Jesień 2020, nr 3

Zamów

Obrazki z kraju prawosławnych Rzymian

Bukareszt nie ma środka. Próżno by szukać w nim centralnego punktu, od którego, jak spod Umbilicus na Forum Romanum, rozchodzą się wszystkie główne drogi Miasta. Jego plan, z siecią poplątanych ulic, przypomina dzieło pijanego pająka, który spina nitki pajęczyny nie w jednym, lecz w kilku chaotycznie rozrzuconych węzłach. W ten bałagan wdzierają się gdzieniegdzie proste linie dwudziestowiecznych bulwarów, przypominających – przy całej masie nielogicznie powykręcanych zaułków wokół nich – wytyczone maczetą przecinki w tropikalnej dżungli. Miasto, jak odwieczna puszcza, wchłonęło w siebie wytwory racjonalnej geometrii, ale nie przyjęło narzucanego przez nią porządku przestrzeni.

A przecież początki stolicy Rumunii nie są odległe, sięgają zaledwie XVII wieku. Wtedy to przy skromnej osadzie, leżącej nad rzeczką Dymbowicą (Dâmboviţa), rozmieścił się na stałe dwór hospodara, władcy Wołoszczyzny. Po drugiej stronie rzeczki, na wzgórzu, pobudował niebawem swoją siedzibę prawosławny metropolita. Obok ich rezydencji jak grzyby po deszczu wyrastać zaczęły pałacyki bojarów. Wreszcie poczęli się tu osiedlać poddani, czyli wołoscy chłopi: budowali swoje osady w szczerym polu, lecz gęsto, tłocząc się wokół hospodarskich splendorów. Wydeptane przez nich drogi stały się później siatką ulic wielkiego Bukaresztu, co przesądziło o żywiołowej, chaotycznej topografii tej metropolii.

W XVIII wieku miasto zapuściło już korzenie, wyrastając na potężny ośrodek handlowy. W położonym na krańcach imperium osmańskiego Bukareszcie zbiegały się szlaki kupców z Lewantu i z niemieckiego Lipska. Paryscy agenci handlowi razem z modnymi strojami sprzedawali synom i córkom bojarów nowinki znad Sekwany, zaszczepiając w ten sposób kulturę francuską przyszłym rumuńskim elitom intelektualnym. Rosła miejscowa społeczność żydowska. Ogólny ton nadawali Grecy, których mowę słychać było na ulicach i w cerkwiach Bukaresztu. Kilka greckich, czy też zhellenizowanych rodów arystokratycznych, które osiedliły się na stałe nad Dymbowicą, rządziło hospodarstwem w imieniu tureckiego sułtana. Rumuński historyk, pisarz i polityk w jednej osobie, Nicolae Iorga, nazwał ten okres „Bizancjum po Bizancjum”.1 Trzysta lat po upadku Konstantynopola, różni Kantakuzenowie i Maurokordatowie pielęgnowali tutaj wspomnienia chrześcijańskiego cesarstwa.

*

Dwugłowego bizantyjskiego orła z kamienia zobaczyć można na ścianie hospodarskiego pałacu w Mogoşoaia, leżącego na peryferiach stolicy. Ten bukareszteński Wilanów pobudował na początku XVIII w. Konstantyn Brîncoveanu, rodowity Rumun, lecz po kądzieli potomek domu bizantyjskich monarchów. Renesansowe loggie jego rezydencji, urządzone z barokowym przepychem, ozdabiają orientalne arabeski. To niepowtarzalne stopienie różnorodnych manier architektonicznych dało początek nowemu stylowi. Na wzór Mogoşoaia urządzali swoje dwory bojarzy, na nich zaś – już w niepodległej Rumunii – wzorowała się nowo narodzona burżuazja. Dobroczynne skutki boomu naftowego, trwającego od końca XIX w. (po odkryciu złóż ropy w niedalekim regionie Ploieşti) sprawiły, że w ten sposób zabudowany został cały rozrastający się Bukareszt. Tradycje bojarskich casa (rezydencja) i cula (wieża obronna) przeniesiono do nowobogackich willi i pałacyków. Nawet biedniejsi mieszczanie czy licznie osiedlający się w stolicy chłopi, jeśli tylko mogli sobie pozwolić na budowę domu, z reguły ozdabiali go charakterystyczną krzyżówką loggii z balkonem, podpartą mauretańską kolumną. Tysięczne, lecz nigdy nie powtarzające się warianty takiego sposobu budowania nadały architekturze Bukaresztu swoisty, nie występujący nigdzie indziej koloryt. Wyobraźmy sobie milionowe miasto, w dużej części zapełnione takimi właśnie domami, z reguły stuletnimi, ukrytymi w cieniu lekko zapuszczonych ogrodów, a będziemy mieli wizerunek Bukaresztu. Nawet fasady socjalistycznych bloków urozmaicone są tu orientalnymi ozdóbkami.

W otoczeniu takiej architektury toczy się typowe życie południa. Pod wystawionymi na krzywy bruk parasolami spokojnie popijają wino sąsiedzi z zaułka. Obok nich wygrzewają w słońcu kościste karki uliczne psy, święte krowy Bukaresztu. Wystarczy jednak przejść parę kroków, by atmosfera sycylijskiego miasteczka ulotniła się pod ciśnieniem pulsu metropolii: jesteśmy na Magheru, wielkim deptaku dla shopperów, studentów i zakochanych. Trzeba włączyć się w tłum, przeciągający po bulwarze tam i z powrotem od Piaţa Romană do uniwersytetu, by wsłuchać się w rytm serca tego miasta.

*

Piaţa Romană, czyli Plac Rzymski zdobi posąg Wilczycy Kapitolińskiej. Podobne pomniki znaleźć można także w miastach i miasteczkach całego kraju. Postawiono je ad perpetuam originis latinae memoriam, na wieczną pamiątkę łacińskiego pochodzenia Rumunów. Istotnie, język tego narodu należy do grupy romańskiej, podobnie jak włoski czy francuski. Osobliwością jest fakt, że podczas gdy inne ludy tego pnia skupiły się wokół Morza Śródziemnego, wewnętrznego akwenu imperium cezarów, Rumuni stanowią enklawę w słowiańskim na ogół otoczeniu, dość odległą od ich śródziemnomorskich krewniaków.

O rzymskim pochodzeniu Rumunów jako pierwsi pisali dwaj siedemnastowieczni kronikarze, Grigore Ureche i Miron Costin, którzy zapoznali się z pisaną po łacinie klasyczną historiografią, pobierając nauki na polskich uczelniach. W greckim okresie dziejów dwóch hospodarstw, Wołoszczyzny i Mołdawii, idea rzymskich korzeni pomagała przybyłym ze Stambułu Hellenom poczuć się prawdziwymi Rumunami: Bizantyjczycy przecież także nazywali się Rzymianami.

Z czasem rzymską genealogię uzupełniono teorią o pochodzeniu Rumunów od zromanizowanych mieszkańców Dacji. Krainę tę podbił w 106 roku po Chrystusie cesarz Trajan. Rzymskie panowanie nad krainą Daków trwało zaledwie półtora stulecia, jednak fakt, że terytorium starożytnej Dacji pokrywało się mniej więcej z obszarem, zamieszkanym współcześnie przez Rumunów, miał wymowę symbolu. Mówiący po rumuńsku mieszkańcy Mołdawii, Wołoszczyzny i Siedmiogrodu – do tej pory nie bardzo wiedzący, kim są, ulegający więc wpływom wszystkich możliwych, bliższych i dalszych sąsiadów: Węgrów, Turków, Greków, Serbów, Bułgarów, Polaków i Ukraińców, a nawet Francuzów, Niemców czy Rosjan – z dumą uznali się za dziedziców tradycji kilku tysięcy lat nieprzerwanego zamieszkania na tej samej ziemi. Myśl ta ożywiała ideę narodową, która doprowadziła w 1861 r. do zjednoczenia Wołoszczyzny i Mołdawii w jedno państwo – Rumunię.

