Wiosna 2021, nr 1

Zamów

Nie państwo, lecz społeczeństwo opiekuńcze rozmowa

Inka Słodkowska: W „Tertio Millennio adveniente” Jan Paweł II pisze, że w roku 1999 — trzecim i ostatnim roku przygotowań do Jubileuszu roku 2000 — „jakże nie potwierdzić bardziej zdecydowanie opcji preferencyjnej Kościoła na rzecz ubogich i odepchniętych”, chrześcijanie zaś „powinni stać się rzecznikami wszystkich ubogich”. Jak w świetle tych słów Papieża ocenić należy przygotowania do Jubileuszu, jakie w tym roku mają miejsce w polskim Kościele?

Maciej Zięba OP: Tak naprawdę nikt nie jest w stanie tego ocenić. Widzę, że najwięcej dzieje się w diecezjach i parafiach, na szczeblu lokalnym, i że wynika to z autentycznej miłości i potrzeby dzielenia się, a nie w tak zwanym czynie. Sądzę, że jest wiele działań wobec konkretnych sytuacji biedy, wiele wrażliwości na ludzi zmarginalizowanych — kuchnie dla ubogich, punkty wsparcia itp. To wszystko może bardzo pomóc rzeszom ludzi, którzy są opuszczeni, samotni, biedni, czują się wtrąceni w sytuację, z której nie widzą wyjścia. Z jednej strony, może to ogromnie przeobrazić Kościół w Polsce, ale z drugiej strony na pewno stać nas w tej materii na więcej i powinniśmy zrobić więcej.

— Wydaje mi się jednak, że Papież wzywa nas do czegoś więcej niż taka, głęboko zakorzeniona w Kościele działalność charytatywna. Mówi bowiem, że w ramach „rachunku sumienia przed Jubileuszem 2000 roku” powinniśmy zastanowić się także — „patrząc na ciemne strony współczesności” — nad „współodpowiedzialnością licznych chrześcijan za przejawy głębokiej niesprawiedliwości i nierówności społecznej”. Powinniśmy także zastanowić się nad tym, na ile znamy i konsekwentnie realizujemy wskazania nauki społecznej Kościoła. W tym kontekście nasuwa się pytanie, czy nauka społeczna Kościoła jest do pogodzenia ze współczesnym światem? Czy w ogóle jest dla niej miejsce?

— Ogromne.

— W postaci działań charytatywnych?

— Oczywiście, że nie tylko. Działania charytatywne są tylko jednym z przejawów jej realizacji. Mówimy tu bowiem o dwóch różnych sprawach. Jedna to jest właśnie opcja na rzecz ubogich — konkretnych ludzi wtrąconych w sytuacje niedostatku, ubóstwa, będących w potrzebie. Do nich trzeba dotrzeć i wyzwalać ich z tych sytuacji. I to jest stale stawiane przez Kościół pytanie: gdzie są ci słabsi, ci pozbawieni szans, ci, którym nie jest dane to, co im się należy z racji ich człowieczeństwa, z racji tego, że są dziećmi Bożymi. W tym kontekście patrzymy tak również na problem nienarodzonych. Druga zaś sprawa to czynienie świata i struktur życia społecznego lepszymi i bardziej sprawiedliwymi. Tu nauka Kościoła jest nieocenioną pomocą. Myślę, że — zachowując ciągłość pryncypiów — dokonała ona znaczącej ewolucji w ostatnich wiekach, a zwłaszcza w wieku XX. Zyskała na znaczeniu, chociaż jej głos jest dzisiaj jednym z wielu. Współcześnie pojawiły się bowiem postulaty, które Kościół głosił od dawna. Na przykład, kiedy obecnie podkreśla się — chociażby przy okazji mówienia o Unii Europejskiej — zasadę subsydiarności, jest to nic innego jak zasada pomocniczości, którą od wieków zawiera nauka Kościoła. Szczególnie Jan Paweł II pomógł dostrzec w społecznej nauce Kościoła bardzo nowoczesny, wyprzedzający współczesną świadomość projekt społeczny.

