Jesień 2020, nr 3

Zamów

Zagubiona cnota honoru (ankieta)

Czy honor jest wartością, do której można się dziś odwołać w kulturze, w życiu społecznym, gospodarczym i politycznym? Jeśli nie, to co się stało z tą wartością? Takie pytania postawiliśmy kilkunastu osobom cieszącym się szczególnym szacunkiem społecznym. Poniżej drukujemy otrzymane wypowiedzi (Red.).

Anna Radziwiłł

Podejmowanie w 1999 roku dyskusji o honorze może wydawać się zajęciem dość dziwacznym, a zarazem stwarza pokusę poddania się niedobremu zwyczajowi narzekania na czasy współczesne i wyrażania nostalgii za „dawnymi, dobrymi czasami”. Czy jednak rzeczywiście pojęcie honoru stało się w naszej epoce pojęciem anachronicznym? Oddaję ci honor”, „to człowiek honoru”, „słowo honoru” – te przykłady występujących w potocznym języku wyrażeń wydają się wskazywać, że pojęcie honor ma nadal konotację pozytywną, kojarzy się z czymś dobrym, wzniosłym, zaszczytnym. Czy jednak pojęcie to zachowało siłę sprawczą wpływania na nasze postawy, stanowi wartość, do której można się odwołać? Wydaje się, że swoiste przywiązanie do pojęcia honoru, potrzeba istnienia takiej postawy, są obecne w naszej zbiorowej podświadomości, ale zabrakło na nie miejsca w świecie, który przywykło się określać jako „świat kultury”, i stąd pojęcie honoru jako wartości jest raczej odczuwane niż świadomie uznawane.

We współczesnej kulturze widoczny jest brak akceptacji dla pojęcia honoru, co zresztą stanowi paradoks. Przecież w gruncie rzeczy pojęcie honoru przynależy właśnie do świata kultury, rozumianego jako świat, w którym człowiek próbuje podporządkować swoją naturę przyjętym wartościom, próbuje świadomie sam siebie kształtować, wypełniać powinności, zbliżać się do idealnych wzorców ? czyli tworzyć kulturę. W tak pojmowanej kulturze jest miejsce na honor. Ale czy współczesna kultura tak siebie pojmuje, czy też może zdradziła samą siebie, dopuszczając się zarazem zdrady wobec wartości?

Przez wiele wieków zadaniem literatury, sztuki, a także ludzi, których nazywano elitą intelektualną, było dostarczanie wzorców. Nawet jeżeli w rzeczywistości nie spełniano tych zadań, to jednak poczucie takiego zobowiązania zakodowane było w społecznej świadomości. Kultura europejska zatroskana była znajdowaniem odpowiedzi na pytanie: jak powinno być, a nie tylko: jak jest. Sztuka dążyła do osiągnięcia idealnego kanonu piękna, literatura chciała „wymierzać sprawiedliwość istniejącemu światu”, oceniać go, a nie tylko przedstawiać. Przypuszczalnie w każdej epoce proporcja między tym, co dobre i co złe w życiu ludzi kształtowała się podobnie, ale zło i bylejakość nie były uznawane za najbardziej kulturotwórcze tematy, a kultura miała przekazywać idee, a nie tylko „obnażać” rzeczywistość. W literaturze i sztuce XX wieku widoczna jest odwrotna tendencja. Wydaje się, że ich zadaniem stało się przedstawianie zła i brzydoty, a wartościowanie i kształtowanie wzorców uznawane jest za coś wstydliwego i podejrzanego.

Honor utracił glebę kulturową, z której mógłby czerpać soki. Pojęcie honoru znajdowało dla siebie miejsce w świecie stałych, odwiecznych zasad, a nie w świecie relatywizmu, choćby nobilitowanego hasłem wszechtolerancji i wszechwolności.

Atmosfera „politycznej poprawności” nie sprzyja postawie honoru. Pojęcie to i postawa pasowały do świata powinności i obowiązku, a nie roszczeń i kultu „autentyczności”, choćby uwznioślonych ideami praw człowieka i uzasadnionych moralnie. Przemiany społeczne, które miały miejsce w XX wieku, postępująca atomizacja społeczeństwa także nie sprzyjały utrzymaniu żywotności pojęcia honoru. W społecznościach o w miarę stabilnej strukturze, żywej tradycji, w których jednostka ma poczucie przynależności do pewnej wspólnoty osadzonej w przeszłości, posiadającej własne wzorce zachowań, które określają, czego robić „nie przystoi”, jest więcej miejsca na honor. Honor przecież żywi się wiernością, wiernością zasadom, tradycji, wspólnocie. „Samotny tłum” nie jest zbiorowością kierującą się honorem.

Na pograniczu zjawisk kulturowych i życia społecznego mieści się jeszcze jeden czynnik wpływający na to, że w otaczającej nas rzeczywistości pozostaje coraz mniej miejsca na honor. W hierarchii wartości wysoko stawiany jest pragmatyzm, skuteczność działań tak w życiu gospodarczym, jak i politycznym. Choć jest to uzasadnione logicznie, wypływając z natury tych dziedzin, nie sprzyja zachowaniu tak wielkiego znaczenia honoru, które rozwijało się w świecie, w którym bardziej szanowano bezinteresowność i zachowanie zgodne z przyjętymi regułami postępowania, nawet kosztem osiągnięcia założonych celów.

Można by więc stwierdzić, że honor przynależał do pewnego świata społecznego i kulturowego, który przestał istnieć, który nie jest obecny w cywilizacji końca XX w. Ale czy nie byłoby to nadmierne uproszczenie?

Pojęcie honoru można rozpatrywać w kategoriach etycznych i estetycznych, a także być może psychologicznych. Można traktować honor jako postawę wiodącą do takich wartości czy – używając staroświeckiego języka – cnót, jak uczciwość, lojalność, wiarygodność. Z pojęciem tym łączy się także pewien element teatralny, dbałość o piękno gestu, o walor estetyczny zachowania. Maria Ossowska formułuje następującą definicję tego pojęcia: honor jest przejawem zainteresowania własnym obrazem.

Kategoria „dobrego smaku” w poezji Zbigniewa Herberta, dumne powiedzenie Przełęckiego, bohatera dramatu „Uciekła mi przepióreczka”, który dla wytłumaczenia, dlaczego w imię zasad rezygnuje z osobistego szczęścia i kariery, stwierdza tylko: „bo takie są moje obyczaje” – są właśnie przykładami rozumienia pojęcia honoru.

Honor, duma i ogromnie ważna, choć często nie doceniana, zdolność do wstydu „w jednym stoją domu”. Honor jest bowiem wyrazem szacunku dla samego siebie, będącego konsekwencją szacunku dla przyjętych wartości. Jest także wyrazem szacunku dla innych. Chodzi nie tyle może o to, aby dobrze wypaść w ich oczach – co jest sprawą wtórną wobec samooceny – ale by troszczyć się o dostarczenie im wzorców postępowania, nawet jeżeli ich nie przyjmują. Cnota honoru zawiera w sobie założenie swoistej niezależności wobec otaczającego świata, rodzaj wzniosłego egocentryzmu, ale nie egoizmu, stąd już tylko krok do „dawania świadectwa”.

