Jesień 2020, nr 3

Zamów

Dwie zmory na literę „i”

Księże Arcybiskupie,

rzadko zdarza mi się, podczas lektury tekstu, tak bezustannie przytakiwać, jak to było podczas lektury „Humanizmu po totalitaryzmach” Księdza Arcybiskupa. Jest to zapewne dowód, że po trzech dwugłosach nasze rozważania i refleksje coraz bardziej zbliżają się do siebie. Ale jest to także — a może przede wszystkim — dowód, że w czwartym dwugłosie udało się Księdzu Arcybiskupowi trafić w sposób wyjątkowo celny w tarczę naszej współczesnej problematyki. Ba, kto wie, czy nie w jej centrum (przepraszam za ten „strzelniczy” język). Humanizm po totalitaryzmach, to jest problem numer jeden. Dane nam będzie przestąpić próg nadziei, za którym uwierzymy, że jest jeszcze możliwy? Czy też nasza współczesność podda się „dyskretnemu urokowi nihilizmu” (zazdroszczę Księdzu Arcybiskupowi tego określenia). Oczywiście Ksiądz Arcybiskup, powołując się na umiarkowany optymizm „Sollicitudo rei socialis”, staje na gruncie nadziei. Chciałbym bardzo postąpić tak samo. Ale nie ukrywam, że często ogarnia mnie pesymizm. Nie tak czarny, zbyt już zatrącający o manierę, jak w wypadku eseisty rumuńsko-francuskiego Emila Ciorana. Pomyślmy jednak. Słowo „otwarty” podbiło naszą powojenną epokę. Społeczeństwo otwarte Karla Poppera zdawało się rozsiadać na gruzach marksizmu. Również Ksiądz Arcybiskup pisze w swym tekście o „otwartej historii”. I oto Popper, w przededniu swej śmierci, pisze ostatni esej (dla włoskiego czasopisma „Reset”), w którym uderza w wielki dzwon na alarm w obliczu zagrożenia „społeczeństwa otwartego” niebezpieczeństwem rozpasanej (pod każdym względem) telewizji; w sumie niewiele mającej wspólnego z humanizmem. Jest bardzo trudno otoczyć się szańcem skromnej choćby nadziei przeciw nacierającym czarnym siłom rozpaczy. Czy nawet Jan Paweł II nie wspomina z bólem o współczesnych zagrożeniach godności osoby ludzkiej?

Obecny papież rozpoczął swój pontyfikat od okrzyku Non abbiate paura! Potraktowano to na ogół jak okolicznościowe hasło, piękne, lecz bez większego znaczenia. Ja uważam ten okrzyk za kamień węgielny obecnego pontyfikatu. Gdyż wynurzyliśmy się z wieku totalitaryzmów przepełnieni grozą i strachem. I jest ogromną zasługą Jana Pawła II, zasługą, na której od pierwszej chwili zaczął budować swoje duchowe władanie nad światem chrześcijańskim, że krzyknął: Nie lękajcie się! Jeśli potrafimy opanować niepokonany wciąż jeszcze strach posttotalitarny, wolno nam będzie myśleć o powrocie do autentycznego humanizmu.

To co powiem dalej o dwóch zdychających z trudem zmorach nie należy, rzecz jasna, do zagadnień pierwszorzędnej wagi. Niekiedy jednak ważne jest także dokładne uprzątnięcie placu budowy przed przystąpieniem do pracy nad fundamentami nowego gmachu.

Intelektualiści

Przeciętny czytelnik angielski, który kupił w księgarni tom Paula Johnsona „The Intellectuals” i chce się dowiedzieć z „Encyclopaedia Britannica” co to za zwierzę, będzie rozczarowany: nie ma w niej w ogóle takiego hasła. W niewiele lepszym położeniu znajdzie się przeciętnie inteligentny czytelnik włoski po zajrzeniu do „Enciclopedia Treccani”: hasło co prawda jest, ale minimalne i mętne. Pojęcie, za świeże widocznie dla encyklopedii, zadomowiło się przecież na dobre w oświeconym języku potocznym.