Wyraźnie można to odczytać w encyklice „Centesimus annus”, napisanej w roku 1991 pod wpływem wydarzeń roku 1989 jakby specjalnie dla Polski: o tym, jak budować rzeczywistość społeczną kierując się katolicką nauką społeczną. Papież pokazuje, co w gospodarce kapitalistycznej i wolnorynkowej jest potencjalnie dobrego, co jest zgodne z chrześcijaństwem, a jakie mogą być nadużycia i niesprawiedliwości. Podobnie o demokracji: co w niej dobrego i pozytywnego, a jakie są w niej nieprawidłowości oraz cienie. Papież krytykuje też państwo opiekuńcze, które — jak czasem wciąż chcielibyśmy wierzyć, kierując się naszym sentymentalizmem — rozwiąże wszystkie problemy społeczne. Nie rozwiąże. Natomiast Papież stawia przed nami zadanie trudniejsze, ale bardziej realistyczne: nie państwo, lecz społeczeństwo opiekuńcze. Prymat należy do kultury — dopiero jej pochodnymi są polityka i ekonomia. Należy więc formować człowieka, który będzie żył wartościami ewangelicznymi w świecie gospodarki wolnorynkowej i demokracji. Człowiek taki będzie zarazem wiecznym kontestatorem, gdyż dla niego ani wolny rynek, ani demokracja nie są ostateczną miarą rzeczy. Akceptuje je, lecz ma świadomość, że mogą zostać przez ludzi źle użyte. Taki jest cel papieskich rozważań. Wciąż wierzę, że uda się stworzyć społeczeństwo opiekuńcze, które nie będzie tak ubezwłasnowolnione jak w socjalizmie, ani tak zatomizowane jak w ustroju liberalnym.

— Działalność charytatywna potrafi leczyć przejawy niewydolności struktur społecznych i ekonomicznych, lecz tych struktur nie zmieni. Jest tylko namiastką tego, co Ojciec nazywa społeczeństwem opiekuńczym. Nie likwiduje niesprawiedliwości ani nędzy materialnej i duchowej, z której wynika marginalizacja całych grup społecznych. Wydaje mi się, że czasami w Kościele więcej jest deklaratywnej opcji na rzecz ubogich aniżeli tworzenia wspólnoty. I także w Kościele istnieje zjawisko marginalizacji ubogich i potrzebujących, dotkniętych nieszczęściem. Czy nie zdarza się tak, że człowiek biedny nie jest dostrzegany jako pełnoprawny członek Kościoła? Można mu jakoś pomóc przeżyć, dać pieniądze, ale czy na przykład włącza się go w życie parafii?

— Pani mówi, że we współczesnym świecie istnieją podziały. Ale czy kiedykolwiek ich nie było? Historycznie rzecz biorąc, w przeszłości podział na bogatych i biednych, na posiadaczy wszelkich praw i nadwyżek oraz wyzbytych wszystkiego — rysował się dużo bardziej drastycznie. Świat po grzechu nigdy nie będzie idealny, co nie znaczy, że ludzie — zwłaszcza chrześcijanie — nie mają nie reagować na przejawy zła i niesprawiedliwości.

— Świat demokratyczny był projektem i nadzieją na zniesienie upośledzenia szerokich grup ludzkich. Z drugiej strony był tragiczny eksperyment komunistyczny, także projektujący zniesienie podziałów społecznych. Polska jest dziś w sytuacji, kiedy po wyjściu z komunizmu nie można jednak podjąć projektu „welfare state”, gdyż ten — jak się wydaje — już wyczerpał swe możliwości, i nawet relatywnie wysoki stopień zamożności nie rozwiązuje problemów biedy czy degradacji społecznej. Co by więc Ojciec mógł dla naszego kraju zaproponować w świetle nauki społecznej Kościoła?

