Jesień 2020, nr 3

Zamów

Jak szukać jedności w podzielonym Kościele

Od pewnego czasu nie trzeba już udowadniać tezy o istnieniu podziałów ideowych wewnątrz Kościoła w Polsce.1 Dowodów – aż w nadmiarze – dostarcza samo życie. Nawet o. Jacek Salij, tak słusznie ceniony za umiar w opiniach i brak skłonności do przesady, mówi w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”: nasze społeczeństwo rozpada się na wrogie sobie plemiona: (…) plemię zwolenników ZChN i plemię zwolenników SLD, plemię stałych czytelników „Trybuny”, „Gazety Wyborczej” albo „Naszego Dziennika”. Dla niewspółplemieńców są oni zbiorem jakichś zdumiewających istot człekopodobnych.2 W innym miejscu o. Salij dodaje, że namiętności towarzyszące podziałom politycznym przedostały się również do Kościoła. Sam fakt przynależności do ZChN lub UW piętnowany jest nieraz przez przeciwników jako coś niemal tożsamego z grzechem przeciwko Duchowi Świętemu.3

Mamy zatem do czynienia nie tylko z różnicami, nie tylko z konfliktami,4 lecz już z podziałami (na szczęście jeszcze nie z rozłamami…). Piszę o podziałach, ale przecież sam jestem w nie uwikłany. Wspominam różne kościelne spory, ale w niektórych z nich sam uczestniczę. Posiadam wszak własne poglądy i własny — ograniczony przecież — punkt widzenia. Reprezentuję określone środowisko, które ma swoją historię, które jest także aktualnie na rozmaite sposoby etykietkowane i nazywane, bardziej czy mniej trafnie, bardziej czy mniej zgodnie z własnymi ideowymi deklaracjami. Wiem chociażby, że dla niektórych przygotowana przeze mnie wraz z gronem przyjaciół-rówieśników książka „Dzieci Soboru zadają pytania” i cykl programów telewizyjnych pod tym samym tytułem to dzieła zrealizowane w celu propagowania „zmian w Kościele”, bynajmniej nie „soborowych”, bo te już dawno temu w Polsce nastąpiły, ale właśnie kolejnych, stanowiących program światowego neomodernizmu, narzucanego polskiej społeczności katolickiej.5 Sami natomiast traktowaliśmy tę książkę i film jako próbę przybliżenia Vaticanum II tym, którzy tego Soboru nie znają.

Nie jestem zatem bezstronny. Ale też wcale nie usiłuję być całkowicie bezstronny, bo w sprawie, o której mowa, bezstronność jest po prostu niemożliwa. Dlatego przede wszystkim, że rozprawiamy o sprawach, które nas żywo obchodzą. A jak powiedział Oscar Wilde: Rzeczywiście bezstronną opinię możemy wydać tylko w sprawach, które nas w ogóle nie interesują. Jest to niewątpliwie przyczyna tego, że opinia bezstronna jest zawsze absolutnie bezwartościowa. Nie będąc zatem bezstronnym obserwatorem, staram się – na miarę swych ograniczeń – być maksymalnie obiektywny.

Świadomi i nieświadomi heretycy

Rozrzut postaw w polskim katolicyzmie zazwyczaj opisuje się, sztampowo szkicując panoramę, na której przeciwległych krańcach znajdują się o. Tadeusz Rydzyk i ks. prof. Józef Tischner.6 Jest to opis nieprawdziwy – zdecydowanie zbyt wąski i krzywdzący. Ani o. Rydzyk, ani ks. Tischner nie wyznaczają bynajmniej krańców spektrum postaw ideowych polskich katolików. Bez trudu można przecież znaleźć publicystów, którzy będą twierdzić np., że polski konkordat jest nie do przyjęcia, albowiem zwalnia państwo z obowiązków należnych wobec Boga (państwo winno wszak brać udział w aktach czci Bożej). Z drugiej zaś strony są też tacy katolicy, którzy za zachodnimi publicystami powtarzają slogany, np. że Jan Paweł II położył kres soborowej reformie katolicyzmu czy dokonał symbolicznego „zamknięcia obrad” Soboru.

Szkicując panoramę polskiego katolicyzmu, trzeba zatem pamiętać z jednej strony o tych katolickich tradycjonalistach, którzy świadomie odrzucają nauczanie Kościoła na temat wolności religijnej, ekumenizmu czy dialogu z judaizmem, a z drugiej – o katolikach świadomie negujących człowieczeństwo poczętej istoty ludzkiej czy uznających swoją religię za równie dobrą drogę zbawienia jak wszystkie inne.

Trzeba jednak dostrzec, że oprócz środowisk i osób, które świadomie zajmują tak skrajne stanowiska, są jeszcze inni, którzy bardzo szkodzą jedności Kościoła, czyniąc to nieświadomie. Z jednej strony można wskazać np. na zagrożenia płynące ze strony bezmyślnego „lefebvryzmu podwórkowego”. Ich symbolem jest dla mnie utopienie w pierwszy dzień wiosny przez młodych aktywistów UPR Marzanny zawierającej hasła i symbole odrzucane przez manifestantów. Wśród nich – pomiędzy sierpem i młotem, nazwami różnych partii politycznych, wraz z new age, filosemityzmem i antypolonizmem – młodzi manifestanci spławili Wisłą do morza także „V2”, czyli, jak wyjaśnili, Vaticanum II, II Sobór Watykański, będący, ich zdaniem, „symbolem «katolewicy»”.7 Wydarzenie to jest typowym przejawem głuchoty na prawdziwe problemy Kościoła, wynikającej z ideologicznego zacietrzewienia. Młodzi ludzie, którzy postanowili być konserwatystami i powołują się na swoje przywiązanie do tradycji katolickiej, zwalczają wszystko, co kojarzy im się z „postępem”, łącznie z Soborem najbardziej autorytatywnie wyznaczającym tożsamość Kościoła katolickiego w dzisiejszej epoce.

