Jesień 2020, nr 3

Zamów

Bombardujcie po kolei, Bóg rozpozna swoich Bałkany, Europa i international community, 1999

Tej wiosny sześcioletnia Aleksandra, uciekinierka z Jugosławii, która znalazła przypadkowe schronienie w moim tymczasowym budapeszteńskim mieszkaniu, pewnego dnia powiedziała do swojej matki: „Mamo, prawda, że gdy wybuchnie wojna w Bułgarii i na Węgrzech, Dejan będzie mógł przyjechać do nas, do Belgradu?”

I matka Aleksandry, i ja mamy około czterdziestki – ona jest na początku, ja bliżej końca; obydwoje jesteśmy Bałkańczykami – ona z Serbii, ja z Bułgarii; i obydwoje spróbowaliśmy wybuchnąć śmiechem. Jednak w rzeczywistości wstydziliśmy się naszych odczuć w owej chwili: bezsilności i poczucia winy. Ponieważ w ciągu czterdziestu lat nasze pokolenie doprowadziło do tego, iż nasze dzieci uznały wojnę za coś tak naturalnego jak brzydka pogoda. Dobre wychowanie Aleksandry wymagało, by w rewanżu zaprosić do domu sąsiada zza miedzy, aby ten mógł schronić się przed bombami, jak przed przelotnym deszczem.

Dobre wychowanie naszego pokolenia Bałkańczyków wymagało czegoś całkiem innego: uwierzenia, że wojny bałkańskie są czymś definitywnie zakończonym, fenomenem dziewiętnastego wieku, który z powodu nieporozumienia „przeszedł” na początek wieku dwudziestego. Inne złe rzeczy mogły nam się w życiu wydarzyć (na przykład wojna światowa z bombami atomowymi), lecz to – nigdy. Optymistyczna krótkowzroczność ludzi, urodzonych po II wojnie światowej. Czy była to główna przyczyna, dla której kraje bałkańskie okazały się tak dalece intelektualnie i moralnie nie przygotowane, by stanąć oko w oko z wojnami w byłej Jugosławii? Naturalnie, można wskazać różnice zachowań między poszczególnymi krajami, zwłaszcza między byłymi komunistycznymi i pozostałymi, lecz jest i podstawowe podobieństwo. My na Bałkanach nie chcieliśmy dopuścić do świadomości, że nowe wojny bałkańskie wybuchły, gdyż nie chcieliśmy wziąć odpowiedzialności za ich zakończenie. A gdy rzeczywistość zmusiła nas w końcu do uznania wojen w byłej Jugosławii za własny problem, szybko przyjęliśmy postawę aktora, odgrywającego rolę człowieka słabego – ponoszącego minimalną odpowiedzialność za swój los. Działo się tak z jednej strony z powodu rzeczywistej słabości – politycznej i militarnej. Z drugiej strony – ponieważ zaczęliśmy drobne kalkulacje – a to doprowadziło do słabości moralnej.

Gdy rozpoczęły się starcia, które wywołały wojnę w Bośni, Bałkany zareagowały na to ukrytym zadowoleniem. Rozpadała się silna dotychczas Jugosławia, a historyczna nieufność wobec sąsiada podpowiadała, że lepiej mieć sąsiada słabego. Mimo oficjalnych deklaracji, w praktyce wszyscy zgodnie pragnęli rozpadu maleńkiego jugosłowiańskiego imperium, a jeśli do tego miały doprowadzić wojny, no cóż, to niedobrze, ale przecież nie my je prowadziliśmy. Lecz walki w Bośni przedłużały się i w rezultacie kraje bałkańskie podzieliły się na dwa obozy: promuzułmański i prochrześcijański. Turcja i Albania otwarcie udzielały moralnego wsparcia muzułmanom; w pozostałych krajach dominowały sympatie prochrześcijańskie, choć rządy nie przekuły ich w kapitał polityczny. Takie zachowanie było połączeniem prymitywizmu politycznego ze słabością. Prawdopodobnie w tym wypadku należy cieszyć się ze słabości, gdyż w przeciwnym razie prymitywizm konsolidacji na zasadach wyznaniowych dodatkowo zaogniłby zaistniałą sytuację. Lecz powinniśmy sobie uświadomić, że neutralność Bałkanów nie była efektem politycznej dalekowzroczności, a wspomnianej już i zaaprobowanej roli słabego. Że rola ta nie jest nieunikniona, ukazuje przykład démarche Bułgarii, która w 1992 roku pierwsza na świecie uznała Macedonię, nie czekając na niczyje błogosławieństwo z zewnątrz.

