Wiosna 2021, nr 1

Zamów

Wielokropki, przerywniki i znaki zapytania Lata dziewięćdziesiąte w światowej gospodarce

Ostatnio było naprawdę dziwnie. Wciąż jeszcze jest. Tak, jakby ktoś, kto tym wszystkim zarządza, kto trzyma w ręku niewidzialne nitki, sprawując pieczę nad bezmiarem naszego chaosu, postanowił na koniec XX wieku zrobić wielki milenijny remanent. Ten remanent trwa. Nie jest skończony. Figurki, klocki, układy i mechanizmy wirują jak oszalałe. Dobrze oswojone hierarchie, zależności, podporządkowania leżą w gruzach. Nowe dopiero się tworzą. Pojawiły się świeże i przejrzałe buble, masowe przeceny, dużo staroci z nowymi etykietkami i garść autentycznych nowości. Jak zawsze po remanencie. Tyle że ze względu na skalę zmian przyspieszenie, jakiego doświadczyliśmy, było tym razem kosmiczne.

Czy Wielki Architekt może być zadowolony ze swego poprawionego, choć nie dokończonego dzieła? Czy w trakcie minionej dekady świat stał się lepszy? Czy teraz, po wielu tak zasadniczych przemeblowaniach, nieco lepiej rozumiemy porządek naszego chaosu? Czy staliśmy się szczęśliwsi, mniej zbuntowani, pogodnie pogodzeni z losem?

Przez wiele lat, pewnie nawet dziesięcioleci, będą teraz trwały próby poszukiwania odpowiedzi na pytanie o spełnione i zawiedzione nadzieje związane z Dekadą Wielkiej Transformacji lat dziewięćdziesiątych XX wieku. I jeśli czegokolwiek możemy być pewni, to akurat tego, że bilans ostatniego dziesięciolecia pozostanie jeszcze długo otwarty.

Za dużo rzeczy zdarzyło się ostatnio naraz. Nie da się jednej miary przyłożyć do pokomunistycznej transformacji, pierwszego poważnego postliberalnego szoku, jakiego doświadczyła najbardziej reformatorska część rozwijającego się świata, oraz do informatycznej postindustrialnej rewolucji, która ujawniła całą bezradność specjalistycznej wiedzy o naturze zjawisk ekonomicznych.

Prawdę powiedziawszy, ostatnie lata postawiły nas wobec bezmiaru pytań i tylko nielicznych jasnych odpowiedzi. Utknęliśmy w gąszczu wielokropków i znaków zapytania. Pocieszające, że przynajmniej pod tym względem nic się od najdawniejszych czasów nie zmienia.

Dwa demokratyczne światy

Dla sporej części świata ostatnia dekada upłynęła pod dobrym znakiem demokracji i rynku, budowy podstaw politycznej i ekonomicznej wolności. Czyli lepiej już być nie może. Tyle że euforia związana z upadkiem autorytarnych reżimów i nie notowaną falą demokratyzacji tak szybko się gdzieś zapodziała.

Był sen garstki o wolności. Jest szara codzienność milionów. Trzeba mieć w sobie dużo siły, pokłady pokory i cierpliwości, trzeba wiele rozumieć z natury świata, żeby bez zgorzknienia przyjąć wynik smutnej konfrontacji marzeń z rzeczywistością.

Liberalna demokracja w działaniu okazała się przeraźliwie skrzypiącym mechanizmem. Ludzie znający wcześniej demokrację jedynie z opowieści zostali tym nieprzyjemnie zaskoczeni. Na dodatek pierwsze owoce rynkowych reform udało się zebrać stosunkowo nielicznym. Dlatego polityczna i ekonomiczna wolność popadła natychmiast w ostry konflikt z kwestią społecznej sprawiedliwości. Reformatorom zaczęto stawiać natarczywe pytania o to, czy człowiek biedny może być naprawdę wolny.

Większości, z najróżniejszych subiektywnych i obiektywnych przyczyn – braku umiejętności lub wytrwałości, ze strachu, zaniechania, a bywało, że i z powodu pecha – niedużo dobrego udało się do tej pory zebrać z drzewa wolności.

