Jesień 2020, nr 3

Zamów

Polskość i europejskość Kilka uwag na marginesie nie rozpoczętej debaty

Polska dyskusja o Europie sprowadza się przede wszystkim do problemów związanych z procesem integracji z Unią Europejską. W tym właśnie kontekście najczęściej pojawia się problem polskiej tożsamości. Podnoszą go przy tym niemal wyłącznie przeciwnicy integracji, rysując wizję polskości roztapiającej się powoli acz nieuchronnie w morzu europejskiej magmy. Polskość i europejskość w toczonym przez nich dyskursie to pojęcia wykluczające się wzajemnie, przy czym pierwsze z nich obdarzone jest zawsze pozytywną konotacją, drugie zaś staje się synonimem nihilizmu, permisywizmu, ateizmu i legalnej aborcji. Zdemoralizowana, pozbawiona chrześcijańskiej tożsamości Europa zdaje się czyhać na katolicką i niewinną Polskę po to, by ją wykorzenić z gruntu wartości, którym – ona jedyna – wciąż pozostaje wierna.

Zwolennicy europejskiej integracji o polskiej tożsamości mówią bardzo rzadko skupiając uwagę raczej na kwestiach ekonomicznych i procesie modernizacji. Jeśli problem polskości pojawia się na łamach związanych z tymi środowiskami czasopism, to przede wszystkim jako bariera, którą należy pokonać na drodze do oświeconej, demokratycznej i bogatej Europy. Polskość staje się w tej interpretacji w najlepszym przypadku jedynie archaicznym kostiumem, który trzeba jak najprędzej zamienić na modny garnitur, w najgorszym zaś – symbolem fanatyzmu i zacofania, z którym muszą się zmierzyć intelektualne elity.

Nowy wymiar polskiego dyskursu o Europie, zaproponowany przez Jana Pawła II w 1997 roku w Gnieźnie, nie stał się, niestety, przedmiotem poważnej debaty. Poszczególne, wyrwane z kontekstu zdania gnieźnieńskiej homilii, jeśli już się je przywołuje, służą jako instrument w walce z przeciwnikiem. Zasadniczy wątek tej homilii: europejskości pojmowanej jako różnorodność, która odnajduje swą najgłębiej pojmowaną jedność w chrześcijańskich korzeniach, europejskości, która jest wezwaniem do międzyludzkiej solidarności i stanowi zarazem wielkie wyzwanie dla współczesnych spadkobierców jej tradycji, zdaje się dziś w Polsce nikogo nie obchodzić. Tak, jakby pytania o przyszłość Europy stawiane przez papieża Polaka, jakby jego wezwanie do przyjęcia współodpowiedzialności za tę przyszłość, nas nie dotyczyły.

Wydaje się, że wolimy rozmawiać o. niczym. Obie bowiem strony dziwnego polskiego dialogu, zwalczając się nawzajem z niezwykłą zajadłością, nie chcą czy też nie potrafią dostrzec, że rozmawiają o bytach wirtualnych: ani Europa nie jest taka, jak starają się ją przedstawić (tylko dobra lub tylko zła), ani też – co znacznie ważniejsze – Polski, której bronią, lub z którą walczą, już po prostu nie ma.

W dziewiątym roku niepodległości, na kolejnym etapie transformacji ustrojowej, Polska nie jest krajem, który można by określić za pomocą jakiejkolwiek uogólniającej definicji – z całą pewnością jednak, niezależnie od woli obu stron, jest już po prostu państwem europejskim z większością jego wad i zalet. Podobnie jak polskie społeczeństwo.

To zwykły banał, ale raz jeszcze trzeba go powtórzyć: proces europejskiej integracji, chcemy tego, czy nie, już nas ogarnia. Budowanie murów mających nas przed nim ochronić jest, w epoce globalizacji, zadaniem godnym Syzyfa. To, czego wydają się nie rozumieć najzawziętsi obrońcy polskości rozumianej wyłącznie w kategoriach walki z tym, co może jej zagrozić, rozumieją miliony Polaków poszukujących wytrwale swego miejsca w nowej rzeczywistości i nie przestających, mimo to, czuć się Polakami.

Motywacje ludzi, dla których Europa stanowi przede wszystkim zagrożenie, są przejrzyste. Lęk przed tym co nowe i nieznane – a przecież to właśnie mają oni na myśli, kiedy mówią „Europa” – jest najzupełniej zrozumiały i towarzyszy człowiekowi na wszystkich etapach jego rozwoju. Trudniej usprawiedliwić tych, którzy ów naturalny lęk wykorzystują dla własnych lub partyjnych interesów.

