Jesień 2020, nr 3

Zamów

Telewizja cyfrowa: tysiąc programów i nic do oglądania? rozmowa

Z Adamem Brodziakiem, dyrektorem technicznym Polskiego Radia, byłym członkiem zarządu Telewizji Polskiej odpowiedzialnym za sprawy techniczne, rozmawia Tomasz Wiścicki

– Czym będzie się różnić telewizja cyfrowa od tej, którą znamy?

– Na każdym dotychczasowym kanale telewizyjnym będziemy mogli odbierać co najmniej cztery programy. Zwiększenie liczby dostępnych kanałów nie wygląda może tak imponująco, bo przecież już teraz moglibyśmy ich mieć powyżej stu, a możemy rozważać systemy dosyłowe, w których będzie pięćset czy tysiąc kanałów. Zależnie od rozwiązań technicznych, naziemną telewizję cyfrową można zorganizować w ten sposób, że znaczne obszary będą objęte siecią jednoczęstotliwościową. Dla przekazu telewizji analogowej tych częstotliwości potrzeba bardzo wiele, bo nawet nadajnik dużej mocy możemy odbierać w odległości zaledwie 70- -80 kilometrów, a dalej potrzeba kolejnego nadajnika z inną częstotliwością, z odpowiednim odstępem bezpieczeństwa. Zorganizowanie w sposób uporządkowany przekazu cyfrowego spowodowałoby, że telewizja naziemna wykorzystywałaby mniej częstotliwości, a widzowie mogliby oglądać więcej programów.

Zalety tej drogi przekazu nie sprowadzają się tylko do kwestii częstotliwości. Wszystkie media cyfrowe przestają rozróżniać, co jest obrazem, co jest dźwiękiem, a co informacją dodatkową – to jest po prostu strumień bitów. Treść informacyjna tego strumienia bitów zależy od nadawcy i od odbiorcy. W tej chwili na rynku medialnym dominuje telewizja, a wszystkie inne rodzaje przekazu pozostają w jej cieniu. W tym nowym świecie ten sam kanał przekazu będzie służyć do przesyłania wielu różnych informacji. Ogromną zaletą wszystkich systemów cyfrowych jest więc możliwość wprowadzania usług dodatkowych, dodatkowych informacji.

– Jakiego rodzaju dodatkowych informacji?

– Chodzi o rozmaite wyspecjalizowane serwisy informacyjne. Jeśli dodatkowo prócz przesyłu informacji będzie można zamknąć pętlę pomiędzy nadawcą i odbiorcą, to znaczy zorganizować przesyłanie odpowiedzi przez odbiorcę, czyli stworzyć system interaktywny – zakres możliwych usług stanie się znacznie większy. W ten sposób można zorganizować przede wszystkim usługi bankowe, znakomicie usprawniając cały system. Będzie można uniknąć tego wszystkiego, co nas tak denerwuje – kolejek w banku, zawodzących bankomatów. Można będzie w ten sposób dokonywać zakupu, w całości realizując transakcję, wraz z płatnością, a także planować podróż, zamawiać bilety – tak żeby unikać tych niewygód życia, których technologia uniknąć pozwala.

Wszyscy, którzy pracują z internetem, wiedzą, że w dotychczasowym systemie przekazu jego szybkość jest niewielka. Telewizja cyfrowa pozwala na to, by tę szybkość zwiększyć, aby można było znacznie więcej informacji ściągnąć do swojego komputera. Takie systemy są planowane i budowane.

– Czy dzięki istnieniu przekazu od odbiorcy do nadawcy uzyskamy jakiś wpływ na kształtowanie programu?

– Głównie taki, że łatwiej nam będzie wyrazić swoje opinie. Z kolei nadawca – jeśli potraktuje te opinie serio – będzie miał proste narzędzia do ich zebrania i oceny. Obecnie telefon do radia czy telewizji oznacza tylko wyrażenie prywatnej opinii, która nie może wpłynąć na kształt programu. Tak naprawdę na decyzje zarządów firm medialnych wpływa w pewnym stopniu jedynie telemetria – kiedy ktoś wylosowany ma u siebie w domu miernik przekazujący informację o tym, które programy ogląda. Kanał zwrotny sprawi, że wszyscy będziemy uczestnikami takiego wielkiego systemu telemetrycznego, co ma swoją siłę.

Można sobie wyobrazić inne sposoby wpływania na program. Dobrym przykładem jest przekaz transmisji sportowej. Istnieje techniczna możliwość, że będziemy zmieniali kąt widzenia kamery i kibicując jednej drużynie wybierali te punkty widzenia, które nas bardziej interesują jako kibiców – na przykład jedną albo drugą bramkę. Można sobie również wyobrazić, że jeśli nasz odbiornik będzie miał dostatecznie dużo pamięci, będziemy oglądali kilka wersji tego samego wydarzenia artystycznego, trochę wpływając na jego treść, stając się w pewnym sensie scenarzystami tego programu. Ale poza wpływaniem na kształt transmisji sportowych, co ma bardzo praktyczny wymiar – te pozostałe na razie wyglądają dla mnie na bardzo wydumane.