Dzisiaj obywatele tego państwa nadal przywiązani są do swojej dackiej legendy, nie przyjmując do wiadomości opinii przeważającej większości uczonych, udowadniających, że przodkami Rumunów byli wołoscy pasterze, którzy mniej więcej tysiąc lat temu, przegnawszy swoje stada połoninami Bałkanów, przekroczyli Dunaj w okolicy Żelaznej Bramy – i stamtąd wędrowali dalej po halach Południowych i Wschodnich Karpat. Z czasem schodzili z gór coraz niżej w doliny, wreszcie – stając się rolnikami – osiedli na stałe na nizinach naddunajskich.

Rumuńscy uczeni w odpowiedzi głoszą, że ich prapradziadowie, po wycofaniu z Dacji rzymskich legionów, utaili się w lasach i – milcząc – przeczekali tysiąc lat najazdów tych ziem przez kolejne fale barbarzyńców. Rzeczywiście, wydaje się, że jakaś niezbyt liczna ludność romańska przetrwała te najazdy w dzisiejszym Siedmiogrodzie. Jednak to nie oni są przodkami zasadniczej większości współczesnych Rumunów. Ich łacińska legitymacja genealogiczna nie oznacza zatem automatycznie pochodzenia od Daków.

Uporczywe podtrzymywanie legendy o dackim pochodzeniu zastanawia. My na przykład pogodziliśmy się w końcu z tym, że rolnicy z Biskupina nie byli prapolskimi chłopami i nie wołali w chwili emocji „wciórności!”. Jednak dla Rumunów problem Dacji to sprawa polityczna. I to nie byle jaka. Połowę terytorium obecnego państwa rumuńskiego stanowi Siedmiogród z przyległościami, przez tysiąc lat, aż do 1920 r., część królestwa Węgier. Żyje tam dwumilionowa mniejszość węgierska. Wielu Węgrów – w Siedmiogrodzie i w Budapeszcie – do dziś nie może się pogodzić z tym stanem rzeczy. Rumuni nie chcą się wyrzec „teorii dackiej”, bo musieliby uznać, że Węgrzy zamieszkiwali Siedmiogród przed nimi. A powiedzieć to głośno, oznaczałoby – oddać punkty przeciwnikowi. Dużo wody upłynie w Dunaju, zanim kwestia ta stanie się tylko przedmiotem bezemocjonalnych debat rumuńskich i węgierskich historyków.

*

Przez wieki wołoscy pasterze wędrowali po swoich górskich szlakach, oddzieleni od świata nizin płaszczem nieprzebytych lasów. Gdzieś tam na dole toczył się zgiełk ceperskiego życia, przetaczały się wojska kolejnych zdobywców. Spokojnych wołoskich juhasów niewiele to obchodziło, chyba że jakiś oddział maruderów, gnany ciekawością, lub po prostu zabłądziwszy, zapuścił się w dzikie góry. Do dziś wojna nosi w języku rumuńskim wiele mówiącą nam, Słowianom, nazwę: razboi, żołnierza zaś określa się mianem razboinic (czyt.: razbojnik), chociaż współczesny rumuński preferuje brzmiący bardziej z łacińska termin militar.

Tak się w historii złożyło, że Rumuni nikogo jakoś specjalnie nie najeżdżali i nie podbijali, przeciwnie, sami – odkąd zeszli na niziny – ulegali nieustannym najazdom i podbojom. Oczywiście, historia dostarcza nam również sporo wyjątków od tej zasady. Na przykład hospodar mołdawski Stefan, zwany Wielkim, jest właśnie tym wodzem, który pięćset lat temu dał łupnia naszym rycerzom na Bukowinie, przyczyniając się do powstania przysłowia: „Za króla Olbrachta wyginęła szlachta”. Jednak wszystkie, razem wzięte przykłady niewątpliwej rumuńskiej waleczności nie obalają prawdy, która głosi, że Rumuni nie należą do narodów wojowniczych. Skądinąd warto przypomnieć, że Stefan walczył z nami na własnym terytorium.

Powstaje jednak pytanie: w jaki sposób ci łagodni Rumuni potrafili najpierw wyzwolić się spod tureckiej zwierzchności, potem zjednoczyć, wreszcie – po pierwszej wojnie światowej – powiększyć ponad dwukrotnie swoje państwo, kosztem prawie wszystkich dotychczasowych sąsiadów?

Zapewne trudno byłoby dać na nie jednoznaczną i krótką odpowiedź. A jednak wydaje się, że byłaby ona podobna do odpowiedzi na pytanie o przyczyny zachowania przy życiu rumuńskich księstw w despotycznym i walczącym z „niewiernymi” imperium tureckim. Rumuni, nie będąc zwycięzcami na polach wielkich bitew, by przetrwać, musieli rozwinąć w sobie sztukę dyplomacji. Rumuńsko-greccy hospodarowie i książęta, kursujący między Jassami czy Bukaresztem a Stambułem i nieustannie knujący jakieś intrygi na dworze sułtana, zabezpieczali jednak maleńki mołdawsko-wołoski ogródek, by ten wegetował sobie obok potężnej osmańskiej twierdzy. W 1914 r. Rumunia nie przystąpiła do wielkiej europejskiej rozgrywki mocarstw, jednak talenty dyplomatyczne jej przywódców, synów i wnuków bojarów, sprawiły, że w cztery lata później kraj ten znalazł się w obozie zwycięzców.

W gronie państw komunistycznych Rumunia kontynuowała tradycje polityki hospodarskiej. Nie wybijała się z szeregu, jak Jugosławia czy Albania, potrafiąc jednak iść własną drogą, nieco odmienną od drogi innych wasali moskiewskiego Wielkiego Brata. Rumuńscy potomkowie Wilczycy Kapitolińskiej nigdy nie mieli specjalnego sentymentu do „szerokiej duszy słowiańskiej”, dlatego też Rosja i wszystko, co się z nią kojarzy, nie wzbudza w ich kraju sympatii.

*

Wnętrze biblioteki ambasady polskiej w Bukareszcie przypomina rycinę z dziewiętnastowiecznego opisu życia angielskiej arystokracji. Wysokie ściany aż po sufit obudowane są dębowymi chyba regałami. Sam sufit również wyłożony jest drewnianymi, intarsjowanymi płytkami. Brakuje tylko rzędów starodruków – niestety, książki na półkach to głównie powojenne wydania.

W 1939 r. pokój ten służył za gabinet ambasadorowi Rogerowi Raczyńskiemu. Obecny ambasador, Bogumił Luft, opowiada mi, jak to tutaj właśnie jego poprzednik układał szczegóły cichego zamachu stanu, którego celem miało być niedopuszczenie do odtworzenia sanacyjnego rządu na rumuńskim wygnaniu.

Jest południe, za dziesięć dwunasta. Nagle intarsje i regały zaczynają trzeszczeć. Pokój zakołysał się. Góry Vrancei znowu przypomniały się Bukaresztowi.

Ten niewielki łańcuch górski ma szczególne położenie. Gdy spojrzymy na fizyczną mapę Rumunii, od razu zwróci naszą uwagę ostre wygięcie karpackiego łuku. Tam właśnie znajdziemy rzeczone góry. W tym miejscu – od północnego zachodu, północnego wschodu i południa – schodzą się trzy wielkie płyty tektoniczne.

Góry Vrancei oddzielają też od siebie trzy wielkie, niepodobne do siebie regiony, z których – z grubsza biorąc – składa się cała Rumunia.

Wołoszczyzna, kraina położona między łańcuchem Karpat Południowych a Dunajem, to wielka nizina. Żyzne pola ku wschodowi ustępują tu miejsca pierwszym, niewielkim jeszcze stepom. Dopiero na wschód od Dunaju teren nieco się podnosi – ale to już Dobrudża, jesteśmy nad Morzem Czarnym.

Mołdawia, leżąca na wschód od Karpat Wschodnich, to jakby przedłużenie ukraińskiego Podola. Pełno tu wzgórz, poprzerzynanych spadzistymi dolinami licznych rzek i rzeczułek.

