Jesień 2020, nr 3

Zamów

Żydzi w szkolnych podręcznikach

Pokolenie polskich katolików urodzonych po II wojnie światowej stosunkowo późno, bo dopiero w roku 1968, dowiedziało się o istnieniu tak zwanej kwestii żydowskiej. Pokazową „lekcję patriotyzmu i rozumienia interesów narodowych” dały wówczas społeczeństwu komunistyczne media. Prasa oskarżająca inspiratorów zajść marcowych o antypolskie i antysocjalistyczne wichrzycielstwo wyjątkowo starannie selekcjonowała w tym czasie nazwiska kończące się na -stein, -and i -er, a gdzie odpowiedniej końcówki zabrakło, dociekliwie badała genealogię przeciwników ówczesnego porządku politycznego. Sam uświadomiłem sobie rozmiary owej kwestii po tym, jak którejś marcowej nocy razem z jednym z przyjaciół zostałem przyłapany z puszką farby i pędzlem w ręku i zamknięty na czterdzieści osiem godzin w areszcie komendy dzielnicowej MO na Opaczewskiej w Warszawie. „Pańska rodzina nie zmieniała nazwiska ? powiedział na wstępie przystojny blondyn w cywilu ? możemy więc porozmawiać sobie jak Polak z Polakiem”. Nie miałem jednak wtedy najmniejszej ochoty na patriotyczną pogawędkę i zamiast uczestniczyć w dyskusji udałem kompletnego idiotę, który z puszką farby i pędzlem (na szczęście jeszcze suchym) poszukiwał w okolicach skrzyżowania Grójeckiej i Wawelskiej sklepu nocnego, aby zakupić w nim butelkę wina. Dziś już nie pamiętam, czy trzymanie się tej wersji było spowodowane strachem, czy przekorą. W każdym bądź razie nie po raz pierwszy znalazłem się w obozie bitych i tak miało już pozostać, choć, jak się po latach okazało, linie podziału na bitych i bijących nie były ustalone raz na zawsze.

Poczucie odrazy wobec ówczesnych metod walki o władzę sprawiło, że wielu spośród świadków tamtych wydarzeń wzięło udział w antykomunistycznych ruchach lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Łatwo było ich spotkać podczas porządkowania żydowskiego cmentarza w Warszawie, wśród osób protestujących przeciwko zmianom w konstytucji PRL, które ograniczały suwerenność Polski i swobody demokratyczne, czy też w gronie współpracowników KOR-u i późniejszych działaczy Solidarności. Udział w wydarzeniach marcowych i poparcie dla ruchu opozycyjnego w latach późniejszych zamknęły przed niektórymi drogę do kariery uniwersyteckiej. Ci, którzy po ogłoszeniu stanu wojennego zdecydowali się wyjechać na emigrację, mogli jednak osobiście przekonać się, iż sprawa stosunków polsko-żydowskich jest znacznie bardziej skomplikowana, niż wydawała się być w Polsce.

Nie wiem, na ile jestem typowym przedstawicielem swojej generacji, sądzę jednak, że moje późniejsze doświadczenia nie są jak na standardy amerykańskie czymś niezwykłym. W lipcu 1984, w wigilię święta lub w samo Święto Niepodległości Stanów Zjednoczonych, to jest mniej więcej w rok po moim przybyciu do Ameryki, zadzwoniła do mnie Lillian Vallee, wysoko ceniona tłumaczka literatury polskiej na język angielski, z zapytaniem, czy spotkałem się z jakimiś przejawami antysemityzmu w Solidarności. Pytanie wiązało się z faktem, iż tego dnia rozgłośnia Wisconsin Public Radio w Madison, gdzie mieszkaliśmy po sąsiedzku, przeprowadziła rozmowę z jedną z ocalonych ofiar Holocaustu. Owa pani, pracownik University of Wisconsin, miała podobno powiedzieć, że środowiska żydowskie w Ameryce na ogół obojętnie przyjęły wiadomość o ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce z tego przede wszystkim względu, że postawy członków Solidarności wobec Żydów cechował tradycyjny antysemityzm. Skąd zaczerpnęła tę wiadomość, nie zostało jednak powiedziane. Mnie samemu nie udało się tej kwestii wyjaśnić, a list protestacyjny wysłany przez Lillian Vallee do Radia Wisconsin nigdy nie został odczytany.