Z drugiej strony obserwujemy narastające zjawisko selektywności wiary, czyli braku akceptacji dla pewnych fragmentów nauczania Kościoła. Według badań pallotyńskiego Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, mimo że 95,5% Polaków przyznaje się do wiary religijnej, to zaledwie 84% wierzy w istnienie Boga. O tym, że zmartwychwstanie Jezusa nadaje sens ludzkiej śmierci przekonane jest 39% Polaków, w życie pozagrobowe zaś nie wierzy co trzeci polski katolik. Pomimo zachodzących wyraźnych pozytywnych przemian w świadomości społecznej, wciąż ponad połowa Polaków jest przekonana, że aborcja powinna być dozwolona z wyjątkiem paru szczególnych sytuacji. Podobnie ponad połowa uważa, że w przypadku nieuleczalnych chorób prawo powinno zezwalać lekarzom na bezbolesne przerwanie życia.8 Rzecz jasna, nie są to zjawiska szczególnie charakterystyczne dla Polski, lecz typowe dla współczesnego świata, występujące zresztą w naszym kraju w niewiele mniejszej skali jeszcze przed rokiem 1989. Tu chodzi jednak nie o dynamikę procesów sekularyzacyjnych, lecz o stwierdzenie istnienia „potencjału progresistycznego”. Chociaż nie ma w Polsce zorganizowanych grup katolickich progresistów, to jednak istnieje poważny potencjał, do którego mogłyby się one odwołać. Działacze zachodniego ruchu „Jesteśmy Kościołem” przeprowadzili nawet badania, szacujące poziom „potencjału reformatorskiego” w Polsce średnio na 48 % praktykujących katolików.9

W sumie zatem coraz częściej mamy do czynienia ze zjawiskiem trafnie nazwanym przez abp. Józefa Życińskiego chrześcijaństwem obrządku prywatnego. „Wyznawcy” tego „obrządku” w imię prywatnej wizji chrześcijaństwa odrzucają niektóre prawdy czy zasady głoszone przez Kościół, za którego członków nadal się uważają. Postawa taka wypacza samą istotę chrześcijaństwa – wiara jest tu traktowana jako coś wtórnego w życiu, co trzeba dopasować do innej rzeczywistości, uważanej za znacznie istotniejszą. Tą rzeczywistością może być własne „ja” (kiedy dopasowuje się wiarę do tego, co dla mnie wygodne) czy też przyjęta uprzednio ideologia (gdy np. postanawiam być konserwatystą, narodowcem czy liberałem, a wiara ma mi w tym jedynie pomagać). Stosunek do Boga nie staje się tu pierwszą, najważniejszą sprawą w życiu, lecz swoistym ozdobnikiem, li tylko dodatkiem.

Chrześcijaństwo obrządku prywatnego istnieje w postaci świadomej i nie uświadomionej. Jeszcze w latach osiemdziesiątych ks. Władysław Piwowarski oceniał, że 2/3 polskich katolików to „nieświadomi heretycy”. Dziś pojawiło się nowe zjawisko – świadome odrzucanie wybranych elementów nauczania Kościoła, raz w imię fałszywie rozumianej tradycji, innym razem w imię postępu. Oba zjawiska są bardzo niebezpieczne, choć w różny sposób. Świadome przebieranie w doktrynie chrześcijańskiej – czyli traktowanie wiary explicite jak karty dań w restauracji – jest fenomenem na razie rzadkim. Częściej mamy do czynienia z nie do końca świadomym „układaniem sobie jadłospisu” w sposób wygodny dla jednostki, niezgodny zaś z prawdą głoszoną przez Kościół. Najbardziej zatrważającym elementem fenomenu „katolików-świadomych heretyków” jest instrumentalne traktowanie chrześcijaństwa. W przypadku „nieświadomych heretyków” zdumiewa zaś masowość zjawiska. Tak czy owak osobista wiara „chrześcijan obrządku prywatnego” jest dosyć odległa od doktryny Kościoła katolickiego, do którego należą i z którym nierzadko czują się związani.

My jesteśmy Kościołem, a nie wy…

Pytanie o podziały wewnątrz Kościoła katolickiego w Polsce frapuje jednak obecnie wiele osób nie ze względu na masowość zjawiska „nieświadomych heretyków”, lecz wskutek obserwacji ostrych sporów ideowych, które różnicują polskich katolików wedle kryteriów politycznych, ideologicznych, częściowo także teologicznych. Nie chciałbym tutaj szczegółowo analizować tych ideowych podziałów wewnątrz naszego Kościoła. Zasygnalizuję jedynie, że spośród różnych opublikowanych prób opisu tych różnic najbliższa mi jest propozycja przedstawiona przez redaktora naczelnego Katolickiej Agencji Informacyjnej, Marcina Przeciszewskiego.10 Opisując niektóre nurty polskiego katolicyzmu, wyróżnił on: katolicyzm walki, katolicyzm rozmytych granic, katolicyzm polityczny i katolicyzm spokojnej transformacji. Choć i do tego opisu można mieć pewne zastrzeżenia11, to trafnie charakteryzuje on kluczowe problemy.

Niestety, pomiędzy podzielonymi frakcjami polskiego katolicyzmu nie toczy się spór. Środowiska te funkcjonują w zamkniętych, wzajemnie nieprzenikalnych kręgach, zazwyczaj mając o sobie nawzajem jak najgorsze mniemanie. Brakuje pomiędzy nimi szczerych dyskusji, zarówno o sprawach, które ich łączą, jak i (tym bardziej) o sprawach, co do których panują odmienne przekonania. Brakuje miejsc, w których przedstawiciele zwaśnionych środowisk mogliby się spotkać – niekoniecznie zaraz w świetle telewizyjnych kamer – poznać się i posłuchać siebie nawzajem (osobiste poznanie oponenta często zmienia stosunek do niego), pospierać się i wytknąć sobie rozmaite błędy i niekonsekwencje.

Pomimo tego, że niektóre instytucje katolickie – uznając, iż stoją ponad podziałami – próbowały zorganizować debaty przedstawicieli różnych nurtów ideowych polskiego katolicyzmu, to jednak o ile wiem, rzadko dochodziło do tego typu spotkań. W większości ze znanych mi przypadków udziału w takiej rozmowie odmawiali przedstawiciele środowisk bardziej zachowawczych. Bynajmniej nie tylko oni są winni, kilkakrotnie spotykali się bowiem ze strony swych oponentów z przejawami nieznośnej wyższości czy wręcz pogardy. Wina w większym stopniu leży jednak, w moim przekonaniu, po stronie środowisk narodowo-katolickich. Mocno upraszczając i mówiąc hasłowo, „ci od Rydzyka” uważają ks. Tischnera za zdrajcę Kościoła i narodu, „ci od Tischnera” uważają zaś o. Rydzyka za półgłówka kompromitującego Kościół. Charakterystyczna jest różnica obu określeń. Nawet gdyby o. Rydzyk był — wedle powyższego potocznego określenia — owym półgłówkiem, to jest jeszcze w Kościele. Ks. Tischnera natomiast opinie jego oponentów wykluczają z Kościoła i narodu polskiego.

