Zima 2020, nr 4

Zamów

Papieskie korepetycje 1979-1999

Kiedy wybrano go na Papieża, miał 58 lat. Był wtedy mężczyzną w sile wieku, wysportowanym i przyzwyczajonym do ciężkiego wysiłku — fizycznego i umysłowego. Był wszechstronnie wykształcony filozoficznie i teologicznie, znał wiele języków, utrzymywał od dawna przyjazne stosunki z wieloma ludzi nauki i kultury, zawsze wzbogacające jego wiedzę wiadomościami z wielu dziedzin. Poprzez turystykę i sieć przyjaźni zachowywał stale łączność z młodym pokoleniem, mówił do młodych językiem młodych. Zamiłowanie do poezji i zdolności literackie łączył z talentem aktorskim i wyczuciem spraw sceny. Jako kardynał i arcybiskup, jako uczestnik ostatniego Soboru miał w sobie głębokie doświadczenie Kościoła. To doświadczenie było jednak zaszczepione na innym — Karol Wojtyła miał w sobie Polskę, miał w sobie aż trzy Polski.

Ta czwarta Polska

Zdążył dorosnąć w II Rzeczypospolitej, a jako syn oficera zdążył też wchłonąć w siebie legendę zbrojnego i duchowego czynu niepodległościowego, legendę powstań, zsyłek, ofiary. Znał galicyjską prowincję, znał Kraków ułańskich parad i robotniczych buntów, Kraków muzeów, teatrów, Uniwersytetu, kościołów, uroczystych procesji.

Po wrześniu 1939 roku poznał tę drugą Polskę — niemieckich porządków i niemieckich zbrodni, polskiej konspiracji, polskiego cierpienia i tułactwa, czarnego rynku, kombinatorstwa i podziemnej kultury, podziemnych studiów. Był blisko Żydów zamykanych w krakowskim getcie, był blisko, gdy to getto likwidowano. Poznał okupacyjną Polskę od dołu, od strony robotników, z którymi pracował w kamieniołomach — i od góry, od bywających u księcia kardynała Sapiehy arystokratów.

Był świadkiem przyjścia Rosjan i budowania kolejnej, trzeciej Polski, którą nazwano Ludową, bo wszystko w niej ponazywano tak, aby oddzielić ludzi od siebie parawanami kłamstwa. Poznał — jako młody ksiądz — zastraszonych, ulegających ateistycznej władzy księży, których nazwano patriotami, poznał rady, które były niby narodowe, milicję, która była niby obywatelska, amnestie, które były łapankami. Żył w kraju, w którym złodziejski chaos nazywano gospodarką planową, a dyktat Kremla przyjaźnią polsko-radziecką. Mógł jednocześnie poznać ludzi, którzy byli przeciw kłamstwu, którzy mieli nadzieję. Z pewnością spotkał ich wśród księży, w środowisku „Tygodnika Powszechnego”, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Doświadczenie Kościoła zostało w nim zaszczepione na trojakim doświadczeniu Polski. Czy można sobie wyobrazić, że nie nosił w sobie czwartej Polski? Tej, o której myślał czytując i deklamując Mickiewicza, Słowackiego i Norwida, tej, którą widział nad głowami tłumu w kościele, gdy śpiewano „Ojczyznę wolną, racz nam wrócić, Panie”? O tej przecież napisał poemat „Myśląc Ojczyzna”, wiele lat wcześniej nim jako Papież stanął w Warszawie wołając o to, aby Duch Święty odmienił oblicze „tej Ziemi”. Wtedy zaczęła się trwająca dwadzieścia lat katecheza, w której Papież przedstawia Polakom, jakiej chce dla nich Polski.

Mówi do nas jak do jednej, kochanej osoby

Gdy wybrano go na Papieża, jego rówieśnikom rodziły się już wnuki. Dzisiaj te wnuki i wnuczki dorosły, a Polak, który jest Papieżem, jest cząstką ich świata „od zawsze”.