W ten sposób Bułgaria zadeklarowała, że zrzeka się swoich tradycyjnych roszczeń wobec Macedonii i przyczyniła się do złagodzenia napięcia na półwyspie – była to pozycja mocnego. Lecz siedem lat później, gdy NATO bombardowało Belgrad, a serbskie siły mściły się, przeprowadzając czystki etniczne Albańczyków i Romów w Kosowie, Bułgaria zadeklarowała, że przyjmie tylko uchodźców – chrześcijan. Takich uchodźców na granicy bułgarskiej wówczas praktycznie nie było. W ten sposób państwo to wybrało pozycję słabego. Pozostałe kraje bałkańskie, w różny sposób i różnymi drogami, zrobiły to samo.

A pozostali aktorzy dramatu? Poza tym, że jestem Bałkańczykiem, jestem także Europejczykiem, choć jest to określenie dość mętne. Pod względem politycznym Europa jest hybrydą czegoś nie do końca zjednoczonego (Unii Europejskiej) i czegoś bardzo podzielonego (całej reszty, choć nie wiadomo dokładnie, kto do niej należy). I ta „Europa”, w odróżnieniu od Bałkańczyków, jeszcze nim wybuchły wojny, uznała, że problem jugosłowiański istnieje, że jest on niebezpieczny i że musi być rozwiązany. Naturalnie Europa, gdyby działała solidarnie, miałaby wszelkie dane, by go rozwiązać. Aby to osiągnąć, konieczne były wspólne działania Unii Europejskiej i dogadanie się z Rosją. Wspólnych działań ze strony Unii nie było, wskutek czego Rosja nie zaangażowała się przeciw wojnie. Za to kraje europejskie obrały wspomaganą przez bezwład dyplomatyczny, łatwą linię osobistych interesów. Na przykład serbscy włodarze ciągle otrzymywali sygnały, przede wszystkim od Francji, że amerykańskie pogróżki wojenne są blefem. Dla Francji wciąż ważniejsze było zachowanie dobrych stosunków z tradycyjnym partnerem politycznym, jakim była Jugosławia, niż troska o jakichś Albańczyków z Kosowa. Ta egoistyczna polityka nieodpowiedzialnej przyjaźni doprowadziła do okupacji północnego Kosowa przez wojska francuskie.