W czasach mojej młodości, która przypadła na lata tuż przed wybuchem wojny, o intelektualistach mówiło się z rewerencją, jak o członkach kasty kapłańskiej. Nie był, powiedzmy, intelektualistą uniwersytecki profesor fizyki, który nie wytykał nosa z laboratorium i czuł się zawstydzony swoją ignorancją podczas rozmów o wszystkich „sprawach ogólnych”. Mógł nim natomiast być mierny wykładowca literatury w liceum, wyszczekany i biegły w przemądrzałej gadaninie na każdy temat. W każdym razie intelektualista budził przed wojną we mnie, młodym studencie, instynktowny respekt. Był połączeniem arbitra moralnego i erudyty.

Wojna nie wzbogaciła mojej wiedzy o intelektualistach. Jakkolwiek zdarzało mi się słyszeć lub czytać piąte przez dziesiąte o niezbyt chlubnych wyczynach i wypowiedziach intelektualistów poddanych presji totalitarnej, albo zafascynowanych totalitaryzmem bez żadnej presji, dawna rewerencja przetrwała. Aż do końca wojny, gdy podniosła się w górę kurtyna i mogłem objąć pełnym spojrzeniem całą scenę.

W roku 1947, na Kongresie PEN-Clubów w Bazylei, mój przyszły przyjaciel i pod pewnymi względami mentor, Ignazio Silone, powiedział: Intelektualiści jako klasa ani nie mają powodu uważać, że zachowywali się w ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci w sposób wzorowy, ani też nie ma żadnych podstaw, by uznać za uzasadnione ich pretensje do odgrywania przodującej roli w kierowaniu opinią publiczną. Jest rzeczą bez wątpienia niebezpieczną i trudną mówić o istnieniu elity moralnej w jakimkolwiek kraju, ale wyjątkowego już ryzyka wymagałoby utożsamianie jej z elitą intelektualną. Zacząłem tedy oglądać scenę „ostatnich kilku dziesięcioleci”, drobiazgowo, fragment po fragmencie, i zdrętwiałem. Zacząłem brać słowo „intelektualista” w cudzysłów (jak nieco później inne słowo na literę „i”, „ideologia”).

Stosunkowo przyzwoicie zachowywali się „intelektualiści” polscy w II Rzeczypospolitej, chociaż dworskie ciągoty i fochy musiały irytować Piłsudskiego, a na lewym skrzydle widoczna już była skryta miłość do potężnego, wschodniego sąsiada (doszła częściowo do głosu pod okupacją sowiecką we Lwowie, gdzie Wat z dumą wybrał nazwę „pisarza sowieckiego” na miejsce „pisarza polskiego”; natomiast odwagą zadziwiał Broniewski, „syn podbitego narodu”). Stopniowo scena stawała się dla mnie obrotowa. W okupowanym Paryżu kwiat francuskiej elity „intelektualnej” składa, w listopadzie 1940, przyjacielską wizytę „liberalnemu” naziście Gerhardowi Hellerowi, wysłannikowi Hitlera dla „umocnienia stosunków z kulturą francuską”. Młody pisarz włoski Elemire Zolla pozwolił mi przejrzeć pod koniec lat pięćdziesiątych w Rzymie manuskrypt swej antologii wystąpień w druku najwybitniejszych „intelektualistów” włoskich, zadurzonych naraz w faszyzmie i w Mussolinim; antologii nie wydał, bo zagrożono mu w nowych — oczywiście lewicowych — kołach „intelektualnych”, że za wydanie książkowe zapłaciłby rozbiciem głowy w jakimś ciemnym zaułku rzymskim. O naszych stronach, o Starszym Bracie i młodszych braciach, nie wspomnę, bo mój czytelnik poznał równie dobrze jak ja posłusznych „intelektualistów” w imperium od Władywostoku do wschodniego Berlina.