Najpoważniejsze pytanie dotyczy jednak wykształconych i światłych obrońców Europy, którzy w imię „powrotu” do niej, z gorliwością godną lepszej sprawy kwestionują wartość polskiej tradycji narodowej upatrując w niej wyłączną przyczynę polskich klęsk i jedyne źródło wszelkich zagrożeń. Co ciekawsze, ci sami ludzie odwracają się najczęściej ze wstrętem od wszelkich prób rozliczenia dziedzictwa komunizmu, jakby ten właśnie okres w naszych dziejach nie pozostawił po sobie żadnych negatywnych zjawisk. I jakby to nie czterdzieści z górą lat panowania antyeuropejskiej, totalitarnej ideologii – lecz polskość wykorzeniała nas z Europy.

Polska tradycja narodowa w wydaniu najczęściej pojawiającym się na łamach niektórych „światłych” pism to ksenofobia i antysemityzm, katolicyzm sprowadzony do kultywowania pustego rytuału, dyktat „Radia Maryja” i fałszywy kult fałszywych proroków narodowej idei. Jest to wizerunek równie nieprawdziwy jak obraz Europy wolnej od tych wszystkich zjawisk.

W Polsce, trudno tego nie dostrzegać, są – wciąż niestety aż nazbyt liczni – antysemici, nacjonaliści, fanatyczni obrońcy jedynych prawd i katolicy, którym obca jest miłość i miłosierdzie. Tyle że nacjonaliści, lefebryści i antysemici są też w Europie. I w Europie, i w Polsce są też ludzie, którzy lubią czuć się Francuzami, Anglikami, Włochami lub Polakami. Ludzie przyznający się do narodowej tradycji i dumni ze swojej przeszłości, choć jednocześnie zdający sobie doskonale sprawę z tego, że nie była ona jedynie „pełna chwały”.

Poczucie narodowej tożsamości nie jest przeszkodą dla europejskiej samoidentyfikacji podobnie jak europejskość nie jest – i być nie może – usprawiedliwieniem dla braku patriotyzmu i poczucia solidarności z narodową wspólnotą. A także odpowiedzialności za nią – z dobrodziejstwem inwentarza wspólnej historii – i jej przyszłość. Ostateczne konsekwencje przyjęcia którejkolwiek ze skrajnych postaw – ograniczenia się do narodowej wspólnoty lub przekreślenia narodowej tradycji – znamy aż nadto dobrze: i nazizm, i komunizm były równie antyeuropejskie i antychrześcijańskie.

Miarą naszej europejskości nie jest zatem odrzucenie narodowej tradycji, lecz twórczy do niej stosunek, zdolność do sprawiedliwego jej osądu i woli włączenia tego, co w niej najlepsze w główny nurt europejskiej rzeki płynącej ku trzeciemu tysiącleciu.

Wiele jeszcze musimy nauczyć się od Europy, od której – raz jeszcze trzeba to powtórzyć – separowała nas nie polskość, lecz narzucony przemocą komunizm: przede wszystkim szacunku dla prawa i praw jednostki, samodzielności i wspólnotowego działania, zdolności do akceptowania tego co odmienne i społecznego sprzeciwu wobec wszelkich przejawów rasizmu, antysemityzmu czy przemocy.

Czy Europa może się czegoś nauczyć od nas? Czy polskość stanowi także wartość europejską? Z całą pewnością tak, jeśli zdefiniujemy polskość jako zdolność do wierności i ofiary, umiłowania wolności i tradycji, gotowość do heroicznej walki i zwyczajnej pracy. Tym właśnie cechom zawdzięczamy między innymi fakt, że pod koniec XX wieku Polska stała się dla Europy synonimem sukcesu. Polskie doświadczenie – i to chwalebne, i to wstydliwie ukrywane – może stanowić cenny wkład do poszukującej nowej tożsamości Europy. Tylko od nas zależy, czy tak się stanie: czy przestraszymy się wyzwania, które postawił przed nami papież, czy przyjmiemy trudną współodpowiedzialność za polską i europejską przyszłość.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Na koniec należy powiedzieć rzecz najbardziej, wydawałoby się – oczywistą: pytanie o to, czy polskość i europejskość są pojęciami wykluczającymi się wzajemnie, jest z gruntu fałszywe. Jan Paweł II, którego zasługi dla Kościoła, Europy i świata trudno przecenić, podobnie jak trudno zakwestionować jego umiłowanie polskiej tradycji, w ciągu dwudziestu lat swego pontyfikatu mówił to nam wielokrotnie. Jak długo będziemy udawać, że nie usłyszeliśmy jego przesłania skierowanego do nas wszystkich? Także do tych, którzy – z różnych powodów – ciągle jeszcze nie potrafią wyjść ze wzniesionych przeciwko sobie okopów.

Agnieszka Magdziak-Miszewska

Agnieszka Magdziak-Miszewska – ur. 1957. Studiowała polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim i teatrologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od 1984 r. pracuje w miesięczniku „Więź”, od 1995 r. jako zastępca redaktora naczelnego. W latach 1991-1995 radca minister pełnomocny w Ambasadzie RP w Moskwie. Ekspert Centrum Stosunków Międzynarodowych Instytutu Spraw Publicznych. Doradca premiera Jerzego Buzka. Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.