W tej sytuacji Rosja zachowała się w identyczny, „zachodnioeuropejski” sposób. Przez szereg lat rosyjscy włodarze nieoficjalnie i półoficjalnie wspierali wszelkie bezeceństwa swoich jugosłowiańskich kolegów, natchnieni (podobnie jak Francja) ideą przeciwstawienia się amerykańskim wpływom. W rezultacie podpuszczali serbskich narodowych komunistów, by ci przeciwstawili się USA – a później ich porzucili. W związku z tym znamienny był rosyjski „desant” pancerny z Bośni do Kosowa. Była to znakomita robota i wielkie osiągnięcie dywizji pancernej, lecz z politycznego punktu widzenia dla Rosji było to fiasko. Jedyną rzeczą, która się w istocie wtedy zdarzyła, było niedotrzymanie umowy Rosji z NATO, co obudziło na Zachodzie wszystkie upiory i lęki przed polityczną nieprzewidywalnością tego państwa, wykazującego się na dodatek znakomicie opanowanym rzemiosłem swoich żołnierzy. W efekcie negocjacje o rozmieszczeniu rosyjskiego kontyngentu utknęły w martwym punkcie na ponad miesiąc, okupacja została zakończona pod nieobecność wojsk rosyjskich i Armia Wyzwolenia Kosowa (UCK) przejęła lokalne rządy. I gdy wreszcie Rosjanie spróbowali zająć określone dla nich rejony, dowódca niemieckiego kontyngentu oświadczył z uśmiechem, że zamiast dzielić się zadaniami z Rosjanami, zmuszony jest strzec żołnierzy rosyjskich przed miejscową ludnością albańską. I miał rację. Z powodu swych krótkowzrocznych interesów rosyjscy włodarze dopuścili do wybuchu wojny, po czym skutecznie wyeliminowali się z możliwości powojennego urządzenia Kosowa. Woleli pokazać światu, że są wciąż dobrymi czołgistami, zamiast rzeczywiście pomóc autentycznie prześladowanym kosowskim Serbom.

Lecz spójrzmy na trzeciego aktora dramatu, gdyż poza tym, że jestem Bałkańczykiem i Europejczykiem, jestem także członkiem czegoś większego i bardziej nieokreślonego nawet od „Europy” – czegoś wciąż tak niejasnego, że dla jego określenia nie ma pojedynczego słowa w żadnym z języków narodowych, włącznie z amerykańskim: do „wspólnoty międzynarodowej”, international community. Przyjrzyjmy się zatem jej udziałowi w kryzysie w Kosowie w ostatnim roku.

>Nawet media należące do krajów NATO – uczestników wojny przeciw Jugosławii, tylko półgębkiem napomykały, że wojna powietrzna zakończyła się zwycięstwem; w relacjach międzynarodowych słowo „zwycięstwo” w odniesieniu do Kosowa szybko wyszło z użytku. O „zwycięstwie” uparcie i systematycznie mówią tylko Albańczycy z Kosowa. Ponieważ są odcięci od świata, a na dodatek – szczerzy. Oni zwyciężyli – w ich własnym mniemaniu. Ironia polega na tym, że w odniesieniu do polityki prowadzonej przez international community, zwycięstwo kosowskich Albańczyków jest porażką. Mimo iż powietrzna armia NATO zwyciężyła lądową armię Jugosławii. Dlaczego? Załóżmy, że international community rzeczywiście dąży, by stać się WSPÓLNOTĄ, złożoną z rozmaitych ludzkich społeczności kuli ziemskiej. Wspólnota jest formacją, scementowaną w całość wzajemną troską i odpowiedzialnością swoich członków – każdego z nich osobno i grupy jako całości. Ten stan dzielenia się odpowiedzialnością nie rodzi się spontanicznie: przeciwnie, nawet w najlepiej zorganizowanej grupie spontanicznie rodzą się tylko nieodpowiedzialność i chaos. Dlatego społeczność oddelegowuje kogoś do pilnowania porządku i wręcza mu pełnomocnictwa. Intuicyjnie odczuwalne są także granice tych pełnomocnictw: efektem działalności stróża porządku ma być więcej ładu, nie zaś chaosu. Jak w medycynie: primum non nocere.

Efektem działalności international community w Kosowie było doprowadzenie do jeszcze większego chaosu niż przedtem. Chaos zaś w stosunkach międzyludzkich powoduje cierpienia i śmierć. W Kosowie i jego bliskim sąsiedztwie – w Serbii, Czarnogórze, Albanii i Macedonii – cierpienia i śmierć wskutek wojny są faktem. W tej chwili w Kosowie z tego chaosu powstaje nowy ład. Lecz tworzą go nie ci, którzy powiększyli chaos. Nowy ład nie jest tym ładem, jaki pragnęła zaprowadzić international community. Wszystko wskazuje na to, że nowy ład w Kosowie długo będzie przeszkodą w powstaniu autentycznej wspólnoty międzynarodowej, szczególnie zaś – w powstaniu wspólnoty bałkańskiej. Dlatego stwierdzenie, że w tym wypadku international community poniosła porażkę, jest nie tylko bardziej uczciwe, ale także odpowiada rzeczywistości.