– W jaki sposób można zamknąć tę pętlę?

– W sieciach kablowych jest to najłatwiejsze – kierunki „tam” i „z powrotem” istnieją w nich właściwie na równych prawach. Przy rozsiewie naziemnym myśli się o wykorzystaniu kanału telefonicznego jako zwrotnego, choć są już systemy, w których mamy w domach zainstalowane nie tylko odbiorniki, ale i nadajniki, mogące przesyłać kanał zwrotny. Przypomina to telefonię komórkową, kiedy telefon jest zarówno odbiornikiem, jak i nadajnikiem. Podobny komórkowy system można zorganizować dla telewizji.

– W Polsce istnieje jak dotąd tylko cyfrowa telewizja satelitarna. Czy powstanie także cyfrowa telewizja naziemna i kablowa?

– W Polsce platformy satelitarne ruszyły najwcześniej, spontanicznie, nikt tego nie organizował, nie przygotowywał żadnych regulacji – po prostu firmy, które uznały, że to będzie dla nich dobry interes, rozpoczęły nadawanie. Znacznie trudniej jest z cyfrowym przekazem naziemnym. Można się zastanawiać, czy jest on w Polsce w ogóle potrzebny. Moim zdaniem jest – tak samo uważają ci ludzie, wraz z którymi próbujemy przygotować ten nowy świat telewizji cyfrowej.

Dla naziemnej telewizji cyfrowej konieczne jest wybudowanie nowej sieci nadajników. Ta obecna jest niewystarczająca. Nadajniki cyfrowe będą pracowały ze znacznie niższą mocą, co jest bardzo ważne dla ochrony środowiska – ale będą rozmieszczone w gęstszej siatce. System cyfrowy ma jeszcze jedną ogromną przewagę nad obecnym, analogowym, że jeśli teraz ten sam sygnał dociera do nas z dwóch różnych źródeł, jest odbierany jako zakłócenie i przeszkadza nam w odbiorze – w telewizorze mamy odbicia – natomiast w systemie cyfrowym jest odwrotnie, sygnały się sumują i dają mocniejszy sygnał, co poprawia jakość odbioru.

Wprowadzenie naziemnej telewizji cyfrowej jest możliwe pod warunkiem, że zostanie wydzielony pewien zakres częstotliwości – najpierw na eksperymenty, a potem po to, żeby uruchomić normalne nadawanie. Wprowadzenie tej drogi przekazu sprawi, że od pewnego momentu przekaz analogowy i cyfrowy stają się równorzędne. Po określonej dacie nie będzie już serwisu analogowego. Ta data może być ustalona w regulacjach prawnych, a może być tylko przewidywana. Do tego czasu wszyscy będziemy musieli mieć w domach bądź zintegrowane odbiorniki cyfrowe, bądź odpowiednie przystawki (set-top box) do naszych starych odbiorników analogowych. Wtedy nastąpi rzeczywiście koniec telewizji takiej, jaką znamy: analogowej. To nie jest futurologia – w Wielkiej Brytanii w zeszłym roku uruchomiono system naziemnej telewizji cyfrowej. To przedsięwzięcie odniosło sukces: ludzie kupują cyfrowe przystawki do swoich odbiorników i to wystarcza – nie trzeba nawet zmieniać anten.

Systemy cyfrowej telewizji kablowej też są przygotowane. W tej dziedzinie w Polsce na razie robi się najmniej. Różne rozwiązania będą istnieć równolegle. Satelita ruszył pierwszy – nie wiemy, czy następna będzie telewizja naziemna, czy kablowa, ale jedno i drugie na pewno nastąpi.

– Czy wprowadzenie telewizji cyfrowej spowoduje poprawę jakości odbioru?

– To wcale nie jest jednoznaczne – to trzeba nam dopiero zagwarantować. System cyfrowy stwarza możliwość, że uzyskamy znacznie lepszy obraz. Ale to nadawca może decydować, co wybiera: zwiększenie liczby kanałów czy poprawę jakości technicznej obrazu. Istnieje tu pełna wymienność: jeśli wtłoczy się w to samo pasmo osiem kanałów, jakość techniczna pogorszy się mniej więcej w tym samym stopniu. Na razie w Europie zdecydowano się zwiększyć liczbę kanałów i utrzymać dotychczasową jakość odbioru. W Stanach Zjednoczonych postanowiono natomiast wprowadzać telewizję wysokiej rozdzielczości, czyli nie zwiększać liczby kanałów w takim stopniu, jak Europejczycy, natomiast poprawić jakość przesyłu. Telewizja wysokiej rozdzielczości kiedyś oczywiście pojawi się również i w Europie, ale to jest problem rynku. Stanie się tak, jeżeli będziemy chcieli oglądać w naszym kinie domowym obrazy lepszej jakości, a zrezygnujemy z tak wielkiej możliwości wyboru.