Polonia Amerykańska od lat boryka się z problemem dezinformacji w amerykańskich środkach przekazu, które uparcie publikują listy czytelników żydowskich do redakcji pism oraz artykuły i noty redakcyjne, w których pojawiają się uwagi na temat polskich obozów koncentracyjnych tudzież o tym, że głównym celem Armii Krajowej było likwidowanie Żydów ocalonych z Holocaustu. Częstotliwość zamieszczania w mediach amerykańskich informacji fałszujących historię Polski była w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych na tyle duża, że działające wtedy w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie Północnoamerykańskie Studium Spraw Polskich musiało powołać Instant Reply Service, specjalną jednostkę organizacyjną zajmującą się prostowaniem przeinaczeń prasowych w artykułach na temat historii Polski. Przy kilku wydziałach stanowych Kongresu Polonii Amerykańskiej powstały komitety antydefamacyjne. W ostatnich latach, na terenie metropolii detroickiej zawiązała się niezależna organizacja „Heralds of Truth” mająca na celu „obronę dobrego imienia Polski”. Polskie protesty okazują się jednak na dłuższą metę mało skuteczne. Po przeprosinach ze strony redaktorów pism wszystko na ogół wraca do normy, to znaczy do tych samych przeinaczeń i tendencyjnej, niekiedy złośliwej selekcji faktów.

Znacznie gorsze rzeczy zdarzają się podczas spotkań i dyskusji. John Radziłowski, młody historyk, członek redakcji „Periphery”, gorący zwolennik dialogu polsko-żydowskiego i działacz polonijny odznaczony przez władze polskie medalem zasługi za lobbying w sprawie przyjęcia Polski do NATO, wybrał się kilka miesięcy temu do Ośrodka Żydowskiego w Minneapolis na spotkanie ze znaną (głównie z antypolskiej publikacji o Ejszyszkach) autorką Yaffą Eliach. Nie po to, żeby ją obrazić, lecz żeby w sposób godny przedstawić polski punkt widzenia w sprawie, którą się zajmowała. Został opluty i obrzucony najohydniejszymi wyzwiskami. „Spier?laj polski bękarcie. Wszyscy jesteście antysemitami” ? wołano na sali.

Sprawy polskie zajmują w mediach amerykańskich pozycję marginalną toteż i antypolonizm nie jest czymś natychmiast rzucającym się w oczy. Prawdą jest poza tym, iż obraz Polski i Polaków prezentowany w mediach zmienił się w ostatnich latach na korzyść i że wśród samych Żydów spotkać można wielu życzliwych Polsce publicystów. Niektóre pisma i programy telewizyjne uporczywie powielają jednak antypolskie i antykatolickie stereotypy. Polacy amerykańscy reagują zazwyczaj w takich sytuacjach na kilka sposobów: jedni piszą indywidualnie listy do redaktorów i domagają się sprostowań lub przeprosin, inni zakładają własne organizacje, otwierają strony domowe na Internecie i nawołują do bardziej zdecydowanych protestów (przykładem – Polish American Public Relation Committee), jeszcze inni (jak znaczna część środowisk dziennikarskich przybywających z Polski) próbują perswadować rodakom, że jedynym wyjściem z sytuacji jest dialog polsko-żydowski i chrześcijańsko-judaistyczny. Zwolennicy dialogu przybywający z Polski nie zawsze jednak zdają sobie sprawę z jego asymetrii. Polega ona najogólniej mówiąc na tym, że gdy polski katolik czy też polski wyznawca judaizmu podejmują dyskusje, zazwyczaj idzie im o przyszłość, natomiast gdy czyni to Żyd amerykański, w centrum uwagi staje przeszłość.