Przyjmijmy, że w Rambouillet państwo serbskie rzeczywiście zademonstrowało, że narusza światowy ład i nie reaguje na jakiekolwiek perswazje. Logicznym byłoby, że international community spróbuje wtedy zaprowadzić ład siłą, wyznaczając komuś misję międzynarodowego żandarma. Tą misją obarczyła NATO. Pesymiści mówili wówczas, że NATO jest sojuszem: a) wojennym i b) obronnym. A misja w Kosowie wymagała a) policjanta i b) policjanta aktywnego – i że z tego powodu NATO ani nie będzie chcieć, ani nie będzie mogło sprostać temu zadaniu. Optymiści mówili, że po zakończeniu zimnej wojny NATO tak czy inaczej musi przeistoczyć się albo w międzynarodowego żandarma, albo się rozwiązać, i że NATO już sobie to uświadomiło i choć ze zgrzytem, już się do nowej roli przystosowuje – i że dobrze wykona robotę. Realiści przypominali, że international community nie dysponuje żadnym innym kandydatem na żandarma. Politycy wzięli na siebie ryzyko, rzeczywistość zaś rozwinęła się zgodnie z pesymistycznym scenariuszem. Wszyscy straciliśmy. Niektórzy – wszystko.

Stracili nawet wspomniani wyżej, jedyni „zwycięzcy” – Albańczycy z Kosowa. Zgodnie ze swą starą tradycją, zapatrzeni są w osiągnięcia, nie licząc strat; i ze spokojem przechodzą do porządku nad cierpieniami i śmiercią własnych ludzi. Za to bohatersko ich opiewają, jako „ofiary złożone na ołtarzu wolności”. A mogliby przyjrzeć się historii ostatnich stu lat swoich sąsiadów. Zauważyliby wówczas, że bohaterstwo, gdy dorwie się do władzy, zazwyczaj zamienia się w tyranię: na przykład po II wojnie światowej bohaterowie antyfaszystowskiego oporu przejęli władzę i w Jugosławii, i w Bułgarii, i w Rumunii, i w Albanii. I w ciągu pięćdziesięciu lat rządzili po tyrańsku. Z czego należy wnioskować, że o wiele lepiej jest, gdy państwo na Bałkanach powstaje bardziej w wyniku kalkulacji niż heroizmu – wówczas prawdopodobnie wzrastają jego demokratyczne szanse. Lecz w Kosowie w tej chwili chyba nie martwią się o to – tam ludzie upojeni są od dawna wyśnioną niepodległością. Upojenie zwycięstwem zaś wyraża się w przemocy wobec wszystkiego, co niealbańskie. Nazizm domowego chowu, który w połączeniu z policyjnością rządzącej czasowo Armii Wyzwolenia Kosowa (UCK) aż nadto przypomina niemiecki model narodowego socjalizmu.