To właśnie zjawisko – samowolne wykluczanie innych z Kościoła – jest, moim zdaniem, najbardziej niebezpieczne. Różnice są bowiem sprawą normalną. Nienormalne jest odmawianie innym prawa do posiadania swego zdania w sprawach, w których można się różnić. Zbyt często atmosfera polskich sporów wewnątrzkościelnych wywołuje wrażenie, że druga strona znajduje się na granicy apostazji. Język sporów bywa tak emocjonalny i pełen niechęci do oponenta, że aż nasuwają się na myśl słowa: „my jesteśmy prawdziwym Kościołem, a nie wy…”. W sytuacji tak gwałtownych przemian, jakie przeżywamy, całkiem zrozumiałe jest pojawienie się wypowiedzi i postaw skrajnych czy lękowych – biorą się one z nieumiejętności oswojenia szybko zmieniającej się rzeczywistości. Niezrozumiała jest jednak agresja, jaka towarzyszy tym postawom, a także — z drugiej strony — ich odrzucaniu przez zwolenników odmiennej orientacji ideowej.

Wydaje się, że wielu uczestników polskich sporów wewnątrzkościelnych kieruje się zasadą „gdyby wszyscy myśleli tak jak ja, to nie byłoby podziałów”. Zamiast praktycznej zgody na różnorodność w jedności mamy dążenie do absolutyzacji swojego rozumienia społeczno-politycznych konsekwencji wynikających z wiary i prezentowanie ich jako jedynego uprawnionego katolickiego sposobu myślenia i działania. Hans Urs von Balthasar, nieżyjący już wybitny teolog szwajcarski, zwrócił kiedyś uwagę, iż żaden święty nie twierdził nigdy, że czyni coś jedynie słusznego.12 Teolog ten zwracał również uwagę na „symfoniczność prawdy”13, na to, że nikt z nas nie jest w stanie ogarnąć prawdy w całej jej złożoności. Dopiero po złączeniu różnych dźwięków usłyszymy melodię. To piękne i bogate w treść porównanie pozwala np. na rozróżnianie między kakofonią a symfonią. Z kakofonią mamy do czynienia wtedy, gdy każdy „gra sobie”, z symfonią zaś — gdy wszyscy grają jednocześnie, ale w jednej orkiestrze, pod jedną batutą, jedynie czasem występując solowo. Przedstawianie swojego punktu widzenia jako jedynego prawdziwie katolickiego może tu być porównane do zachowania muzyka, który pragnie, aby wszyscy w orkiestrze grali tak samo jak on. Nie byłoby wówczas orkiestry…

Inną obrazową metaforę tego, o czym mówimy, dał o. Jacek Salij, porównując działania rozłamowe w życiu grup społecznych do komórek rakowych. Rak polega na tym, że część komórek organizmu się buntuje: „nie będziemy służyć całości, będziemy pilnowały tylko dobra własnego”. I na krótką metę te komórki bardzo dobrze na tym wychodzą, wspaniale się rozwijają. Nie zauważają tylko, że uległy biologicznemu uprymitywnieniu, że niszczą komórki wokół, że przyczyniają się do słabnięcia całego organizmu i w gruncie rzeczy do unicestwienia także samych siebie. A kiedy zaczynają się przerzuty mogące prowadzić do zagrożenia całego organizmu? Katastrofa zaczyna się wtedy, gdy te cząstki organizmu społecznego, które dotychczas zachowywały się przyzwoicie, widzą, że przyzwoitość nie popłaca: „to my też będziemy pilnowały dobra własnego”.14 Kluczową sprawą dla zachowania trwałej jedności jest zatem troska o własną — wyżej opisaną — „przyzwoitość”: nawet jeśli inni pilnują wyłącznie dobra własnego, to my powinniśmy tym bardziej troszczyć się o dobro wspólne, a nie partykularne.

Dlatego trzeba patrzeć, czego mogę się nauczyć od innych. Stwierdzenie to wydaje się dość oczywiste, lecz o wiele trudniej zrealizować je w praktyce. Sam doświadczyłem tego kilka miesięcy temu w Lublinie. Po zebraniu Krajowej Rady Katolików Świeckich udzielaliśmy krótkich wywiadów dziennikarzom, a było to kilka dni po opublikowaniu listu Prymasa Polski na temat Radia Maryja. Rzecz jasna, członkowie KRKŚ również zajęli w tej sprawie stanowisko (zgodne ze swymi wcześniejszymi wypowiedziami).15 Dziennikarze wypytali nas o szczegóły naszego oświadczenia, po czym nieznany mi z nazwiska dziennikarz Katolickiego Radia Lublin zadał mi niespodziewanie pytanie, czego redaktor „Więzi” może się nauczyć od dyrektora Radia Maryja? Stanąłem zdumiony, że powinno to być tak oczywiste pytanie dla mnie jako chrześcijanina, a ja go sobie ani razu wcześniej nie zadałem. Odpowiedziałem po namyśle, że wielu rzeczy mogę się nauczyć — entuzjazmu w tym, co się robi; dynamizmu w działaniu; przekonania, że pewne rzeczy muszą się udać, choć wydają się po ludzku niemożliwe. Czy to dużo czy mało? Myślę, że dużo (choć to tylko sprawy pragmatyczne, a nie ideowe). Wcale to, rzecz jasna, nie oznacza, bym musiał nagle zacząć wychwalać pod niebiosa ojca Tadeusza Rydzyka. Stanąć w prawdzie to dostrzec jego mocne strony i swoje słabe. Wcale nie trzeba przy tym dążyć do ujednolicenia. Balthasar zwraca uwagę, że symfonia nie oznacza bynajmniej ckliwej, pozbawionej napięć harmonii. Wielka muzyka jest zawsze dramatyczna.16

Z koniecznością ostrych sporów pogodzili się już nawet hierarchowie naszego Kościoła. I biskup musi się liczyć z tym, że za jego wypowiedzi spotka go krytyka — mówi Prymas Polski w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.17 Całe szczęście, nie panuje tu jednak pełny relatywizm. Komentując oskarżenia skierowane pod adresem abp. Józefa Życińskiego przez sen. Krystynę Czubę, kard. Glemp mówi bowiem: Oczywiście, ta pani, która wyraża opinie o biskupie, na pewno intelektualnie nie dorasta do niego, ale nie możemy ograniczać wolności słowa.18 Innymi słowy, różnice są rzeczą normalną, ale wolno i trzeba twierdzić, że część konfliktów i słownych sporów bierze się z niewystarczającej kompetencji poszczególnych osób w sprawach, na temat których zabierają głos.