Siedmiogród to wyżyna, wypełniająca wielki łuk karpacki. Jej środek przypomina trochę krajobrazy Czech, z kolei na obrzeżach pełno jest widoków, przywodzących na myśl Tyrol lub Bawarię. W ciemne sylwetki gór harmonijnie wpisują się tutaj ostre wieże kościołów niemieckich lub węgierskich osad i miasteczek. Historycznie Siedmiogród to rzucony daleko na wschód kawałek Zachodu, który cudem przetrwał jakoś dziejowe zawieruchy. Nawet wtedy, gdy naokoło – na wołoskich i węgierskich nizinach, na stepach Ukrainy – srożyli się Turcy lub Tatarzy, niszcząc wszystko po drodze, tutaj działały uniwersytety i kwitła wyrafinowana dworska kultura. Najwybitniejszy poeta węgierskiego renesansu, związany również z Polską, Bálint (Walenty) Balassi, jeden ze swych epigramatów poświęcił dłoni „pewnej pani z Siedmiogrodu”:

Jeżeli na miłość jej nie zasłużyłem,
niech choć błogosławioną
Dotknie mnie swą ręką, tą relikwią piękną,
jak to chorym czyniono.2

Inny zaś Bálint, Siedmiogrodzianin Bakfark, lutnista Zygmunta Augusta, przeszedł do historii jako symbol niezrównanego mistrza. Nie każdy weźmie po Bekwarku lutniej – pisał Kochanowski w arcysprośnej skądinąd fraszce.

*

Miasto Alba Iulia można poznać już z daleka po smukłej wieży katolickiej katedry. Trzynastowieczny gotycki kolos, ozdobiony romańską kampanilą, wyraźnie góruje nad okoliczną zabudową. Jakby dla równowagi, już w tym stuleciu dostawiono doń w sąsiedztwie wysoką dzwonnicę katedry prawosławnej.

Gotycka świątynia to pomnik historii węgierskiego Siedmiogrodu. Tu leży pochowany niekoronowany król Jan Hunyady, wódz spod Warny, gdzie zginął nasz Władysław. Tutaj też znajdziemy pamiątki po kalwińskich książętach – Rakoczych, Bethlenie – którzy w XVII w. przeobrazili katedrę w swój kościół dworski. Alba Iulia (po węgiersku Gyulafehérvár, czyli Białogród), przez 150 lat była ostoją węgierskiej niezależności, podczas gdy w królewskiej Budzie rządził turecki pasza.

– My tu żyjemy pamięcią – mówi abp György Jakubinyi. Jego owczarnia w Alba to zaledwie ośmiuset wiernych. Katolickie serce tej krainy bije nieco dalej na wschodzie, w przykarpackiej krainie Seklerów, prawie milionowej węgierskojęzycznej grupy etnicznej. Większość z nich przynależy do Kościoła rzymskiego.

Katolicki metropolita Siedmiogrodu jest zażywny i po kresowemu serdeczny. Jego rezydencja to stary pałac, przylegający od południa do kościoła. Obszerny dziedziniec i korytarze świecą pustkami. W jadalni za stołem zasiadają, po łacińskich błogosławieństwach arcybiskupa, jedynie ksiądz-kanclerz, zwalisty i milczący jak Tomasz z Akwinu, siwiuteńki ksiądz-rezydent oraz świecki pracownik kurii. Nieliczny chyba personel kuchni i ogrodu pozostaje niewidoczny.

Labirynty arcybiskupiego pałacu widziały niejedno. Po przejęciu władzy w Rumunii przez komunistów w 1945 r. stały się twierdzą katolicyzmu i węgierskości. Tutejszy biskup Aron Márton, uprzednio skazany przez reżim na dożywotnie więzienie, wypuszczony w 1955 r., przez jedenaście lat nie mógł opuszczać swojej rezydencji. Gdy więziono pasterza, jego owczarnia poddana została surowej próbie: komuniści przystąpili do organizowania w Siedmiogrodzie niezależnej od Rzymu, za to posłusznej Bukaresztowi diecezji. Spośród większości księży, którzy odmówili wtedy współpracy, dwunastu straciło życie w więzieniach albo obozach pracy. Aresztowano też trzech kolejnych następców biskupa Mártona, mianowanych przez niego z więzienia – dwóch z nich zmarło za kratami.

Metropolita Jakubinyi opowiada mi o dniu dzisiejszym węgierskojęzycznych głównie katolików Siedmiogrodu. Jeden z większych problemów stanowi dla nich brak szkół katolickich, zniesionych w 1948 r. (padło wtedy m.in. 12 szkół wyższych). Prezydent Iliescu, który nastał po obalonym w 1989 r. tyranie Ceauşescu, postkomunista nie tylko w chronologicznym sensie tego słowa, przeciwstawiał się restytucji katolickiego szkolnictwa: „Nie możemy wrócić do średniowiecza!”. Jego następca, przywódca partii ludowo-narodowej Emil Constantinescu, też nie ma specjalnej ochoty, by zmienić zastany układ. Przez dziesięć lat wolnej Rumunii pozwolono zaledwie na otwarcie wydziału teologii katolickiej na prywatnym, węgierskim uniwersytecie w Cluj (1996). Powściągliwość Bukaresztu ma swoje uzasadnienie: sprawa katolickich szkół wyznaniowych jest przecież refleksem problemu odtworzenia rozbitego przez Ceauşescu systemu węgierskiego szkolnictwa mniejszościowego. A problem węgierski, to – jak wiemy – problem nadal gorący.

Według arcybiskupa, całą kwestię rozwiązałoby przeforsowanie odpowiedniej, całościowej ustawy o wyznaniach religijnych. Bez niej wszystkie doraźne działania okazują się mało skuteczne. Na razie metropolita Alba Iulia ima się różnych półśrodków. Na przykład posyłając młode Węgierki, które pragną otrzymać katolicką edukację, na wykłady do miejscowego seminarium duchownego. Ale jak długo można tłumaczyć zagranicznym kolegom-biskupom, co robią dziewczyny w rzymskokatolickim seminarium?

*

Na tyłach średniowiecznej katedry w Alba stoi okazały secesyjny gmach. Dziś mieści się w nim muzeum. To tutaj 1 grudnia 1918 r. delegaci Zgromadzenia Narodowego, czyli przedstawiciele rumuńskiej części Siedmiogrodu, uchwalili przyłączenie kraju do Rumunii. W pobudowanej niedługo później, stojącej obok katedrze prawosławnej, w 1922 r. koronował się Ferdynand I, jako król zjednoczonego kraju.

Gdy w 1438 r. siedmiogrodzcy Węgrzy, Seklerzy (uznawani wtedy za odrębną narodowość) i Sasi (Niemcy) zawiązywali Unię Trzech Narodów (Unio Trium Nationum), nie było w niej Rumunów. Ci ostatni, choć składali się na pokaźną część populacji Siedmiogrodu, uważani byli przez sygnatariuszy Unii za pozbawioną praw, feudalną siłę roboczą. Nie uznawano ich za partnerów także później, gdy stali się w Siedmiogrodzie niekwestionowaną większością etniczną. Status czwartej nacji, czyli reprezentację parlamentarną, udało im się wywalczyć dopiero w 1863 r. Uzyskanie narodowej emancypacji przyspieszyło dążenia siedmiogrodzkich Rumunów do niezależności politycznej.

Historycznemu zgromadzeniu w Alba Iulia przewodził Iuliu Maniu, zahartowany w parlamentarnych bojach w Budapeszcie rzecznik praw ludności rumuńskiej. W dziesięć lat później Maniu, przywódca potężnej, ogólnorumuńskiej partii chłopskiej, zwołał do Alba 200 tysięcy zwolenników, niezadowolonych z rządów liberałów w Bukareszcie. Stolica, przerażona groźbą chłopskiego marszu, ofiarowała mu stanowisko premiera.

W 1944 r., gdy upadał faszyzujący reżim marszałka Antonescu, sędziwy już Maniu ponownie stanął na czele rządu. W rok później, po przejęciu władzy przez komunistów, przeszedł wraz z całą partią do opozycji. Znów walczył, jak przed laty w budapeszteńskim parlamencie – tym razem nie tylko o prawa narodu, ale także o demokrację.

