Jesień 2020, nr 3

Zamów

Książka straconej szansy

Zabierając głos polemiczny w dyskusji nad książką Jana Tomasza Grossa (patrz „Więź” 1999 nr 7), chciałbym już na wstępie zaznaczyć, że „Upiorna dekada” – jakkolwiek ważna – w moim głębokim odczuciu jest książką straconej szansy.

Nie jestem zawodowym historykiem. Niemniej jednak w okresie studiów często spotykałem się z ludźmi, którzy w czasie wojny należeli do NSZ, a przed wojną do ONR czy SN. Później dla równowagi kilkakrotnie rozmawiałem o Holokauście z osobami pochodzenia żydowskiego. I rozmowy te nasunęły mi kilka spostrzeżeń, których w mojej opinii w dyskusji nad książką p. Grossa zabrakło. Jednak poniższy tekst proszę traktować jako moje prywatne rozważania, bardziej jako wyraz moich wątpliwości, nie zaś „prawdę objawioną”, której broniłbym za wszelką cenę.

Pierwszy zarzut, który postawiłbym osobom prowadzącym dyskusję, to zbyt słabe omówienie okresu 1939-1941 na Kresach Wschodnich. Od dawna bowiem nurtuje mnie pytanie: co spowodowało, że w obliczu sowieckiego okupanta – który deportował przecież nie tylko Polaków, ale również Żydów, Ukraińców i Białorusinów – narody zamieszkujące wschodnie obszary II RP nie były w stanie stworzyć wspólnego frontu wobec polityki ZSRR? Odpowiedzi nie znam. Ale skądinąd wiadomo, że właściwie na tym terenie ruch oporu był bardzo słaby, a terror NKWD wyjątkowo skuteczny. Wiadomo także, że na tamtych terenach to właśnie Polacy byli narodowością w szczególny sposób dotkniętą represjami. To ich najczęściej mordowano, zamykano, deportowano. Żydów i Ukraińców również – ale w mniejszym stopniu.

Czy w obliczu wspólnego zagrożenia społeczności żydowska i ukraińska zachowały się lepiej względem Polaków, niż Polacy względem Żydów w strefie niemieckiej? Wątpię. Co więcej, relacje byłych lwowian w zadziwiający sposób są zbieżne z opiniami ukrywających się Żydów z GG. Przeważa w nich mianowicie dojmujący strach, poczucie zagrożenia aresztowaniem, wywózką i głębokie poczucie, że Żydzi/Polacy zdradzili, że nawet jeżeli nie współpracują otwarcie, to i tak walczą o własne narodowe cele, w rezultacie na ich pomoc liczyć nie można. Nie zaryzykują Żydzi/Polacy własnej głowy, własnej rodziny, żeby przechować Polaka/Żyda, który takowej pomocy potrzebuje. I z moich lwowskich rozmówców muszę dopiero „wyduszać” informacje o postawach odmiennych od stereotypu, podobnie jak p. Helena Datner czyni to po stronie żydowskiej.

Wydaje mi się, że zbieżność relacji nie jest dziełem przypadku, ale kontynuuję rolę adwokata strony polskiej. Struktury sowieckie wciągnęły do kolaboracji część ludności żydowskiej. Jest to fakt historyczny, któremu dyskutanci nie zaprzeczają. Jak dużą? No cóż, skoro p. prof. Borodziej, i p. dr Stola zgodnie oświadczają, że była to grupa niewielka – przyjmijmy do wiadomości, iż tak się sprawa miała w istocie. To jednak wcale nie usprawiedliwia czerpania korzyści z zaistniałej sytuacji przez tych Żydów, którzy znajdowali się na samym dole drabiny społecznej II RP i o których „awansie” pisze Gross. A ten motyw pojawiał się niestety w wypowiedziach moich rozmówców równie często, jak motyw rabowania majątku należącego do ludności żydowskiej na terenie okupowanym przez Niemców w pamiętnikach tych, którzy przeżyli Holokaust.

Podsumowując, postawiłbym następujące pytanie: jeśli przyjmujemy bez zastrzeżeń twierdzenia strony żydowskiej, iż Polacy mają nie do końca czyste sumienie, bo nie pomagali, a byli też i tacy, którzy rabowali, szmalcowali, korzystali – to automatycznie nasuwa mi się pytanie o Kresy. Cóż bowiem zrobili Żydzi, aby pomóc Polakom? Przecież relacji na temat bólu i cierpienia zadanego naszym przodkom właśnie w latach 1939-1941 przez poszczególnych osobników narodowości żydowskiej i to nie tylko komunistów, ale właśnie religijnych, jest mnóstwo. Czy można zatem problem załatwić prostym stwierdzeniem, że Żydzi mieli swoje powody, aby być podłymi i nieludzkimi, jak tłumaczy nam to J. T. Gross? Nie sądzę.

