Wiosna 2021, nr 1

Zamów

Znaki mądre jak słowa

Jak to się dzieje, że słuchamy, rozumiemy, przyjmujemy słowa Papieża, a potem przeważnie żyjemy, jakbyśmy nie słyszeli, jakbyśmy nie zrozumieli, jakbyśmy odrzucali te słowa?

Papieskie słowo dla Gliwic: Dzisiaj zwracam się jeszcze raz do wszystkich moich rodaków w Ojczyźnie: budujcie przyszłość narodu na miłości Boga i braci, na poszanowaniu przykazań Bożych i na życiu łaski. Szczęśliwy jest człowiek, szczęśliwy jest naród, który ma upodobanie w Prawie Pana.

Szczęśliwy naród? czy to my? Szczęśliwy człowiek? który to?

Przyjmujemy, odrzucamy

Większość Polaków nie chce odrzucać słów Papieża. Ale jaki procent przyjmuje je serio jako sens życia, zadanie do wykonania? Pięć procent? Pół procenta? Wprawdzie Bóg widzi serca, ale każdy z nas widzi bliźnich wokół siebie, widzi skutki swoich własnych działań.

Może jestem zbytnim pesymistą. Tak czy owak, warto pomyśleć nad mechanizmami przyjmowania nauki – odrzucania nauki Papieża.

To, że słowa Chrystusa też bywają odrzucane, że dzieje się tak z nauką Kościoła od dwóch tysięcy lat, nie może być żadnym wytłumaczeniem, przeciwnie. Żyjemy w pełni czasów, w czasie ostatecznym i od dwóch tysięcy lat Kościół wskazuje nam świętych. Oni przyjęli słowo i wypełnili je. Jak to zrobili, jak im się udało? Są tajemnice serc, jest łaska, moc idąca od Boga ku człowiekowi, ale jest także nasz obowiązek posługiwania się rozumem w sprawach wiary, dla wiary. Rozum niech próbuje pojąć drogi słowa do ludzkiej duszy – psychologię, socjologię, uwarunkowania lingwistyczne, wszelkie.

Kiedy wspominam czerwiec 1999, papieskie święto Polaków, wydaje mi się, że z zapamiętanych zdarzeń, relacji, obrazów, mogę wyciągnąć garść wniosków i hipotez dotyczących tej właśnie pielgrzymki, dający się także uogólnić na inne wydarzenia.

Nauczanie papieskie było nie tylko dziełem Papieża. Rodziło się z fenomenu spotkania Nauczyciela i nauczanych Polaków. To nauczanie zbudowane było nie tylko ze słów, ale także z mieniącej się różnorodnością otoczki symboli plastycznych i architektonicznych, emblematów, gestów, melodii, dźwięków, wydarzeń. Częścią tej otoczki były także trudne do uchwycenia struktury czasu – porządek dni Papieża- Pielgrzyma i porządek dni przyjmujących go Polaków, rytm przemówień, przebiegi czasu liturgicznego, czasu oczekiwania, czasu podróżowania – a także to, co się ze struktur czasu odbiło w mediach. One też miały godziny transmisji i godziny komentarza, spóźnienia i luki. Przypominam sobie wzbierającą powódź modlitwy w dniu choroby Jana Pawła II, przypominam sobie dotykalne wprost natężenie czasu nadziei w oczekiwaniu na starosądecką beatyfikację w następnym dniu.

W rozmowie z Michałem Okońskim bp Jan Chrapek, koordynator – a więc współtwórca – papieskiej pielgrzymki powiedział: Jan Paweł II podprowadzał nas do tego, byśmy zachwycali się Bogiem, który kocha, przebacza i zaprasza. Wprowadzał nas na górę Przemienienia, na której doświadczaliśmy czegoś tak niezwykłego, że – jak św. Piotr wówczas – nie bardzo potrafimy o tym mówić. Podprowadzał nas słowami, gestami i stwarzaną przez siebie atmosferą? („Tygodnik Powszechny” nr 27 z 4 lipca br.).

Zaryzykuję rozwinięcie i poszerzenie tych celnych sformułowań biskupa Chrapka. Z Bożej łaski prowadziliśmy się wzajem na tę górę Przemienienia – Papież nas, a my Papieża. To, że i on doświadczył przemienienia, widać było wyraźnie choćby w zdjęciach z Wigier, w relacji z chłopskiego domu państwa Milewskich, ze spotkań w Wadowicach, Gliwicach. I jak Piotr na górze Przemienienia mówił; „Panie, dobrze nam tu” – tak i Papież mówił to całą postacią, każdym gestem. A Polacy wtórowali mu w tej samej tonacji – „Zostań z nami!”. Chcieli jak Apostołowie zatrzymać czas Przemienienia.