W listopadzie 1946 r. przeprowadzono w Rumunii znane i z naszej historii, sfałszowane wybory. Dla Iuliu Maniu i jego ludowców nie było miejsca w „ludowym” parlamencie. Chłopski patriarcha walczył do końca: w 1947 r. wystosował list do konferencji ministrów spraw zagranicznych wielkich mocarstw, w którym w dramatyczny sposób opisywał komunistyczną przemoc i gwałcenie swobód obywatelskich w Rumunii. Aresztowany, skazany pod znanymi skądinąd zarzutami szpiegostwa i dywersji, umarł w więzieniu, prawdopodobnie w 1953 r.

Uosabiająca cechy dumnego i upartego chłopa z Siedmiogrodu postać Maniu, który twardo głosił swoje przekonania nawet w sytuacji klęski, zupełnie nie pasuje do stereotypu łagodnego Rumuna-dyplomaty.

– Maniu był prawnikiem, a więc legalistą, wykształconym na demokratycznych regułach gry austro-węgierskiego państwa – uważa Emil Marinescu, intelektualista z Bukaresztu. – Nie mógł uwierzyć w ostateczne zwycięstwo łamiącego wszystkie reguły praworządności komunizmu. Po roku 1945 przeszedł na pozycje samotnego i bezsilnego bohatera.

*

Rynek Sybina najpiękniejszy jest o zachodzie. Zniżające się słońce, nadając jaskrawości dachom kamienic, wydobywa z nich przepyszną czerwień dachówek. Takiego morza spatynowanej, dojrzałej czerwieni można napatrzeć się do syta chyba tylko w miastach Siedmiogrodu. Zachowały one najstarszy, wypierany już w średniowieczu sposób zabudowy zwartej przestrzeni: domy stoją tu, jak chłopskie chałupy, nie ścianą szczytową, lecz dłuższą – do ulicy. Dachy Sybina nie układają się zatem wstydliwie w niewidoczną dla oka przechodnia harmonijkę, lecz z godnością opuszczają się ku frontowi budynku.

Sybin (Sibiu), podobnie jak większość miast Siedmiogrodu, założyli sascy koloniści, którzy przybyli tutaj w XII w., by chronić królestwo węgierskie przed najazdami stepowych koczowników zza karpackich przełęczy. Najpierw nad rzeczką Cibin pobudowali pograniczną forteczkę, nazywając ją po prostu Zamkiem nad Cibinem, Cibinburgiem. Ten Cibin-burg w niemieckich ustach przemienił się w Sieben-burg, która to nazwa szybko stała się synonimem całej krainy (Polacy przetłumaczyli ją dosłownie na „Siedmiogród”). Obok zamku wyrosło zaś miasto Hermannstadt, którego rumuńskie, węgierskie i polskie miano zachowało, w lekko zmienionym brzmieniu, imię wspomnianej rzeczki.

Dziś na ulicach Sybina bardzo rzadko usłyszeć można mowę niemiecką. Na co dzień posługują się nią tylko ludzie starsi. Uczniowie niemieckiego Liceum Bruckenthala – szkoły o ponad dwustuletniej tradycji – na przerwach rozmawiają po rumuńsku. Statystyka podaje, że w całym Siedmiogrodzie liczba Niemców wynosi około stu tysięcy. Większość z nich to katolicy, pozostali – to przeważnie luteranie.

*

Niedaleko sybińskiego rynku wyróżniają się z tłumu dwuspadowych dachów bizantyjskie kopuły. To prawosławna katedra metropolitalna. W każdym większym rumuńskim mieście, niezależnie od tego, która nacja je budowała, znajdziemy katedrę prawosławną, podobnie jak w każdym miasteczku – prawosławną świątynię. Jest to wyznanie zdecydowanej większości mieszkańców Rumunii: na 23 miliony obywateli obejmuje ono około 20 milionów wiernych (w tym ponad 90% Rumunów). Pod względem wielkości stawia to rumuńską Cerkiew prawosławną na drugim miejscu po rosyjskiej. Niektórzy twierdzą, że gdyby siłę rumuńskiego prawosławia mierzyć skalą masowego zaangażowania, to nie wiadomo, której Cerkwi przypadłoby pierwszeństwo.

Rzeczywiście, już na pobieżny rzut oka widać, że prawosławna religijność przenika codzienne życie Rumunów. I to bynajmniej nie tylko tych tradycyjnych, czy mieszkających na wsi. Bukareszteńczyk, przechodzący ulicą przed wejściem do jednej z dwustu cerkiewek swojego miasta, żegna się szerokim, potrójnym krzyżem. Robią to w zasadzie wszyscy, nawet odziana na sportowo młodzież. Również wszyscy Rumuni są ochrzczeni, także byli partyjni sekretarze. Nie istnieje coś takiego, jak środowisko zdeklarowanych laickich wolnomyślicieli – choć nastroje krytycyzmu wobec prawosławnej hierarchii rozpowszechnione są dość szeroko. W sądach przysięgę składa się przez położenie ręki na Biblii, a krzyż wiszący w sali parlamentu nie wzbudza niczyjego protestu.

Czy oznacza to, że naród rumuński jest głęboko religijny? Nie, prawda nie wygląda tak prosto. Intensywność religijnych zachowań często wyradza się w powierzchowność i skłonność do przesądów. Potrójny znak krzyża, czyniony przez przechodnia przed wejściem do świątyni, wcale nie oznacza, że człowiek ten pojawi się w niedzielę w środku cerkwi.

– Francuz dumny jest z Luwru, w którym nigdy nie był; Rumun zadowolony jest z liturgii, w której nie uczestniczy – szydzi Emil Marinescu.

Prawosławie funkcjonuje tu jako element identyfikacji narodowej. „Nie zapomnij, że jesteś Rumunem, że w twojej cerkiewce ksiądz dał ci chrzest” – piosenkę tę rumuńskie radio nadaje tak, jak nasze rozgłośnie emitują reklamowe przerywniki. Również za komunizmu identyfikacja ta stanowiła element ideologii „narodowej jedności”. Prześladowania Cerkwi trwały tu jedynie w latach 1958-1964; przedtem i potem wyznanie większości obywateli w zasadzie pozostawiono w spokoju. W zasadzie: hierarchów zawsze starano się podporządkować linii władz (raczej pochlebstwem niż groźbą), niepokornych księży i wiernych zawsze niszczono. Ale – poza wymienionym okresem – prawosławia, jako takiego, nie uznawano za wrogie państwu. Nawet czerwony dyktator Ceauşescu – po swoim upadku ogłoszony Antychrystem przez rumuńskie media – ufundował cerkiew w swojej rodzinnej wsi.

Oglądając polichromie w przedsionku sybińskiej kurii, ze zdziwieniem odnajduję pomiędzy postaciami świętych profil cesarza Trajana. Rzymski zdobywca Dacji, uznawany tu widać za narodowego patrona, ma przypominać oglądającym o ich romańskich korzeniach. Pod tym względem Rumuni są w światowej wspólnocie prawosławnej narodem wyjątkowym.

Nie mogę rozmawiać z chorym metropolitą. Sufragan, biskup Visarion Raşinareanu, to młody jeszcze mężczyzna z gęstą, kruczoczarną brodą. Jego nazwisko wskazuje na związki z pobliskim Raşinari, miejscem urodzenia Emila Ciorana, niedawno zmarłego we Francji filozofa i eseisty.

Mój rozmówca jest serdeczny, ale i ostrożny: gdy zagaduję go o miejscowych unitów, dyskretnie pyta tłumaczkę, czy jestem katolikiem. W Sybinie nie ma ich dużo – odpowiada. Jakieś 600 do 700 osób. Poza miastem jest ich jeszcze mniej: przeciętnie w każdej wsi 10-15 osób deklaruje się jako grekokatolicy. To trochę za mało, by oddawać im świątynie.

Biskup Visarion jest członkiem prawosławno-greckokatolickiej „komisji dialogu”, która zajmuje się głównie regulacją sporu o cerkiewny majątek. Strona greckokatolicka, nie mogąc doczekać się korzystnego dla siebie rozwiązania, odwołała się niedawno do Sądu Najwyższego w Bukareszcie.