– Czy korzystanie z tej możliwości wyboru będzie w ogóle możliwe dla normalnego człowieka?

– Oczywiście, istnieje pytanie, czy nie powstanie podobna bariera, jak w przypadku komputerów. Mimo że umiejętność obsługi jest względnie powszechna, istnieje bardzo duża grupa ludzi, którzy komputerów w ogóle nie dotykają. Musimy więc uniknąć niebezpieczeństwa, że obsługa odbiornika telewizyjnego stanie się zbyt skomplikowana dla osób bez przygotowania technicznego. Nowy system odbioru w domu trzeba przygotować tak, aby był on oczywisty i łatwy w obsłudze nie tylko dla nastolatka, który biegle posługuje się myszką komputerową i go to bawi, ale także dla osoby siedemdziesięcioletniej, która boi się nowych urządzeń technicznych. Rozwiązaniem tego problemu mają być elektroniczne przewodniki programowe (EPG), które w przystępny sposób będą informowały widza o tym, co może znaleźć na poszczególnych kanałach i będą przesyłały też bardziej szczegółowe informacje o programach, również przedstawiając ich fragmenty – po to, żeby każdy z nas mógł świadomie dokonać wyboru.

Takich elektronicznych przewodników programowych można z kolei użyć jako swego rodzaju narzędzia sterowania potrzebami widzów – to jest niebezpieczne. Jest więc bardzo ważne, żeby poprzez regulację prawną uniemożliwić dyskryminację któregokolwiek z nadawców i zapewnić powszechność dostępu odbiorcom.

– Czy telewizja cyfrowa będzie kodowana?

– Dostęp warunkowy, czyli kodowanie części programów, znamy już z satelitarnych platform cyfrowych. Programy kodowane mogą oglądać tylko ci, którzy za to zapłacą. Również system dostępu warunkowego może stać się narzędziem ograniczającym dostęp do informacji. Tu także potrzeba pewnej regulacji, która by określała, że część programów można kodować, ale społeczeństwu jest potrzebny wolny dostęp do informacji, który musi być zagwarantowany dla wszystkich.

W naziemnej telewizji cyfrowej można sobie wyobrazić, że jeden multipleks, czyli jeden zestaw programów nadawany na jednej częstotliwości, będzie spełniał zadania publiczne. Na pewno powinien być on otwarty, dostępny bez żadnego systemu dostępu warunkowego. Nadawcy komercyjni sami zdecydują o tym, jaka formuła dla nich jest najlepsza. Dobrze byłoby przyjąć takie rozwiązanie, żeby w sieci naziemnej nie stosować systemu warunkowego dostępu, ale to jest kwestią porządku prawnego i decyzji podejmowanych przez nadawców. Nie może się jednak okazać, że wszystkie programy będą w jakiś sposób zakodowane, a systemy kodowania stosowane przez różnych nadawców czy różnych operatorów platform będą niewymienne. Oznaczałoby to, że już kupując urządzenia dokonujemy wyboru tego, co będziemy oglądali, do jakiej części informacji będziemy mieli dostęp. Musi więc powstać prawne zabezpieczenie przed segmentacją czy ograniczeniami dostępu do informacji.

Jest paradoksem, że telewizja cyfrowa zwiększa możliwość dostępu do informacji, ale jednocześnie powstają w wielu punktach zagrożenia, że ktoś może nam ten dostęp utrudniać – po to, żeby osiągnąć jak największy zysk. To może spowodować, że będziemy żyli w świecie, w którym dostęp do informacji będzie płatny, zależny od naszego przygotowania, od tego, gdzie mieszkamy i jaki sprzęt kupiliśmy.

– A co stanie się z radiem? Czy ta rewolucja będzie go dotyczyć w porównywalnym stopniu?

– Tak, radio stoi przed bardzo podobną rewolucją. System cyfrowego radia został opracowany nawet wcześniej niż system cyfrowej telewizji, natomiast względy technologiczne zadecydowały, że nie może się pochwalić takim sukcesem jak telewizja cyfrowa. Po prostu jakość przekazu radiowego na falach ultrakrótkich jest na tyle dobra, że nikt nie ma ochoty wykładać dużych pieniędzy po to, żeby przejść z dobrej, satysfakcjonującej technologii analogowej na nową technologię cyfrową. Jednak zmiana jest nieuchronna: skoro telewizja wejdzie w świat cyfrowy, radio nie będzie miało innego wyjścia.