Bardziej papiescy od papieża

Niepokój budzi inne jeszcze zjawisko — ukrytej antypapieskości. Pomińmy już wybryki Kazimierza Świtonia, który prawie gotów byłby do obrony „papieskiego” krzyża nawet wbrew woli samego Papieża.19 Pomińmy też wspominanych „nieświadomych heretyków”, którzy kochają polskiego Papieża, lecz w swoim praktycznym życiu nie akceptują prawd, które on głosi. Większym problemem jest antypapieskość tych polskich wewnątrzkościelnych tradycjonalistów, którzy od członków Bractwa św. Piusa X różnią się jedynie tym, że nie mają odwagi posunąć się do totalnej krytyki Papieża-Polaka. Dopominają się oni — słusznie! — o przysługujące im prawo uczestniczenia w liturgii trydenckiej, jednak ich sprzeciw wobec dzisiejszego oblicza Kościoła nie dotyczy bynajmniej tylko liturgii. Zbyt wąsko interpretując wierność tradycji20, nie akceptują nauczania II Soboru Watykańskiego w odniesieniu do wolności religijnej, ekumenizmu czy stosunku do judaizmu. Rzecz jasna, nie mamy tu do czynienia z jawnym odrzuceniem nauki jedynego dwudziestowiecznego Soboru, lecz z jego praktyczną negacją. Tak czy owak tradycjonaliści ci, pozostając w łączności ze Stolicą Apostolską, zasługują niekiedy — w sensie ideowym — na miano kryptolefebvrystów.

Z praktycznym negowaniem papieskiego nauczania mamy do czynienia bynajmniej nie tylko wśród tradycjonalistów. Niektórzy „modernistyczni” katolicy aktywni politycznie lekceważyli w swej działalności niewygodne wątki papieskiej nauki (głównie mieliśmy z tym do czynienia w kwestii legalizacji aborcji). Jednak również w tej sprawie środowiska nastawione bardziej zachowawczo — w moim przekonaniu — miałyby sobie więcej do zarzucenia. Z trudem dałoby się znaleźć w ich działaniach ślady przejęcia się tak ważnymi dla Jana Pawła II sprawami, jak zasada „człowiek jest drogą Kościoła”, ekumenizm, żydowskie korzenie naszej wiary, rachunek sumienia Kościoła… Z karykaturalnym odwołaniem się do Papieża mieliśmy niedawno do czynienia w „Naszym Dzienniku”. Jeden z autorów tego pisma w polemice dotyczącej krzyży na oświęcimskim Żwirowisku uznał, że fakt wznoszenia krzyży jako znaku wiary zamordowanych jest przejawem odrzucenia owego lęku, o którego odrzucenie nawoływał Ojciec Święty.21 Autor tych słów najwyraźniej uznał, że wierność słowom Jana Pawła II „Nie lękajcie się!” nie pozwala na — typowe dla redakcji „Naszego Dziennika” — ciągłe podkreślanie zagrożeń dla wiary i polskości. Wykazał więc, że animatorzy działań na Żwirowisku wyzbyli się wszelkiego lęku. Owszem, ale jednocześnie wyzbyli się rozumu i sensus catholicus, nakazującego uznanie autorytetu biskupów (cytowany artykuł powstał dwa miesiące po sierpniowym stanowisku Rady Stałej polskiego Episkopatu!). A chyba nie o takie pozbywanie się lęku chodziło Papieżowi…

Z postawą „bardziej papieską od papieża” można się było ostatnio zetknąć także z dość nieoczekiwanej strony. Mam na myśli zamieszczony we „Frondzie” obszerny artykuł Pawła Lisickiego, całkowicie odrzucający ideę przeprosin za winy przodków.22 Lisicki podsumowuje swe rozważania słowami: niezależnie od tego, jak liczne byłyby akty zbiorowej ekspiacji, i jak wielkie autorytety by do nich nie nawoływały, pozostanę na te wezwania głuchy. Ośmielam się mówić w tym przypadku o sprzeciwie wobec Papieża, gdyż autor tak wartościowych i przenikliwych książek jak „Nie-ludzki Bóg” oraz „Doskonałość i nędza”, doskonale wie, że największym autorytetem, nawołującym od kilku lat do rachunku sumienia Kościoła, jest Jan Paweł II. Imię Papieża w tekście Lisickiego jednak się nie pojawia…23

To właśnie Jan Paweł II wielokrotnie — zdaniem krytyków, nawet zbyt często — przepraszał za grzechy i błędy popełnione w minionych wiekach w imię Kościoła. To on przed czterema laty apelował, by Kościół w sposób bardziej świadomy wziął na siebie ciężar grzechu swych synów, pamiętając o wszystkich tych sytuacjach z przeszłości, w których oddalili się oni od ducha Chrystusa i od Jego Ewangelii i zamiast dać świadectwo życia inspirowanego wartościami wiary ukazali światu przykłady myślenia i działania, będące w istocie źródłem antyświadectwa i zgorszenia. Kościół, choć jest święty, niestrudzenie czyni pokutę: zawsze przyznaje się przed Bogiem i przed ludźmi do grzesznych swoich dzieci — pisał Papież w „Tertio millennio adveniente”. Uznanie słabości dnia wczorajszego to akt lojalności i odwagi, który pomaga nam umocnić naszą wiarę, pobudza czujność i gotowość do stawienia czoła dzisiejszym pokusom i trudnościom.24

Wiadomo, że w papieskiej inicjatywie rachunku sumienia Kościoła nie ma nic z samobiczowania. W świecie ducha przecież przyznanie się do błędów i słabości jest drogą do oczyszczenia i podjęcia z nową mocą swego powołania. Właśnie Kościół, wierząc w communio sanctorum, posiada mocny fundament do duchowego poczucia współodpowiedzialności za dobro i zło, które było udziałem innych ludzi, wcześniej uczestniczących w tym „świętych obcowaniu”. Lisicki twierdzi natomiast, że w żadnym innym przypadku dwuznaczność moralna towarzysząca zbiorowym przeprosinom nie jest równie widoczna, jak w częstych obecnie aktach ekspiacji za przeszłe winy Kościoła.25 Niewątpliwie, ideę rachunku sumienia Kościoła dość łatwo można wypaczyć. Ale autor zbioru esejów uznanego przez o. Jacka Salija za najważniejszą polską książkę teologiczną ostatnich lat26 w swoim obszernym tekście nie zaznaczył, że polemizuje z opacznym rozumieniem papieskiej inicjatywy. Stwierdził za to, że u podstaw dzisiejszych przeprosin za inkwizycję, holocaust, imperializm czy ucisk kobiet, tkwi wątpliwość co do samego Kościoła. (…) zakłada się, że istniał specyficznie chrześcijański błąd moralny, należący do istoty nauki Chrystusa.27 Czyżby Jan Paweł II — Wielki Nieobecny eseju Lisickiego — również zakładał istnienie takiego błędu?