Żyjemy w Polsce końca XX w., Polsce, która od dziesięciu lat przeżywa błogosławione szaleństwo transformacji. Po kilkudziesięciu latach bytowania w stojącej wodzie realnego socjalizmu, w którym stopniowo nauczyliśmy się funkcjonować, który dawał nam poczucie pewnego bezpieczeństwa – otulając miękką watą swoich skądinąd absurdalnych mechanizmów – znaleźliśmy się w obliczu rwącego strumienia nowych zjawisk, nowych pytań, nowych problemów. Wszystkie wyzwania, z którymi borykała się cywilizacja rozwiniętych krajów świata w ostatnim półwieczu, stały się nagle naszymi wyzwaniami, skumulowanymi w ciągu kilku lat. Zamiast limitowanej informacji stanęliśmy w obliczu jej nadmiaru, miejsce walki o wymarzoną wolność – zajęła rozbuchana wolność spełniona, z którą nie bardzo umiemy sobie poradzić i która zdaje się zagrażać naszemu poczuciu bezpieczeństwa. Głęboko zakodowany ideał egalitaryzmu, sąsiadujący blisko z ideałem sprawiedliwości społecznej, który pocieszał nas i pozwalał łatwiej godzić się z absurdami systemu, został zakwestionowany. Zaczęliśmy obcować na co dzień z demokracją, wymagającą zrozumienia, że spór, różnica czy nawet konflikt są czymś nie tylko naturalnym, ale i wartościowym.

Drugi raz w ciągu okresu powojennego dokonała się swoista rewolucja społeczna, która przyniosła falę nowych awansów. Wiara w utopię raju komunistycznego, funkcjonująca i tak przez wiele lat raczej jako jej atrapa niż żywa idea, zakończyła ostatecznie swój żywot, ale to, co się stało po 1989 r., podważyło także wiarę w utopię raju, który miał zaistnieć po obaleniu komunizmu. Żyjemy więc w świecie bez utopii, bez wizji przyszłości, w świecie, w którym pragnęlibyśmy kultywować postawy protestu, dostarczające nam poprzednio sensów moralnych naszego postępowania. Niesłychanie trudno jest jednak protestować przeciw czemuś nieokreślonemu, swoistej miazdze wciąż zmieniającej swoje kontury.

Gdy spełniał się wielki rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty dziewiąty, część z nas uważała chyba, że będzie to rodzaj powrotu, odnalezienia się w świecie niepodległości, tradycji narodowej, wzorców historycznych, które w okresie realnego socjalizmu trwały w stanie utajonym i oto wreszcie mogą się ujawnić. A tymczasem okazało się, że wkroczyliśmy w zupełnie nową, mało zrozumiałą rzeczywistość. Nie tylko „oszołomy” są oszołomione, wszyscy jesteśmy oszołomieni tym „nowym”, które napotykamy na każdym kroku. Czy w tej naszej, tak nieprawdopodobnie zmieniającej się Polsce potrzebne jest miejsce na honor jako wartość i czy możliwe jest odnalezienie takiego miejsca? Myślę, że właśnie w obliczu wszechogarniającej zmiany rzeczywistości kulturowej, cywilizacyjnej, gospodarczej i społecznej, a także politycznej – potrzebna jest dojrzałość, która rozróżnia to, co ważne od tego co mniej istotne, to co trwałe od tego co zmienne.

Honor stanowi jedną z dróg do zachowania równowagi wobec dezorientującej zmienności, właśnie dlatego gdyż – jak pisałam – nadal jest obecny w naszej zbiorowej podświadomości i funkcjonuje jako pewna wartość. Nie chodzi o zjawiska w rodzaju kupowania sygnetów i poszukiwania na siłę rodowodów szlacheckich, choć snobizm – jak wiadomo – może czasem pełnić pozytywną rolę. Nie chodzi o próby bezpośredniego nawiązywania do tradycji, mówienie o honorze językiem z XIX wieku czy z okresu II Rzeczypospolitej, co grozi przekształceniem go w pojęcie z czytanek „dla grzecznych dzieci”. Wydaje się, że pojęcie honoru warto oczyścić ze skojarzeń historyczno-społecznych.

Miejsce na honor jest w życiu pojedynczego człowieka i chyba takie traktowanie honoru – jako integralnego składnika obyczajowości moralnej – warto i można wprowadzić w to, co nazywa się banalnie – wychowaniem. Natomiast w życiu zbiorowym nosicielami pojęcia „honoru” chyba mogą i powinni stać się biznesmeni i politycy. W zestawieniu z panującą opinią wskazanie na te dwie zbiorowości wydawać się może zupełnie nierealne. Dążymy jednak przecież do tego, żeby Polska rzeczywiście rozwijała się cywilizacyjnie i gospodarczo i zarazem stawała się nie tylko państwem, ale i społeczeństwem demokratycznym. Przekonanie, że przedsiębiorcy i rządzący to złodzieje i kłamcy, że robienie interesów i bogacenie się oraz uczestnictwo w polityce to coś z gruntu nieuczciwego czy w najlepszym razie podejrzanego moralnie, naprawdę temu nie służy, a niestety jest opinią dużej części społeczeństwa. I właśnie dlatego tak konieczne jest przywrócenie troski o przestrzeganie zasad honoru w zachowaniach klasy politycznej i tworzącej się warstwy ludzi interesu, torujące drogę do rehabilitacji tych środowisk w opinii publicznej. Żyjemy w świecie medialnym, co powoduje, że stanowimy widownię oglądającą to, co się dzieje na scenie życia publicznego. Być może dzięki temu zacznie się w Polsce opłacać być człowiekiem honoru. To uczynienie z życia publicznego spektaklu może nakładać na jego uczestników zobowiązania.

Marcin Kula

Słowo „honor” jest często używane. Łatwo jednak przytoczyć przykłady z życia ludzi zarówno ze szczytów, jak z nizin hierarchii społecznej, z których wynika, iż nie jest to pierwsza wartość, jaką mamy na uwadze.

Niedawno cały świat dyskutował o genitaliach prezydenta Stanów Zjednoczonych i użyciu przezeń cygar niezgodnie z przeznaczeniem. Będąc tak ośmieszonym, człowiek honoru zrezygnowałby z funkcji. Tymczasem prezydent podszedł do sprawy sportowo, rozegrał partię korzystnie dla siebie i, jak wiadomo, nadal pełni urząd. Tłumy kibicowały, oklaskały i zapomniały.

Prezydent Rzeczypospolitej fikcyjnie podwyższył swoje wykształcenie. Człowiek honoru zrezygnowałby w takiej sytuacji z ambicji politycznych. Prezydent nie wycofał się. Poseł, któremu postawiono zarzut popełnienia plagiatu, nawet nie zawiesił pełnienia mandatu.