Światowe media doniosły o człowieku z albańskiej strefy kosowskiej Mitrowicy, który ucharakteryzował się na Hitlera, a prowadzony przez siebie lokal zamienił w hitlerowski punkt agitacyjny, ze swastykami i wszelkimi innymi atrybutami. Tok rozumowania tego człowieka jest prosty: każdy morderca Serba jest przyjacielem; w historii najnowszej Hitler wymordował najwięcej Serbów, więc jest on największym przyjacielem Albańczyka. Zachowanie tego człowieka jest krańcowe, lecz jego poglądy najwyraźniej są dość powszechne: nikt z UCK nie zareagował, jedynie miejscowy francuski dowódca KFOR bohatersko zabronił swoim żołnierzom odwiedzać jego lokal, nazywany przez miejscowych „Pizzerią Hitler”. To prawda, że Albańczycy z Kosowa zostali oskarżeni o faszyzm jeszcze na początku wojny i to przez media serbskie. Była to wówczas bezwstydna manipulacja, mająca na celu uzasadnienie mordowania tysięcy Albańczyków, Romów i innych nie-Serbów. Lecz „Pizzeria Hitler” jest zatrważającym znakiem, że na Bałkanach wzajemne oskarżenia zazwyczaj są prawdziwe – albo, jeśli nie są prawdziwe w danej chwili, w końcu takimi się stają. I że tradycyjnie nikt nie bierze odpowiedzialności, by temu zapobiec.

Stało się jasne, że nowa państwowość i społeczeństwo Kosowa okazały się niezmiernie dalekie od współczesnych standardów, i że czeka je długa droga, zanim te standardy zostaną zrealizowane – za wysoką cenę. Wszyscy bardziej umiarkowani przywódcy polityczni, którzy wciąż pozwalają sobie snuć plany o pojednaniu kosowskich grup etnicznych i o wieloetnicznym Kosowie, zostali zmarginalizowani.1 A wiadomo, że były to ważne pozycje w spisie celów, do których zrealizowania – zdaniem international community – miała przyczynić się interwencja. Lecz dziś za głoszenie takich idei wydawca dziennika „Koha Ditore”, Veton Surroi, i jego redaktor, Baton Haxhiu, otrzymują pogróżki – nie przez telefon, a publicznie, i nie ze strony faszyzujących skinów, a od „Kosova Press”, oficjalnej agencji UCK. W swojej gazecie ci otwarcie myślący i najwyraźniej odważni ludzie napisali, że przemoc wobec przedstawicieli mniejszości niealbańskich w Kosowie jest przejawem faszyzmu, który zagraża demokratycznej przyszłości tego kraju. W odpowiedzi „Kosova Press” doniosła: „Ci, którzy bezmyślnie lekceważą krew, przelaną przez wyzwolicieli Kosowa, muszą liczyć się z faktem, że staną się obiektem całkowicie uzasadnionej zemsty”. I dalej już bez ogródek, ad hominem, językiem rewolucji: „Przestępcze działania Vetona Surroia i Batona Haxhiu nie pozostaną bezkarne, ponieważ ich szaleństwo pomaga głównemu przestępcy – Slobodanowi Miloševiciowi”.

W czasie wojny światowe agencje prasowe doniosły, że Serbowie, którzy konsekwentnie mordowali albańską inteligencję w Kosowie, zamordowali też Vetona Surroia. Doniesienie okazało się fałszywe, zamordowano innego intelektualistę. Obecnie Kosowo okupowane jest przez NATO; sprzymierzeńcy NATO z UCK grożą Surroiowi i garstce ludzi, którzy podzielają jego poglądy. Grożą zemstą za to, że ci. popierają poglądy NATO. Lecz jeśli, broń Boże, w przyszłości coś złego spotka Surroia – ani NATO, ani ONZ czy KFOR nie będą temu winne. Nie będą winne, ponieważ nie wzięły na siebie żadnej odpowiedzialności. Nikt bowiem z przedstawicieli kontyngentów stacjonujących w Kosowie nie oświadczył, że będzie bronić Suroia i Haxhiu.

International community nie chroni więc tych, którzy ryzykują życiem, by zrealizować cele, wyznaczone przez international community. Lecz być może ten wniosek jest fałszywy, być może cele international community zostały ostatnio zmienione, tylko ludzie z „Koha Ditore” nie są tego świadomi? Lecz skąd mieliby się o tym dowiedzieć, skoro pozycja okupantów nie uległa zmianie ani w odniesieniu do niepodległości Kosowa, ani wobec kwestii wielonarodowości prowincji. Cele do zrealizowania w Kosowie? Ależ mamy je! Tyle że – nie bierzemy odpowiedzialności za ich realizację. Teoretycznie jest to trochę skomplikowane stanowisko, lecz w praktyce jest całkowicie do wykonania: jeśli chodzi o słowa – zgadzamy się z „Koha Ditore”, jeśli chodzi o czyny – z UCK. Wobec tak wszechstronnej zgody wyrażenie przez kogoś jakiegokolwiek niezadowolenia byłoby przejawem zwykłej niewdzięczności.