– To niedobrze. Nasze sprawy powinniśmy załatwiać pomiędzy sobą, a nie chodzić z nimi do trybunału.

Prawosławny sufragan Sybina wspomina o tym, jak to kiedyś został zaproszony na Mszę greckokatolicką – i przyjął zaproszenie. Nie był to może śmiały gest ekumenizmu, ale trzeba pamiętać, że poza Rumunią takie rzeczy jeszcze się nie zdarzają.

*

Biskup mówił prawdę: w okolicach Sybina nie ma wielu grekokatolików. Jednak miasto to leży na skrajnym południu Siedmiogrodu, o żabi skok od granicy Wołoszczyzny. A im dalej na północ, tym wyraźniej na kulturowym krajobrazie okolicy odciska się pieczęć grekokatolicyzmu. W Maramureş, skrajnie ku północy wysuniętym regionie Rumunii, przed 1948 r. żyła zaledwie garstka prawosławnych.

Górzysta i porośnięta lasami kraina Maramureş zawsze leżała na końcu świata. To tutaj, gdzieś pod koniec XV wieku, pod okapami drewnianych cerkiewek lud rumuński usłyszał po raz pierwszy słowo Boże, głoszone w jego rodzimym języku. Mogło to się stać właśnie tu, bo na bezdroża Maramureş nie dochodziły ani wpływy ruskie, ani węgierskie, ani tym bardziej greckie. Stamtąd w ciągu XVI-XVII w. rumuńska liturgia opanowała cały Siedmiogród.

Od północy też przyszła do tej krainy idea unii Kościoła wschodniego z Rzymem. Jej protektorką była katolicka Austria, która stopniowo odwojowywała na Turkach ziemie węgierskie, przy okazji podporządkowując sobie półniezależny kalwiński Siedmiogród. Do unii, zawartej w 1646 r. w Użhorodzie (dzisiejsza Ukraina Zakarpacka), przystąpili niebawem Rumuni, zamieszkujący północno-zachodnią część obecnej Rumunii. W 1700 roku, gdy Austria zajęła już cały Siedmiogród, akt unii podpisał prawosławny metropolita tego kraju oraz reprezentanci ponad półtoratysięcznej rzeszy duchowieństwa: My, niżej wymienieni, przystępujemy do unii wraz z całą naszą tradycją: obrzędy kościelne, Służba Boża, posty i nasz kalendarz mają pozostać nie zmienione. Najpóźniej, bo w 1721 r. przyjęło unię Maramureş – w przyszłości najsilniejszy bastion grekokatolicyzmu.

Absolutystyczna monarchia habsburska, połknąwszy Węgry, tłumiła wolnościowe zrywy szerokich warstw węgierskiego społeczeństwa. W Siedmiogrodzie reprezentowała je głównie kalwińska szlachta, której poddana była rumuńska ludność pańszczyźniana. W zamyśle Wiednia unia – poprzez panujące wyznanie – związać miała rumuńskich chłopów z rządem, czyniąc z nich ewentualnego sojusznika w walce z niepokornymi węgierskimi panami.

Jednak skutkiem unii z 1700 r. było przede wszystkim obudzenie się świadomości narodowej siedmiogrodzkich Rumunów. Dokonało się to dzięki wysiłkom takich ludzi, jak Ioan Inochentie Micu-Klein (pierwszy człon nazwiska znaczy „mały” po rumuńsku, drugi – to samo po niemiecku; Micu stał się Micu-Kleinem po otrzymaniu z Wiednia tytułu barona), biskup grekokatolików w latach 1729-51, który zbudował podwaliny rumuńskiego szkolnictwa. Rumuni Siedmiogrodu, już wcześniej modlący się we własnym języku, zrozumieli teraz, kim są, wyprzedzając pod tym względem o całe stulecie swoich rodaków z Wołoszczyzny i Mołdawii.

Część prawosławnych nie przyjęła unii, narażając się na prześladowania ze strony austriackich władz. Z czasem, gdy cesarski Wiedeń zaniepokoił się postawą idących własną narodową drogą grekokatolików, pozwolono prawosławnym na odtworzenie cerkiewnej hierarchii. Ale prawosławnymi biskupami w Siedmiogrodzie aż do początków XIX wieku nie byli Rumuni, lecz Serbowie.

A biskup Micu-Klein, zmuszony przez Austriaków do rezygnacji z zarządzania diecezją, zmarł na wygnaniu w Rzymie.

*

W przedwojennej Rumunii Kościół greckokatolicki liczył ponad półtora miliona wiernych i był prężną, rozwijającą się wspólnotą. Zjednoczone państwo doceniało jego rolę w budowaniu narodowej świadomości, a stosunki z Cerkwią prawosławną były więcej niż poprawne. Podczas historycznej sesji Zgromadzenia Narodowego w Alba Iulia w grudniu 1918 r., na oczach wszystkich delegatów biskupi Siedmiogrodu: prawosławny Miron Cristea (później pierwszy patriarcha) i greckokatolicki Iuliu Hossu (później pierwszy kardynał), wymienili braterski uścisk pojednania. Tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej oba wyznania przystąpiły do rozmów na temat warunków przyszłego ekumenicznego zjednoczenia.

W 1940 r., gdy północny Siedmiogród anektowały Węgry, tamtejsi unici cierpieli prześladowania na równi z prawosławnymi.

Gdy pięć lat później Moskwa instalowała w Bukareszcie komunistyczny rząd, los rumuńskich grekokatolików był przesądzony: na sąsiedniej Ukrainie trwały już aresztowania unickich kapłanów. Rumuński Kościół greckokatolicki, podobnie jak ukraiński, był wspólnotą ludzi o silnym poczuciu religijnej i narodowej tożsamości, więc z punktu widzenia komunistów należało go zniszczyć.

W 1948 r. półtora miliona grekokatolików, ich kościoły i klasztory – wcielono przemocą do rumuńskiej Cerkwi prawosławnej. Opornych więziono i mordowano. Świadectwo wiary złożyły wówczas tysiące wiernych, setki księży (aresztowano około trzech czwartych spośród „nieposłusznych”) i wszyscy greckokatoliccy biskupi: spośród nich Vasile Aftenie z Bukaresztu, którego zamęczono w piwnicach ministerstwa spraw wewnętrznych, Valeriu Traian Frenţiu, Ioan Suciu, Tit Liviu Chinezu i Alexandru Rusu, którzy zmarli w więzieniach (ostatni z nich w 1963 r.), oraz Ioan Bălan i kardynał Iuliu Hossu, którzy wycieńczeni więzieniem i internowaniem, dokończyli życia w szpitalach. Dziś toczą się ich procesy kanonizacyjne.

Groby ofiar, których prochy udało się zachować dla potomności, nawiedził w maju tego roku Jan Paweł II. ?na grobach nielicznych znanych męczenników i całych rzesz tych, których doczesne szczątki nie dostąpiły nawet zaszczytu chrześcijańskiego pogrzebu, modliłem się za was wszystkich – powiedział potem, podczas spotkania z grekokatolikami w bukareszteńskiej katedrze obrządku rzymskiego.

Świadectwo męczenników umocniło wspólnotę, która mimo prześladowań trwała, kontynuując życie kościelne w warunkach konspiracji. Wierni gromadzili się w lasach na nabożeństwach, odprawianych pod przewodnictwem „księży wędrowników”, czyli kapłanów, którzy nie przyjęli prawosławia (a takich była większość) i nie siedzieli w obozach czy więzieniach.

Po upadku reżimu Ceauşescu w 1990 r. Kościół greckokatolicki wyszedł z katakumb i odzyskał prawo do istnienia. Nie odzyskał jednak świątyń, które w olbrzymiej większości nadal są w posiadaniu Cerkwi prawosławnej. Tylko prawosławny metropolita z Timişoary, Nicolae Corneanu, polecił w swojej diecezji oddać cerkwie dawnym właścicielom. W niektórych miejscowościach o zdecydowanej przewadze grekokatolików wierni odbierali je sami, nierzadko zdobywając je, jak twierdze – i broniąc ich potem, jak twierdz, przed prawosławnymi.