Nie wiadomo, czy utrzyma się niezależny system radia cyfrowego, czy też sygnał radiowy będzie tylko towarzyszył telewizyjnemu – tak jak dzieje się już teraz w przekazie satelitarnym. Na razie organizacja europejskich nadawców publicznych – EBU – broni niezależnej pozycji systemu radiowego. EBU stwierdziła wyraźnie, że nie należy mieszać dwóch systemów – DVB dla telewizji i DAB dla radia.

System DAB został tak zaprojektowany, żeby bardzo dobrze działał w warunkach odbioru w ruchu, czyli w samochodach. Ale to powoli staje się jego jedynym atutem, a to za mało, aby warto go było wprowadzić. Systemowi DVB (telewizji cyfrowej) stawia się jedynie wymaganie, żeby można go było odbierać odbiornikiem przenośnym. Próby pokazały jednak, że zupełnie nieźle można go odbierać w ruchu. Czy więc mimo stanowiska EBU odrębny system cyfrowego radia powstanie – zobaczymy. Na razie na przykład w Wielkiej Brytanii już około 60% powierzchni kraju jest pokrytych siecią nadajników DAB, a na rynku ciągle nie ma tanich odbiorników w tym systemie.

– Jakie praktyczne problemy rodzi zmiana systemu z analogowego na cyfrowy?

– Kiedy mówimy o przekazywaniu informacji, to musi istnieć źródło tej informacji, czyli strona produkcyjna programu telewizyjnego; następnie droga przekazu, i wreszcie to, co najważniejsze: odbiorca, jego przyzwyczajenia i potrzeby. Telewizja cyfrowa dotyka każdego z tych elementów.

Najmniej problemów technologicznych jest ze stroną produkcyjną. Można chyba powiedzieć, że tu najważniejsze decyzje już zapadły. Metody produkcji uległy zmianie i nowe technologie już w znacznej mierze są stosowane. Metody produkcji cyfrowej na pewno będą tańsze, ale inwestycje początkowe są na tyle duże, że trzeba mieć sporo pieniędzy, żeby tej zmiany dokonać. U nas Telewizja Polska ma tak silną pozycję, że nie powinna mieć z tym problemów. Również telewizje komercyjne – zarówno Polsat, jak i TVN – zaczynały ze stosunkowo nowoczesnymi technologiami, zwłaszcza Polsat w tym wyścigu przynajmniej dorównywał telewizji publicznej.

Oczywiście będą pojawiały się wciąż nowe rozwiązania, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w przemyśle komputerowym. Co dwa-trzy lata mamy zupełnie nowe propozycje i jesteśmy zmuszani do wymiany komputerów i kupna nowego oprogramowania – to jest świadoma polityka marketingowa producentów. Z telewizją nie pójdzie im tak łatwo: nadawcy szanują swoje inwestycje i bardzo niechętnie zgodziliby się na tak krótki cykl wymiany sprzętu. Do tej pory byli przyzwyczajeni raczej do okresów siedmio-dziesięcioletnich. Efektem ubocznym wprowadzenia telewizji cyfrowej może być więc zalew nowych technologii – to grozi nadawcom.

– A co grozi nam, widzom?

– Powstały u nas jednocześnie dwie satelitarne platformy cyfrowe. Możemy już mówić o pewnym nadmiarze. To może wyglądać na żart, skoro obejmują one niewielki procent gospodarstw domowych: jedna ma około stu pięćdziesięciu tysięcy odbiorców, druga około dwustu tysięcy. Obie te platformy konkurują, co w sferze medialnej nie zawsze jest najlepsze. Przyzwyczailiśmy się myśleć o wolnym rynku, że im większa jest podaż towarów, tym klient ma większą możliwość uzyskania niższej ceny i lepszej jakości. Akurat w sferze mediów nie musi to wcale tak wyglądać. Mamy wprawdzie szanse, że opłaty za korzystanie z platform rzeczywiście będą niskie, natomiast nie mamy żadnej gwarancji, że produkt, który nam będą sprzedawały, będzie naprawdę dobry. Od dawna krąży taki dowcip, że będziemy mieli tysiąc kanałów i nic do oglądania. Rozsądne uregulowanie rynku jest nam potrzebne między innymi po to, abyśmy się w takiej sytuacji nie znaleźli, żeby nas po prostu nie odmóżdżano. Oferta programowa bardzo często jest na poziomie mentalności dwunastoletniego dziecka – bardzo łatwo jest pociągnąć widzów za sobą tego typu przekazem. Znacznie trudniej jest mówić o tematach poważnych, istotnych.

Istnieje też problem bezpieczeństwa naszych zakupów. Nam, widzom, zależy na tym, żeby mieć w domu jak najmniej żelastwa i żeby ta aparatura rzeczywiście umożliwiała nam dostęp do informacji w jak najszerszym zakresie. Jeśli wszystkie trzy drogi przesyłowe (naziemna, satelitarna i kablowa) będą istniały równolegle, a moim zdaniem tak właśnie będzie – każdy z nas powinien mieć wolny dostęp do każdej z nich. Chodzi więc o to, żeby każdy odbiornik zapewniał nam do nich dostęp.