Politycy obrażają się nawzajem, nie biorąc pod uwagę, że jest to postępowanie niehonorowe z punktu widzenia obrażającego. „Samoobrona” obnaża w jakimś momencie pośladki człowieka, którego chce skompromitować – nie biorąc pod uwagę, że jest to postępowanie niehonorowe i kompromitujące może bardziej sprawców niż ofiarę.

Iluś ludzi, którzy pełnili istotne funkcje w okresie komunistycznym, zachowuje się dziś tak, jak gdyby nie mieli wstydu. Gdyby byli ludźmi honoru, wybraliby jakieś ciche pola działania, gdzie mogliby przecież pracować z pożytkiem dla siebie i innych.

Studenci wywieszają nieraz na uczelniach kartki ze swoim numerem telefonu i prośbą o zgłoszenie się ochotników do napisania im prac za pieniądze. Po prostu bezwstydnie kupują teksty.

W tych wszystkich wymienionych – i wielkiej liczbie nie wymienionych – wypadków zdumiewają nie tyle zachowania naganne, ile brak wstydu. Fałszywy krok może się zdarzyć każdemu. Trzeba jednak nie mieć honoru, by się go nie wstydzić – i to do tego stopnia, że w celu znalezienia ochotnika do „brudnej roboty” podaje się własny numer telefonu. To właśnie w owym braku wstydu tkwi nowość zjawiska – w odróżnieniu od samych działań niehonorowych, które zdarzały się w każdej epoce.

Skąd ta zmiana? Ewolucja poczucia honoru uwikłana jest w takie same uwarunkowania, jak przemiany całego systemu wartości. Te zaś odbijają bardzo głębokie i nawet odległe od rozpatrywanej tematyki zmiany społeczeństwa. Pojęcie honoru było zawsze powiązane z występowaniem w społeczeństwie określonych ról – poczynając od roli kobiety i mężczyzny. Znacznie częściej niż o honorze „w ogóle” mówiło się o honorze mężczyzny, honorze kobiety, honorze nauczyciela, honorze strażaka? Pewne rzeczy wypadało czynić, a pewnych nie wypadało – mężczyźnie, kobiecie, nauczycielowi, policjantowi? W dzisiejszych czasach role często zmieniły się w funkcje, czy – co na jedno wychodzi – w sposób lepszego lub gorszego zarabiania na życie. Charakterystycznymi przykładami tego zjawiska są zawodowi de facto sportowcy, lekarze dalecy od powołania, czy naukowcy, realizujący taśmowo kolejne granty w miejsce oddania się poszukiwaniom.

Bardzo zamazały się kontury ról. Prawda, że żaden mężczyzna jeszcze dziecka nie urodził, do wykonywania zaś wielu zawodów trzeba się długo przygotowywać – a więc przemieszanie ról wciąż nie jest całkowite. Jest ono jednak głębokie i zapewne będzie coraz głębsze. Honor zawodu (grupy zawodowej) musi się mniej liczyć w sytuacji, gdy role zawodowe są niejasne i gdy człowiek wykonuje kilka zawodów w okresie swojej życiowej aktywności. Honor zawodu musi się mniej liczyć, gdy człowiek jednocześnie lub kolejno pełni nieraz funkcje nawet sprzeczne – jak np. naukowca, który podobno ma dążyć do prawdy, oraz polityka, który często gra i kręci. Samo upowszechnienie się zjawiska pełnienia wielu funkcji zawodowych musi, niestety, obniżać standardy etyczne.

W bardzo wielu dziedzinach życia nie było i nie ma systemu wartości „w ogóle”, lecz był on i jest zrelatywizowany do poszczególnych grup ludzkich (coś rysuje się jako honorowe bądź nie w świetle kodeksu wartości danej grupy). Tymczasem dziś każdy z nas jest członkiem znacznie większej liczby grup niż dawniej. Stąd nieunikniona relatywizacja wielu wartości. Będzie się ona nasilać zarówno wskutek różnicowania się naszego życia, jak i w wyniku intensyfikacji kontaktów ponadlokalnych, wręcz międzykulturowych. Może się oczywiście zdarzyć, że paralelnie ukształtuje się bądź umocni ponadgrupowy system wybranych wartości – ale czy rzeczywiście tak będzie, to się dopiero okaże.

Honor jest wartością bardzo indywidualną. Nieraz mówi się oczywiście o honorze grupy, honorze społeczności lokalnej, narodu, ludzkości? ale ujmę na honorze odczuwamy, gdy dotyczy ona nas bezpośrednio (nawet jeśli dotyczy nas właśnie dlatego, że jesteśmy członkami danej grupy). Otóż w biegu historii następowały dwa paralelne procesy. Z jednej strony pogłębiała się indywidualizacja ludzi – od wspólnotowej społeczności dawniejszych epok do dzisiejszego człowieka samotnego w tłumie. Z drugiej strony następował jednak proces dezindywidualizacji jednostek – od, powiedzmy, średniowiecznego rycerza do członka współczesnej klasy średniej, który posługuje się takimi samymi jak jego pobratymcy dobrami materialnymi, charakteryzuje się zaś przede wszystkim przydzielonymi mu NIP-em i PESEL-em. Współczesny człowiek często nie weryfikuje swoich działań przez odwołanie się do własnego systemu wartości, lecz do tego jak postępują wszyscy. Takie podejście pozostawia mało miejsca dla pojęcia „honoru”.

Choć na co dzień możemy o tym nie myśleć, to jednak dzisiaj znacznie więcej niż dawniej naszych działań jest elementem akcji kolektywnej. Kiedyś rycerz walczył indywidualnie i w dużym stopniu na własną rękę. Dziś żołnierz jest kółkiem w gigantycznej machinie, z której funkcjonowania trudno mu nawet zdać sobie sprawę. Znakomita większość naszych przedsięwzięć – zarówno tych, które są, bądź będą ocenione pozytywnie, jak tych negatywnych – jest uwikłana w masowe działania innych ludzi.

Bywają oczywiście wybitni naukowcy i nauczyciele lub – z drugiej strony – zbrodniarze, działający jako indywidua. Jednocześnie przecież ze złego laboratorium rzadko wychodzą dobre prace, mimo największych nawet wysiłków pojedynczych badaczy. Zły system edukacyjny źle kształci, pomimo wysiłków najwspanialszych nawet nauczycieli. Na największe zbrodnie XX wieku złożyły się sumy czynności pozornie niewinnych. Taka ewolucja naszej cywilizacji również pozostawia mało miejsca dla pojęcia „honoru” – wyraźniejszego w sytuacjach, gdy człowiek był w pełni odpowiedzialny za własne działania w całej ich rozciągłości.