Dlaczego tak uparcie wracam do tego, co się działo na obszarach okupowanych przez ZSRR? Dlatego że w moim głębokim przekonaniu sprawa ewentualnego zaangażowania w ratowanie Żydów, która nabrała aktualności po 22 czerwca 1941 r., napotkała na Kresach Wschodnich niebotyczne przeszkody. Oto bowiem potencjalny kandydat na „Sprawiedliwego wśród narodów” musiał nie tylko ryzykować głową, nie tylko przezwyciężać zakorzenione w kulturze i tradycji polskiej stereotypy, ale dodatkowo w ekspresowym tempie zapomnieć to, co na Kresach się działo „za Sowieta”. Musiał zabliźnić świeże rany, zapomnieć o strachu, wybaczyć krzywdy. To wymagało już nie tylko bycia bohaterem, lecz (przynajmniej w wielu przypadkach) przekroczenia granicy, za którą zaczynała się świętość. Do tego dochodzą standardowe warunki i stresy okupacyjne: Kresy są zrujnowane, położenie materialne ludności – cięższe niż w strefie niemieckiej. Miary nieszczęść dolewa terror niemiecki i wreszcie Ukraińcy z programem „Lachy za San”, względnie Litwini czy Białorusini. Truizmem jest twierdzenie, że rola tych narodów w formowaniu ostatecznego kształtu tragedii Holokaustu jest znacząca, aczkolwiek chyba również wymaga ona dalszych badań.

Chyba rzadko uświadamiamy sobie, że możliwości pomocy na tamtych terenach były znikome, a w każdym razie znacznie mniejsze niż na terytorium GG. Doświadczenia okupacji sowieckiej istotnie spowodowały, iż nikt specjalnie nie palił się do niesienia pomocy ukrywającym się Żydom. A przecież na Kresach mieszkało blisko 40% wszystkich Żydów II RP.

Wydaje mi się także, iż nie da się zrozumieć postaw społeczeństwa polskiego w GG bez odniesienia do sytuacji na Kresach. Tymczasem linia Curzona położyła się cieniem na przebiegu całej dyskusji, jak gdyby to, co się działo w Wilnie czy Lwowie w świadomości społeczeństwa polskiego znajdującego się pod okupacją niemiecką miało miejsce w granicach innego państwa, z którego obecnością na terytoriach zabużańskich Polacy zdążyli się już dawno pogodzić. Nie chcę tu bynajmniej nikogo usprawiedliwiać, ale jestem przekonany, że tragiczny splot stosunków polsko- -żydowskich, do jakiego doszło na terytoriach okupowanych przez ZSRR, nie mógł pozostać obojętny na postawy polityków i społeczeństwa z GG. Bo cóż widział endek nie popierający, czy też siejący niechęć do narodu żydowskiego zamkniętego w nieludzkich warunkach w gettach i skazanego na powolne wyniszczenie? Słyszał o tym, co się stało w Wilnie i Lwowie i odczytywał to jako zdradę państwa polskiego przez osoby będące wszak obywatelami RP. Potwierdzało to tezę lansowaną przez endecję od zarania dziejów, iż Żydzi nie są lojalni („A nie mówiliśmy? Zobaczcie, co się tam dzieje!”) Na ile informacje, które taki człowiek posiadał, były prawdziwe – to kwestia do zbadania przez naukowców. Niemniej wiarygodności tych informacji chyba nikt wówczas nie kwestionował. Dopiero dziś można powiedzieć, że informacje o skali kolaboracji były przesadzone. Ale czy wiedziano o tym w Warszawie w czasie wojny?

Tak czy inaczej obraz, który rysował się polskiemu politykowi, nie nastrajał do udzielania pomocy. Już i tak bez angażowania się w przeciwdziałanie Holokaustowi machina hitlerowskiego terroru zbierała niemal co dzień obfite żniwo wśród Polaków, zaangażowanie zaś w ratowanie Żydów było zajęciem należącym zdecydowanie do działań podwyższonego ryzyka. „Po co więc” – mógł zapytać polityk polski – „ratować kogoś, kto – jak sugerują nasze służby wywiadowcze – zachował się tak nielojalnie, jak Żydzi na Kresach? My ich wyciągniemy, narazimy mnóstwo osób, wydamy mnóstwo pieniędzy, których nie mamy, a jaki rezultat osiągniemy? Jak nam Żydzi odpłacą za nasze poświęcenie?”