W naszej części świata szok, związany z przekształceniem się nowo utworzonych partii politycznych w związki zawodowe polityków, sprawił, że obywatele zaczęli wyrażać poparcie dla demokracji w oryginalny sposób – przestali głosować. Polityka stała się synonimem czegoś brudnego, wstrętnego, od czego przyzwoity osobnik trzyma się na bezpieczną odległość. Takie zjawisko, typowe dla okrzepłych i stabilnych demokracji, musi niepokoić, kiedy mamy do czynienia z krajami bez demokratycznych tradycji, pozbawionymi jakiejkolwiek sprawnej infrastruktury politycznej.

Człowiek nie żyje jednak na co dzień ani polityką, ani umiłowaniem wolności. Żyje chlebem. Porażające suchością statystyki informują: pod koniec Dekady Wielkich Przemian wciąż jeszcze były na świecie takie regiony, gdzie od 1/5 do 3/4 i więcej ludności zarabiało dziennie mniej niż jednego amerykańskiego dolara. Z „Development Cooperation Report” łatwo się dowiemy, że wiele państw z tej listy hańby XX wieku to albo demokracje (Indie – 53 proc., Brazylia – 24 proc.), albo kraje demokratyzujące się (Południowa Afryka, Chiny – 24 proc.).

W ostatnim dziesięcioleciu na horyzoncie pojawiła się też cała czereda przedziwnych tworów – nieliberalnych demokracji. One też, oczywiście, trafiły na listę (Filipiny – 29 proc. ludności poniżej dolara). Nieliberalne demokracje, ten najbardziej masowy produkt polityczny ostatnich lat, stały się kłopotliwym problemem. Niejeden autorytarny satrapa w pełnym świetle jupiterów wolnych mediów naigrawa się dziś z ogólnoświatowej mody, wymachując swoim demokratycznym mandatem. Czy wolne wybory w Kirgizji, Gruzji, Gwatemali lub Nikaragui oznaczają, że opinia publiczna może odhaczyć jeszcze jedną pozycję na liście sukcesów nowoczesnej demokracji i gospodarki rynkowej?

A przecież tak właśnie robią ludzie przygotowujący papkę informacyjną dla masowego konsumenta: odhaczają. „Załatwione, jeszcze jeden kraj po naszej stronie, można doliczyć następne kilkaset milionów do słupka oswobodzonych z niewoli”.

I dopiero dokładniejsze spojrzenie pozwala zauważyć, że wraz ze wzrostem liczby samodzielnych państw (w 1900 roku – 43, w 1914 – 62, w 1946 – 74, w 1980 – 121, a dziś już 193) odnotowujemy co prawda nominalne zwycięstwo demokracji (od 6 krajów sto lat temu przez 37 w roku 1980 do 118 dziś), gdzie respektowane są podstawowe prawa polityczne, ale tak naprawdę prawdziwy triumf święci tylko nieliberalna demokracja (przeszło 90 przypadków teraz wobec niespełna 30 przed dziesięciu laty), gdzie poszanowanie dla praw cywilnych, znanych zachodniej cywilizacji, nie istnieje.

Teoretycznie więc blisko 55 proc. ludności świata żyje już teraz co prawda w demokratycznych państwach, ale wciąż ledwie 20 proc. może skorzystać z pełni praw obywatelskich. Ot, takie było to realne przyspieszenie w naszym wielkim pędzie do wolności pierwszej dekady końca historii.

Sporo jeszcze czasu minie, zanim większość demokratycznego świata zacznie mieć naprawdę podobne problemy. Bo dziś, mimo tak zdecydowanej ekspansji demokracji i wolnego rynku, ciągle jeszcze są to problemy nie z tego samego świata.

Dekada rynku i demokracji? Dla nas – Polaków, Czechów, Węgrów, Estończyków, Łotyszy – z pewnością tak. Nie kwestionujmy tego nierozumnie, bo grzeszymy przeciw prawdzie. Ale co z Rosjanami, Serbami, Chorwatami, Białorusinami, Słowakami? Co z wieloma innymi: milionami mieszkańców południowo-wschodniej Azji, sporą częścią Afryki i Ameryki Południowej? Dla nich była to dekada biedy, poniżenia, strachu, nieszczęścia. Tego faktu nie da się unieważnić po prostu zamykając oczy na rzeczywistość.