Typowa dla naszej cywilizacji szybkość występujących w niej zmian relatywizuje system wartości. Wiele z tego, co wczoraj było nieakceptowalne, dziś może nadawać się do zaakceptowania, a jutro ponownie nie. Przeszłość bardzo szybko przestaje się liczyć. Dawniej człowiek zarabiał na opinię przez lata i na lata ją ewentualnie psuł; sam sobie stawiał pytanie, co kiedyś ludzie powiedzą o jego postępowaniu. Dziś czyny i oceny kumulują się w opinii publicznej w znacznie mniejszym stopniu. Bardzo szybko wybaczamy, ganimy i znów zapominamy o ewentualnych grzechach. Polityk po krótkim czasie może mówić zupełnie co innego niż przedtem, może krytykować poglądy, które sam niedawno głosił, a mało kto mu wytknie sprzeczności. Charakterystyczne dla naszych czasów tempo zmienności nie sprzyja stabilizacji systemu wartości, a więc go podminowuje.

Niektóre elementy systemu wartości naszej cywilizacji wręcz wchodzą w sprzeczność z pojęciem „honoru”. Mój ojciec, historyk gospodarczy, pół-ironicznie charakteryzował idealny system kapitalistyczny jako taki, w którym za pieniądze można kupić wszystko „z honorem włącznie”. Takiego „idealnego” kapitalizmu nie ma oczywiście w realnym świecie – niemniej jednak jego elementy istnieją. Za pieniądze można dziś kupić może nie wszystko, ale bardzo wiele – nabyte dobra zaś podnoszą społeczny prestiż. Typowy dla kapitalizmu kult indywidualnej konkurencji i współzawodnictwa daje więcej szans bezpardonowym przepychaczom niż ludziom honoru. Sentencja wypisana niedawno mazakiem na jednej ze ścian Uniwersytetu Warszawskiego, głosząca, iż „Pierwszy miliard nie bierze się z rozumu? tylko z braku dowodów”, jest z pewnością nadmiernym uogólnieniem – ale w niektórych wypadkach niestety się sprawdza. Z kolei kierujący się nominalnie szlachetnymi przesłankami system komunistyczny stworzył w życiu codziennym tyle zakłamania i konieczności czynienia rzeczy niehonorowych, że wydatnie i na długo obniżył poprzeczkę tego, co się szeroko uznaje za „honorowe” w życiu codziennym.

Nadużycie szlachetnych haseł przez systemy powszechnie dziś oceniane negatywnie zaburzyło system wartości. Warto pamiętać, że największe zbrodnie XX w. zostały dokonane rzekomo w imię dobra i ze słowami o honorze (narodu, świata pracy) na ustach. Hitlerowski Reichsparteitag w 1936 r. odbywał się pod hasłem „honoru wolności”. W ten sposób wiele słów straciło jednoznaczność. Reichsparteitag w 1939 r. miał się z kolei odbyć pod hasłem „pokoju”, ale nie odbył się, gdyż pociągi były już zajęte w celu przewożenia żołnierzy do miejsc dyslokacji oddziałów. W jednym ze smętnych dowcipów z okresu komunistycznego na pytanie: „Czy będzie wojna?” padała odpowiedź: „Nie, ale walka o pokój może rozgorzeć do tego stopnia, że nie pozostanie kamień na kamieniu”.

Wiele rzeczy w XX w. stało się niejasne, niepewne. W iluż sytuacjach historii najnowszej trudno jednoznacznie stwierdzić, co było wyzwoleniem, a co zniewoleniem. Wszystko staje się kwestią subiektywnego widzenia? W zaburzonym systemie wartości trudno zaś mówić o honorze – nawet jeśli właśnie w takich czasach wyjątki dochowują mu wiary nieraz za dramatyczną cenę. Z kolei różne typy fundamentalizmu, w których usiłuje się postawić systemy wartości z powrotem na nogi, w gruncie rzeczy bardziej je kompromitują niż promują, przynajmniej w naszym kręgu cywilizacyjnym.

W dzisiejszej cywilizacji liczy się poklask tłumów. Wielu ludzi jest więc skłonnych działać niezgodnie ze wskazaniami własnego systemu wartości i poczuciem honoru, ale tak, aby zyskać masową aprobatę. Przeciwnicy prezydenta Clintona zaoferowali legalny spektakl pornograficzny rzekomo purytańskiej Ameryce. Z kolei Prezydent Stanów Zjednoczonych zdecydował w jakimś momencie o nowym działaniu wojskowym w Iraku – po to, by jak się zdaje, podreperować swoje nadszarpnięte skandalem obyczajowym notowania opinii publicznej. Zagrożonemu wyrokiem za udział w bójce pięściarzowi najpierw ścisnął dłoń Prezydent Rzeczypospolitej, a potem podjęły go obiadem władze jego miasta. Gdzie tu miejsce na honor? Masowe audytorium musiałoby być złożone ze świętych, ażeby ludzie odeń zależni mogli kierować się własnym, być może uczciwym, systemem wartości.

Zdarzają się oczywiście jednostki, które w zetknięciu z masami usiłują działać zgodnie z własnymi kryteriami. Najczęściej są to jednak chyba ci, którzy poruszają się w obszarze życia duchowego, a nie w płaszczyźnie praktyki. W tej pierwszej sferze ludzie zdają się chętnie słuchać o wartościach i honorze. Nominalnie akceptując szczytne zasady, czują się nawet lepsi. Kompensują wszak własne, realnie częste odstępstwa od nich.

Zdzisław Najder

Honor jest pojęciem janusowym. Ma dwa oblicza, zewnętrzne i wewnętrzne, wspólnotowe i prywatne, reputację i świadomość. Aspekt zewnętrzny jest dawniejszy: jak świadczy etymologia wyrazów greckich (timé) i rzymskich (honos), początkowo chodziło o materialne dowody uznania dla heroicznych czynów i cech osobowości bohaterów. Na początku było to również pojęcie klasowe: tylko „dobrze urodzeni” mogli być ludźmi honoru. Ale już w starożytnej Grecji pojawiała się myśl, że skoro wywyższenie szlachty oparte jest na jej cnotliwości, a honor stanowi uwieńczenie cnoty ? to każdy człowiek zdobywający honorowe laury staje się równy szlachciowi. Trzeba było dopiero rewolucji francuskiej, by ta myśl przyjęła się szeroko w Europie.

Jakie są wymogi honoru? Ulegały one historycznym i społecznym przemianom. Tak znacznym, że już Montaigne odróżniał honor „prawdziwy” od „fałszywego”, opartego na zewnętrznych rytuałach. Znakomity historyk francuski Lucien Febvre, autor ciekawej książki „Honneur et patrie” odróżnia honneur od point d?honneur, cześć (polski synonim honoru) od „punktu honoru”, który jest kwestią obyczaju i przez wieki wydawał ludzi na pastwę konwenansów, wymuszających np. pojedynki (z powodu niewłaściwego ukłonu, przypadkowej obelgi, nie mówiąc już o policzku), wstępowanie do klasztorów i samobójstwa. Ofiarami honorowych pułapek, zastawianych przez polityczne intrygi, był m.in. Puszkin, a w Polsce Stefan Bobrowski, cywilny naczelnik powstańczej Warszawy w 1863 r. i wuj Josepha Conrada. Jednak rozgraniczenie „honoru” i „punktu honoru” możliwe jest niestety tylko w teorii. Nad niszczącą, tragiczną rolą honorowych konwencji biadał już wielki głosiciel najwyższej wartości honoru, Pedro Calderón de la Barca.