Czy grozi nam schizma?

Ścieranie się pewnych poglądów rozjaśnia samo zagadnienie. Daje prawdzie więcej światła i widzę w tym dobrą sprawę — powiedział kard. Józef Glemp w odpowiedzi na pytanie o podziały w Kościele. Niewątpliwie jest to odpowiedź dyplomatyczna, gdyż doskonale wiadomo, że nie zawsze udaje się przezwyciężyć wewnątrzkościelne napięcia i niekiedy siły odśrodkowe zaczynają przeważać. Czy tak nie dzieje się obecnie w Polsce? Czy nie grozi nam schizma? To kolejne pytanie z gatunku tych, od których wolimy uciekać, żeby nie wywołać wilka z lasu. Sądzę jednak, że jeśli już tak stawiamy sprawę, to zakładamy, że jednak ów wilk w tym lesie siedzi. I w związku z tym lepiej jest dokładnie się mu przyjrzeć, niż później żałować, że jest za późno…

Raz jeszcze zacytuję niesłychanie ważną myśl Hansa Ursa von Balthasara: żaden święty nie twierdził nigdy, że czyni coś jedynie słusznego. A tak — wydaje mi się — twierdzili mariawici na początku naszego wieku. Ci naprawdę bardzo pobożni ludzie doprowadzili do rozłamu w Kościele. Ich spór rozpoczął się od nieposłuszeństwa wobec hierarchii kościelnej. Powinniśmy uważać, by coś podobnego nie nastąpiło sto lat później! Nieprzypadkowo przywołuję to właśnie wydarzenie z historii Kościoła. Bo — teoretyzując — jaka schizma mogłaby się wydarzyć w Polsce, według jakiego wzorca mogłaby przebiegać? Myślę, że gdyby jednak miało to nastąpić, to raczej według polskiego wzorca — znanego z historii powstania Kościoła Mariawitów czy Polskiego Narodowego Kościoła Katolickiego w USA. Te podziały nie wypływały ze sporów doktrynalnych, lecz z różnic w kwestiach jurysdykcji kościelnej. Schizma doktrynalna wydaje się w Polsce generalnie mało prawdopodobna. Polacy nie mają zwyczaju spierać się o sprawy teologiczne.

Słabym pocieszeniem jest zatem — prawdziwe zresztą — twierdzenie, że konflikty w Polsce nie dotyczą spraw doktrynalnych. Owszem, nie zakwestionowano bóstwa Chrystusa, ale polskie podziały Kościoła w przeszłości także nie tego dotyczyły. Tak jak i dzisiaj, miały one swoje źródło w absolutyzowaniu własnego punktu widzenia, w odrzucaniu inaczej myślących, w ludzkich ambicjach i błędach. Uważajmy zatem, by historia się nie powtórzyła, by dzisiejsze podziały frakcyjne nie rozrywały dalej jedności Kościoła. Spory zaczynają dzisiaj bowiem dotyczyć spraw istotnych: sens krzyża, wierność krzyżowi, rola biskupów we wspólnocie Kościoła, wolna wola człowieka, idea państwa katolickiego, ekumenizm, liturgia… Coraz bardziej widać, że u podłoża tych sporów znajdują się odmienne wizje teologiczne i pastoralne.

Jakakolwiek schizma wydaje się w naszym kraju niemożliwa, dopóki ster łodzi Piotrowej spoczywa w ręku Papieża-Polaka. Jan Paweł II jest kimś tak ważnym dla Polaków, że nie godzi się otwarcie mu się przeciwstawiać. Co jednak może nastąpić później, gdy puszczą patriotyczne hamulce i niechęć przysparzania kłopotów „naszemu” Ojcu Świętemu? Czy wówczas dobro wspólne całego Kościoła będzie jeszcze jakąś wartością dla środowisk przywiązanych do troski tylko o siebie?

Niepokoje co do ewentualnej przyszłej schizmy w naszym Kościele najczęściej były wyrażane w ostatnich latach w odniesieniu do Radia Maryja. Niektórzy biskupi — od kilku lat po cichu, a od niedawna głośno — wyrażali obawy, że rozwój Radia Maryja, a później Rodziny Radia Maryja, może prowadzić do powstawania „równoległych struktur” kościelnych, niezależnych od Episkopatu. Rodzina Radia Maryja — jak napisał Marcin Przeciszewski — to jedyny w Polsce ruch, określający się jako katolicki, a nie mający bezpośredniej łączności (w formie asystentów kościelnych) z biskupami diecezji, na których terenie działa.28 Całkowita formalna niezależność „Naszego Dziennika” od hierarchii kościelnej wydaje się kolejnym krokiem w tym samym kierunku.29

Przy niekwestionowalnych zasługach Radia Maryja pewne zjawiska związane z funkcjonowaniem tego środowiska wskazywałyby na rzeczywiste istnienie „potencjału odśrodkowego”. Mam na myśli zwłaszcza swoisty kult, jakim otaczany jest ojciec dyrektor, brak skłonności do uporządkowania prawnego statusu Rodziny Radia Maryja w Kościele, a także niechęć do uznawania jakichkolwiek własnych błędów. To ostatnie szczególnie widoczne było w reakcjach wielu osób związanych z Radiem Maryja na publikację listu Prymasa Polski do prowincjała ojców redemptorystów. Usiłowały one przekonywać, że list ten jest w istocie pochwałą radia. Szczytem ekwilibrystyki były stwierdzenia Ewy Polak-Pałkiewicz w telewizyjnym programie „W centrum uwagi”, że właściwie tylko ojcowie redemptoryści uczą dziś Polaków o Bogu-Stworzycielu i Chrystusie-Zbawicielu… Jestem przekonany, że nikt z twórców i liderów Radia Maryja nie ma zamiarów schizmatyckich, jednak osoby odpowiedzialne za rozwój tego radia muszą brać pod uwagę istniejące niepokoje. Brak rzeczywistego uznania własnych win łatwo może sprowadzić tę inicjatywę jeszcze bardziej na manowce. Jeśli przed tym przestrzegam, to dlatego, że lepiej dmuchać na zimne, niż później żałować, że rozwój wydarzeń wymknął się spod kontroli — czego najlepszym przykładem jest nie dająca się opanować eskalacja sytuacji na oświęcimskim Żwirowisku, będąca skutkiem m.in. długotrwałego braku jasnej postawy władz kościelnych.