Przed dziesięciu laty wyszedł specjalny numer angielskojęzycznego kwartalnika „Studium Papers” (Vol. XII, nr 2, 1989) poświęcony w całości stosunkom polsko-żydowskim po II wojnie światowej. Zawierał on między innymi ankietę, na którą odpowiadali znani historycy, dziennikarze, pisarze i działacze religijni. Pytanie postawione w ankiecie dotyczyło szans dialogu i przeszkód stojących na drodze do polsko-żydowskiego pojednania. Na tle optymistycznych wystąpień strony polskiej bardzo sceptycznie zabrzmiała wypowiedź autora kilku książek na temat judaizmu, urodzonego w Polsce rabina z Toronto Dow Marmura. Rabin Marmur zaczął od cytatu z Alasdaira MacIntyre, według którego sens tradycji zawiera się w zespole możliwych dopowiedzeń historii. W rozumieniu MacIntyre żywe tradycje, właśnie dlatego, że stanowią kontynuację niedokończonej opowieści, stają twarzą w twarz z przyszłością, której deterministyczny charakter, o ile posiada ona w ogóle jakiś charakter, pochodzi z przeszłości (s. 90). Kto uniemożliwia kontynuowanie opowieści i niszczy pamięć o przeszłości, ograbia więc siebie i innych z przyszłości. Z tego właśnie punktu widzenia spojrzał Dow Marmur na sprawy stosunków chrześcijańsko-żydowskich w Polsce. Opowieść obejmująca około tysiącletni okres historii stosunków polsko-żydowskich – pisał dalej – została nieodwołalnie przerwana. Jakkolwiek optymistyczna byłaby nasza postawa, jest rzeczą nieprawdopodobną, aby w Polsce rozwinęła się ponownie zdolna do życia wspólnota żydowska. Jeśli Żydzi spotkają się z nie-Żydami, to tylko po to, aby wspólnie uczestniczyć w uroczystości z okazji jakiejś rocznicy – aby stanąć przed pomnikiem, przejść się wśród grobów lub wziąć udział w naukowej konferencji – nie po to, aby kontynuować przeszłość, ale po to, aby ją pogrzebać z godnością i szacunkiem, bez poczucia wstydu i goryczy, jakie panuje w chwili obecnej (tamże).

Jedynym celem zbliżenia polsko-żydowskiego mogła być w tej sytuacji obustronna zgoda co do faktów historycznych, ale te same fakty przez długie lata posiadały inne znaczenie dla obu stron i często analizowane były w izolacji od całej skomplikowanej historii stosunków polsko-żydowskich. Strona żydowska w swoich publikacjach skupiała się najchętniej na Holocauście i ze zrozumiałych względów bardzo niechętnie podejmowała temat udziału Żydów w ruchu komunistycznym tudzież kolaboracji z sowieckim okupantem po wybuchu II wojny światowej, a polska lewica (również ze zrozumiałych względów) gotowa była zapomnieć o owej niezbyt chlubnej karcie z dziejów naszego kraju.

Nietrudno w sumie polemizować ze stanowiskiem rabina Marmura, wedle którego ? przypomnijmy to raz jeszcze – jest rzeczą nieprawdopodobną, aby w Polsce rozwinęła się ponownie zdolna do życia wspólnota żydowska. Najnowsza historia Polski po roku 1989 jest najlepszą glosą do tej opinii. Ale też warto pamiętać, że za opiniami amerykańskich Żydów stały często względy pragmatyczne. Szło przecież w dużej mierze o to, aby scalić żydowskie wspólnoty wyznaniowe na kontynencie północnoamerykańskim i pokazać, że Stany Zjednoczone i Kanada są na dobrą sprawę jedynymi obok Izraela miejscami, gdzie w pełni mogły zakwitnąć judaizm i kultura żydowska i że w związku z tym trzeba właśnie w rozwój tych wspólnot inwestować. Podobną politykę prowadzili do niedawna organizatorzy Marszów Żywych. Przez ładnych kilka lat podczas trwania marszów rozpowszechniano antypolskie ulotki, a organizacje żydowskie z Polski, które chciały w nich uczestniczyć, były po prostu ignorowane. Ów stan rzeczy uległ radykalnej zmianie dopiero w roku 1998, gdy w marszu wzięli udział przedstawiciele władz Polski i Izraela i gdy organizacje żydowskie poza granicami Polski przejęły część spadku po przedwojennych polskich gminach wyznania mojżeszowego.