Symbol znaczy więcej niż znaczy

Papież nie tylko prowadził nas do Boga „słowami, gestami, stwarzaną przez siebie atmosferą”. Gesty i atmosfera prowadziły nas do zrozumienia i przyjęcia słów. Myśli przekazane na chłodno nie tak zapadają w serce, jak te, które usłyszało się we wzruszeniu, w atmosferze braterskiego zgromadzenia. Słowa opłacone zmęczeniem drogi, trudami oczekiwania inaczej zapadają w pamięć niż te, które usłyszało się z telewizora w domowym komforcie.

Jednocześnie te gesty i ta atmosfera nie były dziełem samego Papieża. Symboliczna, obrazowa, emocjonalna otoczka była w wielkiej mierze dziełem wspólnym – pielgrzymującego Jana Pawła, towarzyszących mu osób i przyjmujących go władz kościelnych i świeckich, realizatorów i organizatorów, uczestniczących osób i tłumów. Było w tym wszystkim sporo kiczu, były smutne akty „zetempowskiego” kierowania entuzjazmem, były karykatury zachowań dworackich, ale to drobna domieszka, margines święta, świadectwo zwykłej ludzkiej słabości. Te zjawiska nie mogły pomniejszyć wagi i głębi „katechezy przez symbole”, jaka się podczas pielgrzymki dokonała.

Znaczenie symbolu przekracza jego znaczenie. Według Northorpa Freya wokół dosłownego znaczenia symbolu tworzy się pole asocjacji, które nie tylko poszerza to znaczenie, ale również pogłębia związek między nadawcą a odbiorcą, czyni go emocjonalnym i żywym. Pięknie o działaniu symbolu pisała Jadwiga Puzynina w czerwcowej „Więzi” z 1995 roku („Katyń: słowo – symbol”). Przypomniała ona tam tezę Kanta, że symbol ma za zadanie raczej inicjować refleksję, a nie przedstawiać pojęcie. Warto do tego dodać, że symbol ma wieloraką moc tworzenia wokół siebie wspólnot. Przeważnie jest to szersza wspólnota tych, którzy symbol rozumieją, i węższa, ale dużo bardziej zwarta, wspólnota tych, którzy identyfikują się z symbolem. To tę grupę zapewne ma na myśli Puzynina, gdy pisze o „wewnętrznej sile” symbolu wiążącej się z mitycznym widzeniem i odczuwaniem świata, gdy podkreśla „społeczne zakorzenienie symbolu”. Papieska pielgrzymka obfitowała w sytuacje potwierdzające takie rozumienie symbolu (Puzynina przypomniała grecki rdzeń znaczeniowy – od czasownika symballein – łączyć, składać razem).

Polacy dali się łączyć symbolom tych dwóch tygodni, bo rozumieją symbole, umieją je czytać, dają się nimi wzruszać. Myślenie mamy symboliczne. Polska świadomość narodowa i polska podświadomość narodowa mocno są zakotwiczone w tradycji romantycznej, w tradycji „patrzenia sercem”, także w tradycji modernistycznego symbolizmu „patrzenia w serce”. Zawsze były ważne orzełki, znaczki, ryngrafy, woreczki z ziemią ojczystą, żywe obrazy, kwietne krzyże na bruku. Jeśli równolegle żyje w naszej kulturze nurt ironii i autoironii, nurt galicyjsko- kabaretowy rodem z Witkacego, Irzykowskiego, Boya, Kuśniewicza, Mrożka, to nie po to, aby nasze symboliczne widzenie świata kompromitować, ale aby je oczyszczać z fałszu.

Ten nurt szczególnie jest nam potrzebny dziś, gdy w naszą świadomość i podświadomość sypie się lawina symbolicznego śmiecia reklamy i popkultury, wszystkie slogany i logo, gesty i scenki, wizerunki idoli, billboardy wielkich hieroglifów rynku, symbole seksu, symbole sukcesu, symbole medialności, cała ta mitotroniczna pasta głusząca, która ma zamazać, zamaskować ludzkie momenty wolności, zastąpić świadome decyzje podświadomymi aksjomatami „tak jak wszyscy” – „to dla ciebie” – „tak się teraz nosi, robi, żyje” – „to nowoczesne i modne”.