*

Miasteczko Blaj (czyt.: blaż) to Rzym rumuńskich grekokatolików. W murach tutejszego seminarium akademickiego, założonego w 1754 r. przez biskupa Micu-Kleina, uczyły się wiedzy o świecie z rumuńskojęzycznych podręczników pierwsze kadry rumuńskiej inteligencji. Przylegająca doń katedra wiosną 1991 r. stała się miejscem dramatycznych wydarzeń. Miejscowy proboszcz prawosławny podczas niedzielnego nabożeństwa złożył katolickie wyznanie wiary i wraz z połową wspólnoty parafialnej oddał się do dyspozycji byłego więźnia sumienia, teraz już greckokatolickiego metropolity, a niebawem zaś kardynała Alexandru Todea. Prawosławni zaskarżyli do sądu fakt przejęcia kościoła, sąd nakazał zwrot świątyni. Grekokatolicy odwołali się od wyroku, wstrzymując się na razie z odprawianiem nabożeństw. Po kilku dniach do katedry włamał się ksiądz prawosławny z grupą wiernych, którzy zabarykadowali się w środku, bijąc na trwogę w dzwony. Do wyjścia przekonał ich dopiero ich własny biskup – i dopiero wtedy w katedrze w Blaj wznowiono regularną służbę Bożą w obrządku greckokatolickim.

W 1997 r. spoczęły tu sprowadzone z Rzymu prochy biskupa Micu-Kleina.

Obecnie w Rumunii, a właściwie w Siedmiogrodzie, uczestniczy regularnie w nabożeństwach greckokatolickich 750-800 tysięcy wiernych, czyli połowa stanu sprzed kasaty Kościoła. Co najmniej drugie tyle – uwzględniając dokonany w ciągu 50 lat przyrost naturalny – pozostało przy prawosławiu. Odrodzony Kościół greckokatolicki jest biedny, ale pełen energii. Jej wyrazem są stowarzyszenia: młodzieży katolickiej, młodych medyków, skautów, greckokatolicka gałąź międzynarodowego ruchu „Communione e Liberazione”, czy zrzeszenie studentów ASTRU.

– To nadzieja naszego Kościoła – mówi aktualny metropolita Blaju, abp Lucian Mureşan. Mówi powoli, każdą odpowiedź na moje pytanie poprzedzając przenikliwym spojrzeniem. Za kilka dni odwiedzi Bukareszt Jan Paweł II, pytam więc głowę rumuńskiego Kościoła greckokatolickiego, co by się stało, gdyby Papież przyjechał do Siedmiogrodu (na co nie godziła się Cerkiew prawosławna).

– Wątpię, by przyjazd Papieża ośmielił do zmiany postawy pół miliona ludzi, którzy co prawda zadeklarowali się jako grekokatolicy, ale nie uczestniczą w greckokatolickiej liturgii. Przeciętny Rumun, bardziej niż do wyznania, przywiązany jest do miejsca, w którym chrzczona była jego babka i matka. Dopóki cerkwie pozostaną w rękach prawosławnych, dopóty chodzić tam będą utajeni unici.

Spośród około 2500 cerkwi i kaplic, zabranych Kościołowi greckokatolickiemu w 1948 r., Cerkiew prawosławna zwróciła dotąd jedynie sto obiektów.

Dziś nadal w szeregu miejsc grekokatolicy modlą się pod gołym niebem. Tak dzieje się w Klużu – gdzie unici, pomimo wieloletnich obietnic, nie mogą odzyskać katedry, w Satu Mare, wreszcie w Baia Mare, stolicy unickiej diecezji Maramureş, której biskupem był właśnie Mureşan, zanim objął tron metropolity. Co niedziela w parku, leżącym naprzeciw budynku katedry, kiedyś greckokatolickiej, a teraz nadal prawosławnej, gromadzi się tam 5 tysięcy ludzi.

– Mamy wolność zbierania się na świeżym powietrzu – gorzko ironizuje arcybiskup. Budowa własnej świątyni, którą od kilku już lat prowadzą unici z Baia Mare, przeciąga się z powodu braku pieniędzy.

Wspominam metropolicie o rozmowie z biskupem Raşinareanu, który spotyka się z Mureşanem w „komisji dialogu”.

– Na poziomie hierarchii rozmowy układają się konstruktywnie, strona prawosławna obiecuje nam zwrot konkretnych obiektów. Rzecz w tym, że komisje lokalne, od których zależy wprowadzenie w życie tych ustaleń, paraliżują ich wykonanie. Jest tam wielu ludzi starego systemu, którzy kiedyś bronili „jedności narodu” – i teraz bronią jej po swojemu.

– Biskup Visarion prosi, by nie apelować do sądu w takich wypadkach.

– Nie będziemy apelować, jeśli dostaniemy choć jedną z 2-3 cerkwi, które znajdują się w wielu miejscowościach, a które przed wojną należały do grekokatolików. Tymczasem wszystkie z reguły używane są przez prawosławnych, a w niedzielę jedyny prawosławny ksiądz dwoi się i troi, by wszędzie odprawić nabożeństwo.

Na moje pytanie o stosunek do ekumenizmu, arcybiskup odpowiada:

– Chcielibyśmy zjednoczenia, ale nie przeciw Rzymowi.

*

Liturgia niedzielnej Mszy świętej w katedrze w Blaju pokazuje, jak bardzo ten wschodni Kościół przeniknięty został przez trzy stulecia duchem tradycyjnie rozumianej łacińskości. Chociażby wtedy, gdy kaznodzieja głosi swoje kazanie z umieszczonej wysoko na filarze ambony – obrazek, którego nie ujrzy się już w polskich kościołach. Latynizacji uległ także język liturgii. Gdy u prawosławnych Święty Duch to Sfintu Duhul – u grekokatolików nazywa się on Sfintu Spirit; prawosławne Doamne miluieşte („Hospody pomyłuj”), „sól” wschodniego nabożeństwa, to u grekokatolików Doamne, indura-te spre noi.

Terminologia rumuńskiej liturgii prawosławnej do cna przesiąknięta jest archaiczną słowiańszczyzną. Wschodnie chrześcijaństwo dotarło do Rumunów w starobułgarskim języku Cyryla i Metodego, za pośrednictwem serbskich mnichów. W Mołdawii i na Wołoszczyźnie liturgia w języku słowiańskim obowiązywała aż do 1862 roku.

Z dziedzińczyka bukareszteńskiej cerkwi Stavropoleos dobiega stłumiony, lecz wciskający się w uszy odgłos. Drobna mniszka rytmem synkopy uderza wiszący w krużganku drewniany kloc, który wzywa wiernych na prawosławną wieczernię. Taki instrument to na Bałkanach relikt czasów, gdy Turcy zabraniali chrześcijanom bicia w dzwony. Za chwilę ciemne wnętrze cerkiewki wypełnia się śpiewaną modlitwą: Doamne miluieşte, Doamne miluieşte, Doamne, slava Ţie? Monotonna, cicha melodia przemawia siłą tysiącletniej tradycji, zachowanej w tym śpiewie niczym owad w grudce bursztynu.

Śpiewane w Stavropoleos przez młodych ludzi obojga płci starorumuńskie hymny cerkiewne odgrzebuje z siedemnastowiecznych kancjonałów ojciec Iustin Marciş, duszpasterz bukareszteńskiej inteligencji. Schola ojca Justyna to głównie studenci, choć jest wśród nich nawet pięcioletnia dziewczynka.

– To córka profesora – zaznacza ojciec Justyn. – Bez trudności odśpiewuje skomplikowane troparia. Jej obecność tutaj jest dla mnie cudem.

Ojciec Justyn mówi krótkimi, ostro urywanymi zdaniami. Przy pierwszym kontakcie można wziąć to za przejaw oschłości, jednak zaraz wyczuwa się ukrytą w głębi serdeczność. Jest znanym w Bukareszcie opiekunem bezdomnych i dzieci z rozbitych rodzin. Czy nie przeżywa rozdarcia między tzw. prawdziwym życiem a pięknem, które wydobywa ze starych śpiewników?