Dwadzieścia lat — to nawet dla czterdziestolatka prawie całe życie. Nawet dla rówieśników Papieża — cała epoka. Przez ten cały czas Papież pozostał sobą, był nadal Lolkiem z Wadowic, wikarym z Niegowici, „wujkiem” z beskidzkich włóczęg i kajakowych spływów, poetą Andrzejem Jawieniem, biskupem krakowskim. Niczemu nie musiał zaprzeczyć, ale gdy oparł swoje lekko przygarbione plecy o tron Piotrowy, przemówił do nas z wysoka. Nasze polskie symboliczne i emocjonalne myślenie zrobiło z niego Króla Ducha, „słowiańskiego brata” wypełniającego romantyczne proroctwa.

Sługa sług Bożych stał się od razu dla Polaków „naszym Papieżem”, argumentem, sztandarem, monarchą. Te dwadzieścia lat, jakie dzielą pierwszą polską pielgrzymkę Jana Pawła II od tegorocznej, to dwadzieścia lat korepetycji z miłości do Ojczyzny. A raczej do Chrystusa i Ojczyzny. W jego nauczaniu była to jednak jedna miłość, nie dwie. Antropologiczna zasada duszpasterstwa papieskiego rozpoznawała człowieka jako byt kochany przez Boga, akceptowany w całym jego uwikłaniu w płciowość, kontekst kulturowy i ekonomiczny, w politykę i historię. Barka Papieża zarzucała sieci słów nie po to, aby łowić jakieś abstrakcyjne duszyczki; on sięgał po całych, konkretnych ludzi. Ci ludzie potrzebują wiedzieć, że są kochani przez Boga, ale potrzebują chleba i dachu nad głową, pracy i godności, tożsamości, zakorzenienia w dziejach. Potrzebują Ojczyzny, bo w tym właśnie kraju mają się razem zbawiać. Ojczyzna jest nie tylko konkretem umiłowanych krajobrazów, nie tylko ziemią zadaną człowiekowi, aby przez pracę czynił ją sobie poddaną. Jest „duchowym dziedzictwem”.

Tak się z Polakami żegnał po pierwszej pielgrzymce na Błoniach Krakowskich (10 czerwca 1979): Zanim stąd odejdę, proszę was, abyście to dziedzictwo duchowe, któremu na imię „Polska”, raz jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością — taką, jaką zaszczepia w nas Chrystus na chrzcie świętym. Abyście nie zwątpili i nie znużyli się i nie zniechęcili; abyście nie podcinali sami tych korzeni, z których wyrastamy. Proszę Was, abyście mieli ufność nawet wbrew każdej swej słabości.

Papież nie mówił Polakom niczego, co byłoby tylko jego własne. Przekazywał orędzie Chrystusa, przekazywał ducha Drugiego Soboru Watykańskiego, tradycję swoich poprzedników na Watykanie. Jednocześnie jednak jego słowa były plonem wielkiej, jego własnej, intelektualnej pracy, były wyzwaniem nie tylko dla sumień, lecz również dla umysłów. Gdy było trzeba, mówił nie tylko do nas, lecz również za nas. Kluczem „znaków czasu” otwierał nie tylko Ewangelię, lecz również polskie dzieje, sens współczesności. Święci i błogosławieni, których nam ukazywał, mieli być „znakami czasów” starszych i nowszych, ale opisanymi przez te same antropologiczne uwarunkowania, co każdy z nas, każdy w tłumach słuchaczy. Czy mówił o królowej Jadwidze, czy o bracie Albercie, czy o Anieli Salawie, nigdy nie mówił o niematerialnych aniołach. Mówił o ludziach, którzy dorośli do świętości i o tym, jak my mamy do niej dorastać. „Solidarność”, „prawe sumienia”, „geografia głodu” — to zaledwie parę z wielu zwornikowych pojęć tego myślenia. Jan Paweł II nigdy nie chciał dać gotowego „pakietu pouczeń”, zawsze zależało mu raczej na inicjowaniu wspólnego myślenia Papieża i Polaków, wszystkich Polaków — nie tylko polskich katolików. Wyraźnie to podkreślał, kiedy mówił do naukowców, artystów, studentów.