Kiedy mówi się o konfliktach wyrastających na podłożu etnicznym czy religijnym, bardzo często można zaobserwować w krajowej publicystyce tendencje do ich idealizowania. Niekiedy z pola widzenia autorów całkowicie znika problem materialnych uwarunkowań takiej czy innej działalności prowadzonej w imię różnych „szczytnych celów”. Niestety, prawda jest najczęściej bardziej prozaiczna, niż się może zdawać: motorem akcji podejmowanych przez strony konfliktów bywa w wielu przypadkach chęć zysku i szeroko pojęta potrzeba władzy. Zaryzykuję twierdzenie, że jeśli coś w przyszłości stanie na drodze do pojednania polsko-żydowskiego, będą to właśnie pieniądze. Resentymenty i uprzedzenia umierają w dużej mierze wraz z ludźmi, którzy doświadczyli tragicznej historii naszego stulecia. To, co permanentnie trwa, to przede wszystkim potrzeba środków niezbędnych do życia i rozwoju lokalnych bądź rozsianych po świecie społeczności. Aby organizacje normalnie funkcjonowały, potrzebne są fundusze, a ich gromadzeniem często zajmują się w Ameryce specjalnie w tym celu zatrudniani zawodowcy. Człowiek zaś ma taką dziwną naturę, że chętniej poprze finansowo inicjatywę, która może doprowadzić do zniszczenia przeciwnika, niż działalność charytatywną. Sięgnę po przykład z ostatnich miesięcy.

W związku ze sprawą krzyży w Oświęcimiu, przed konsulatem Rzeczypospolitej Polskiej w Nowym Jorku miały miejsce demonstracje zorganizowane przez Shalom International. 25 lutego wyszła im naprzeciw zorganizowana grupa kontrdemonstrujących Polaków z Polish American Public Relation Committee. W odpowiedzi Bob Kunst z Shalom International umieścił w internecie komunikat, w którym używając konfrontacyjnej retoryki zwołał kolejną demonstrację. Nie zapomniał przy tym zaapelować do swoich rodaków o pieniądze. Wasze przedłużające się milczenie jest przyzwoleniem na zniewagę ? pisał. ? (?) Pomóżcie prowadzić tę kampanię wystawiając czeki na Shalom International, P.O. Box 402263, Miami Beach, Fla. 33140. Musimy opłacić rachunki telefoniczne, pokryć koszta przesyłek pocztowych, druku i podróży do Nowego Jorku. Pomóżcie zgromadzić naszą wspólnotę.