– Zanim zrobię coś dla bliźniego, powinienem zbudować się duchowo. Taka jest prawosławna tradycja. Młodzi ludzie, którzy tu przychodzą, uczą się cyrylicy3 nie dlatego, że są zafascynowani dawnością, lecz dlatego, że poszukują autentyzmu. Liturgia po liturgii, którą realizujemy w scholi, pomaga nam odnowić się w duchu i prawdzie.

*

Młodzi Rumuni, którzy śpiewają w Stavropoleos, nie są wyjątkiem. W całym kraju, na różnego typu uczelniach państwowych i prywatnych, uczy się ponad 20 tysięcy świeckich studentów teologii. Widok dwudziestolatka, przechadzającego się ulicą Bukaresztu z dziełami któregoś z Ojców Kościoła pod pachą, wcale nie należy do rzadkości. Wśród młodych wyraźnie daje się odczuć wielkie pragnienie duchowych poszukiwań. Jedni zaspokajają je poprzez kontakt z prawosławiem, inni przez zainteresowania ezoteryką, jeszcze inni – odnajdują się w katolicyzmie.

Tak, jak kulturowo otwarte jest rumuńskie społeczeństwo, otwarte jest również rumuńskie prawosławie. Tamtejsza Cerkiew nie przejawia dystansu wobec Zachodu, bowiem jej synowie i córki pamiętają o tym, że są dziedzicami cywilizacji Rzymian. Metropolita Mołdawii Daniel Ciobotea przez 12 lat zdobywał edukację w Genewie i innych naukowych ośrodkach Zachodu, metropolita Siedmiogrodu Antonie Plamadeala studiował u brytyjskich jezuitów, biskup Kasjan z Gałaczu – w kolegium jezuickim w Strasburgu.

Rumuńska sympatia do Zachodu przeszła poważną próbę po rozpoczęciu nalotów NATO na Serbię. Rumuni czują się związani z Serbami wieloma nićmi kulturowej wspólnoty (przypomnijmy tu chociażby o serbskim wkładzie w chrystianizację tego kraju). Dlatego gdy na Belgrad spadły pierwsze bomby, w Bukareszcie zapanowała konsternacja. Trwała ona do czasu, gdy serbski parlament ogłosił przyłączenie kraju do Związku Białorusi i Rosji. Był to kubeł lodowatej wody na ciepłe proserbskie uczucia – Rumuni boją się, jak ognia, podszytego imperialistyczną retoryką rosyjskiego panslawizmu.

W rumuńskim prawosławiu generalnie nie ma również – obecnego w innych Cerkwiach tego wyznania – bakcyla antykatolicyzmu oraz wrogości do unitów. Patriarcha Rumunii Teoktyst, który jeszcze w 1991 r., po odebraniu przez grekokatolików katedry w Blaju, wezwał światową wspólnotę prawosławną do świętej wojny z Janem Pawłem II, po kilku latach, jako pierwszy spośród zwierzchników prawosławnych Cerkwi, nazwał Cerkiew greckokatolicką Kościołem siostrzanym. W 1994 r. doszło w Rzymie do bezprecedensowej, wspólnej modlitwy rumuńskich biskupów greckokatolickich i prawosławnych.

Metropolita Mureşan opowiadał mi w Blaju o rozmowie ze swoim sąsiadem-metropolitą z Sybina, jaką odbył? w Wiedniu. Abp Plamadeala, uważany powszechnie za ideologa rumuńskiego prawosławia, powiedział wtedy, że spośród różnic teologicznych, jakie przez wieki dzieliły prawosławie i katolicyzm, po latach ekumenicznego zbliżenia pozostała dziś już tylko jedna – sprawa prymatu papieża. Ale i ten problem jest już prawie rozwiązany – dodał prawosławny metropolita. Czyżby myślał o encyklice „Ut unum sint”?

Za duchowego patrona dialogu z katolikami można uznać ojca Steinhardta, Żyda, który siedząc w komunistycznym więzieniu, poruszony świadectwem więźniów-grekokatolików, nawrócił się na chrześcijaństwo i został mnichem greckokatolickim. Z czasem jednak wybrał prawosławie, niepokorne prawosławie prześladowanych intelektualistów-dysydentów i zwyczajnych, uczciwych Rumunów, którzy nie wsłuchiwali się w komunistyczną „symfonię narodowej jedności”. W Rumunii znany jest jego „Dziennik szczęścia”: w książce tej Steinhardt dziękuje Bogu za doświadczenie więzienia, w którym mógł poznać Chrystusa. Rumuński ojciec Mień, mimo że opuścił Kościół katolicki, nie uważa jego drogi za błędną.

W Rumunii nie ma więc niechęci do katolicyzmu – co nie znaczy, że nie ma dystansu. Tenże sam Plamadeala przeciwstawił się planom przyjazdu Papieża do Siedmiogrodu. Atmosfera dawnych urazów pokutuje też np. w niejednym z monasterów.

– Dlaczego się boimy? Bo w Cerkwi nie ma takiej postaci – tak na pytanie o stosunek do przyjazdu Papieża do Rumunii odpowiedział ojcu Tadeuszowi Rostworowskiemu, który od sześciu lat kieruje misją jezuicką w Jassach, pewien prawosławny ksiądz. Duchowny zapewne miał na myśli nie tylko fakt nieuznawania przez prawosławnych pierwszeństwa biskupa Rzymu, ale także osobisty wymiar postaci Jana Pawła II. Emil Marinescu, katolicki konwertyta, uważa zaś, że prawosławni biskupi boją się nie tyle znakomitego poziomu katolickich teologów, ile prawdy zetknięcia się z osobistym świadectwem słabego, schorowanego Jana Pawła II.

*

Bez obawy popadnięcia w przesadę można powiedzieć, że bukareszteńska ulica przyjęła Papieża z entuzjazmem. Gdy przybył 7 maja do rumuńskiej stolicy, był nie tylko serdecznie witany przez wiwatujących przechodniów. Sens jego podróży był szeroko dyskutowany. Sam byłem świadkiem, jak starszy mężczyzna, stojąc przed sklepem mięsnym, tłumaczył kobiecie z pełnymi zakupów siatkami, że Jan Paweł II nie jest kościelnym imperialistą, lecz przybywa tu z orędziem pokoju. Jedna ze stołecznych gazet atmosferę dni pobytu gościa z Watykanu podsumowała rysunkiem – mama prowadzi wózek, a niemowlę macha chorągiewką z Kluczami Piotrowymi, wołając: Pa-pa! (papa to „papież” po rumuńsku).

Około 90% mieszkańców Bukaresztu to prawosławni.

Na spotkaniu Jana Pawła II z grekokatolikami w rzymskokatolickiej katedrze Świętego Józefa panowała pozornie identyczna atmosfera. Czuło się jednak, że radość wiernych nabrzmiała napięciem. Oto głowa Kościoła katolickiego przyjeżdża do wspólnoty, która dopiero niedawno wyszła z podziemia i jeszcze dotąd nie zabliźniła swoich ran. Wierni, którzy przybyli tu z najodleglejszych zakątków kraju, wiedzieli, że teraz właśnie spełnia się coś, na co czekali tak długo. Co powie im Ojciec Święty? Czy doceni ich wytrwałość? Czy upomni się o ich nadal gwałcone prawa, o dotąd nie zwrócone cerkwie?

Drodzy bracia, wasze kajdany, kajdany waszego ludu są chwałą i chlubą Kościoła: prawda wyswobodziła was! Próbowano zmusić waszą wolność do milczenia i zdławić ją, ale to się nie udało. Pozostaliście wewnętrznie wolni, chociaż zakuci w kajdany; wolni, chociaż wśród łez i prześladowań; wolni, chociaż wasze wspólnoty doznawały przemocy i szykan.

Przez nawę katedry przetacza się grzmot oklasków. Wśród zgromadzonych w prezbiterium biskupów – katolickich obydwu obrządków i prawosławnych – znajdują się świadkowie męczeństwa zakazanego Kościoła: kardynał Alexandru Todea i arcybiskup Gheorghe Guţiu, obaj z kilkunastoletnim stażem więziennym w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Szczególne wrażenie robi scena, w której 79-letni Papież podchodzi do 87-letniego, przykutego do inwalidzkiego wózka Todea i przekazuje mu braterski pocałunek.