Były jednak wymogi honoru stałe i niepodważalne: odwaga, wierność, słowność, wielkoduszność. Są to postulaty sztywne, kodeksowe, nie oparte na przewidywanych skutkach naszych czynów, a nawet wobec nich obojętne. A więc normy, obowiązujące niezależnie od konwencji, czyli mówiąc najprościej – normy niepraktyczne. Wojownik czy rycerz (przez wieki ich głównie dotyczyło pojęcie honoru) mieli walczyć otwarcie, nie uciekając się do podstępów, nie wykorzystując przewagi, jaką daje np. nierówny grunt czy utrata konia przez przeciwnika. Wahanie się, rozważanie szans, było uznawane za haniebny przejaw tchórzostwa. Wierność danej sprawie albo przyjacielowi obowiązywała nawet w sytuacjach beznadziejnych. Danego słowa należało dotrzymać bez względu na okoliczności.

Ta zasada ignorowania względów praktycznych jest zapewne najistotniejszą cechą ideału honoru, gdy się go rozpatruje jako wartość, występującą w życiu zbiorowym.

Wynalazek prochu i wprowadzenie do walki armat – które zabijały z daleka, bez rozróżnienia między dzielnymi a tchórzami – spotkał się z gwałtownym potępieniem pisarzy, przywiązanych do idei honoru. Pisał Ariosto w „Orlandzie szalonym”:

Jakoś, o niecnotliwy, przeklęty wymyśle,
Nalazł miejsce w człowieczym sercu i umyśle?
Przez cię rycerska sława i chwała spodlała,
Przez cię dzielność w swej słusznej cenie nie zostawa,
Przez cię się za dobrego często zły udawa.
Męstwo więcej na placu przez cię ? żal się Boże! ?
I serce śmiałe stanąć na próbie nie może.

Podobny protest znajdujemy w „Don Kichocie”, dziele bohatera bitwy pod Lepanto.

Honor był początkowo głównie ideałem, odnoszącym się do jednostek, i to wybitnych; ale już na wojnę trojańską patrzono niekiedy w kategoriach obrażonego honoru Achajów, którzy musieli pomścić odebranie Agamemnonowi przez Parysa jego żony Heleny. O zespołowej czci Franków słyszymy w „Pieśni o Rolandzie” i właśnie od średniowiecza trwa tradycja mówienia o honorze narodów, armii czy poszczególnych oddziałów. Do poczucia honoru apeluje szekspirowski Henryk V przed bitwą pod Agincourt; takim honorem unoszą się Francuzi, rzucający butne wezwanie: „Panowie Anglicy, strzelajcie pierwsi!” I już w wymienionych przypadkach pojawia się problem: czy wodzowi wolno dbać o cześć własną, narażając na szwank losy swoich podwładnych? Oliwer wyrzuca Rolandowi: Zgubą nam było twe męstwo, Rolandzie!

Jednakże element bezinteresownej służby sprawie, gotowości do ofiary i obojętności na praktyczne skutki, przetrwał w pojęciu honoru zbiorowego aż do naszej współczesności i potężnie podbudował poczucie więzi wspólnotowych, a zwłaszcza narodowych. Był podstawą patriotyzmu, polegającego nie na wrogości wobec innych, ale stawianiu sobie samemu wymagań. Działo się tak zwłaszcza w narodach, które musiały walczyć o swoją wolność.

Zadaniem wodza jest wszakże nie tylko zdobywanie sławy i honoru, własnego i zespołowego, ale odniesienie zwycięstwa. W czasach nowożytnych osiągnięcie sukcesu uważa się za naczelne zadanie polityka. Ma on być skuteczny – uczy Machiavelli – i powinien dobierać środki uświęcane przez cel. Mniej więcej od XVI wieku pojęcie honoru zbiorowego ewoluuje, odchodząc (czasem bardzo daleko) od ideału opartego na przestrzeganiu surowych zasad kodeksu i odnosząc się coraz bardziej do wojskowych i innego rodzaju materialnych sukcesów. Honor zbiorowy utożsamiany jest coraz częściej z rozgłosem, a rozgłos wynika ze zwycięskiej siły. To nadużycie wielkiego słowa: naprawdę honor oznacza nie skuteczność, ale odwagę i dotrzymanie słowa.

Od końca wieku XVIII następuje inny jeszcze proces: nacjonalizacja honoru, utożsamienie honoru zbiorowego z interesami danego narodu. Honor Francuzów czy Prusaków polega już nie tyle na zachowaniu przez nich określonych reguł „uczciwego” wojowania, ile na tym, że mają odnosić zwycięstwa. Jak dzisiaj w sporcie: „honor” drużyny sprawdza się nie tyle w przestrzeganiu fair play, ile w pokonywaniu innych.

Wśród Polaków te procesy przebiegały inaczej. Przez kilka pokoleń owa „polska wyjątkowość” była dla nas przedmiotem chluby, hasłem spajającym narodową zbiorowość, a także obiektem zarówno szyderstw, jak i skrywanego czasem podziwu innych. Przypisywane Poniatowskiemu słowa o ?honorze Polaków” nie odnosiły się do zwycięstw, ale do polskiego przywiązania do niepodległości – czyli do zbiorowej wolności woli. A ponieważ niemal od początku, od ostatniego rozbioru, hasło odbudowy państwowości łączono z hasłami sprawiedliwości społecznej, obowiązek walki o Ojczyznę i jej honor (=niepodległość) stał się obowiązkiem wszystkich Polaków. Wedle nauk przywódców moralno-ideowych, wśród których prym wiedli pisarze, wszyscy Polacy stali się moralnie równouprawnieni w możności starania się o honor własny i zarazem honor narodowy. Od Słowackiego poprzez Sienkiewicza, Orzeszkową i Żeromskiego do Józefa Piłsudskiego trwała tradycja uporczywego poświęcania się dla Ojczyzny, nawet wobec przytłaczającej przewagi wrogów i w obliczu nieuchronnej klęski. Piłsudski mówił w swoim rocznicowym rozkazie z 5 sierpnia 1915 roku o walce w imię „jeśli już nie szczęścia ojczyzny, to przynajmniej jej honoru”. Sześćdziesiąt lat później Janusz Zawodny swoją amerykańską książkę o Powstaniu Warszawskim zatytułuje „Nothing but Honour” (Nic poza honorem), nawiązując do wypowiedzianych w 1525 roku słów króla Francji Franciszka I po przegranej bitwie pod Pawią. Wiemy dobrze, jakie spory do dzisiaj budzi to powstanie, atakowane ze względu na swoją „niepraktyczność”. W ciągu ubiegłego półwiecza tradycja honoru zbiorowego stawała się w Polsce coraz częściej przedmiotem krytyki (Mrożkowa „Śmierć pułkownika”), a przynajmniej powodem zażenowania.

