo ogromnych różnic kulturowych, trwają w prawie tej samej wierze, ich duchowe odmienności są raczej komplementarne i wzajemnie wzbogacające, niż sobie przeciwstawne. Ale również w kontaktach oficjalnych, mimo różnych głośnych napięć, dzieje się mnóstwo rzeczy pozytywnych. Bez nich wspaniałe spotkanie Kościoła katolickiego z prawosławnym, jakie dokonało się podczas przyjazdu Jana Pawła II do Rumunii, nie byłoby przecież możliwe.

Z kolei wręcz spektakularnym sukcesem ekumenicznym jest niedawna katolicko-luterańska deklaracja na temat nauki o usprawiedliwieniu. Podstawowym założeniem podczas trzydziestoletniej pracy nad tą deklaracją było jednoznaczne wyrzeczenie się jakiegokolwiek majsterkowania przy wierze którejkolwiek ze stron. Wiara, jeśli traktujemy ją poważnie, nie podlega przecież targom, wzajemnym ustępstwom ani grzecznościowym przemilczeniom. Po najstaranniejszym przypatrzeniu się, jaka jest wiara każdego z obu Kościołów na temat tego, co jest wręcz kamieniem węgielnym reformacji, oraz pełnym samozaparcia wyliczeniu wszystkiego, co katolików i luteranów w tej wierze łączy i co dzieli, okazało się, że w tym, co najistotniejsze, jesteśmy w naszej wierze na temat usprawiedliwienia zgodni. Szalenie dobrze rokuje na przyszłość zarówno ton przyjętej deklaracji, jak przyjęta metoda dialogu.

Jeśli idzie o dialog międzyreligijny, najwięcej wiemy o dialogu z judaizmem, więc ten problem tu pominę. Ale na przykład warto by więcej wiedzieć o wytrwałej pracy Jana Pawła II na rzecz pokoju z islamem. Papież niezmiennie uczy nas szacunku dla tej religii, a zarazem potrafi jednoznacznie domagać się od państw muzułmańskich respektowania zasad wolności religijnej oraz piętnować różne przejawy fundamentalizmu. I myślę, że wolno nam rozsądnie spodziewać się tego, że jednym ze skutków zwiększającej się emigracji muzułmańskiej do Europy będzie większe zrozumienie przez świat islamu dla praw osoby ludzkiej.

— Chciałabym na koniec zapytać, czy rzeczywiście możliwy jest w niedalekiej przyszłości powrót europejskiej kultury do jej chrześcijańskich korzeni? Europa staje się przecież coraz wyraźniej wielokulturowa i wieloreligijna. Jaki jest sens, wobec tej kulturowej i religijnej polifonii, sformułowania “europejska wspólnota ducha”, którego używa Papież?

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

— Wszystkie znane nam cywilizacje budowane były na fundamencie religijnym. Otóż fundamentem cywilizacji europejskiej było i jest chrześcijaństwo. Nawet wielkie antychrześcijańskie utopie, jakie powstawały w naszej Europie, były — paradoksalnie — budowane na tym fundamencie. Wiara, że jednak można zbudować cywilizację w całkowitym oderwaniu od religii i jej systemu wartości, musi prowadzić do moralnego relatywizmu, na relatywizmie zaś nie da się w sposób trwały budować międzyludzkiej komunikacji ani więzi społecznych.

“Europejska wspólnota ducha” wyrasta, oczywiście, nie tylko z Biblii i Ewangelii, również z filozofii greckiej i prawa rzymskiego. Rodem z Ewangelii jest samo pojęcie osoby ludzkiej i miłości bliźniego, zrozumienie dla poświęcenia, służby i ofiary, otwieranie serca dla człowieka słabego, chorego, starego, kaleki. Gdybyśmy, przed czym Boże zachowaj, kiedykolwiek zagubili te wartości, przestalibyśmy być Europejczykami, stalibyśmy się barbarzyńcami. Ufajmy jednak, że obecny jubileusz chrześcijaństwa spowoduje we wszystkich Europejczykach — katolikach i niekatolikach, wierzących i niewierzących — jakieś odnowienie naszej europejskiej i chrześcijańskiej tożsamości.

Rozmawiała Agnieszka Magdziak-Miszewska

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.