— Zamożność społeczna nie wytwarza sama z siebie cnót, natomiast bieda zawsze jest patogenna. Czym innym jest przy tym ubóstwo dobrowolne, a czym innym — nędza, która wspiera ubóstwo duchowe. Św. Augustyn mówił: dajesz chleb głodnemu, ale oby nikt nie łaknął chleba; dajesz szatę nagiemu, lecz oby wszyscy mieli własną szatę i nikt nie potrzebował odzienia. Ani socjalizm, ani liberalizm tego problemu nie są w stanie rozwiązać. Socjalizm głosił, że to nie człowiek jest grzeszny, lecz złe są struktury i ich zmiana pozwoli stworzyć idealne społeczeństwo i państwo. Zgodnie zaś z koncepcją liberalną mówiło się: bądźmy realistami, człowiek jest grzeszny i zło społeczne jest nieuniknione, nierówności także. Lepsi, zdolniejsi, bardziej pracowici zawsze będą mieli lepiej, to samo się reguluje i optymalizuje w przyrodzie. Możliwa jest jednak i trzecia odpowiedź — ta prawdziwa, która mówi, że owszem, jesteśmy grzeszni, zło istnieje, ale w ludziach grzech nie zabił do końca zdolności odczuwania zła, aktywnego nań reagowania, zmieniania struktur. Człowiek jest wolny w sposób twórczy, dynamiczny, i ma serce oraz rozum dane przez Pana Boga, w związku z czym cały czas powinien budować oraz pomnażać dobro wspólne.

— Ale w jaki sposób? Czy wystarczy oddanie części dochodów na cele charytatywne?

— Nie, nie wystarcza, ale to już jest dużo. To przejaw poczucia, że mój pieniądz nie jest moją absolutną własnością, gdyż są siostry i bracia, którzy potrzebują wsparcia, a jako chrześcijanin jestem głęboko zobligowany do podzielenia się z nimi tym, co mam. Chrześcijanin musi mieć świadomość, że w jakiś sposób zawłaszcza dobra, jeśli się nimi nie podzieli. Wciąż za mało w nas takiej moralnej obligacji. A jest to absolutny, elementarny obowiązek chrześcijański, jeśli chcę iść za Chrystusem. Ale to oczywiście jeszcze nie wszystko — trzeba budować sprawiedliwe struktury, to jest jasne. A na różnych poziomach można wiele osiągnąć. Papież chociażby mówi, aby przedsiębiorstwa traktować jako zrzeszenia osób, a nie tylko jako instytucje produkujące zysk: aby były pewną wspólnotą żywych, konkretnych ludzi, także duchową, których łączy wspólny cel.

— Mówiliśmy do tej pory jakby od strony tych, co mają i mogą dać. A jak ma zachować się człowiek, który nie ma, który musi prosić np. o wsparcie, bo sam nie daje rady?

— Trzeba tworzyć miejsca, w których tacy ludzie prosząc nie musieliby pokonywać jakichś strasznych barier. Ponadto należy mu uświadamiać, że zamożność czy ubóstwo to kategorie czasowe, przejściowe i wtórne.

— Kto ma to robić? Duszpasterze?

— Duszpasterze, wspólnota wierzących — wszyscy, którzy są wrażliwego serca i czytają Ewangelię, bo ci ludzie muszą wiedzieć, że godność ludzka jest znacznie większa i głębiej osadzona aniżeli na poziomie ludzkiej zamożności. Każdy, kto jest w potrzebie, powinien spotykać się z miłością, ciepłem i szacunkiem. Również, a może przede wszystkim ci, którzy ze słabości czy też wskutek trwania w grzechu sami się degradują. Pamiętajmy bowiem, że nie można całej winy zrzucać na złe struktury, choć trzeba widzieć leżącą w nich odpowiedzialność. Ludzie nieraz sami się zupełnie świadomie marginalizują. Ale i do nich trzeba dotrzeć.

— Wielokrotnie jednak przyczyna ubóstwa leży w złych strukturach. Współcześnie na przykład ludzie opłacani za swoją pracę z funduszy publicznych są wynagradzani w sposób niedostateczny i czasem zupełnie niezasłużenie popadają w niedostatek.

— To realny problem. Ale zarazem pracownicy sfery publicznej mają częstokroć liczne przywileje, mniej się od nich egzekwuje, mają więcej wolnego czasu, mają poczucie stabilności. A chęci takich samych zarobków jak w firmach prywatnych towarzyszy chęć utrzymania wszystkich przywilejów.

— Ten argument stale pojawia się w takich dyskusjach. Trudno mi się z nim zgodzić, nieraz bowiem pracodawcy, którzy doskonale płacą, odzierają zarazem pracowników z prawa do czasu dla bliskich, a czy nie także z przestrzeni wiary? Jeśli dla zarobków trzeba poświęcić czas dla rodziny, to czy pozostaje jeszcze czas na modlitwę czy posługę bliźnim? Co ma więc robić chrześcijanin, który — pod groźbą niedostatku — jest np. zmuszany do pracy w niedzielę albo do opuszczenia rodziny?