Obecnie jeśli kupujemy dekoder „Cyfry Plus”, to nie możemy oglądać „Wizji” i odwrotnie. Te urządzenia nie są w pełni wymienne. Łatwo można sobie wyobrazić, że operator każdej platformy cyfrowej będzie sprzedawał swój własny sprzęt. Jeśli ktoś będzie chciał mieć dostęp do wszystkich istniejących kanałów, będzie gromadził w swoim domu ogromny zestaw urządzeń, które kosztują i zajmują miejsce, a ich obsługa jest niewygodna. W tej dziedzinie zabezpieczenie interesów widza jest niezwykle ważne. Satelitarne platformy cyfrowe dopiero pokazują początek tego problemu.

W Polsce nie mamy uporządkowanego cyfrowego rynku medialnego, nie istnieje żaden program, któremu te działania są podporządkowane.

– Kto miałby taki program przygotować?

– Myślę, że tu wchodzimy w sferę polityki państwa. Musiałby to być program państwowy czy narodowy. Nie da się tutaj pominąć aktywnego udziału rządu i – w sposób naturalny – Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji – po to ją kiedyś powołano, żeby ten krajobraz medialny nam przygotowała.

– Jaki powinien być w tej dziedzinie zakres ingerencji ze strony państwa? Co państwo powinno regulować, a od czego powinno się trzymać z daleka?

– Państwo powinno pilnować, żeby nie powstawały „bramy” czy „rogatki” cyfrowe, czyli miejsca, w których ktoś będzie regulował przepływ informacji. To jest na pewno pole do interwencji państwa: przeciwdziałać ograniczeniom w dostępie do informacji. Państwo powinno zapewniać bezpieczeństwo inwestycji nas wszystkich, to znaczy, że jeśli będziemy kupowali nowy sprzęt cyfrowy, musimy mieć pewność, że niezależnie od tego, co sobie wymyśli nadawca czy operator – będziemy mieli dostęp do wszystkich kanałów bez konieczności ciągłego dopłacania.

Ponadto zorganizowanie całej infrastruktury technicznej, która umożliwi przesyłanie sygnału, wymaga inwestycji. Potrzeba więc, by z kolei inwestorzy mieli poczucie, że pieniądze, które zainwestują na przykład w sieci przesyłowe naziemnej telewizji cyfrowej, są bezpieczne – że otrzymają godziwy zwrot swoich nakładów.

Trzeba też rozwiązać kwestie okresu przejściowego między światem analogowym a cyfrowym. Oczywiście, można nie robić nic. Wiadomo, że telewizja cyfrowa i tak przyjdzie, ale wtedy będzie się to odbywało czyimś kosztem. Ktoś będzie musiał zapłacić znacznie więcej za taki nieuporządkowany sposób przechodzenia z jednego systemu do drugiego. Państwo powinno więc określić reguły gry i nie interweniować potem w samą grę, jeśli te reguły będą dobre.

– A co z odbiorcami? Czy odbiorca może mieć jakiś wpływ poza tym, że może kupić dekoder albo nie, wykupić określony program albo nie? U nas nie ma właściwie żadnej zorganizowanej reprezentacji odbiorców. Jest wprawdzie stowarzyszenie senatora Szafrańca, ale ciągle nie odgrywa ono istotnej roli.

– Myślę, że bardzo duży wpływ ma grupa słuchaczy Radia Maryja. To jest bardzo dobrze zorganizowane lobby medialne. Zadaniem państwa jest jednak również i to, żeby nas bronić – niezależnie od tego, czy zorganizujemy się w jakieś stowarzyszenia czy organizacje lobbystyczne.

– Czy w tym nowym krajobrazie medialnym pozostanie w ogóle miejsce dla nadawcy publicznego – takiego, który przynajmniej teoretycznie jest zobowiązany emitować audycje, które nie są skierowane do masowej publiczności? Czy jedynym regulatorem będzie rynek? Spotkałem się z opiniami, że już teraz w Polsce nie istnieje telewizja publiczna, a jedynie telewizja komercyjna prywatna i telewizja komercyjna państwowa i trzeba sobie to jasno wreszcie powiedzieć. Czy rzeczywiście tak będzie wyglądać przyszłość?