Nie my, nie Azja, nie Ameryka Łacińska

Wbrew pozorom najciekawszym z punktu widzenia przyszłości doświadczeniem ostatniej dekady XX wieku nie była jednak wcale pokomunistyczna transformacja. Tu naprawdę nie ma wielkich tajemnic. Miarą sukcesu pozostaje wyrwanie się z cywilizacyjnego ślepego zaułka. Aby to osiągnąć, trzeba ustanowić rynek i demokrację (liberalną, albo też i nieliberalną). Cała reszta, również niezadowolenie i kontestacja, jest w sukces wliczona. Staje się jego nieodłączną częścią.

Można dyskutować, czy byłoby lepiej, gdyby Polska była dziś krajem mniejszych zróżnicowań społecznych. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że trudno o przykłady większych zróżnicowań niż w Rosji, która – jak wiadomo – prymusem w zbożnym dziele politycznych i ekonomicznych reform raczej nie jest. Dlatego jest pewne, że prędzej czy później wszystkie kraje pokomunistycznej transformacji przekroczą własny Rubikon wolnego rynku i demokracji. Lekcja ostatniej dekady zostanie odrobiona nawet przez najgorszych, najbardziej opóźnionych uczniów.

Przebojem lat dziewięćdziesiątych nie są również głośne przypadki Ameryki Południowej i południowo-wschodniej Azji. Nikt rozsądny nie twierdzi już dziś, że podstawowym źródłem politycznego i ekonomicznego sukcesu może być nieopamiętana liberalizacja wszystkiego, bez względu na miejsce, czas i okoliczności. Globalny kryzys finansowy lat dziewięćdziesiątych został starannie rozebrany na czynniki pierwsze. Towarzyszyła temu bardzo wnikliwa debata. I choć daleko jeszcze do ostatecznych konkluzji w kwestii „nowej światowej architektury finansowej”, to – podobnie jak w przypadku pokomunistycznej transformacji – panuje przynajmniej konsens co do kierunku zmian.

Kryzys finansowy przetarł drogę do demokratyzacji stosunków politycznych w wielu dotkniętych nim krajach, tradycyjnie dotychczas rządzonych na sposób autorytarny. Ta ozdrowieńcza moc kryzysu bynajmniej nie znaczy jednak, że w krajach Azji czy Ameryki Południowej zadomowi się liberalna demokracja w stylu zachodnim. Co to, to nie. Pewne jest tylko, że będzie tam więcej rynku, mniej państwowego „kapitalizmu kolesiów”, czyli – więcej pragmatycznej kontroli i otwartości, a mniej wynaturzonej ortodoksji.

Można powiedzieć, że po doświadczeniach ostatniej dekady nadzieje krajów rozwijających się na zmniejszanie obszarów ubóstwa nie są związane ani z nieprzytomną liberalizacją, ani z powrotem do rządowego interwencjonizmu, ani z implementacją zachodniego demokratycznego „gotowca”. I tyle przynajmniej wiadomo. Mało? Mnóstwo, jeśli spojrzeć na najbardziej tajemnicze zjawisko ostatnich lat: postindustrialną rewolucję informatyczną.

Paradoksalnie, największą zagadką współczesnego świata pozostaje bowiem jego najbogatsza i najbardziej demokratyczna część: Stany Zjednoczone, Europa, Japonia. Tu, to się dopiero nawyrabiało.

Stare versus nowe

Jeden z najważniejszych amerykańskich rekordów, pochodzący ze starych, dobrych lat sześćdziesiątych, przeszedł akurat do historii. Wzrost gospodarczy trwa nieprzerwanie już ponad 110 miesięcy. Specjaliści od cyklu gospodarczego udają się na przymusowe emerytury. Ekonomiści zawzięcie wykłócają się o to, czy istnieje coś takiego jak „nowa ekonomia”. Rzecz nie jest bez znaczenia, bo jeśli faktycznie istnieje, to również „stara ekonomia” powinna przejść do historii.