Aby poznać znaczenie papieskiej „katechezy przez symbole”, trzeba pojąć ten kontekst, to „tło kosmiczne”, przez które przebijało się do nas „promieniowanie ojcostwa”. Trzeba też rozpoznać fakt, że najbardziej atakowana przez kolorowy bełkot rynku jest właśnie młodzież, że to młodzież stanowiła ogromną część papieskich zgromadzeń, część wyjątkowo żywo reagującą.

Czy da się to uporządkować?

Spróbuję choćby w minimalnym stopniu usystematyzować tę część katechezy, która docierała do nas przez symbole. Sam chętnie bym przeczytał taką analizę zrobioną przez kogoś uczonego w semantyce, hermeneutyce, historii sztuk wizualnych. Moja próba uporządkowania będzie dyletancka i wyrywkowa, niepełna zwłaszcza w tej przestrzeni, gdzie w tekstach papieskich przemówień, biskupich i cywilnych powitań, pojawiały się słowa- symbole, cytaty- symbole, symboliczne zwroty i fragmenty. Pomiędzy tymi utkanymi z warstwy słownej symbolami a symboliką obrazów, rytmów, gestów trwał subtelny dialog, tak subtelny, że trudny chyba do klasyfikacji.

Podział podstawowy – to symbole bezpośrednio pochodzące od Jana Pawła II, symbole użyte przez niego do komunikowania się z uczestnikami zgromadzeń i te symbole, które były tworem organizatorów pielgrzymki i uczestników zgromadzeń powstające „po myśli Papieża”, mające kontynuować czy poszerzać jego nauczanie. Do takich symboli można zaliczyć wymowę plastyczną ołtarzy, symboliczny sens wielu ofiarowywanych Pielgrzymowi podarków, a także niektóre emblematy, transparenty, teksty pieśni i zawołań skandowanych przez tłumy. Ta klasyfikacja nie jest w pełni zadowalająca, bo na przykład jeden z najpiękniejszych symboli tej pielgrzymki – podanie Janowi Pawłowi II dzieciątka już w momencie jego wchodzenia na schodki samolotu przy odlocie – to gest uczyniony wspólnie, współtworzony przez Papieża, rodziców dziecka, organizatorów odlotu.

Symbole kapłaństwa, królowania, ojcostwa

Pożyteczne może być też oddzielenie trzech grup symboli odpowiadających trzem uzupełniającym się wątkom pielgrzymki. Te wątki to – kapłański, królewski i ojcowski. Wszystkie trzy współtworzone z obu stron – my chcieliśmy, aby przyjechał do nas najwyższy kapłan, dobry monarcha i wytęskniony ojciec, a Jan Paweł II chciał być dla nas kapłanem, królem i ojcem, dla wszystkich tych wątków widział miejsce i sens w swoim ewangelicznym posługiwaniu. Oczywiście były miejsca, gdzie pomiędzy tymi wątkami następowało napięcie czy nawet lekka dysharmonia, ale daleko więcej było sytuacji, w których wątki wzmacniały się wzajemnie i uzupełniały.

W Sandomierzu gromkie komendy paradnej musztry przeszkadzały w skupieniu Eucharystii, a ustawiony obok ołtarza barwny hufiec „odradzającego się rycerstwa polskiego” tworzył komiksowo- groteskowy kontekst do liturgicznego spotkania. Zgromadzeni odsuwali to na peryferie całego wydarzenia, bo czuli jednak, że królowi powinni towarzyszyć wojacy i rycerze. W znacznej mierze Papież kontrolował wzajemne proporcje wątków czy nastrojów i w twórczy sposób interweniował, gdy wydawały się mu zachwiane. Jeśli robiło się zbyt „monarchicznie”, potrafił jednym żartem przedzierzgnąć się w „jowialnego tatusia”, któremu przystoi gra słów „papież?łupież” czy próba parafrazy „Witaj w Licheniu” jako „Witaj, ty leniu”.

Trzeba powiedzieć, że media we wrażliwy i sensowny sposób pokazywały i komentowały przeplatanie się trzech wymienionych wątków. Wspaniały symbol górował nad placem nabożeństwa ekumenicznego w Drohiczynie: rozdarty pionowo krzyż obwieszczał ranę podziałów Kościoła – postać Ukrzyżowanego głosiła jednak cierpieniem okupioną nadzieję – ukrzyżowanie (po rosyjsku „rozpiatije”) było zarazem klamrą spinającą, chroniącą przed rozpadem. A poniżej figury Jezusa rozszczepiony krzyż wiązała Piotrowa sieć – symbol jednoczącego chrześcijaństwo trudu Papieża.