Być może pojawi się wobec moich rozważań zarzut braku symetrii we wskazywaniu zjawisk grożących jedności Kościoła. Jednak aktualnie tak właśnie widzę sytuację. Wielokrotnie w różnych miejscach wskazywałem na błędy środowisk katolickich umownie zwanych „otwartymi”30 i widzę, że niektóre z tych błędów są wciąż popełniane. Jednak — w zgodzie ze swoim sumieniem — nie mogę nie dostrzec, że od czasu zeszłorocznej pielgrzymki papieskiej mamy do czynienia ze znacznym wygaśnięciem emocji po stronie „modernistycznej”, strona „tradycjonalistyczna”31 zaś kontynuuje — a nawet wzmacnia — swe odśrodkowe działania. Wyraźnie w ciągu ostatniego roku bardziej zachowawcze skrzydło naszego Kościoła, które opiera swą tożsamość na podkreślaniu zagrożeń dla wiary i polskości, zaczęło tracić sympatię i poparcie biskupów, poczuło się osłabione i zareagowało bardziej gwałtownie. Nastąpiło zaostrzenie języka, wzmocnienie aktywności. Pozytywnym wyjątkiem jest sympatyzująca z tym nurtem „Niedziela”, która przestała publikować kąśliwe komentarze polityczne (być może również dlatego, że „ostrzejszych” autorów przejęły od częstochowskiego tygodnika inne pisma, nie posiadające już tak wyraźnego zmysłu kościelnego, jak „Nasz Dziennik” czy „Nasza Polska”).

Nierówną rangę zagrożeń dla jedności Kościoła widzę aktualnie przede wszystkim w tym, że nie do pomyślenia jest dziś w Polsce jakakolwiek manifestacja katolików „lewicowych” pod hasłami antypapieskimi czy antybiskupimi, faktem zaś są takie demonstracje organizowane przez prawicowe środowiska katolickie (w 1991 r. — Przemyśl, obecnie — Oświęcim). Paradoksalnie demonstracje te odbywają się pod soborowymi hasłami. Słowa „jesteśmy Kościołem” zostały w ostatnich latach wykorzystane na Zachodzie przez ruchy krytycznie nastawione do Tradycji. W Polsce natomiast pod podobnymi hasłami tworzy się ruch nastawiony wrogo do współczesności. W tej sytuacji niezbędne wydaje się energiczne i twórcze działanie wszystkich, dla których — jak stwierdziła KRKŚ — słowa „jesteśmy Kościołem” nie są zawołaniem bojowym przeciw komukolwiek, lecz wyrazem najgłębszej tożsamości.32

Gdzie szukać Ducha jedności?

W podzielonym krajobrazie polskiego katolicyzmu bardzo potrzebna jest jednocząca moc Ducha Świętego. On przecież nie rozdziela, co najwyżej ujawnia różnice. Tym, który dzieli, jest diabeł (greckie diabolos może być rozumiane jako „rozdzielający”). Jedność Kościoła jest z jednej strony wielkim pragnieniem Chrystusa, a z drugiej — elementarnym wymogiem wiarygodności Kościoła. W Konstytucji dogmatycznej o Kościele czytamy, że Kościół jest znakiem i sakramentem jedności całego rodzaju ludzkiego. Czy jednak może on skutecznie być tym znakiem, skoro sam jest wewnętrznie podzielony? Skoro jest podzielony, to gdzie dzisiaj szukać Ducha jedności? Jak reagować na istnienie wewnątrzkościelnych podziałów, chcąc być człowiekiem Ducha (a owoce Ducha to: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie — Ga 5, 22)?

Rzecz jasna, zaczynać należy zawsze od siebie, a nie od innych. Korzenie podziału tkwią zawsze w sercu. Podłożem podziałów w Kościele jest brak wiary, a jedności Kościoła w Duchu Świętym najbardziej sprzeciwia się grzech. Trzeba zatem szukać wspólnego języka. Nie tworzyć frakcji, nie skupiać się na podkreślaniu różnic. Wielkim dramatem bywa to, że niektórzy bardziej chcą być tylko frakcją, skrzydłem, niż współtworzyć główny korpus ciała, którym jest Kościół. Wzmacniać zatem należy świadomość wspólnego bycia w Kościele jako podstawowy element tożsamości. Rzecz jasna, nie jest to apel o „zagłaskiwanie” istniejących różnic i problemów. Polemiki mogą być na dłuższą metę ożywcze czy wręcz błogosławione, o ile tylko będą służyć poszukiwaniu prawdy, a nie samopotwierdzaniu.

Podejmować trzeba jak najwięcej inicjatyw, które są poza podziałami czy ponad podziałami. Jak już wspominałem, niewiele jest takich środowisk czy miejsc, które mogłyby doprowadzić do spotkania polskich katolików ponad istniejącymi podziałami. Nawet Episkopat przestaje dla niektórych pełnić tę funkcję. Redaktor pewnego pisma katolickiego odmówił udziału w pracach jednej z komisji powołanych przez Episkopat, gdyż znalazł się w tym gronie zbyt wysokiej rangi przedstawiciel konkurencyjnego pisma katolickiego. Skoro nawet Episkopat przestaje już być skutecznym zwornikiem jedności, to czy będzie jeszcze możliwy wewnątrzkościelny „okrągły stół”, o który kilkakrotnie apelowaliśmy w „Więzi”?

Ducha jedności znaleźć jednak można (nie mówiąc o tym, że znajdywać go po prostu trzeba!). Zawsze są taką okazją pielgrzymki papieskie. Mamy jeszcze w pamięci jednoczącą moc ostatniej pielgrzymki i uniwersalnego języka, jaki zaproponował Papież. Jan Paweł II stanął wówczas ponad podziałami, poniekąd je wręcz anulował. Po pielgrzymce wiele osób poczuło się wewnętrznie zmuszonych do uznania innej hierarchii ważności polskich spraw, w której wcześniejsze podziały wyraźnie stały się przejawem małoduszności.