Nie znajdując odpowiedzi na te pytania – pytania, które osoby kierujące ruchem oporu musiałyby sobie zadać, jeśli pragnęłyby zrobić więcej dla ludności żydowskiej – część z polskich polityków, czując się odpowiedzialna za losy swojego (i, dodajmy, tylko swojego) narodu, przyjmowała postawę, która po latach szokuje: rzezią narodu żydowskiego specjalnie zachwyceni nie byli, ale też i ratowania Żydów nie popierali. Sporadycznie jedynie można było spotkać się z relacjami, iż ktoś się cieszył z tego, że Niemcy „rozwiązują problem”.

Cóż na to wszystko powiada Jan Tomasz Gross? Że nic go nie obchodzą jakiekolwiek argumenty strony polskiej. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Nie jest w ogóle istotne, to czy coś się na Kresach działo, czy też nie, czy Polak miał jakieś możliwości zrobić więcej niż zrobił. Wszystko jedno, kim jest ten, kto miałby owej pomocy potrzebować. Może być komunistycznym zbrodniarzem, złodziejem, lichwiarzem, sąsiadem, z którym latami Polak toczył sprawę w sądzie o nie zapłacony dług. Może ranić głęboko psychikę Polaka, który w żadnych okolicznościach nie będzie zwolniony od obowiązku udzielenia pomocy Żydowi. Skoro w świetle światopoglądu czy też religii żydowskiej życie ludzkie jest kategorią nadrzędną, to – twierdzi Gross – jedyne, co w takiej sytuacji pozostaje Polakom, to podzielić ten punkt widzenia, gdyż każdy inny światopogląd musi być z natury gorszy i nie warto (czy też wręcz nie wolno!) zadawać sobie pytania, wedle jakich kategorii moralnych żyje ten, od którego pomocy się oczekuje, co jest dla niego dobre, a co złe. Nie jest w ogóle istotne, jakie motywy prowadziły większość Polaków w meandry pasywności. 50 lat wzajemnej niechęci i 10 lat (ostatnia przedwojenna dekada) otwartej wrogości, nie tłumaczy Grossowi dosłownie niczego.

Jak taka postawa ma się do perspektywy pojednania? Smutno pisać, ale w moim głębokim przekonaniu – nijak. Tkwi w niej bowiem zbyt mocno etyka egoizmu narodowego i kompletne nieliczenie się z możliwościami i światopoglądem partnera. Pereat mundus! „W sytuacji katastrofy mojego narodu Polak miał obowiązek pomocy udzielić, i koniec” zdaje się nam mówić Gross. Nie wydaje mi się, by taka swoista – nawet, powie ktoś, wymuszona tragedią Szoah – filozofia mogła posunąć naprzód dialog polsko-żydowski.

Inna sprawa to reakcje społeczne. Główna oś dyskusji przebiega właśnie wokół tezy, iż Polacy byli bierni, obojętni i niechętni. Większość dyskutantów tej tezy nie kwestionuje. Niech mi zatem będzie wolno poczynić kilka uwag do powyższego założenia. Przede wszystkim, pojawiające się w dyskusji stwierdzenie, iż coś wiemy na temat osób z kręgu sprawiedliwych wśród narodów oraz coś o szmalcownikach, natomiast wiemy mało o statystycznym Kowalskim jest dla mnie przekonujące, ale tylko wówczas, gdy przyjmiemy, że wszystkie trzy grupy powinny podlegać dalszym badaniom. Z dyskusji zaś czytelnik może odnieść wrażenie, że „sprawiedliwi” i „szmalcownicy” to temat właściwie wyczerpany badawczo, podsumowany, a liczby, jakie owe badania przynoszą, dają nam odpowiedź jednoznaczną: mało jednych, ale mało i drugich.

Taki pogląd jest dla mnie nie do przyjęcia i pod tym względem udało mi się zebrać dość ciekawe obserwacje. Znam kilka osób pochodzenia żydowskiego, których rodziny nie podały nazwisk osób, które ich ratowały, żadnym stosownym placówkom naukowym czy urzędom. I bynajmniej nie uważam, by wolno było nam zarzucać złą wolę, gdyż różne mogły być przyczyny owego milczenia. Ale rezultat jest taki, że po 50 latach od końca wojny odtworzenie obrazu autentycznego wysiłku narodu polskiego na rzecz ofiar Holokaustu jest praktycznie niemożliwe, a liczba owych biernych może być znacznie mniejsza, aniżeli wydaje się osobom prowadzącym dyskusję i autorowi „Upiornej dekady”.