Czy zmiany technologiczne epoki internetu rzeczywiście sprawiają, że przestają funkcjonować stare reguły ekonomiczne? Czy dzięki nie zbadanym wpływom zmian w produktywności możliwe jest odkształcenie klasycznego cyklu koniunkturalnego, wydłużenie fazy prosperity i przekształcenie recesji w ledwie łagodną czkawkę? Czy to dzięki zmianom technologicznym kraje rozwinięte mogły tak gładko przełknąć stuprocentową podwyżkę cen ropy naftowej, czyli pigułkę, którą zadławiły się w latach siedemdziesiątych? Jak to w ogóle możliwe, żeby wraz ze wzrostem gospodarczym rosły stopy procentowe, zatrudnienie, żeby inflacja spadała, a ceny aktywów szybowały na niebotyczną wysokość?

Ekonomiści łamią sobie głowy nad objaśnieniem fenomenu dekady lat dziewięćdziesiątych w krajach OECD. I to jest nie rozwiązany dotychczas dylemat. A od euforii (wszystko inaczej) do katastrofizmu (wszystko, tak jak dawniej, zaraz się zawali) dzieli nas ledwie rzut beretem.

Między rokiem 1990 a 1999 w Stanach Zjednoczonych wartość akcji przypadających na jedno gospodarstwo domowe skoczyła z niespełna 60 do 170 proc. tak zwanego dochodu rozporządzalnego. W Kanadzie i Wielkiej Brytanii zwyżka wyniosła „ledwie” 100 proc. Ale giełdowa gorączka bogactwa dotknęła również kraje kontynentalnej Europy, tradycyjnie dotąd odporne na spekulacyjny sposób podnoszenia indywidualnej zamożności. We Włoszech giełdowy majątek przeciętnego gospodarstwa domowego zyskał w ostatniej dekadzie na wartości od niespełna 15 do 50 proc. dochodu rozporządzalnego, we Francji od 10 do ponad 20 proc. (w obu krajach bez brania pod uwagę akcji nie notowanych na giełdach), podobny do francuskiego skok odnotowano również w konserwatywnych Niemczech.

Rosnące ceny aktywów poważnie odmieniły ludzkie zachowania. Konsumenci zaczęli wydawać pieniądze bez opamiętania, zmniejszając oszczędności i zwiększając zadłużenie. Maklerzy zyskali miliony nowych klientów, zwyczajnych ludzi pracy najemnej, często umiarkowanie zamożnych, którzy błyskawicznie stali się papierowymi milionerami.

Wzrost poczucia zamożności odmienił stosunki pracy. Ludzie przestali tak bardzo dbać o formalne kontrakty, gwarancje socjalne, ubezpieczenia. To z kolei ożywiło rynek pracy. Dużo ofert, duża podaż, elastyczność pracodawców i pracowników – sprawiły, że wzrost płac pozostał umiarkowany, w wielu sektorach utrzymał się nawet poniżej wzrostu produktywności. Dzięki temu zwolennicy „nowej ekonomii” mogli nawet otrąbić nieodwołalną śmierć inflacji.

Skoro ceny wcale nie chciały wyraźnie przyspieszać, a w niektórych nieszczęsnych krajach – na przykład w Japonii – zaczęły nawet spadać, banki centralne nie miały poważnych przesłanek do podwyższania stóp procentowych. Trudno się dziwić, że nikt, a już najmniej bank centralny odpowiedzialny za stabilne ceny, nie spieszy z ochotniczym przekłuwaniem spekulacyjnego bąbla tworzącego się na aktywach. To naprawdę wielka moralna odpowiedzialność.

W ten sposób w ostatniej dekadzie XX wieku doszło w krajach rozwiniętych do stworzenia przedziwnego ekonomicznego perpetuum mobile. Zasad jego funkcjonowania nikt przekonująco nie potrafi wyłożyć, ale też nikt nie ma odwagi tej machiny zatrzymać. Jak to się skończy?