Rzecz ma naturalnie swoje korzenie. Marcello Flores, politolog włoski z Uniwersytetu Sieneńskiego, wydał książkę o przysięgłych chwalcach ZSSR na Zachodzie. Kogóż tam nie ma, z małżeństwem Webb, Bernardem Shaw i Herbertem Wellsem na czele, z młodymi jeszcze geniuszami z Oxford i Cambrigde, których w przyszłości poznamy lepiej jako szpiegów sowieckich.

Skończę, Księże Arcybiskupie, nutą żartobliwą, choć o „intelektualistach” mówi ona może więcej niż poważne roztrząsania. Przed laty neapolitańscy przyjaciele z zarządu naukowej stacji biologicznej i zoologicznej Akwarium zaprosili mnie i żonę na kolację, zapowiadając z góry wielką niespodziankę, nie do ujawnienia przez telefon. Niespodzianka była istotnie wielka. Stół był już nakryty, czekaliśmy w saloniku na tajemniczych gości. Przyszli wreszcie, przepychając się przez drzwi objuczeni instrumentami muzycznymi: czterej laureaci Nobla (fizyka, chemia, biologia, medycyna), którzy na zaproszenie dyrektora Akwarium zgodzili się łaskawie uraczyć przed kolacją nas zaproszonych swoim kwartetem. Słuchaliśmy, żałując, że byli tak łaskawi. Dla osób lubiących muzykę była to mała tortura. Ale uczestnicy kwartetu sądzili prawdopodobnie, że niezależnie od tego jak koncert wypadnie, będziemy wszyscy zachwyceni kwartetem w wykonaniu noblistów. Biliśmy oczywiście brawo, nic innego nie można było przecież zrobić. Obiecywaliśmy sobie za to, że wynagrodzi nam ten muzyczny horror rozmowa przy kolacji i przy kawie z koniakiem po kolacji. Okazało się szybko, że czwórka wirtuozów nie zamierzała z nami w ogóle rozmawiać na poważne tematy, uważając zapewne, że byłby to dla nas zbyt wielki honor, że nie dorośliśmy po prostu do tak wysokiego poziomu intelektualnego. Przy kawie z koniakiem rozochoceni trochę nobliści postanowili w końcu wspaniałomyślnie zniżyć się do naszego poziomu. Odpowiadali uprzejmie na nasze rozmaite pytania, nie dotyczące rzecz jasna ich naukowych specjalności, lecz problemów ogólnych, o jakich zazwyczaj rozmawia się z „intelektualistami”. O każdej poruszanej sprawie mieli wyrobione zdanie (ciekawe, że zgodne w całej czwórce), mówili swoje naiwne głupstwa „postępowe” uczenie, lecz przystępnie, ja zaś powtarzałem sobie bez przerwy w duchu formułkę Gombrowicza: „Im mądrzej tym głupiej”. Zaiste, mogłem utwierdzić się na niebosiężnym poziomie w mojej ocenie „intelektualistów”.

Wracam do głównego wywodu. Sęk w tym, Księże Arcybiskupie, że pierwsza zmora na literę „i” nie jest łatwa do usunięcia w drodze do humanizmu po totalitaryzmach. U nas, w Trzeciej Rzeczypospolitej, wszyscy „intelektualiści” są niby bardzo zadowoleni z upadku komunizmu i nadejścia demokracji, ale czasem na stronie cicho sarkają. Ich sarkanie przypomina mi kolację z Mieczysławem Jastrunem w Rzymie, krótko po październiku 1956. Kolację bardzo miłą i zgodną, która ośmieliła mnie do zwrócenia uwagi poecie, że w wypadku literatury płacenie autorowi za cały wydrukowany nakład książki, a nie za sprzedane egzemplarze, jest formą korupcji i podkopania niezależności pisarza. Jastrun ochłódł i spojrzał na mnie z naganą czy co najmniej wymówką w oczach. Po czym powiedział z naciskiem: Tej zdobyczy socjalizmu, Drogi Panie Gustawie, będziemy bronić do upadłego.