— W jakiejś mierze w tak charakterystycznej sytuacji temu człowiekowi inni mogą służyć swą modlitwą. Są jednak sytuacje, kiedy chrześcijanin musi powiedzieć: nie, aby nie uczestniczyć w złu. Lecz jeżeli np. praca w niedziele jest dla niego absolutnie przymusowa, bo jest to jedyne dostępne mu miejsce pracy, to z jego strony nie ma winy. Wina leży po stronie tych, którzy go do tego zmuszają. Jeśli jednak istnieje możliwość wyboru, to chrześcijanin nie powinien wybierać miejsc, w których byłby wpychany w sytuację, w której praca staje się bożkiem, wokół którego kręci się życie moje, mojej rodziny i wszystko inne. I tak musimy to ustawiać: wpierw Pan Bóg, potem rodzina itd. Nie wierzę, kiedy słyszę: „tak się nie da”, gdyż widzę bardzo wielu ludzi, którzy w taki właśnie sposób żyją. To ich często kosztuje, ale nikt nie powiedział, że chrześcijaństwo to owczy pęd za zarobkami i przyjemnościami. Właśnie to mówi do uczniów Chrystus: „wybranie Mnie kosztuje”. I musimy mieć tego świadomość.

— Słuchając takich słów, wiele osób powiedziałoby: mnie tam nie starcza prawie na nic, a tu ksiądz mi mówi, żebym się nie dał omamić mamonie…

— Trzeba rozważyć, co w każdym wypadku oznacza owo „nie starcza”. Są ludzie, którzy rzeczywiście walczą o przetrwanie, i oni nie mogą być pozostawieni sami sobie. Ale ja mówię o tych, którzy na przykład prowadzą przedsiębiorstwo i łapówki czy oszustwa podatkowe traktują jako zjawiska nieuchronne, bo — jak mówią — „inaczej się nie przeżyje”. To po prostu nieprawda. Jeśli nawet przedsiębiorstwo będzie się rozwijało wolniej, to będzie miało bardziej moralnego właściciela, który będzie bardziej szanował pracowników, a jego dzieci będą miały uczciwego ojca. Jestem przekonany, że na dłuższą metę niemoralne zachowania, jak wyzysk pracowników, łapówkarstwo czy oszustwa podatkowe, wcale nie są zyskowne, a bardzo często wręcz przynoszą straty. Ale też chrześcijańska postawa nie może być oceniana w kategoriach zysku i strat, porażki i sukcesu. Czerpanie zysków z niemoralnych działań przypisywane jest zwykle kapitalizmowi, lecz uważam, że w socjalizmie było jeszcze gorzej, tylko że wtedy rozgrzeszaliśmy się bezrefleksyjnie zniewoleniem przez ustrój totalitarny. To przecież wówczas powstało całe słownictwo na określenie zabierania sobie tego, co do mnie nie należało: „wynoszenie”, „organizowanie”, „kombinowanie”, fuchy, chałtury, czy powiedzenia takie, jak to, które dobrze pamiętam: „Z państwowego nie wziąć to jak ze swego dołożyć”. Łapówki, kanty, bumelanctwo były na porządku dziennym. Kolejki też nie były wzorem ludzkiej solidarności, a raczej obrazem wilczych obyczajów. Może tylko wtedy w totalitaryzmie było trudniej takie sytuacje chrystianizować. Dzisiaj też za chrześcijańską postawę musimy niekiedy zapłacić jakąś cenę. To właśnie nazywa się Krzyżem, jeśli pragniemy chrześcijaństwa bez Krzyża, to fałszujemy Ewangelię. Wolny rynek jest ludzką instytucją, którą chrześcijanin musi budować w przestrzeni etyki i wiary. Czasami musi za to płacić. Jeśli Bóg dał nam takie czasy, że nie musimy płacić swoim życiem, to może musimy płacić codziennością, np. poziomem życia. Ale za to otrzymuję radość bycia blisko Jezusa Chrystusa, za to otrzymujemy wspólnotę w miłości w naszych rodzinach, w Kościele. Można zbudować bogaty dom albo kościół, a mieć tylko mury, nie zaś rodzinną wspólnotę.