Sięgnąłem po ów przykład, aby pokazać mechanizm, który – jak można się domyślić – funkcjonuje podobnie po obu stronach barykady. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że w interesie pewnych grup czy jednostek zawsze będzie leżało parcie do konfrontacji i że niejedno pismo niejednokrotnie jeszcze posunie się do bezpodstawnych oskarżeń polskiej strony i przeinaczeń faktów historycznych, jeśli będzie można w ten sposób pozyskać więcej czytelników. Dialog polsko-żydowski potrzebny jest we wspólnotach religijnych, w kręgach twórców kultury i polityków; tak na szczeblu centralnym jak i lokalnym. Potrzebne są wspólne komisje do opracowywania podręczników historii i inne inicjatywy o podobnym charakterze, ale bez wprowadzenia w Stanach Zjednoczonych, w Izraelu i w Polsce odpowiedniej legislacji, która sprawi, że rozpowszechnianie nieprawdziwych wiadomości i sianie nienawiści przestanie być finansowo opłacalne, żaden dialog nie przyniesie pożądanych owoców.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Tym większym smutkiem napawają mnie nieodpowiedzialne oskarżenia części prasy polskiej w kraju i diasporze kierowane pod adresem przywódców organizacji polonijnych, tylko dlatego, że nie mają złudzeń co do funkcjonowania wspomnianych wyżej mechanizmów i widzą sprawę znacznie jaśniej niż wielu idealistów Polsce. Doszło do tego, że „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł Stanisława Blejwasa, w którym autor porównał Kongres Polonii Amerykańskiej z Ku-Klux-Klanem („GW”, 15 marca 1999), a redaktorowi pisma Polish National Alliance „Zgoda” zaczęto wypominać partyjną przeszłość w związku z tym, że ktoś podejrzewał go o autorstwo krytycznych uwag prezesa PNA Edwarda Moskala dotyczących konferencji „Examination of Conscience: Polish Church Confronts Anti-Semitism 1989?1999” zorganizowanej w styczniu bieżącego roku na jezuickim uniwersytecie Loyola Marymount w Los Angeles („Wprost” 14 marca 1999). Co ma piernik do wiatraka, panowie redaktorzy? Ani do PZPR, ani do żadnych pokrewnych organizacji nie należałem, a cały pomysł zorganizowania w Stanach Zjednoczonych konferencji na taki właśnie temat uważam za prowokacyjny i szkodliwy dla polskich interesów w Ameryce. Z prostej przyczyny: sprawy tego rodzaju należy ujmować kompleksowo i jeśli ktoś pyta, co zrobił Kościół rzymskokatolicki w Polsce dla zwalczania antysemityzmu, warto również zapytać o to, w jaki sposób synagogi amerykańskie walczą z antypolonizmem. Najlepszym zaś lekarstwem na kompleks księdza Henryka Jankowskiego jest przypomnienie sobie, co robi i mówi od lat rabin Avi Weiss. Całe szczęście, że dzięki uczestnikom konferencji przybyłym z kraju, polski głos zabrzmiał podobno godnie i przekonująco. Czy po to, aby demonstrować sprawności strażackie, trzeba jednak najpierw podpalać dom?

Jak trafnie spostrzegł ostatnio Czesław Miłosz w związku z sytuacją w Kosowie, istotnym składnikiem nacjonalizmu różnych odmian jest mit niewinności. Z całą pewnością może ów mit stanowić w najbliższych latach jedną z głównych przeszkód na drodze do polsko-żydowskiego pojednania. Ostatnie publikacje Polaków serio traktujących swe żydowskie dziedzictwo (myślę głównie o książce Stanisława Krajewskiego „Żydzi, judaizm, Polska”) zdają się świadczyć, że łatwiej będzie uporać się z tą przeszkodą w kraju niż na emigracji. Polscy wyznawcy judaizmu stają więc przed szansą odegrania ważnej roli katalizatora przemian w stosunkach między obiema diasporami. Czy z niej zechcą skorzystać – to inna sprawa. Krajowym publicystom zalecałbym w każdym razie większą powściągliwość w szafowaniu oskarżeniami pod adresem organizacji polonijnych. Bo nawet jeśli opierają się na opiniach kilku urażonych w swoich ambicjach byłych działaczy KPA, wiedzą w sumie o rzeczywistych problemach emigracji znacznie mniej niż przeciętny Polak w Stanach Zjednoczonych, dla którego godne reprezentowanie polskiej społeczności nie jest wcale pustym frazesem.

_________________________________
Tadeusz Witkowski – ur. 1946, dr slawistyki. Ukończył polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim i slawistykę na Uniwersytecie Ann Arbor, obecnie wykładowca w Saint Mary?s College w Orchard Lake, Michigan, oraz redaktor naczelny pisma „Periphery. Journal of Polish Affairs”. W stanie wojennym internowany, od 1983 r. na emigracji w Stanach Zjednoczonych, działacz polonijny. Mieszka w Ann Arbor.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.