…Niewiele jest rzeczy równie ważnych w życiu człowieka i społeczeństwa, jak posługa myślenia. „Posługa myślenia”, o której mówię, to w swej istocie nic innego jak służba prawdzie w wymiarze społecznym. Każdy intelektualista bez względu na przekonania, jest powołany do tego, by kierując się tym wzniosłym trudnym ideałem, spełniał funkcje sumienia krytycznego wobec tego wszystkiego, co człowieczeństwu zagraża lub je pomniejsza… (Kraków, przemówienie na spotkaniu z okazji 600-lecia Wydziału Teologicznego UJ).

Dwadzieścia lat tej posługi słowa to nie tylko teksty papieskich katechez pielgrzymkowych. To także encykliki, adhortacje, słowa na dzień pokoju, wspólne modlitwy i nauczania podczas audiencji, wywiad, książka, cała uparta ofensywa tego, co ma być ku zbudowaniu, ku oświeceniu, ku nawróceniu. Przez wszystkie przygody tamtego czasu prowadziły nas jego słowa — od miodowych miesięcy „Solidarności”, przez stan wojenny i stan wynurzania się nowej Polski z konspiracji, emigracji, drugiego obiegu, przez przewrót Okrągłego Stołu i prawie wolnych wyborów 1989 roku, aż po wszystkie ekonomiczne i polityczne perturbacje III Rzeczypospolitej.

Dopiero od tysiąca lat jesteśmy ochrzczeni

I nie ma jednej myśli w papieskim nauczaniu, której by Polacy nie zaprzeczyli, jednego słowa, którego by nie zmarnowali, jednej przestrogi, której by nie zlekceważyli ze szkodą dla siebie i dla kraju. A jednak z Papieżem i w wielkiej mierze dzięki niemu wybili się Polacy na niepodległość, powrócili do demokracji dawno nie widzianej, mają wolny rynek, NATO, perspektywę głębszych jeszcze z Europą powiązań. Wszystko to robione było trochę po Bożemu, trochę po swojemu, często bez sensu albo z oszukiwaniem sumień.

Nie odrzucili przecież Rodacy swojego Papieża, nie chcieli go zasmucić. Dużo było płytkiego entuzjazmu, słomianego ognia, malowanego odpustu, ale też wiele wysiłków, pracy myśli i ducha, ofiary. Wiele, ale za mało. Cóż, dopiero od tysiąca lat jesteśmy ochrzczeni, wzrastamy powoli, a ostatnio trudno z tym rośnięciem, bo obydwa nihilizmy, wschodni i zachodni siadły nam na piersiach jak dwa leśmianowskie Dusiołki. Wschodni, który jest cynizmem oszukanych rabów i ich poganiaczy. Zachodni, który jest płycizną kołowrotu zarabiania, wydawania, karier, rozrywki, przyjemności.

Bystro zauważył kiedyś krytyk filmowy Tadeusz Sobolewski, że Papież tak rozmawia z narodem, jak rozmawiali romantyczni poeci — widzi w nim osobę, którą kocha. Tak to jest, nawet jak ostro nas strofuje, przestrzega, to potem za to przeprasza. Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości. Wierzcie, że nie było mi to łatwo powiedzieć. Nie było mi łatwo powiedzieć to z myślą o moim narodzie, bo ja pragnę dla niego przyszłości, wspaniałej przyszłości!

Cóż, wielu Polaków już nie chce myśleć za dużo o wspaniałej przyszłości całego narodu, zabiega o trochę lepszą teraźniejszość w prywatnym, ciasnym wymiarze. Słowa papieskie lecą im nad głową, jak ładna, różowa chmurka. Czy przelecą bez śladu, bez plonu?