I ten właśnie drohiczyński krzyż był ołtarzem najczęściej w mediach reprodukowanym. Podobnie podchwycone zostały w mediach inne symbole – bukiet kwiatów na papieskim tronie na Błoniach w Krakowie w dniu choroby i nieobecności, machnięcie ręką w Wadowicach, przyjęcie prezydenta i jego żony do królewskiej karety – to znaczy papamobilu na lotnisku.

Nośne i wyraziste

Nie sposób wyliczyć wszystkie symboliczne obrazy i sytuacje pielgrzymki; wiem, że wielka ich część umknęła mojej uwadze. Chcę jednak przypomnieć niektóre, aby spróbować pojąć ich wielokierunkowe działanie. Obok wymienionego już drohiczyńskiego krzyża z pewnością dwa elementy plastyki ołtarzy muszą być wymienione – monumentalna sieć unoszona przez łabędzie z Pelplina i płynący przez „górskie pastwisko” potok w Starym Sączu. Obydwa elementy należały do „wątku kapłańskiego” przez to, że nawiązywały do Biblii, do sieci rybackiej Apostołów, którzy wyruszyli za Jezusem łowić ludzi, do symboliki wody – oczyszczającej i dającej życie, do pastwisk z psalmu.

Jednocześnie obydwa ołtarze w osobisty sposób zwracały się do Papieża – pierwszy ukazywał ptaki, stanowiące symboliczny znak wertykalizmu wiary, ale te ptaki to łabędzie, które „wujkowi Karolowi” towarzyszyły w jego wodniackich wyprawach z młodzieżą (notabene same mu się wkrótce łabędzie przypomniały w pięknym i symbolicznym obrazie znad Wigier: wieczornie wygładzone lustro jeziora – w głębi wieże kościoła za starymi drzewami – na jeziorze biały stateczek z następcą Piotra- Rybaka – i te stado anielsko białych łabędzi lecących nad nim). Głęboką wymowę wątku kapłańskiego miały kielichy mszalne darowane przez Papieża każdej odwiedzonej diecezji. A „woda żywa” w Starym Sączu, pełna dzikich ziół hala na jej brzegach? Czy nie miały to być Beskidy idące na spotkanie papieżowi – turyście zakochanemu w górskich włóczęgach?

W wątku królewskim piękną symboliczną wymowę odczytuję w wizycie u rodziny gospodarza Milewskiego w dniu papieskiego wypoczynku. Tak jak dobry król z bajki, Jan Paweł II niespodziewanie przychodzi do ubogiego chłopa, wysłuchuje, dopytuje się o los. A dopełnienie – to „mowa tronowa” w Parlamencie i te słowa powiedziane pół żartem, pół serio „wiwat król, wiwat naród, wiwat wszystkie stany”, wejście ze skarbami historii na arenę codziennej polityki, przypomnienie wysokich powołań, wezwanie do służby.

Polacy nigdy, żadnym aktem wyrażającym wolę narodu, nie odcięli się od monarchii, z wszystkich Konstytucji najbardziej czczą tę Trzeciego Maja, tę monarchiczną, są z temperamentu poddanymi Jasnogórskiej Pani, Królowej Korony Polskiej i romantycznego „króla Ducha”. Dlatego wątek królewski nie był anachronizmem ani maskaradą, był przemawianiem do serc. Nie czuliśmy nic niestosownego w tych powtarzających się procesjach z darami dla Papieża, wcale nie identycznymi z „darami ołtarza”. Każdy chciałby tam zanieść coś cennego, uklęknąć. Strasznie nam potrzeba mądrej, dobrej władzy, władzy spracowanej i pokornej jak On.

„Uśmiechnij się, tato” – ten transparent – czy nie z Zamościa? – to dla mnie klucz do „ojcowskiego wątku”. Przecież cała Polska w równym stopniu czekała na słowa o nawróceniu, jak na uśmiech tego starego człowieka w bieli. Nie pożałował nam tego uśmiechu w Wadowicach – tam był najbardziej ojcowski. Tam był ojcem dla starszych, dziadkiem dla młodszych, bliskim, który powrócił do domu wspomnień. Po ojcowsku przymierzał wspomnienia do dnia dzisiejszego, a miał w tym rodzicielski wychowawczy zamiar. Jego niespodziewany powrót do Gliwic był też ojcowskim gestem. Król może posłać dworzanina, kapłan – list pasterski. Ale ojciec musi spojrzeć w oczy, musi prosić o przebaczenie, chociaż nie zawinił. Uczynił to z potrzeby serca, a jednocześnie z potrzeby wychowawczej – aby praktycznie pokazać to, o czym pisał w „Veritatis splendor” – zło jest złem, nawet gdy sprawca jest niewinny. A wówczas, gdy błogosławił maleńkiego chłopczyka w chwili odjazdu? Był ojcem – starym królem, który błogosławi i namaszcza następcę – bo świadomy jest mijającego czasu; był biblijnym starcem Symeonem biorącym w objęcia Przyszłość na progu świątyni.