Ogromny znak zapytania

Naturalnie najłatwiej tu o tani katastrofizm. Ale wizja Armagedonu, wywołanego przywróceniem „nowej ekonomii” starego drylu, jest tanim chwytem. Internet i elektronika naturalnie nie obalają praw „starej ekonomii”, co nieco jednak przecież w funkcjonowaniu rozwiniętych gospodarek zmieniają.

To nieprawda, że pieniądz elektroniczny, kręcący gospodarką tak samo jak pieniądz bezgotówkowy, nie podlega prawom rynku. Podlega, a jakże. Ale nie jest to już ten sam rynek, co kiedyś.

Spójrzmy na pierwszy z brzegu przykład. Jeszcze nie tak dawno spółka, która chciała pozyskać na rynku kapitał (dziś już tylko ostatnie niedojdy idą pożyczać do banku), potrzebowała na to pół roku. Trzeba było zrobić prezentacje dla inwestorów, odbyć tak zwany road show. To wszystko wymagało czasu, kosztowało, a na dodatek nie było pewne, czy akurat w momencie lokowania papierów na rynku koniunktura się nie zepsuje. Stąd wzięła się konieczność ubezpieczania emisji, czyli następnego podbicia kosztów.

Dziś, dzięki internetowi, od decyzji do ulokowania emisji mija nie więcej niż tydzień. A koszty wydatnie spadają. To rewolucyjnie zmienia rynek. Skoro rośnie skłonność do finansowania się poza systemem bankowym, instytucje finansowe, jeśli chcą przeżyć, muszą nastawić się na szybką obsługę skomplikowanych transakcji. Stare, tradycyjne banki, towarzystwa ubezpieczeniowe, te zbierające depozyty i składki, a następnie udzielające kredytów i wypłacające odszkodowania, zdecydowanie odchodzą do lamusa.

A w muzeum idei ekonomicznych robi się coraz tłoczniej. W ostatnim dziesięcioleciu trafiły tam między innymi: europejskie narodowe pieniądze, wyparte przez euro; obawa przed zagranicznymi inwestorami (zwiększający się szybko udział firm zagranicznych w produkcji przemysłowej we wszystkich krajach OECD z wyjątkiem Japonii), wyparty przez wyższe od przeciętnych zarobki uzyskiwane u zagranicznych pracodawców (wszędzie bez wyjątku); a nawet – strach powiedzieć – do lamusa trafiło przywiązanie nowej lewicy do wysokich podatków.

Współczesna socjaldemokracja przestała żyć mitami. Chłodne spojrzenie na statystykę OECD pozwala zrozumieć, dlaczego tak się stało. Między rokiem 1980 a 1998 przeciętne wydatki rządowe w najbardziej rozwiniętych krajach świata, wbrew obiegowym opiniom na temat konserwatywnej rewolucji, wzrosły od 40,5 do 43,8 proc. PKB. W tym samym czasie przeciętne wpływy podatkowe budżetu podskoczyły z 33,1 do 37,6 proc. PKB. Ten rosnący, wydający się nie mieć końca trend do redystrybucji nie zdołał przy tym ani zmniejszyć zróżnicowań dochodowych, ani wygładzić przybierającej na sile fali „społecznych wykluczeń”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Nowa lewica po doświadczeniach ostatniej dekady już wie, że ubóstwa i bezrobocia nie da się przezwyciężyć dalej podnosząc podatki, bo ta zabawa źle się skończy. Dlatego jednym z najbardziej interesujących doświadczeń pierwszej dekady XXI wieku będzie zapewne potyczka niemieckiej, brytyjskiej czy francuskiej socjaldemokracji z własną historią.

A wynik tej potyczki jest znacznie mniej pewny niż ostateczny sukces pokomunistycznej transformacji czy powodzenie drugiej, poprawionej odsłony azjatyckiego cudu gospodarczego. Cóż, siła tradycji jest naprawdę ogromna. Tak wielka, że stara, dostatnia Europa będzie w najbliższych latach największym znakiem zapytania na świecie.

_______________________
Janusz Jankowiak – ur. 1957. Ekonomista, publicysta. Doktorant w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN. Jest głównym ekonomistą w Westdeutsche Landesbank. Współpracuje z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. Był redaktorem naczelnym „Gazety Bankowej”. Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.