– W Europie w sposób wyraźny broni się potrzeby istnienia telewizji w służbie publicznej – tak to jest nawet definiowane. Można się oczywiście zastanawiać nad różnymi rozwiązaniami, bo tę służbę publiczną – czyli realizację działań służących społeczeństwu czy też jego istotnym odłamom – można zlecać również telewizji prywatnej. Natomiast jest oczywiste, że w systemie przekazu informacji jej część powinna być dostępna dla nas wszystkich i powinna zaspokajać pewne nasze potrzeby. Bez względu na to, kto to będzie robił, trzeba rozwiązać problem źródeł finansowania. Również zawierając umowę z prywatnym nadawcą czy z prywatnym producentem, który ma zrobić program telewizyjny na przykład na temat sytuacji bezdomnych dzieci, musimy wiedzieć, jak to sfinansować, jeśli taka audycja nie ma być dochodowa.

Myślę tu o takich zadaniach publicznych, które w sposób oczywisty są akceptowane przez znaczną część społeczeństwa, ale również o sprawach z zupełnie innego zakresu: o oglądaniu wydarzeń sportowych. Ten problem stał się bardzo dramatyczny – kibice nagle dowiadują się, że transmisje są kodowane i dostępne tylko dla tych, którzy za to zapłacą. Istnieje tu wielka potrzeba społeczna. Nieważne, czy my jesteśmy kibicami piłki nożnej – wiemy, że istnieje znaczna grupa kibiców, która jest po prostu wściekła, że nie może obejrzeć transmisji. To jest właśnie przykład ograniczenia dostępu do informacji. Nie ma znaczenia, że te informacje będą dostępne za godzinę czy dwie – kibiców to nie satysfakcjonuje. Również takie potrzeby trzeba zaspokajać.

Bardzo optymistyczny jest dla mnie fakt, że w Stanach Zjednoczonych, gdzie w ogóle nigdy nie istniało coś takiego jak nadawca publiczny – rynek@&ozwijał się tam od strony komercyjnej – uznano, że konieczna jest publiczna telewizja i publiczne radio. Sposób finansowania jest inny niż u nas – nie poprzez abonament, ale na zasadzie dobrowolności. Uznano więc, że warto, żeby istniał taki czynnik stabilizujący, który będzie przeciwdziałał zalewowi taniej oferty programowej, i że to jest nam wszystkim potrzebne. Tego nie zorganizowała żadna administracja – po prostu w pewnym momencie potrzeba społeczna musiała znaleźć również swój wyraz organizacyjny.

Wobec tego myślę, że w nowym krajobrazie medialnym będzie miejsce dla telewizji realizującej zadania publiczne. Jeśli nawet nie nastąpi to w sposób instytucjonalny, to jeszcze jest inna możliwość, której uczy nas internet. W starych czasach zawsze był jeden nadawca, który miał miliony widzów czy słuchaczy, natomiast nowe technologie stwarzają możliwość, że wszyscy możemy stać się nadawcami. Ten próg dostępności do źródeł przekazywania informacji został obniżony. Oczywiście rodzi to ewidentne zagrożenia, ale ma również tę zaletę, że można wyrazić w ten sposób nawet indywidualne stanowisko. Także Kościół czy stowarzyszenia, które myślą o tym, aby rodzaj ludzki nie doprowadził do samozagłady również mają łatwiejszy dostęp do różnych form przekazu. Telewizja cyfrowa będzie ten proces – kontynuowała.

– Ta wizja jest bardzo optymistyczna. Czy jednak trochę nie przesadzamy z tymi ogromnymi możliwościami, jakie nowe technologie dają jednostkom czy małym grupom? Oczywiście mając dostęp do internetu mogę się stać nadawcą na niewielką skalę, ale mój zasięg oddziaływania w porównaniu z wpływem medialnych koncernów jest zaniedbywalnie mały. Kiedyś w ten sam sposób mogłem pisać listy i je rozsyłać, natomiast nie miałem się co równać z wydawcą ogromnej gazety. Różnica skali jest podobna, tylko medium inne.

– Tak jak pańska siła rażenia, kiedy może Pan w internecie umieścić swoją stronę, jednak wzrosła w porównaniu z przepisywaniem – zwłaszcza ręcznym – listów i ich rozsyłaniem, tak samo maleje siła rażenia wielkich nadawców. Jeśli zamiast jednego, jedynego słusznego kanału telewizyjnego będziemy mieli do wyboru tysiąc, oznacza to, że o tyle zmalała siła rażenia tych wielkich nadawców. Proces ten następuje więc w dwóch kierunkach: z jednej strony małe grupy społeczne mogą uzyskać szerszy dostęp do środków przekazu informacji, z drugiej maleje siła tych, którzy organizują przekaz.

Oczywiście zawsze istnieje takie zagrożenie, że w wyniku powiązań kapitałowych tak naprawdę te tysiąc kanałów znowu będzie pochodziło z jednego źródła. Istnieje niebezpieczeństwo globalizacji: że przekaz informacji zostanie zdominowany przez kilka grup nadawców na świecie. Ale po to jesteśmy, żeby o tym myśleć.