Ktoś może powiedzieć – po co te emocje, patetyczne moralizowanie, poczucie wstydu, sarkazm i wytykanie win? Przecież mamy w Kosowie sytuację kryzysową, więc angażujemy NATO jako jedyne dostępne narzędzie i próbujemy za jego pomocą rozwiązać problem; nie udaje się – no to trudno, poddamy analizie nieudane doświadczenia – aż do następnego razu. Moglibyśmy spojrzeć na to, co się stało, właśnie w ten sposób – gdybyśmy przymknęli oczy na poczucie odpowiedzialności. Poczucie, że przy mocniejszej i lepszej woli politycznej można było osiągnąć o wiele więcej, płacąc o wiele niższą cenę ludzkiego cierpienia.

Wspomniałem już, że na początku wojny NATO było przedstawiane w roli żandarma international community, gdyż jedynie rola żandarma mogła usprawiedliwić zorganizowaną międzynarodową przemoc. W takiej sytuacji zadanie żandarma ograniczyłoby się do dwóch celów: obrona kosowskich Albańczyków przed przemocą i ujęcie zbrodniarzy w celu ich osądzenia. W tych działaniach policja byłaby wystawiona na niebezpieczeństwo, które towarzyszy każdemu aktowi przemocy – lecz na tym właśnie polega ryzyko zawodowe. Żandarm ryzykuje życiem, broniąc członków społeczeństwa, którzy są w niebezpieczeństwie. Lecz NATO nie tylko nie spróbowało, ale nawet nie zadeklarowało, że spróbuje wykonać podobne zadania.

W praktyce NATO rozpoczęło wojnę nie w niezwykłej dla siebie roli żandarma, a w normalnej dla siebie roli żołnierza. A większość żołnierzy to normalni ludzie, normalny żołnierz zaś jest bierny i kocha pokój. Jego obowiązki polegają na zabijaniu i umieraniu, i on naturalnie woli nie wypełniać swych obowiązków. Jeżeli jednak zachodzi konieczność, zawodowy żołnierz stara się zabić maksymalną liczbę „wrogów”, przy minimalnym dla siebie i „swoich” ryzyku. Powietrzna wojna NATO jest podręcznikowym przykładem zawodowego zachowania żołnierzy. Praktycznie bez poniesienia strat zostało zabitych wielu „wrogów”.

Lecz kto był wrogiem NATO w tej wojnie? Wskazanie go od razu okazało się problemem. Dlatego politycy z international community uściślili, że wojna nie jest skierowana „przeciwko narodowi Serbii”, a przeciw jej przywódcy. Skoro prowadzisz z kimś wojnę, musisz – ryzykując życiem – spróbować go zabić. Lecz NATO nie próbowało zabić Miloševicia. Zamiast tego systematycznie i skutecznie próbowało zabijać ludzi z serbskiej armii. Najwyraźniej dla NATO nie byli oni częścią serbskiego narodu, a częścią pana Miloševicia. Problem rodzin pomordowanych żołnierzy nie został przez Sojusz rozpatrzony. Z drugiej strony zamordowani cywile najwyraźniej zostali uznani za część serbskiego narodu, wskutek czego skrzydlaci chłopcy z NATO mordowali ich tylko przez pomyłkę i za każdym razem, gdy zostali na niej przyłapani, ich przywódcy grzecznie przepraszali. Co więcej, spośród dwóch żołnierskich celów: maksymalnego rażenia wroga i minimalnych strat własnych, NATO obrało za swój niekwestionowany priorytet ten drugi. Od tamtej chwili trzeba było obowiązkowo zmienić cele akcji, ponieważ zarówno ochrona kosowskich Albańczyków, jak i ujęcie przestępców oznaczało wzięcie na siebie ryzyka i pewność, że będą ofiary. „Wobec tego – oświadczyli żołnierze international community – my nie będziemy tego robić”. I nie zrobili.