Skarb siewnego ziarna

Wychodzą książki o minionej pielgrzymce, są już na rynku komplety kaset. Dzienniki skomentowały, tygodniki dorzuciły swoje, teraz miesięczniki podsumowują i rozważają ten papieski czas w Polsce. Same teksty przemówień są bardzo ogólne, syntetyczne – i radykalne zarazem. Tak, jakby Jan Paweł II zaufał Polsce, że jest dojrzała, że wystarczy pokazać kierunek, dać punkty odniesienia i zacznie się uczciwa praca myśli, rozwinie się działanie.

Ilu jest takich, co przyjmują tę pracę zleconą? Niewielu ją odrzuci, ale boję się, że liczni odsuną ją na potem, będą oglądać się na innych, poszukają usprawiedliwień czy bocznych furtek w sumieniu.

Dlatego ważne jest, aby nie ograniczać nauki Jana Pawła do słów, by nie tylko wspominać symbole, oglądać zdjęcia, albumy, filmy, rozmawiać o wzruszeniach, dzielić się głębokimi odczuciami. To wszystko nie jest jeszcze pogłębionym życiem duchowym, nie jest heroicznym dawaniem świadectwa, pracą dla odnowy Kościoła, ale jest tym, co profesor Stefan Swieżawski nazywa za Cyceronem „cultura animae”. Jest uprawą duszy, kulturą, przygotowaniem siewu. Słowa zostały jak skarb siewnego ziarna, nie da się ich uszanować inaczej, jak pomnażając.

Ludzie trochę tak już czują, Kościół polski tak to rozumie w większości. Świadczą o tym nie tylko dokumenty biskupów, jakie się ukazały po pielgrzymce – z ważnym tekstem o stosunku do niewierzących w parafii. Jest wiele działań skierowanych na ocalenie, zachowanie symboli związanych z Janem Pawłem II. Ołtarz z Pelplina stanie się pomnikiem we wsi, która go ufundowała, rzeźby z sopockiego ołtarza znajdą swoje drogi ku kościołom i kapliczkom, ambonka i ołtarz z placu Piłsudskiego w Warszawie mają już miejsce w budującym się kościele parafii Natolin- Wyżyny, zwieńczenie tego samego ołtarza trafi do Lesznowoli, tam przyspieszy budowę świątyni. Podobnie będzie z pewnością z innymi „papieskimi pamiątkami”. Symbole chwil staną się relikwiami – symbolami trwania.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Na Polskę chciał Papież wylać swoją miłość – najbardziej poważnie, bez czułostkowości, z realizmem widzącym męczeństwo za miłością, perspektywę ofiary. Uczynił to, odnawiając dla nas najcenniejszy i najbardziej przez nas zmarnowany symbol lat ostatnich – słowo- zawołanie- – znak: „Solidarność”. Uczynił to, przypominając po wielekroć słowo, które zrodziło etos solidarności i ruch Polaków ku wolności – „godność”. Uczynił to, wiążąc solidarność ludzi z przykazaniem miłości, z miłością Boga ku ludziom. Na krzyżu pokazał Boga solidarnego z człowiekiem.

Sam jednak stał się pieczęcią na tej katechezie. Pochylony stary człowiek, potrzebujący laski do poruszania się, walczący z cierpieniem, słabością, chorobą, popędzany programem, cały czas miał przecież świadomość, że jest już dla nas sam kimś więcej niż świadkiem: osobą- – symbolem. Każdy krok tej pielgrzymki miał służyć nawróceniu Polaków – niech idą za Chrystusem. To dlatego rozważanie symboli z tamtych dni tak bliskie jest modlitwy.

________________________
Piotr Wojciechowski – ur. 1938, pisarz i publicysta. Absolwent geologii Uniwersytetu Wrocławskiego, Studium Dziennikarskiego Uniwersytetu Warszawskiego i Wydziału Reżyserii Filmowej PWSTiF w Łodzi. Autor powieści dla dorosłych, m.in.: „Czaszka w czaszce”, „Obraz napowietrzny” i książek dla dzieci. Współpracownik „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi”, recenzent tygodnika „Film”. Wykładowca w Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi. Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.