– Czy w tej nieodległej przyszłości będzie w ogóle miejsce na media narodowe, wyrażające kulturę narodową? Przeciwko niedawnej nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji – zawetowanej przez prezydenta – przedstawiciel jednego z nadawców komercyjnych argumentował, że zawarty w niej nakaz emitowania 30% audycji polskich jest nonsensowny, skoro będzie istnieć mnóstwo kanałów tematycznych i nie będzie miało sensu określanie „narodowości” programów. Czy w tej sytuacji świat nie przestanie dzielić się na odbiorców kultury francuskiej, angielskiej, amerykańskiej, polskiej i tak dalej, a będzie się dzielił na wędkarzy, którzy będą mieli osobny kanał, miłośników rapu albo krawiectwa. Jeśli będzie dominować przekaz satelitarny, który może być odbierany na całej kuli ziemskiej jednocześnie – czy nie okaże się, że narodowa telewizja po prostu straci rację bytu?

– Myślę, że takie niebezpieczeństwo można rozważać, ale telewizja nie jest tu czynnikiem sprawczym. Jeśli przestalibyśmy sobie cenić telewizję narodową, oznaczałoby to również, że przestajemy sobie cenić naród i naszą specyfikę kulturalną i wtedy oczywiście ona zaniknie. To jest kwestia wartości, których zechcemy bronić. Oczywiście takie wybory niekoniecznie są świadome, przynajmniej nie dla wszystkich są świadome. Tendencja globalizacji jest bardzo silna i ma swoje uroki, wielu ludzi im ulega – McDonald’s ma klientów na całym świecie, co nie oznacza, że my obaj mamy lubić hamburgery. To jest znacznie szerszy problem niż tylko telewizji.

– Z pewnością jest to problem szerszy, chodzi jednak o to, że zmiany technologiczne mogą stymulować także i tego rodzaju procesy.

– Technologia jest tylko obojętnym narzędziem. Myślę, że niebezpiecznie jest rozmawiać z inżynierem o konsekwencjach etycznych i zmianach kulturowych, które spowoduje rozwój technik przekazu. Oczywiście to nie jest żadne samousprawiedliwianie się – zawsze trzeba myśleć, do czego narzędzie ma posłużyć, natomiast inżynierowie starają się, żeby ono było jak najbardziej skuteczne, najbardziej elastyczne. Kwestia, jak zostanie ono wykorzystane przez społeczeństwo, wymaga odpowiedzi cywilizacyjnej. Chcę tylko powiedzieć, że to użyteczne narzędzie może mnie bronić przed tym, żebym stał się wyłącznie wędkarzem albo wyłącznie zwolennikiem szycia czy hafciarstwa – w ten sposób, że używając elektronicznego przewodnika programowego z tego tysiąca programów mogę sobie wybrać po kolei programy, które mają polskie korzenie. Mój telewizor będzie przełączał się tylko na te programy, które ja chcę oglądać. Zawsze pozostaje to kwestią mojego wyboru.

– W dotychczasowym systemie, w którym mamy dostęp do dosyć ograniczonej liczby kanałów, stanowi to pewnego rodzaju „obszar wspólny” – wspólny język, którym możemy się porozumiewać. Kiedy tych programów będzie pięćset czy tysiąc, czy nie będzie to sprzyjać zanikaniu tego wspólnego pola, pewnego kanonu kulturowego?

– Odbieram to trochę jako sztuczny problem. To jest tak, jak z telewizją narodową. Jeśli ten kanon kulturowy będzie miał siłę przyciągania, to powszechna możliwość dostępu do dzieł z tego kanonu będzie rzeczą pozytywną. Problem powstanie wówczas, jeśli nikt nie będzie tego chciał oglądać, ale to by oznaczało, że się obrażamy na społeczeństwo, że jest niewłaściwe. To jest zadanie dla nas wszystkich. Nasze więzi nie mogą się opierać na przekazie telewizyjnym czy radiowym – muszą być budowane w sposób bardziej podstawowy, na poziomie pewnej wspólnoty. Dopiero to tworzy naszą siłę – nie da się wzorca kulturowego przekazać poprzez telewizję mimo całej jej siły przyciągającej. To musi być w nas.

Ważne jest zagwarantowanie, żeby do domu każdego z nas doszła cała oferta programowa, która istnieje. Oczywiście, chciałoby się tę ofertę mieć jak najbogatszą i jak najlepszą, ale ona będzie taka, jak będzie. Również mechanizmy rynkowe będą o tym decydowały – tego się nie uniknie. Natomiast dla mnie istotne jest to, żebym to ja potem naprawdę decydował, co chcę oglądać, żeby ktoś inny za mnie nie postanowił, że do pewnej części nie mam dostępu i muszę oglądać wyłącznie tę, którą przewidział dostawca jedynie słusznych informacji. Ten nowy system medialny musi dopiero powstać. Zmiany technologiczne wyprzedziły sposób myślenia o mediach.