Front tej wojny przebiegał poziomo. Wojujący podzielili się na dwie społeczności: ludzi nieba i ludzi ziemi. Ci niebiańscy wzlatywali jak straszliwe człekoptaszyska, malowane przez Goyę na tle czarnego nieba, i mordowali, a ludzie ziemscy umierali. Wskutek czego ziemscy też zaczęli mordować, ale nie niebiańskich, a takich samych ziemskich, gdyż dwa miliony Albańczyków pozostało jako zakładnicy w rękach tych, którzy już wcześniej udowodnili, że potrafią być katami. A serbscy półwojskowi i wojskowi potwierdzili swoją katowską reputację.

Gdy myślę o wojnie w Kosowie i o sobie, jako o członku international community, niezmiennie przychodzi mi na myśl pewna metafora. Płynie okręt „Jugosławia”. My, international community, dowiadujemy się, że kapitan zamknął pod pokładem ludzi i dręczy ich. Nasze okręty-państwa otaczają „Jugosławię” i nakazują kapitanowi, by uwolnił uwięzionych. On nie poddaje się. Jak zatem kontynuujemy akcję ratowniczą? Otóż z daleka, tak aby jugosłowiański ostrzał nie mógł nas dosięgnąć – sami zaczynamy ostrzeliwać „Jugosławię”. Wskutek odległości i nasz ostrzał nie jest zbyt efektywny. Tą weselną w istocie strzelaniną próbujemy przekazać komunikat: „Jeśli nie uwolnisz ludzi, zatopimy statek”. Czyli, niosąc pomoc, jesteśmy gotowi złożyć w ofierze tych, którym chcemy pomóc. Kapitan jednak nie należy do roztropnych, nie dostrzega, że jesteśmy niekonsekwentni i że obrane środki uniemożliwiają realizację zadeklarowanego przez nas celu. On wierzy, że jesteśmy gotowi zrobić wszystko, by pomóc ludziom zamkniętym pod pokładem. Dlatego decyduje, że zamieni ich w zakładników: wyprowadza ich na pokład, rozstrzeliwuje kilku na naszych oczach, pozostałych wrzuca do wody. Nieszczęśnicy płyną w naszą stronę. Najbliżej naszych okrętów znajduje się kilka szalup, które ledwo utrzymują się na powierzchni i przytuliły się do international community licząc na to, że uda im się coś wyciągnąć na remont generalny. Płynący docierają do szalup, ale nie ma w nich miejsca, jedzenia i wody; szalupy zaczynają się przeciążać i pewnie zatoną przy pierwszej najlżejszej burzy. W tym czasie wielkie statki international community informują przez megafony, że jeśli ktoś z biednych więźniów „Jugosławii” spróbuje dopłynąć do nich, nie zostanie wpuszczony na pokład. Ponieważ international community chce pomóc nieszczęśnikom z „Jugosławii”, ale nie chce wyciągać z wody jakichś mokrych rozbitków.

Jako Bałkańczyk powracam jednak do poprzedniego obrazu. Obrazu świata, zamieszkanego przez dwie rasy ludzkie: niebiańską i ziemską. Ja należę do ziemskiej. Niebiańscy ludzie bombardują ziemskich. A ziemscy nic z tego nie rozumieją.