Papież ponownie przyjeżdża do Polski za pół roku. Ponownie nie będzie chciał być stroną w polskich sporach, będzie dystansował się od polemik, docierał do sedna sprawy, czyli do ewangelicznej Dobrej Nowiny. Ale przecież nie możemy ciągle wszystkiego zrzucać na Jana Pawła II. Gdzie jeszcze można znaleźć Ducha jedności?

Środowiskiem, które stoi ponad głównymi podziałami polskiego katolicyzmu, wydają mi się ruchy odnowy. Charakterystyczne, że we wszystkich pojawiających się klasyfikacjach postaw polskich katolików są one albo pomijane, albo umieszczane w odrębnej kategorii, wyraźnie nie przystającej do poprzednich. Być może również dzięki temu, że nowe ruchy i wspólnoty stoją zazwyczaj ponad wewnątrzkościelnymi podziałami, można mówić za kard. Miloslavem Vlkiem, że w nich właśnie rodzi się Kościół trzeciego tysiąclecia?33

Z pewnością przestrzenią, w której unieważniane są podziały, jest milczenie, modlitwa kontemplacyjna i liturgia. Trwając naprawdę szczerze w ciszy przed Bogiem, nie da się żywić niechęci do innych. Tam zaś, gdzie liturgia Kościoła jest piękna, głęboka, rzetelnie przygotowana i angażująca całą wspólnotę, staje się w najlepszym tego słowa znaczeniu atrakcyjna (czyli przyciągająca). Wyraźnie widać wówczas, że liturgia naprawdę jest sercem Kościoła, że tworzy ona katolicyzm bezprzymiotnikowy, katolicyzm naprawdę katolicki. Podobnie jest z Pismem Świętym — koncentracja duszpasterstwa wokół Biblii sprawia, że ludzie mogą spojrzeć na swoje spory oczami bohaterów świętych ksiąg i dostrzec własną niedoskonałość.

Również świadczenie dobra (w szczególności: ciche świadczenie dobra) ma niezwykłą moc przyciągającą. Najpiękniejszym przykładem może tu być, rzecz jasna, Matka Teresa z Kalkuty, której świętością świat był po prostu zadziwiony. Także w Polsce łatwo dostrzec, jak powszechnym szacunkiem otaczani są ludzie za to właśnie, że czynią dobro innym.34 Taka postawa po prostu wybija argumenty wszelkim oponentom.

Nowym, a wciąż nie docenianym i za mało wykorzystywanym sposobem budowania jedności Kościoła jest muzyka chrześcijańska. W szczególności mam na myśli fenomen rosnącej popularności „chrześcijańskiego rocka” (precyzyjnie mówiąc, chodzi tu również o inne gatunki muzyki). Powstał on z połączenia dwóch nurtów — entuzjazmu świeżo nawróconych muzyków, którzy posiadali już uznaną pozycję w świecie muzycznym, oraz oddolnego prądu muzyki chrześcijańskiej, niekiedy utrzymanej na bardzo wysokim poziomie. Obecnie przedstawiciele obu tych nurtów występują wspólnie. Pojawiło się nawet nowe specjalistyczne pismo — magazyn muzyczny „Ruah” — poświęcone muzyce chrześcijańskiej. Koncerty tych zespołów mają wielką moc ewangelizacyjną, gdyż muzycy mówią o Ewangelii językiem zrozumiałym dla młodzieży. Dla pewnej części młodzieży muzyka jest zresztą tak ważna, że jest jedynym zrozumiałym językiem. Nowa muzyka chrześcijańska ma dużą moc jednoczącą, czego dowodem może być fakt, że z sympatią pisały o niej już pisma związane z różnymi nurtami polskiego katolicyzmu. Jest to zjawisko czysto ewangeliczne i dlatego jego siła oddziaływania jest tak duża. Lektura książki „Radykalni”35, zawierającej wywiady z nawróconymi muzykami rockowymi, zmusza każdego czytelnika do zadumy nad miejscem Boga w życiu człowieka, nawet jeśli nie akceptuje się ich stylu muzycznego.

*

Może niezbyt wiele wymieniłem miejsc, w których wieje Duch jedności. Z pewnością da się ich znaleźć więcej, ale i tak jest już na czym się oprzeć w odbudowywaniu jedności. Duch zresztą, jak wiemy, wieje, kędy chce i może pojawić się jeszcze w wielu niespodziewanych miejscach, byleśmy tylko byli otwarci na Jego powiewy. Generalnie, jak sądzę, obowiązuje tu zasada: im głębiej, tym bardziej jesteśmy jedno. To jeszcze jeden argument na rzecz tezy, że główny kierunek polskiego duszpasterstwa powinien być skierowany w głąb ludzkich dusz.

W sierpniowej „Więzi” drukowaliśmy artykuł ks. Edwarda Stańka, który pokazuje, jak w historii Kościoła Duch Święty wielokrotnie już pełnił funkcję zmysłu równowagi, wykorzystując pojawiające się w nim [Kościele] napięcia dla jego dobra.36 Wlewa to trochę więcej otuchy w serca zmartwione podziałami. Być może zatem — módlmy się o to — Bóg da nam łaskę, aby podziały, które pojawiły się w naszym Kościele, służyły ostatecznie wypracowaniu nowej, spójnej, dojrzałej kościelnej odpowiedzi na wyzwania naszych czasów.

_________________
Zbigniew Nosowski — ur. 1961. Ukończył studia socjologiczne na Uniwersytecie Warszawskim i teologiczne na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie i w Instytucie Ekumenicznym w Bossey pod Genewą. Od 1988 r. pracuje w redakcji miesięcznika „Więź”, od 1993 r. jako zastępca redaktora naczelnego. Członek Zarządu Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Redaktor i współautor książki „Dzieci Soboru zadają pytania”. Autor ponad 200 telewizyjnych programów publicystycznych. Mieszka w Otwocku.

__________________
1 Pierwotna wersja tego tekstu została wygłoszona 27 sierpnia br. jako referat podczas Duszpasterskich Wykładów Akademickich na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Tytuł referatu brzmiał: „Duch Święty sprawcą jedności w Kościele. Problem jedności Kościoła w kontekście podziałów wewnątrz Kościoła w Polsce”.