– Ale czy istnieją szanse, że w Polsce on w ogóle powstanie? Czy prowadzone są jakieś prace w tym kierunku?

– Prace są bardzo nieśmiałe – tak bym to delikatnie nazwał. Jakieś prace prowadzi Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, głównie w kierunku nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Ostatnio docierają do mnie sygnały, że również kancelaria premiera zaczyna się zajmować tym problemem. Jesteśmy z tym bardzo spóźnieni – te systemy już funkcjonują w innych krajach europejskich, natomiast my ciągle jesteśmy w fazie początkowej.

Istnieją dwa stowarzyszenia, które próbują się nad tym zastanawiać: Polskie Forum DVB, czyli telewizji cyfrowej, i Polskie Forum DAB, czyli radia cyfrowego. Oczywiście nie mają one za sobą żadnego zaplecza finansowego. Są miejscem refleksji nad tym, w jaki sposób media będą działały w nowym krajobrazie, czego nadawcy czy producenci sprzętu oczekują od czynników administracyjnych, rządu, Krajowej Rady.

– Jakie środowiska uczestniczą w pracach tych stowarzyszeń?

– Zostało to zwołane na zasadzie pospolitego ruszenia. Po prostu prywatne osoby orientujące się, że Polska w tej dziedzinie odstaje od Europy – tu akurat nie mamy wątpliwości, że należy iść co najmniej na równi z innymi – postanowiły skrzyknąć wszystkich, którzy mają cokolwiek do powiedzenia. Wobec tego zaproszone zostały czynniki oficjalne – Ministerstwo Łączności, Krajowa Rada, Telekomunikacja Polska i inni operatorzy, nadawcy publiczni i komercyjni, producenci sprzętu.

– Jakie jest zainteresowanie w środowiskach, które Pan wymienił? Czy te zaproszenia zostały przyjęte?

– Jedno i drugie Forum działa na zasadzie porozumienia, podpisanego przez wszystkie strony, mają więc pewien wyraz formalny. Istnieją rady obu ciał i one starają się decydować o pracy programowej. Jednak to są tylko prace wstępne. Gdybyśmy przekonali czynniki administracyjne i regulacyjne, że warto z nami współpracować, to wtedy z tej fazy wstępnej przeszlibyśmy do współpracy na co dzień. Chcielibyśmy, aby pytano nas o opinie na temat konkretnych problemów czy też rozwiązań, które na przykład przyjmuje Krajowa Rada. Tego typu interakcji jeszcze się nie udało uruchomić. Krajowa Rada przygotowała nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji, w której znalazły się pewne elementy regulacji sposobu, w jaki kanały cyfrowe mają do nas docierać, ale nie było to przesłane do konsultacji ani Forum DVB, ani Forum DAB. Skoro więc nas nie pytają, musimy wypowiadać się sami. Nie ma to wielkiej mocy sprawczej, nie ma żadnego przełożenia na decyzje Sejmu, rządu czy Krajowej Rady, ale przynajmniej próbujemy formułować stanowiska i przekazywać je czynnikom, które za to odpowiadają.

– Skąd wynika ten brak zainteresowania ze strony czynników oficjalnych? Czy brak jest tam zainteresowania tymi sprawami, czy też ktoś tam wie lepiej?

– Być może uznano, że wszystko jest już tak jasne, że grono własnych ekspertów jest w stanie przygotować bardzo dobre prawo, przewidzieć wszystkie okoliczności. Oczywiście ja jestem innego zdania. Sprawa jest na tyle ważna, a jej skala tak ogromna – dotyka w gruncie rzeczy każdego z nas – że tego nie da się zrobić w wąskim gronie z grupą trzech-czterech ekspertów.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

– O jakiej perspektywie czasowej cały czas mówimy?

– Tworzenie nowego świata medialnego jest pewnym procesem. Łatwo jest stworzyć telewizję cyfrową, stosunkowo łatwo jest stworzyć radio cyfrowe, ale ten nowy krajobraz medialny będzie kształtowany przez wiele lat – to jest zmiana cywilizacyjna. W sensie ściśle technologicznym – nie mówię tu o zmianach kulturowych – w Stanach Zjednoczonych mówi się, że w 2007 roku wyłączone zostaną wszystkie przekazy telewizji analogowej – będzie tylko cyfrowa. W krajach Unii Europejskiej mówi się różnie – na ogół wymienia się rok 2010. Niektóre kraje nie chcą tego określać tak precyzyjnie.

My w Polsce możemy się więc znaleźć za nową kurtyną – tym razem nie żelazną, ale medialną czy elektroniczną. Niedobrze by było, gdybyśmy się znaleźli poza zasięgiem tych zmian. Ten czas nie jest wcale tak odległy. Satelitarne platformy cyfrowe pokazały to bardzo dobrze. Przecież dwa lata temu nikt nie sądził, że to pójdzie tak szybko.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.