Piszę te słowa, ponieważ wojna w Kosowie zrodziła w świadomości wielu Bałkańczyków nowe uczucie – przynależności do społeczeństwa bezsilnych. Bomby spadały przecież nie tylko na Jugosławię, ale i na całe Bałkany. Uczucie to jest dziwne i niespodziewane, lecz jakby bardziej pierwotne niż wybory polityczne, kulturalne czy nawet religijne. Możemy tylko przypuszczać, że jego korzenie tkwią w strachu o własne życie; a ten strach zrodził się ze świadomości, że wojna w Kosowie była nieuzasadniona. Ponieważ motywy humanitarne poniosły tam porażkę. Od tego momentu z zasady przestało już być ważne, czy jesteś mieszkańcem Jugosławii, Bułgarii, czy Macedonii. „Skoro bombardują bez dostatecznego uzasadnienia sąsiadów, co im szkodzi zbombardować i nas? Oni mają bomby, a my nie mamy gdzie się podziać.” Prawdopodobnie, obok cierpienia i śmierci, uczucie upokorzenia Bałkanów jest najgorszym efektem tej wojny. Gdyż daje prostą i łatwą odpowiedź, co leży u podłoża braku odpowiedzialności u silnych: w ostatecznym rozrachunku jest to rasizm.

Proste odpowiedzi rzadko kiedy są prawdziwe. Lecz w związku z wojną i pokojem na Bałkanach brak odpowiedzialności ujawnił się jeszcze podczas pierwszej serii wojen, tych wewnątrzjugosłowiańskich, i osiągnął swój punkt kulminacyjny w Bośni. Doświadczenie z Bośni i z tegorocznej wojny w Kosowie wskazuje, że w najbliższej przyszłości także inne kryzysy na świecie będą nosić piętno trzech rodzajów nieodpowiedzialności: słabych, egoistycznych i silnych.

Na wojny w Jugosławii można spojrzeć, rzecz jasna, w różny sposób: jako na konflikty narodowej zachłanności, czy jak na efekt mafijnej bezwzględności. Lecz podobne historie już nieraz się tutaj zdarzały. Gdybyśmy spróbowali znaleźć jakieś nowe cechy charakterystyczne – powinniśmy napisać historię wojen bałkańskich z końca dwudziestego wieku jako dzieje braku odpowiedzialności.

Opublikowane niedawno propozycje Komisji Europejskiej o przyśpieszonym przyłączeniu nowych krajów do Unii (przy czym Jugosławia z zasady nie została wyłączona z tego grona) są pierwszą próbą pokonania złego bezwładu, który jest wynikiem wojny. Komisja Europejska powołuje się właśnie na Kosowo, jako argument na rzecz szybszej integracji krajów bałkańskich z Europą. Naturalnie, jest to niezależny proces, jego zaś ewentualny związek z porażką international community w wojnie humanitarnej jest odrębną sprawą. Krótko mówiąc, powinniśmy sobie życzyć, by proces integracyjny tym razem okazał się skuteczny. W przeciwnym wypadku będę być może zmuszony, korzystając z zaproszenia Aleksandry, uciec do Belgra´C i czekać, aż przestaną padać bomby nad Sofią czy Budapesztem.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

tłumaczyła Alina Petrowa-Wasilewicz

__________________________
Dejan Kjuranow – ur. 1951, jest członkiem Zarządu Centrum Strategii Liberalnych w Sofii – pozarządowej organizacji politologicznej. W bieżącym roku jego „centrala” mieści się w Budapeszcie, gdzie pracuje w Europejskim Centrum Obrony Praw Romów, jako dyrektor analiz prasowych.

__________________________
1 Sondaż, przeprowadzony w październiku wśród kosowskich Albańczyków, wykazał, że 92% z nich popiera umiarkowanego Ibrahima Rugovę, tylko 8% zaś – przywódcę UCK Hashima Thaqiego. Ten nagły zwrot opinii tłumaczony jest reakcją na autorytarne metody rządzenia, stosowane przez byłych partyzantów z tego ugrupowania (przyp. red.).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.