— Obawiam się, że znów mówimy tylko o tych, co mają. Wielu jednak jest takich, którzy np. nie mają domu i nigdy go mieć nie będą. Czy to nie jest degradacja chrześcijaństwa, gdy na ich oczach stawiany jest kościół, a nie mieszkanie dla nich? Oni do tego kościoła z tego powodu mogą nigdy nie przyjść.

— Nie wierzę w to. Nasi bracia i siostry w wierze przez wieki żyli w znacznie cięższych warunkach i w Pana Boga wierzyli, do kościoła chodzili i budowali przepiękne kościoły. Oczywiście, trzeba się starać o taki świat, w którym mieszkania będą dla ludzi dostępne, bo godne mieszkanie jest czymś godziwym i ważnym dla więzi międzyludzkich. Lecz czy w biednym kraju należy głosić populistyczne hasło, że każdemu zawsze się należy mieszkanie? Istnieje etyka dystrybucji — jak dzielić sprawiedliwie. Ale jest również etyka wzrostu — jak zapewnić rozwój. Obie pozostają ze sobą w pewnym napięciu. Im więcej podzielimy, tym mniej rozwiniemy. Im więcej rozwiniemy, tym mniej podzielimy. Tu jest miejsce na dyskusję społeczną: jakie obrać priorytety?

— Myślę, że w Ewangelii jako priorytet została postawiona pomoc dla „wdów i sierot”, symbolizujących tych, co nie mają i nie są w stanie pomóc sobie o własnych siłach.

— Ależ oczywiście, z tym że pamiętajmy — każdy chrześcijanin, jeśli znajdzie się w sytuacji „wdowy i sieroty”, boleśnie doświadczony przez życie, przede wszystkim ze swoim cierpieniem powinien pobiec do Chrystusa. I musi mieć poczucie, że nawet w takiej sytuacji ma jeszcze sporo do zrobienia w życiu, przede wszystkim w przestrzeni modlitwy, ale i w osobistym działaniu. To jest prawdziwie chrześcijańska postawa — nie postawa cierpiętnicza, zwalniająca z jakichkolwiek obowiązków wobec siebie i bliźnich. Całkowicie niechrześcijańska jest natomiast jakakolwiek pogarda wobec tych, co mają mniej albo nic nie mają. Jest ona świadectwem duchowej nędzy i całkowicie antyewangeliczna. Chrystus przychodził bowiem do wszystkich, którzy byli na marginesie życia społecznego, spotykał się z kobietami, nakazywał: „pozwólcie dzieciom przyjść do mnie”, rozmawiał z grzesznikami, Samarytanami, trędowatymi.

— Współcześnie bardzo dotkliwa jest „feminizacja biedy”. Dochody kobiet niezależnie od wykształcenia są dużo niższe od mężczyzn, sfeminizowane zawody należą do najniżej opłacanych wszędzie na świecie, a poziom życia samotnych matek czy samotnych starych kobiet często jest dramatyczny. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest zapewne i to, że struktury pracy są ułożone pod kątem pracowników-mężczyzn, ich rytmu życia, i raczej nic się nie robi, by to zmienić. Czy Kościół potrafi na ten problem odpowiedzieć?

— Przede wszystkim przypomnę, że to właśnie chrześcijaństwo rozpoczęło proces przesuwania się kobiet z pozycji bardzo zdegradowanej do góry. Dziś potrzebne jest zarówno zrównanie zarobków, jak i przemiana struktur społecznych. Myślę, że w kwestii struktur pracy wciąż działa pewna inercja: zawsze tak było, nie dostosowuje się ich wystarczająco szybko do nowych potrzeb. Trzeba widzieć te nieprawidłowości i kolejno, konsekwentnie je zmieniać. Nie wierzę jednak w żadne radykalne teorie, mające receptę na zbawienie świata. Trzeba widzieć problemy w sposób wrażliwy moralnie i z intelektualną otwartością szukać jak najlepszych rozwiązań. Nie rozwiążemy od ręki ani wszystkich problemów kobiet, ani kwestii mieszkań. Natomiast musimy pamiętać, że są to ważne sprawy, przez które cierpią żywi ludzie. Musimy o nich mówić, tak zmieniać nasze życie, aby pomniejszać cierpienia. Każdy racjonalny argument na rzecz zmiany należy uszanować w społeczeństwie wrażliwym i otwartym. W społeczności chrześcijańskiej zawsze trzeba mieć na uwadze słabszych i wspierać potrzebujących. Trzeba jednak dążyć do tego cierpliwie. Być może dopiero Pani córka będzie żyła w innym, sprawiedliwszym dla kobiet świecie. Ale i ona będzie musiała stanąć wobec nowych wyzwań, aby zmniejszać obszary ludzkiej krzywdy i biedy.