Rojąc o humanizmie po totalitaryzmach, Księże Arcybiskupie, trzeba być przygotowanym na długą jeszcze pracę nad całkowitym przepędzeniem pierwszej zmory na literę „i”.

Ideologie

Również ideologia jest nieobecna w „Encyclopaedia Britannica” i ledwie obecna w „Enciclopedia Treccani”. Pierwsze pominięcie jest zrozumiałe (o czym za chwilę), drugie zaskakujące. Jak to? W kraju faszyzmu („Enciclopedia Treccani” wychodziła pod patronatem filozofa faszyzmu włoskiego Gentile, ministra oświaty w rządzie Mussoliniego), w kraju największej w przyszłości i najpotężniejszej na Zachodzie partii komunistycznej, która ideologii zawdzięczała swoje istnienie i powodzenie?

Casus angielski wyjaśnić można łatwo za pomocą drobnego, lecz niezmiernie symptomatycznego incydentu. Kiedy po wojnie uciekł z Polski do Anglii znany socjalista Zygmunt Zaremba, jeden z przywódców WRN, poprosił swego towarzysza partyjnego Adama Ciołkosza, który PPS reprezentował w Londynie, o zaaranżowanie mu spotkania z jakimś autorytatywnym liderem Labour Party. Ciołkosz wywiązał się szybko z zadania, o ile pamiętam rozmówcą Zaremby był Herbert Morrison, minister spraw wewnętrznych. „Co zamierza pan robić w Anglii, czy w ogóle na Zachodzie?” — zapytał Anglik Polaka. „Zamierzam założyć na Zachodzie warsztat ideologiczny”. Ciołkosz przełożył błyskawicznie i dosłownie: ideological workshop. Morrison spojrzał na Ciołkosza zdumiony: My God, Adam, what is it?, Na Boga, Adamie, co to takiego? Ideologia była w pragmatycznej Anglii pojęciem nie to że nie używanym; po prostu niezrozumiałym.

Pragmatyzm pragmatyzmem, ale to w Anglii właśnie przeczytano nazajutrz po roku 1917, że w Rosji sowieckiej przyjął się nieznany i trujący kwiat „ideologii nowego typu”. Rzecz obwieścił Bertrand Russell.

W roku 1951 mój „Inny świat” został przez Andrzeja Ciołkosza, syna Lidii i Adama, przełożony na angielski. Za namową mojej przyjaciółki, i przyjaciółki Russella, posłałem filozofowi manuskrypt. O nic nie prosząc, pragnąc jedynie, by należał do pierwszych czytelników książki. W parę dni później dostałem od niego spontanicznie napisaną przedmowę. Podziękowałem przez telefon, ale po ukazaniu się książki u wielkiego wydawcy londyńskiego postanowiłem świeży, prosto z pieca drukarskiego, egzemplarz wręczyć osobiście wielkodusznemu autorowi przedmowy. Zaprosił mnie na kawę do swojego domu w dzielnicy Richmond.

Moja wizyta trwała godzinę. W ciągu pierwszej połowy ostry i bystry z natury Russell, ironiczno-kpiarski, zmienił się całkowicie, opowiadając o swojej przyjaźni z Conradem. Słowo „przyjaźń” jest za słabe. Russell był w Conradzie zakochany.

Drugą połowę godziny samorzutnie poświęcił mojej książce. Był nią bardzo przejęty, co nie pasowało jakoś do jego przyrodzonej kostyczności. „Wszystko to właściwie przewidziałem — oznajmił — w roku 1920”. Mogłem wtrącić, że przeczytałem kilkakrotnie jego stustronicową książeczkę „The Practice and Theory of Bolshevism”, którą począwszy od roku 1920 wydawano co roku (i pewnie wciąż wydają), bez skreślenia ani jednego słowa. Russell, przyłączywszy się do wycieczki Labour Party, spędził w Związku Sowieckim wszystkiego sześć tygodni. Wystarczyło zupełnie.