Pół tysiąca lat po Arioście i Cervantesie, którzy z pogardą pisali o strzelających z bezpiecznej odległości tchórzach, stoczono – w obronie praw człowieka, w obronie zabijanych bezbronnych kobiet i dzieci, słowem: w rycerskiej sprawie – wojnę w Kosowie. Zasadą, przyjętą przez dowództwo amerykańskie, było „zero strat własnych”: żadnego narażania własnych żołnierzy na ryzyko starcia z wrogiem. Zasada ta została dość ironicznie potraktowana w sferach wojskowych Francji i Wielkiej Brytanii, nastawionych bardziej konserwatywnie („narażanie się jest częścią zawodu żołnierza”), ale trzeba przyznać, że stanowisko władz amerykańskich było zgodne nie tylko z nastrojami społecznymi w USA, ale z całym kierunkiem ewolucji nowoczesnej sztuki wojskowej. Powietrzne pojedynki towarzyszy broni Guynemera i von Richthofena podczas I wojny światowej były zapewne ostatnimi bojami rycerskimi, w których obowiązywała zasada wyrównywania szans. W wojnie współczesnej liczy się skuteczność. Honor obowiązywać może poszczególne jednostki, ale nie armie. Zadaniem dowódców jest zniszczenie wroga, a nie współzawodnictwo.

Podobnie dzieje się dzisiaj w życiu społecznym i gospodarczym. Reguły wolnego rynku są regułami skuteczności; o uczciwość współzawodnictwa muszą już zadbać prawodawcy. O tym, że w naszej dzisiejszej polskiej demokracji obowiązuje prymat skuteczności nad zasadami, nie muszę chyba przekonywać, dość przyjrzeć się biografiom prezydentów, obecnego i poprzedniego.

W latach 1990?1991 republiki bałtyckie odzyskiwały, nie bezkrwawo, swoją niepodległość. Byłem i jestem przekonany, że sprawą honoru Polaków było udzielenie Litwie natychmiastowego i jawnego moralnego poparcia. Ale przeważyły argumenty za potrzebą ostrożności. Pamiętam przykre zdumienie, z jakim czytałem wywód na ten temat, napisany przez publicystę katolickiego tygodnika, notabene autora książki o poezji legionowej!

Czy tak jest wszędzie? Piszę te słowa akurat po wysłuchaniu wiadomości, że jakiś dyrektor szkoły w Japonii popełnił samobójstwo, bo nie mógł pogodzić się z nakazem uroczystego odgrywania hymnu państwowego, jego zdaniem skompromitowanego przez agresywny imperializm japoński. A więc (w nawias biorę to, że samobójstwo w Japonii nie jest potępiane tak jak w chrześcijaństwie) – zdarza się i dzisiaj, że ludzie unoszą się honorem, i to wyzwolonym z ram zarówno państwowych, jak i wojennych. Ale to w Azji, nie zaś w Europie bywa rozumnej, jak pisał już dawno Norwid.

Odwróciłem kolejność odpowiedzi na zadane przez Redakcję pytania, bo właśnie historyczne losy idei honoru sprawiły, że w naszym kręgu cywilizacyjnym znajduje się ona dzisiaj w odwrocie. Co będzie, jeżeli całkiem zaniknie? Będzie to oznaczało pełne zwycięstwo wartości praktycznych, ekonomicznych, zdroworozsądkowych nad zasadami kodeksu. Miejsce dewizy „Honor i Ojczyzna”, zespalającej te dwa pojęcia na życie i na śmierć, zajmie reguła „tam ojczyzna, gdzie dobrze”.

Jeżeli odrzucimy ten składnik szaleńczej bezinteresowności („Miłość żąda ofiary”), który jest istotną częścią ideału honoru, jeżeli wyłączymy z życia zbiorowego wartość niepraktyczną, jaką ze swojej natury jest honor – okaże się, że więzi wspólnotowe polegają już tylko na opłacalności, przywiązanie zaś do ludzkiej wspólnoty, do własnej kultury i ziemi ojczystej, zależy od kalkulacji zysków i zagrożeń. I wtedy zanikną narodowe konflikty, Czeczeńcy zaniechają walki z Rosjanami, Albańczycy przestaną się różnić od Serbów. Wszyscy staną się (jak bardzo wielu już się stało) rzeczywistymi lub potencjalnymi obywatelami Stanów Zjednoczonych AP, na tak długo, jak długo Stany Zjednoczone pozostaną najbogatszym państwem świata. Ale czy będą gotowi za nie umierać?

bp Alojzy Orszulik

Św. Paweł w Liście do Rzymian pisze: A poczytywałem sobie za punkt honoru głosić Ewangelię jedynie tam, gdzie imię Chrystusa było jeszcze nie znane, by nie budować na fundamencie położonym przez kogo innego (Rz 15, 20). Paweł – zgodnie z tym, co zostało zapisane w Księdze Izajasza: Ci, którym o Nim nie mówiono, zobaczą Go, i ci, którzy o Nim nie słyszeli, poznają Go (Iz 52, 15) – był apostołem wszystkich pogan. Mało tego, nie rozpoczynał nigdy chrystianizacji na terenach, które były już objęte działalnością apostolską, a wierność tej zasadzie uważał za powód do chluby: poczytywał sobie za punkt honoru. Apostoł Narodów czuł się odpowiedzialny przede wszystkim za tych, którym nie było dane poznać prawdy o Chrystusie i Dobrej Nowiny.

Co zatem powinno być punktem honoru współczesnego chrześcijanina, a szczególnie duchownego? Pisał o tym w „Wyborze Boga” kardynał Jean-Marie Lustiger. Powinniśmy opuścić znajome wybrzeże i wyruszyć ku ziemiom niechrześcijańskim, które są wokół nas, również tu, w Polsce: na sąsiedniej ulicy, w domu obok, w szkole, w pracy. Być otwartym, zgodnie ze słowami św. Pawła: aby stać się „wszystkim dla wszystkich”. A przecież tak wielu ludzi wokół nas nie zna Chrystusa. Apostołowanie wśród nich to honor.

Słowa św. Pawła z Listu do Rzymian wskazują jeszcze na inny wymiar cnoty honoru. „Niehonorowe” jest wykorzystywanie wysiłku i sukcesów innych ludzi dla własnych, egoistycznych celów (np. plagiat). Apostoł sugeruje również, że chrześcijanin jest wezwany do czynu. Nasza religia to przecież religia czynu. Chrześcijanin musi nieustannie przezwyciężać siebie. Kardynał Karol Wojtyła napisał w „Osobie i czynie”: Doświadczamy tego, że człowiek jest osobą i jesteśmy o tym przekonani, dlatego że spełnia on czyn. Tworzy w ten sposób wokół siebie nowy świat – świat prawdy, sprawiedliwości. Jest honorem i chlubą dla chrześcijanina – mówi św. Paweł – podejmować taki czyn.