— Świat społeczny jawi się jednak jako obszar wielkiego bólu. W zetknięciu z nim odpowiedź Kościoła: módlcie się, rozszerzajcie przestrzeń modlitwy, oddawajcie się Panu Bogu — budzi nieraz sprzeciw. Co można zrobić, aby uczynić lepiej słyszalnym głos tych wszystkich odepchniętych, biednych, na marginesie?

— Wezwanie do modlitwy zawsze musi być uzupełnione aktywną pomocą: na przykład bogatsi mogą podzielić się pieniędzmi, młodzi — swym wolnym czasem. To zawsze jest ogromny dar. Trzeba zawsze pytać, gdzie są ci słabsi, ci, którzy nie mają głosu, ci, którym trzeba pomóc. To nieskończona praca czynienia świata bardziej ludzkim, a więc bardziej chrześcijańskim. Nie zgadzając się na zastaną rzeczywistość, staramy się zmieniać jej struktury, lecz ze świadomością, że jej nie zmienimy na idealną. Każda utopia przyniesie kolejne marginalizacje. Można jedynie próbować w danym momencie maksymalnie ulżyć cierpieniom i reformować na tyle struktury, na ile możemy, aby tego cierpienia było mniej w przyszłości.

— Taka właśnie rola — inicjatora i realizatora akcji charytatywnych — jest dzisiaj często przypisywana Kościołowi we współczesnym, zsekularyzowanym świecie. Czy taka jest rzeczywiście przyszłość Kościoła w nadchodzącym tysiącleciu?

— Dla pracy charytatywnej zawsze jest w Kościele wiele miejsca. Ale przecież jest to zadanie każdego, kto nie ma niewrażliwego serca. Każdy powinien podzielić się z biedniejszym, wesprzeć „wdowy i sieroty”. Taka jest norma przyzwoitości ludzkiej, w związku z czym zadania charytatywne mogą równie dobrze pełnić organizacje świeckie, także nie odwołujące się do chrześcijaństwa. Oczywiście, nie zwalnia nas to od pomocy bliźnim. Zasadniczym celem Kościoła jest jednak głoszenie wszystkim Dobrej Nowiny o Jezusie Chrystusie, Zbawicielu świata. I to jest siła, dzięki której Kościół buduje w społecznościach ludzkich więzi miłości — od poziomu jednostek i rodziny po państwowe i międzynarodowe. Kościół ma za zadanie pomagać ludziom dźwigać się ze słabości i jednać ich z Panem Bogiem. Dzięki prawdzie Ewangelii wyzwalany jest jednak również potencjał etyczny, niezbędny dla życia społecznego. Jeśli dzisiaj wyraźnie widać erozję wartości, to z tego względu, że społeczeństwa bardziej „konsumują” wartości chrześcijańskie, aniżeli je odtwarzają. Takie społeczeństwa, w których brak żywego chrześcijańskiego ducha, atomizują się, zwiększają się w nich przepaści społeczne. Także demokracja staje się labilną i niebezpieczną grą, staje się miejscem walki wszystkich ze wszystkimi, np. między lokalnymi lobbies, które szybko zrzeszają się, by zrobić skok na kasę i zaraz potem się rozwiązać. W podobną stronę przesuwa się rynek i nagle okazuje się, że wolny rynek nie jest producentem wartości, lecz także ich konsumentem. Zarówno bowiem wolnorynkowa ekonomia, jak i demokratyczny system polityczny potrzebują żywej etyki chrześcijańskiej, ażeby być dobre i wartościowe. Widać tu, jak Kościół jest potrzebny, z tym, że Kościół musi tę trudną drogę pójścia za Chrystusem okazywać w optyce miłości, ukazywać jej piękno. I świadczyć życiem swych członków o orędziu miłości.