Druga kwestia to problem skuteczności oddziaływania prasy (zwłaszcza narodowej) na postawy społeczeństwa polskiego. Uproszczeniem byłoby stwierdzenie, iż wszyscy zwolennicy ONR czy SN byli zbrukani szmalcownictwem czy współudziałem w mordowaniu Żydów i chyba dyskutanci zgodziliby się z powyższym twierdzeniem. Znamy nazwiska Jana Mosdorfa, Stanisława Piaseckiego czy pisarza Adolfa Nowaczyńskiego zaangażowanych w pomoc ludności żydowskiej. Również kilku moich znajomych należących do różnych oddziałów NSZ wspominało, że także u nich ukrywały się osoby pochodzenia żydowskiego. Czy ktoś na przykład wie, jakim cudem przeżył wojnę słynny tłumacz Robert Stiller? Otóż, jeśli moje informacje są ścisłe, to uratował go nie kto inny tylko. Bolesław Piasecki i Konfederacja Narodu. A przecież najbardziej agresywne gazety („Szaniec” czy „Pobudka”) musiały trafiać do ograniczonego kręgu osób związanych przed wojną z kręgiem skrajnej prawicy. I mimo takiego prania mózgu znalazło się także i w tej grupie wiele osób, które w obliczu tragedii Holokaustu potrafiły zachowywać się porządnie. Na ile zatem narodowa prasa podziemna skutecznie wpływała na postawy Polaków z GG? Tego również nie wiem.

Tak czy inaczej zgoda dyskutujących, co do tego, iż ogół Polaków pozostał bierny – budzi moje wątpliwości i chyba sprawa wymaga dalszych badań.

Na zakończenie parę słów o perspektywie kontynuowania dialogu polsko-żydowskiego w świetle „Upiornej dekady”. Czego mi w książce najbardziej zabrakło? Otóż przede wszystkim miłosierdzia i jakiejkolwiek chęci zrozumienia położenia strony polskiej. Prosta asymetria zauważalna zresztą dla każdego, kto książkę czytał, powoduje, że człowiek instynktownie zamyka się na tak sformułowane zarzuty. I nie dlatego, że są one nieprawdziwe, ale dlatego, że forma, w której są one postawione, nie pozostawia miejsca na żadne argumenty. Jednocześnie a priori odrzucone są jakiekolwiek zarzuty pod własnym adresem.

W ten sposób nie zbuduje się pojednania. Na każdym bowiem, kto pisze o tragedii Holokaustu, ciąży szczególny obowiązek moralny, by starać się zrozumieć obie strony. Zatem stawiając jakiekolwiek zarzuty, zwłaszcza zaś mówiąc „mogliście więcej”, względnie „kolaborowaliście z komuną” trzeba starać się wejść w położenie osoby, której się te zarzuty stawia. „Co byś / bym zrobił na moim / twoim miejscu?” Gross tego nie uczynił i zmarnował szansę, by jego książka mogła wejść do kanonu lektur pojednania. Gwoli sprawiedliwości muszę także ze smutkiem stwierdzić, jako prawicowy publicysta, iż niestety strona polska ma w tym zakresie równie dużo przewinień. Na naszym podwórku pisanie o sprawach polsko-żydowskich w duchu miłosierdzia, zwłaszcza o takich sprawach jak ubecja czy Kresy, pozostaje jak dotychczas głównie postulatem na przyszłość.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

„A co zrobisz – zapyta ktoś – gdy większość polskiej historiografii – zgodzi się z zarzutami , zwłaszcza jej pierwszej części?” Odpowiadam: będę spokojnie czekał. I przyjmę je do wiadomości dopiero wówczas, gdy przynajmniej część historiografii żydowskiej przyzna, iż fakt największej ofiary poniesionej w czasie ostatniej wojny wcale nie zwalnia od odpowiedzialności moralnej za zło popełnione ze strachu przed antysemityzmem hitlerowskim czy niechęcią naszych rodaków. Że podobnie jak działalność polskiego podziemia, działalność części środowisk żydowskich w okresie okupacji posiada swoje ciemne strony, których nie wolno załatwiać stwierdzeniem „Wiem, i co z tego?”, gdyż jest to zwykły relatywizm moralny nie mający nic wspólnego z prawdą będącą fundamentem, na którym zbudować mamy pojednanie przyszłych pokoleń.

Tak więc z utęsknieniem czekam na chwilę, gdy będę mógł spokojnie przyjąć tezy „Upiornej dekady”, o ile tylko ponad wszelką wątpliwość zostanie dowiedziona ich prawdziwość. Jak długo przyjdzie mi czekać? Nie wiem. Ale obserwując postęp na drodze dialogu polsko-żydowskiego, chyba mogę zdobyć się na pewien optymizm. Porównując stan sprzed lat dziesięciu i stan dzisiejszy, nie można nie zauważyć przebytej wspólnie drogi do pojednania. Więc może nie będę musiał czekać zbyt długo?

_____________________________
Aleksander Gubrynowicz – ur. 1974. Doktorant w Instytucie Prawa Międzynarodowego UW. Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.