W 1990 r. Todea, w imieniu wszystkich biskupów zalegalizowanego na nowo Kościoła, zaapelował w parlamencie do rumuńskich hierarchów prawosławnych: pogódźcie się ze Stolicą Apostolską – a my, biskupi greckokatoliccy, zrezygnujemy ze swych diecezji! Niech obejmą je wtedy biskupi prawosławni. Ta oferta powrotu do jedności wschodniego Kościoła pozostała jednak bez odpowiedzi.

To dziedzictwo czerpało pokarm także z bogactwa liturgii i tradycji bizantyjskiej, które dzielicie z braćmi z Kościoła prawosławnego. Jesteście powołani, aby ożywić to dziedzictwo, a jeśli to konieczne – powrócić do niego, zgodnie z intencjami tych, którzy pragnęli unii z Rzymem, oraz oczekiwaniami Kościoła katolickiego wobec was. Trzeba dziś nieustannie odnawiać wierność waszym tradycjom, ponieważ nowe przestrzenie wolności zostały wam dane po to, aby wasz Kościół, powracając do swoich korzeni i otwierając się na wezwania Ducha, mógł coraz bardziej stawać się sobą i właśnie swoją wielokształtną tożsamością przyczyniać się do wzrostu Kościoła powszechnego. (?)

Chociaż komunia między prawosławnymi i katolikami nie jest jeszcze pełna, „stwierdzam (?), że jest ona już doskonała w tym, co wszyscy uważamy za szczyt życia łaski: w męczeństwie (martyria) aż do śmierci, w tej najprawdziwszej komunii z Chrystusem, który rozlewa własną krew i przez tę ofiarę przybliża ku sobie tych, którzy niegdyś byli daleko (por. Ef 2, 13)” (Ut unum sint, 84).

Dla chrześcijan nadeszły dni przebaczenia i pojednania. Bez takiego świadectwa świat nie uwierzy: jakże możemy mówić wiarygodnie o Bogu, który jest Miłością, jeżeli nie usunęliśmy sprzeczności między nami? Leczcie miłością rany przeszłości. Niech wspólne cierpienie nie rodzi podziałów, ale sprowadzi cud pojednania. Czyż nie takiego właśnie cudu oczekuje świat od chrześcijan?

Po Mszy wychodzącego Papieża witał szum oklasków przed katedrą. Z tyłu świątyni, gdzie poza dziennikarzem z Polski nikt nie zaglądał, sanitariusze w milczeniu umieszczali w karetce wózek z kardynałem Todea.

*

Park Podul Izvor to olbrzymi trawnik, nad którym góruje monstrualna, niedokończona fasada Pałacu Republiki. Tę współczesną piramidę nakazał postawić Ceauşescu, burząc całą dzielnicę podmiejskich willi i pałacyków. Pustynia Podul Izvor z jej narzuconym, obcym duchowi miasta monumentalizmem, jest końcowym akcentem przecinającej śródmieście wielkiej promenady, jedynej „przecinki”, której nie zdołał wchłonąć w siebie miejski organizm. Na środku tej osi, między ruinami starego pałacu hospodarów a pałacem patriarchy, czyli w miejscu, gdzie powinien mieścić się środek Bukaresztu, wkrótce ma się rozpocząć budowa olbrzymiej prawosławnej cerkwi – wotum narodu za odzyskanie wolności. Niektórzy twierdzą, że zgoda władz na jej postawienie była argumentem, który przełamał opory prawosławnych biskupów wobec odwiedzin ich kraju przez Jana Pawła II.

Wydaje się, że kilkudniowa wizyta Papieża zdziałała tu więcej, niż rządowe zachęty czy wieloletnie wysiłki ekumenicznego zbliżenia. Drugiego dnia pobytu, po liturgii bizantyjskiej w katedrze Św. Józefa, Jan Paweł II spotkał się w siedzibie patriarchatu z prawosławnym synodem. Na zakończenie spotkania 35 biskupów oraz tłum znanych osobistości rumuńskiego prawosławia, stojąc, zgotowali Papieżowi serdeczną owację. Wzruszony gość powiedział wtedy: „Tutaj został przekroczony próg nadziei.”

Ostatniego, trzeciego dnia pielgrzymki na Podul Izvor zgromadziło się ćwierć miliona ludzi, głównie rzymskich katolików (jest ich w Rumunii ponad milion), bo dla nich przygotowano to miejsce na służbę Bożą. Przybyli tutaj Rumuni z Mołdawii (prężna wspólnota z głównymi ośrodkami w Jassach oraz w miastach Bacău i Roman), wraz ze swoim biskupem Petru Gherghelem, przybyli Węgrzy i Niemcy z Siedmiogrodu (gdy Papież pozdrowił tych ostatnich w ich języku, gdzieś z tylnych sektorów rozległ się samotny okrzyk: Dank sei Gott!). Przyszli wreszcie mieszkańcy Bukaresztu: rzymscy katolicy, którym pasterzuje metropolita Ioan Robu, grekokatolicy i prawosławni. Wszyscy – jak zwykle – gorąco powitali Papieża, wszyscy też uważnie słuchali jego słów.

W imię tej wielkiej inspiracji ekumenicznej zwracam się do wszystkich wierzących w Chrystusa, którzy żyją w Rumunii. Przybywam tu do was powodowany wyłącznie pragnieniem autentycznej jedności i wolą pełnienia powierzonej mi przez Pana posługi Piotrowej wśród moich braci i sióstr w wierze. (?) Pragnę gorąco i modlę się, aby jak najprędzej udało się ustanowić pełną braterską jedność wszystkich wierzących w Chrystusa na Zachodzie i na Wschodzie. O taką jedność, ożywioną miłością, Boski Nauczyciel modlił się w wieczerniku w przeddzień swojej męki i śmierci.

Naprzeciw papieskiego tronu stał tron patriarchy Teoktysta. Patriarcha, odziany w białą sutannę i takiegoż koloru riasę, towarzyszył Janowi Pawłowi II przez większą część jego pielgrzymki. Duże wrażenie robił widok dwóch białych postaci, stojących na papamobilu. Kilka godzin przed Mszą na Podul Izvor, podczas liturgii prawosławnej na Piaţa Unirii – w miejscu, gdzie stanąć ma cerkiew-wotum – dwaj zwierzchnicy Kościołów obdarowali się kielichami.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Przez Podul Izvor kilkakrotnie przeszła burza okrzyków: „Niech żyje Papież!”. Taki spontaniczny okrzyk rozległ się również wtedy, gdy Jan Paweł II wstał i podszedł do Teoktysta, by wymienić z nim braterski uścisk. Jednak po kilkunastu sekundach ludzie przycichli, jakby wyczuli, że ta właśnie chwila wymaga innego dopełnienia. I wtedy spod transparentu licznej rumuńskiej Wspólnoty Świętego Idziego rozległo się skandowane U-ni-ta-te! U-ni-ta-te! (jedność). Słowo to natychmiast podchwycił cały tłum: potężne Unitate! przeleciało jak grzmot nad całym placem. Rzymianin Wojtyła zrozumiał je. Jeszcze raz odwrócił się do Teoktysta i powiedział do niego po francusku: „A więc trzeba się spieszyć”.

Jeden z komentatorów prasy rumuńskiej zauważył później, że słowo Unitate! skandowali również grekokatolicy – a mogli przecież krzyczeć co innego, na przykład „Chcemy zwrotu cerkwi!”. Kończąc zaś swój felieton, napisał: Jeśli z całej pielgrzymki zrozumiemy tylko to, co znaczy „jedność”, wyrażana postawą ludzi zgromadzonych na Podul Izvor – to Papież nie przyjechał na darmo.

_______________________
1 W pracy wydanej w 1935 r.
2 Przełożyła z węgierskiego Teresa Worowska.
3 Po zjednoczeniu Mołdawii i Wołoszczyzny (1861) w państwie rumuńskim wprowadzono pisownię łacińską.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.