Misterium ciała

A cóż my możemy wiedzieć o plonach tych lat, co nadejdą? Słowa papieskie to ziarna kiełkujące powoli. Każdy przyjmuje je inaczej. Może nawet ci, co je programowo odrzucają lub ignorują, są tymi słowami naznaczeni. Nawet do nich coś dotarło — rzeczy najbardziej zewnętrzne. Nawet oni widzieli dwadzieścia lat spektaklu tych pielgrzymek, pojawiającego się nagle quasi-monarszego dworu, ceremonii, tłumów pielgrzymujących za Papieżem. Dotarły do nich gesty całowania ziemi, wyciągniętych rąk, wymowniejsze czasem od intelektualnego wyzwania. A ostatnio coraz wyraźniej daje się odczuć to, co Papież mówi poprzez swoje ciało. On się zestarzał w pracy, po nim znać, że się nie oszczędzał. Świat wie, że on cierpi, a Polacy czują to może mocniej niż inni, bo po swojemu kochają. To że zamach na Papieża w maju 1981 roku dla wielu połączył się z zamachem na „Solidarność” w grudniu tegoż roku w jedną martyrologiczną zbitkę emocji, dodatkowo charakteryzującą tę pochyloną sylwetkę aktora w papieskim „dramacie ciała”.

Myślę, że dla polskiej klasy politycznej ten argument osoby silniejszy będzie niż wypowiedziane — uprzejme z pewnością i głębokie — słowa. Będzie silniejszy jako wyzwanie i wyrzut sumienia.

Wyprowadza nas z zaścianka w świat

Kościół Powszechny przeżył przygodę z Papieżem, który zaznaczył się w Watykanie i w świecie jako duszpasterz i teolog, poeta i aktor, Polak i Europejczyk, człowiek mediów i człowiek mistycznej modlitwy. Polacy przeżyli przygodę — bo czwarty Papież II Soboru Watykańskiego został powołany z polskiej ziemi.

Czas jego posługi był czasem wielkich przemian świata. Upadł komunizm, rozwój telekomunikacji i bankowości przyczynił się do tego, że jedyne mocarstwo, jakie pozostało po upadku Sowietów, ma nadmiar wpływów — kulturowych, cywilizacyjnych, gospodarczych, finansowych, militarnych. Papież jest odbierany nie tylko jako przywódca katolicyzmu, ale również światowy autorytet niezależny do amerykańskich wpływów, od amerykańskich pieniędzy, od powstających w Ameryce wynalazków i kulturowych trendów. Polacy chcieliby być zakochani w Papieżu, ale jednocześnie są uwiedzeni przez Amerykę, marzą o tym, aby być jej najwierniejszym sojusznikiem, partnerem inwestycyjnym, przyjmują powszechnie amerykańskie propozycje cywilizacyjne i kulturowe, noszą dżinsy, jedzą w McDonald’sach, oglądają filmy o Rambo, patrzą na wideoklipy MTV. Nasza integracja z Europą odbywa się bardziej w imię amerykańskiego pragmatyzmu i amerykańskiej wizji polityki niż wedle europejskiej myśli Papieża o „duchowej jedności kontynentu”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Czas posługi Jana Pawła II to dla nas próba wychodzenia z peryferyjności, z sytuacji wasalnej, skażona naszą własną małością, partykularyzmem zaścianka, kłótniami poniżej sztubackiego poziomu. Temu żałosnemu piekiełku towarzyszy obecność męża stanu, mówcy, proroka, patrioty w białej sutannie. On nie przyjmuje do wiadomości naszych braków i zablokowań. On uparcie podnosi nas do swojego poziomu, potrzebuje nas jako partnerów do ewangelicznej przemiany Europy i świata. Mówi nam to, wzywa do współpracy.

Nie nadążamy za jego wezwaniami, ale tak bardzo ich potrzebujemy. Już nikt nie potrafi sobie wyobrazić, kim bylibyśmy bez tego starego pasterza, cierpliwego gazdy w owczarni Pana Czasów.

____________________
Piotr Wojciechowski — ur. 1938. Pisarz i publicysta. Absolwent geologii Uniwersytetu Wrocławskiego, Studium Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego i Wydziału Reżyserii Filmowej PWSTiF w Łodzi. Autor powieści dla dorosłych i książek dla dzieci. Wykładowca w Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi. Członek Rady Etyki Mediów. Członek Rady ds. Apostolstwa Świeckich przy Konferencji Episkopatu Polski i Krajowej Rady Katolików Świeckich. Współpracownik tygodnika „Film”. Działacz Przymierza Rodzin. Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.