— Papież w „Tertio Millennio adveniente”, stawiając nam za wzór męczenników, wzywa do bycia świadkiem „wielkiej sprawy Bożej”. Podobny przekaz kryje się, jak sądzę, w kanonizacjach i beatyfikacjach dokonywanych przez Jana Pawła II, także w polskim Kościele.

— I dzisiaj takich ludzi jest bardzo dużo, tylko że często są oni ukryci. I może dobrze, że tak jest, gdyż nie stają się niewolnikami reflektorów i mediów, gdzie szybko może się skończyć ich świadectwo. A tylko wiarygodne świadectwo takiej postawy może uczyć innych ludzi żyjących w świecie, gdzie swoistą religią stał się sukces, że ani sukces, ani porażka nie są kategoriami chrześcijańskimi.

— Niektórzy zarzucają ludziom Kościoła, zwłaszcza księżom, że nawołując wiernych, aby nie oddawali się pogoni za pieniądzem kosztem duchowego rozwoju, sami potrafią zadbać o swoje interesy materialne.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

— Wielu z księży, których znam (sam się do nich zaliczam), pracuje około 18 godzin na dobę. Dopiero teraz, jako prowincjał, mam dobry samochód po swym poprzedniku. Przestanę być prowincjałem, to nie będę miał. Zamożność księży — jako grupy — to pewna legenda. Dzisiaj widzę też sporo biedy w Kościele, ale to dobrze — my musimy być znakiem. Być księdzem to bardzo ciężka i bardzo piękna praca. Jesteśmy pod mocnym ostrzałem krytyki, często niezbyt sprawiedliwej. Nieliczni żyją bez żadnych trosk finansowych. Sam zresztą nigdy nie mówię ludziom: nie bogaćcie się. Przeciwnie, mówię: bogaćcie się, jak możecie, ale po pierwsze — w sposób etyczny, bo nie wolno niemoralnie się bogacić. Po drugie, jak się wzbogacicie, to pamiętajcie zawsze, że są inni słabsi, więc waszym obowiązkiem jest się dzielić. I po trzecie — jak się wzbogacicie, to nie wolno wam serca od tego uzależnić. Bo naganne jest nawet moralnie zdobyte bogactwo, jeśli się od niego uzależniłem i stało się głównym celem mojego życia. Ale jeśli chrześcijanin umie spełnić te trzy warunki, to niech jego bogactwo służy spełnianiu dobrych dzieł tak samo dla niego i jego rodziny, jak i innych ludzi.

— W „Tertio Millennio adveniente” Papież przywołuje tradycję biblijną roku jubileuszowego jako „roku łaski od Pana”, kiedy przywracana była „równość między wszystkimi synami Izraela”. Pisze też Papież: „Wolą Bożą jest, ażeby dobra stworzone służyły wszystkim w sposób sprawiedliwy. Rok jubileuszowy miał służyć odnowie tej właśnie sprawiedliwości społecznej. W tradycji roku jubileuszowego jest zakorzeniona w jakiś sposób doktryna społeczna Kościoła, która zawsze stanowiła część nauczania kościelnego i rozwinęła się szczególnie w ostatnim stuleciu, poczynając od encykliki «Rerum novarum»”. Wrócę więc do pytania z początku: czy nie zbyt mało o tych sprawach mówimy przed wielkim Jubileuszem?

— Zapewne nasza troska o to jest niewystarczająca, może to codzienność przysłania nam tę perspektywę. Rok Jubileuszowy jest właśnie po to, aby wymknąć się codzienności, nie dać się zamknąć w doraźności, nie dać się jej pochłonąć. Zmusza, by zastanowić się, co mogę zmienić w swoim życiu, wokół siebie. To jest nasze eschatologiczne trzeźwienie. Co lepiej, więcej mogę zrobić w Kościele, w parafii, w domu, żeby konkretnym ludziom nieść pomoc, żeby w innych uruchamiać dobrą energię społeczną? Jak Słowo Boże lepiej wcielać w życie — to jest nasz podstawowy kierunek, i po to jest ten Jubileusz.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.