Redakcja „Więzi” pyta, czy honor jest wartością, do której można się dziś odwołać w kulturze, w życiu społecznym, gospodarczym i politycznym? W podtekście pytania wyczuwam wątpliwość, czy ta cnota ma jakiekolwiek znaczenie w dzisiejszym, konsumpcyjnym świecie. Obserwując młodzież jestem mimo wszystko optymistą. Pamiętam, jak kiedyś Stanisław Broniewski „Orsza”, dowódca Szarych Szeregów, wspominał, że przed II wojną światową też krytykowano młodych: że nijacy, że bezideowi, że bez ambicji itd. Tymczasem to właśnie ci młodzi okazali się ludźmi honoru i w porywie autentycznego patriotyzmu powstali przeciw okupantowi. Nie na darmo na sztandarach mieli wypisane słowa: Bóg, Honor, Ojczyzna. Jestem przekonany, że współczesna młodzież w sytuacjach wymagających jednoznacznych decyzji w swojej większości wybierze dobro. Przecież to przede wszystkim młodzi dwa lata temu ratowali ludzi dotkniętych klęską powodzi.

Oczywiście, wszyscy jesteśmy grzeszni i honor w związku z tym łatwo przemienić się może w dumę i pychę. Jest to objaw zepsucia życia duchowego człowieka, który stał się niewolnikiem czasu i miejsca. Człowiek honoru to człowiek odpowiedzialnie wolny; tak by ten jego honor i człowieczeństwo, jak pisał Henryk Elzenberg, nie wisiały na wciąż się nam rwących, cienkich nitkach prawdy i fałszu.

Adam Strzembosz

Ankieta „Więzi” zwraca uwagę na ważny element naszej dawnej kultury, jakim było pojęcie honoru. Czy pojęcie to odgrywa jeszcze jakąś rolę, a jeżeli zanikło, to dlaczego i czy należy tego żałować?

Na początku trzeba stwierdzić, że słowo „honor” całkowicie wyparowało z języka potocznego. Może jeszcze czasem ktoś daje „słowo honoru”, ale tylko dlatego, że wśród różnych zaklęć i to pozostało w pamięci, chociaż w rzeczywistości nie łączy się z poczuciem honoru wymawiającego te słowa. Narzuca się więc pytanie, co się stało, że przestano pamiętać o honorze wyodrębniającym „ludzi honoru” spośród ogółu współobywateli. Czy tylko słowo „honor” stało się niemodne, czy też i wartość z nim związana?

W przeszłości honor nie był uważany za właściwość, w którą – przynajmniej potencjalnie – są wyposażeni wszyscy członkowie danego społeczeństwa. Ludźmi honoru byli ” a przynajmniej domagano się, aby byli – ci jedynie, którzy ze względu na pełnione funkcje zostali obciążeni szczególną odpowiedzialnością i zarazem obdarzeni szczególnymi przywilejami. Myślę tu o rycerstwie, które stanowiąc zbrojne ramię króla lub księcia, brało udział w częstych starciach wojennych, a poza nimi doskonaliło swe rzemiosło na turniejach i w innych formach rywalizacji. Wypracowało ono w końcu kodeks określonego postępowania opartego – w moim przekonaniu – na zasadzie równości, obowiązującej w ramach stanu rycerskiego. Ich postępowanie było ściśle związane z pojęciem honoru, który nie pozwalał, aby w kilku napadać na jednego, używać broni lub zbroi, której nie posiada przeciwnik, dobijać rannego, chyba że trzeba było skrócić jego cierpienia (misericordia) czy nie stawiać się w wyznaczonym miejscu, gdy po wzięciu do niewoli było się zwalnianym na słowo. To słowo, jego bezwzględne obowiązywanie, odgrywało zresztą w rycerskim kodeksie honorowym szczególną rolę.

Powoli ukształtował się ideał rycerza, który symbolizowali błędni rycerze wędrujący po świecie jedynie po to, aby bronić słabych i uciśnionych.

Związane z rycerstwem pojęcie honoru przejęła szlachta uważająca się za spadkobierczynię dawnych rycerzy. Rycerz – przynajmniej teoretycznie – musiał przed pasowaniem wykazać się jakimiś zasługami i osobistymi przymiotami. Szlachcicem było się z urodzenia. Stan majątkowy odgrywał pewną rolę, ale podrzędną (szlachta chodaczkowa, zagrodowa, zaściankowa), chociaż pełnię przywilejów – pod koniec I Rzeczypospolitej – posiadał tylko posesjonatus. Ale na skutek ubożenia (odbieranie majątków powstańcom) i z różnych innych przyczyn duża część szlachty przeniosła się do miast – wraz z pojęciem honoru, którego nie pozostawiono jedynie ziemiaństwu i innym osiadłym na roli potomkom szlacheckim. W mieście i na wsi, kto chciał być zrównany w opinii środowiska, do którego aspirował, z osobami pochodzenia szlacheckiego, musiał być człowiekiem honoru, tzn. spełniać określone standardy moralne, chociaż pewnie często zastępowało je obycie towarzyskie.

Nie ma już ziemiaństwa jako grupy społecznej, nie ma tzw. starej inteligencji, składającej się w dużej mierze z potomków szlacheckich, a chociaż nadal takie pochodzenie może być cenione w przyczyn snobistycznych, przestało już być rzeczywistym wyróżnikiem, nawet w życiu towarzyskim. Wprawdzie na Podlasiu i północnym Mazowszu utrzymało się poczucie odrębności zaścianków czy też tzw. okolic szlacheckich, ale nie sądzę, aby tam słowo ?honor? było w użytku, chociaż wiele wskazuje na to, że istnieje tam nadal większe poczucie obowiązku wobec narodu, które dawniej wyrażało się w masowym udziale w powstaniach. Reasumując, można wysunąć hipotezę, że honor był związany z pewną elitarnością, wynikającą z zasług lub pochodzenia. Te elity zanikły, a wraz z nimi pojęcie honoru, którego były nosicielami.

Można jednak podnieść, że w ich miejsce powstały nowe elity – elity intelektualne, elity władzy, elity finansowe. Czy nie mogły przejąć pojęcia honoru i związanych z nim atrybutów?