Russell pojechał w roku 1920 do rewolucyjnej Rosji jako „optymistyczny racjonalista”. W „New Hopes for a Changing World” powiada: Wychowałem się w świecie, który miał pełne prawo wierzyć w postęp i zdrowy rozsądek ludzkości. Poczciwy, dobry XIX wiek liberalizmu i tolerancji! Wiek opisany przez Russella we wspomnieniach o ludziach ideologicznie powaśnionych, którzy byli jednak łagodnymi humanitarystami, którzy nie odczuwali nienawiści do swoich przeciwników politycznych. Byli przekonani, że przyszłość należy do nich, ale w to samo wierzyli inni reformatorzy: wegetarianie, abstynenci, pacyfiści, Ormianie, patrioci macedońscy i cała reszta. Ta wiara była na owe czasy częścią składową XIX-wiecznego optymizmu i nie miała charakteru rozpaczliwej, mściwej fantazji. Ówcześni marksiści niemieccy — a znałem ich wielu — byli na ogół bardzo przyjemni jako ludzie; nie czuło się w nich tej żyłki okrucieństwa, która stała się dziś tak charakterystyczna dla komunistów.

I oto rok 1920, narodziny „ideologii nowego typu”. Moment przerażenia i jasnowidzenia u Russella. Sowiecka „ideologia nowego typu” to żelazna ideologia dogmatyczna, w teorii sławiąca człowieka, w praktyce sprowadzająca go do roli cyfry („My” Zamiatina, też z roku 1920), do roli przedmiotu. „Prawda” pieje dytyramby na cześć „sowieckiego humanizmu” (okazuje się, że jesteśmy w łapach humanistów, mówi uciekający przed aresztowaniem Osip Mandelsztam do swoje żony). I tak wkracza na proscenium historii sowiecka zmora ideologii, za nią staje włoska zmora faszystowska, a w tle budzi się już i rośnie, i z każdym dniem ogromnieje zmora hitlerowska. Autor napisanej i wydanej w roku 1920 książeczki „Praktyka i teoria bolszewizmu” pisał w roku 1951, w przedmowie do mojego „Innego świata”: Zarówno komuniści jak hitlerowcy wykazali tragicznie, że w dużym odłamie ludzkości istnieje impuls zadawania tortur, który wymaga tylko sposobności, aby się odsłonić w całej swej nagiej potworności. Więcej niż zadawania tortur, o czym świadczą Holokaust i „Czarna księga komunizmu”.

„Koniec wieku ideeologii”, tak nazwał swą słynną książkę Raymond Aron, mając przede wszystkim na myśli zmorę ideologii totalitarnych. Czy rzeczywiście koniec? Czy la tentation totalitaire została definitywnie pokonana? Tego nie wiemy, ale chcę na zakończenie mojego listu do Księdza Arcybiskupa powtórzyć: dwie zmory, o których mówiłem, dwie zmory, które zostały w każdym razie śmiertelnie ugodzone — „intelektualiści” i „ideologie” — nie są może pierwszoplanowym atrybutem naszych nadziei powrotu do humanizmu, ale ich ostateczna klęska wzmocni i bardziej donośnym, bardziej wiarygodnym uczyni ważny okrzyk Jana Pawła II: Non abbiate paura!

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Gustaw Herling-Grudziński

Neapol, 15 grudnia 1998

_________________
Poprzednio wymianę listów między abp. Józefem Życińskim i Gustawem Herlingiem-Grudzińskim publikowaliśmy w „Więzi” w numerach 2, 6, i 11/1998. Dialog będzie kontynuowany (Red.).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.