2 „Rzeczy, których nie godzi się robić”, „Rzeczpospolita”, 17 czerwca 1998 r.

3 Jacek Salij OP: „Rozmowa o podziałach w Kościele”, „Tygodnik Powszechny” 1998, nr 1.

4 Zob. Zbigniew Nosowski: „Skąd biorą się konflikty w Kościele”, „Więź” 1996, nr 7.

5 Zbigniew Żmigrodzki: „Meandry nowej wiary, czyli inwazja katolewicy”, Warszawa 1998, s. 162.

6 Zob. np. Marcin Masny: „Między Rydzykiem i Tischnerem”, „Życie”, 26 maja 1998 r.

7 Zob. „Spławianie socjalizmu”, „Życie”, 23 marca 1998 (nota sygnowana CAT w dodatku „Życie Stolicy”).

8 Zob. Tadeusz Szawiel: „Kościół widziany z zewnątrz”, Biuletyn Prasowy KAI nr 89, 10 listopada 1998 r.; Marcin Przeciszewski: „Różnorodni czy pojednani? Niektóre nurty polskiego katolicyzmu”, Biuletyn Prasowy KAI nr 98, 9 grudnia 1997 r.

9 „Kircheinfo”, Informationen der Internationalen Bewegung „Wir sind Kirche”, nr 6, Juni 1998. Badań tych żadną miarą nie można uznać za obiektywne. Respondenci odpowiadali bowiem na pytania zawierające mocno sugestywne przeciwstawienia przyszłego wymarzonego papieża-reformisty i obecnego papieża, który „sam o wszystkim decyduje”, jest zadowolony, że „wszystko jest dobrze, tak jak jest”, interesuje się tylko sprawami religijnymi, a nie życiem świeckich.

10 Marcin Przeciszewski: „Różnorodni czy pojednani? Niektóre nurty polskiego katolicyzmu”, art. cyt.

11 Pomijam je tutaj, gdyż nie mam obecnie zamiaru przedstawiać własnej próby klasyfikacji. Sam również szkicowałem kiedyś cztery typy postaw polskich katolików. Zob. „Którędy droga?”, „Spotkania” 1991, nr 25; „Słoń a sprawa polska”, „Tygodnik Powszechny” 1993, nr 19.

12 Hans Urs von Balthasar: „Prawda jest symfoniczna. Aspekty chrześcijańskiego pluralizmu”, przeł. ks. Ignacy Bokwa, Poznań 1998, s. 10.

13 Autorskie rozwinięcie tej metafory zawiera cytowana wyżej książka wydana po polsku nakładem dominikańskiego wydawnictwa „W drodze”.

14 „Rzeczy, których nie godzi się robić”, art. cyt.

15 Zob. „Wiara, kultura, społeczeństwo. Materiały Krajowej Rady Katolików Świeckich” 1998 nr 2 i 3.

16 H. U. von Balthasar, dz. cyt. s. 11.

17 „Dobrze, że są różnice”, w: „Rzeczpospolita”, 7 kwietnia 1998 r.

18 Tamże.

19 Kazimierz Świtoń, pytany (20 sierpnia) przez „Trybunę Śląską”, czy jeśli papież poprosiłby o usunięcie krzyży, posłuchałby go Pan?, odpowiada: Nie wiem. Nic nie przewiduję…

20 Zob. artykuł Józefa Majewskiego „Dwa tradycjonalizmy a Kościół” w niniejszym numerze „Więzi”.

21 Zbigniew Szlenk: „Szyderstwo z praw człowieka”, „Nasz Dziennik” 24–25 października 1998 r.

22 Paweł Lisicki: „W cudze piersi”, „Fronda” 1998, nr 11/12.

23 Ściśle ujmując, pojawia się raz: w informacji, że Jan Paweł II otworzył archiwa watykańskie.

24 Wszystkie cytaty pochodzą z listu apostolskiego „Tertio millennio adveniente” 33, wytłuszczenia w oryginale.

25 P. Lisicki: „W cudze piersi”, art. cyt., s. 24.

26 Jacek Salij OP: „Kryzys zmysłu prawdy”, „Brulion” 1998, nr 1 (jest to recenzja z książki Lisickiego „Doskonałość i nędza”).

27 P. Lisicki: „W cudze piersi”, art. cyt., s. 27.

28 Marcin Przeciszewski: „Różnorodni czy pojednani?”, art. cyt.

29 Zob. mój komentarz dotyczący pierwszych dni funkcjonowania „Naszego Dziennika”: „Obrządek prywatny?”, w: „Więź” 1998, nr 3. Zob. także artykuł Tomasza Królaka w niniejszym numerze „Więzi”.

30 Zob. m.in.: „Rachunek sumienia”, „Więź” 1992, nr 5; „Wciąż nie wiadomo, co robić z wolnością” (recenzja książki „Nieszczęsny dar wolności” ks. Józefa Tischnera), „Więź” 1994, nr 1; „Katolicyzm otwarty na rozdrożu” (recenzja z książki „Kościół po komunizmie” Jarosława Gowina, „Więź” 1996, nr 3). Zob. także publikowana w niniejszym numerze „Więzi” dyskusja o dziedzictwie ruchu „Znak”.

31 Określeniami tymi posługuję się tu z braku innych lepszych, ze świadomością ich nieprecyzyjności.

32 Oświadczenie Krajowej Rady Katolików Świeckich z 22 sierpnia 1998 r., w: Biuletyn Prasowy KAI, nr 67, 25 sierpnia 1998 r.

33 Zob. moja relacja z Międzynarodowego Kongresu Ruchów Katolickich: „Kościół trzeciego tysiąclecia?”, w: „Więź” 1998, nr 8.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

34 W 1996 roku w rankingu autorytetów przeprowadzonym przez „Pentor” wśród polskiej młodzieży w wieku 15–19 lat zwyciężył Jan Paweł II (90% wskazań) przed Jerzym Owsiakiem (75%). Kolejna osoba na liście — piosenkarka Katarzyna Kowalska — wskazana była już przez o wiele mniej osób: 43%. Cyt. za: ks. Janusz Mariański: „Kościół katolicki w społeczeństwie obywatelskim”, Lublin 1998, s. 125.

35 Książka „Radykalni” została opublikowana w 1997 roku przez Księgarnię św. Jacka.

36 Ks. Edward Staniek: „Duch Bożej równowagi”, w: „Więź” 1998, nr 8, s. 60.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.