Tak się jednak nie stało i ma to rozliczne przyczyny. Honor był niewątpliwie czymś całkowicie obcym elitom władzy w państwie totalitarnym. W wilczym stadzie nie ma nawet lojalności. Nowe demokratycznie wybrane elity polityczne są natomiast zbyt świeżej daty, aby wytworzyły własny kodeks postępowania i uzyskały niezbędny prestiż, przypisywany ludziom honoru. Wielu nie zważa na ugruntowane normy przyzwoitości i nie są za to karani ani przez wyborców, ani przez kolegów. Ich miejsce na drabinie społecznej jest poniżej spełnianej funkcji. Ale elity umysłowe, chociażby reprezentowane przez tzw. świat nauki, odkąd prowadzone są badania socjologiczne na ten temat, tzn. od 1957 r., są postrzegane jako znajdujące się na samym szczycie uznania społecznego (profesorowie uczelni akademickich). Wiele wskazuje na to, że uznanie dla wiedzy łączyło się z przekonaniem, że wykształceniu odpowiadają standardy moralne. Nigdy jednak nie słyszałem, aby w środowisku naukowym odwoływano się do honoru jako zbioru norm obowiązujących nauczyciela akademickiego. Tej grupy zawodowej nikt też nie nazywa ludźmi honoru. Tak jak nie nazywa się w ten sposób lekarzy, sędziów, adwokatów i przedstawicieli innych zawodów, wymagających wysokiego poziomu etycznego oraz skrupulatnego przestrzegania zasad uznanych w danym zawodzie za bezwzględnie obowiązujące ze względu na następstwa społeczne uchybień. Być może w państwie demokratycznym stratyfikacja wynikająca z wykształcenia, kompetencji czy pełnionych funkcji jest zbyt słaba, aby określone grupy wyodrębniły się spośród ogółu przypisując sobie dodatkowe obowiązki i przywileje – w tym przywilej trudnej dostępności uwarunkowanej poziomem moralnym. A może członkowie tych grup słusznie uważają, że nie nabyli takich nowych cech, które zobowiązywałyby ich do obrony, za każdą cenę, własnej godności (honoru).

Zatrzymajmy się nad pojęciem godności, której związek z honorem jest szczególnie bliski. Posiada ją każda istota ludzka, stworzona została przecież na obraz i podobieństwo Boga. Państwo demokratyczne, może niezamierzenie, uznało ten fakt, gwarantując wszystkim równe prawa i wolności. Społeczeństwo współczesne zaciera też różnice między mężczyzną, nosicielem honoru, a kobietą – nosicielką czci. Czy cierpi na tym godność? Nie, jeżeli „wyparowanie’ pojęcia honor ze współczesnej kultury nie jest dowodem upadku poczucia własnej wartości, która domaga się – także przez szacunek dla samego siebie – słowności, rzetelności w wypełnianiu obowiązków, uznawania godności każdego człowieka i obdarzania go należnym szacunkiem. Gdyby zatem w miejsce poczucia honoru, przeżywanego dotychczas tylko przez elity, rozwinęła się taka postawa wobec drugiego, wynikająca z głębokiego przeżycia godności ludzkiej – nie byłoby żadnej szkody. Może taki proces rozpocznie się w społeczeństwie wolnych ludzi, którzy wywalczyli sobie wreszcie uznanie ich godności? Dotąd chyba się nie rozpoczął, albo obserwując naszą codzienność nie umiemy go uchwycić.

Żal jednak honoru, może tym bardziej że tak kontrastuje z kulturą telewizora i internetu, z kulturą masową opartą na kulcie sukcesu i mocnej pięści. A może wróci poprzez tych, którzy stawiają sobie wysokie wymagania i przez to już są elitą, chociaż dobrze zakrytą codziennym chamstwem większości współobywateli. Myślę tu o harcerzach z tych drużyn, które oparły się zbylejaczeniu, czy też o członkach odradzających się korporacji akademickich – przyjmujących na siebie obowiązek bezinteresownej pracy społecznej, traktujących swoją przynależność do korporacji jako zobowiązujący zaszczyt. A może należy oczekiwać nowej ewangelizacji, która wprawdzie nie odbuduje elit posługujących się pojęciem honoru, ale czyniąc świętość powszechniejszą zrealizuje ideał błędnego rycerza – bezinteresownej służby na rzecz skrzywdzonych i opuszczonych.

Jan Józef Szczepański

Do najrzadziej atakowanych i prawie nigdy nie wyśmiewanych zalet moralnych należy honor. Może dlatego, że jest to cnota uchodząca za właściwość przede wszystkim męską, a nawet – historycznie rzecz biorąc – rycerską. Honor łączy się nieodmiennie z odwagą. Reprezentuje nieustępliwość, zdolność trwania przy raz uznanych za słuszne przekonaniach i zdolność ich obrony. Poza tym naczelne wartości, do których odnosi się poczucie honoru, należą do trudno dostępnego świata najwyżej cenionych abstrakcji, takich jak Bóg i Ojczyzna, A jednak nasz współczesny sceptycyzm, wzrastający w miarę wzrostu naszych politycznych doświadczeń, czyni i tę opokę cnót rycerskich coraz bardziej niepewną. Oczywiście, jak we wszystkich wypadkach moralnych ocen, ostateczny werdykt zależy tu od indywidualnej reakcji człowieka, przeważnie nieprzewidywalnej, poddanej wpływom otoczenia, a najczęściej nie podlegającej roztropnej krytyce.

Jednym z wyraźnych przykładów takiej sytuacji jest wojna kosowska. Przyczyną tego konfliktu jest odległa o sześćset lat bitwa na Kosowym Polu, w której Serbowie zostali rozgromieni przez Turków. Ta klęska, która doprowadziła do wyludnienia całego obszaru, a następnie do opanowania go przez napływową, przeważnie albańską ludność, przeszła do historii Serbów jako wydarzenie o kluczowym znaczeniu, jako właściwy moment narodzin serbskiego narodu. Nie wiem, czy ktokolwiek potrafi wyjaśnić naturę tego mitu, wszedł jednak tak głęboko w świadomość Serbów, że stał się jedną z podstaw ich historii i jednym z dogmatów ich patriotycznego honoru. Przez wiele pokoleń ludzie odmiennego etnicznego pochodzenia żyli wspólnie, w pokoju i zgodzie, uprawiali ziemię, dzielili tradycję i język. Ale zaszyfrowana w historii uraza trwała nadal (wierność rycerskiego honoru utrzymywała jej pamięć), by nagle, po wiekach wybuchnąć zemstą (nie wiadomo już za co) – wybuchnąć morderstwami, rabunkami. pożarami, gwałceniem kobiet – zemstą, szukającą usprawiedliwienia w honorze.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Współczesny świat obfituje w podobne sytuacje – mniej lub bardziej uzasadnione, by wspomnieć chociażby o Bliskim Wschodzie. Ale i u nas nie brak analogii – dalekich na pozór, w gruncie rzeczy nie tak odległych. Głośna afera krzyży na oświęcimskim Żwirowisku pomyślana była jako manifestacja wierności najświętszej, katolickiej symbolice. W rzeczywistości była demonstracją antysemityzmu o wyraźnych, politycznych intencjach. Była więc mistyfikacją, przybraną w pozory honoru. I tu chyba czas zwrócić uwagę na szczególną podatność (pozorną przeważnie) retoryki honoru na mistyfikatorskie nadużycia.

O tradycyjnych „romantycznych” przykładach egzekwowania honoru w związku z obroną czci kobiet, eksploatowanych aż nadto przez literaturę, już tutaj nie wspomnę. Bo i po co?

__________________

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.