Jesień 2020, nr 3

Zamów

W gminie jak w Sejmie

Mniej niż połowa uprawnionych do udziału w wyborach skorzystała z szansy wpłynięcia na to, kto będzie przez najbliższe lata rządził lokalnymi społecznościami. Po każdych wyborach media pełne są komentarzy, dlaczego znaczna część ludzi znów pozostała w domach. Opinie wahają się od oskarżenia ludzi o brak dojrzałości do korzystania z demokracji aż po optymistyczną (dla wyborców, nie dla wybieranych) hipotezę, że do urn nie idą właśnie świadomi obywatele, powodowani niesmakiem wobec elit.

Mam wrażenie, że wśród nie głosujących znaleźć można osoby, które zrezygnowały z udziału w wyborach z najrozmaitszych powodów i znalezienie jednej, dominującej przyczyny wyborczej absencji jest niemożliwe. Warto jednak mieć na uwadze, że ci, którzy wybrali pozostanie w domu, nie chcą mieć wpływu na sprawy publiczne lub też nie wierzą, że mogą go w ogóle mieć. Ta oczywistość ma moc samosprawdzającej się przepowiedni. Nie uczestniczący w wyborach rzeczywiście pozbawiają się jakiegokolwiek wpływu na bieg spraw w swoim otoczeniu, pozostawiając je w rękach tych, którzy mają ku temu silniejszą motywację, wcale niekoniecznie wynikającą ze szlachetnych pobudek.

W porównaniu z poprzednimi wyborami samorządowymi frekwencja wzrosła o kilka procent. Może być to znakiem, że rośnie – choć bardzo powoli – liczba ludzi przekonanych o tym, że samorząd jest instytucją dla nich ważną. Jednak wciąż najwyraźniej dominuje przeświadczenie, że nie ma on istotnego wpływu na życie zwykłych ludzi. Jeśli tak jest w istocie, znaczyłoby to, że także działaczy samorządowych dotyka przypadłość powszechna w naszym życiu publicznym: nieumiejętność przekonania zwykłych ludzi nawet o rzeczywistych sukcesach. Samorząd na szczeblu gminnym istnieje przecież już kilka lat i – według zgodnych opinii – bilans jego działania jest zdecydowanie dodatni. Być może jednak spektakularne porażki mają większą moc przekonywania niż codzienne, „zwyczajne” sukcesy. Może zwykli ludzie uważają za oczywiste, że gdzieś szybko i tanio wybudowano drogę albo założono wodociąg i w ogóle nie wiążą tych faktów z działaniem samorządu, który kojarzy im się jedynie z gorszącymi kłótniami o odwołanie wójta. Nie można wykluczyć, że taki właśnie był efekt żałosnego widowiska, które przy okazji sporu o liczbę województw zafundowały całej Polsce jej polityczne elity (raczej „elity”) – od lokalnych po ogólnopolskie, z sukcesem wciągając do swych gier również niemało zwykłych ludzi, których przekonano, że istota zmian polega na zaspokojeniu lokalnych ambicji. Zapewne niemało obywateli uznało ten spektakl za symbol „reformy samorządowej”, pomijając konkretne efekty działania lokalnych władz, bo przecież drogi lepiej czy gorzej budowano także wcześniej.

W wyborach obowiązywała logika – nazwijmy to – polityczna, spychając na drugi plan logikę samorządową. Głosowano przede wszystkim na ugrupowania polityczne o znaczeniu ogólnopolskim, a nie na lokalne grupy zorganizowane wokół pomysłów rozwiązania konkretnych problemów. Można było odnieść wrażenie, że tzw. komitety niezależne też były często powiązane z partiami politycznymi.

Duże ugrupowania konstruowały swą kampanię wokół ogólnych haseł politycznych, tak jakby to były wybory parlamentarne, w sprawach lokalnych zajmując często stanowisko „ogólnie słuszne”, nie troszcząc się specjalnie o szczegóły. Np. mieszkańcy Warszawy mogli się więc dowiedzieć, że kogokolwiek wybiorą – nowi rajcy będą się troszczyć o bezpieczeństwo i poprawę komunikacji. Daremnie jednak można było szukać propozycji, jak konkretnie można to osiągnąć.

„Polityczność” wyborów samorządowych w jakimś sensie jest nie do uniknięcia, zwłaszcza w dużych miastach. Politycy w parlamencie zadbali jednak także o to, żeby kontroli ich ugrupowań nie wymknęły się nawet wybory w małych, wiejskich gminach. Zadecydowało o tym przede wszystkim ograniczenie do minimum zakresu obowiązywania ordynacji większościowej, oznaczającej wybieranie konkretnych osób, na korzyść zasady proporcjonalności, wraz z głosowaniem na listy. Co gorsza, ze świecą można szukać takich polityków, którzy nadmierne upolitycznienie samorządów w ogóle traktują jako problem, z którym trzeba się zmagać, a nie jedynie jako okazję do powiększenia wpływów swego ugrupowania.

Wyniki wyborów potwierdziły tendencję do utrwalania się dominacji dwóch bloków – AWS i SLD. Świadomie nie używam w tym kontekście słowa „polaryzacja”, gdyż oba ugrupowania są na tyle zróżnicowane, że mogą w nich znaleźć coś dla siebie zwolennicy bardzo wielu opcji politycznych.

AWS zdobyła wiele głosów, mimo że okres przedwyborczy wcale nie był dla tego ugrupowania korzystny. Znaczyłoby to, że atrakcyjna dla wyborców jest głównie formuła szerokiego, wielonurtowego bloku centroprawicowego. Ta komfortowa sytuacja – względnej wierności elektoratu, niezbyt wrażliwego na wahania politycznej koniunktury – nie powinna jednak usypiać czujności przywódców Akcji. Dalszy brak rozwiązania zasadniczych problemów AWS (słabość mechanizmu decyzyjnego, niejasna struktura, brak politycznej dynamiki, niekonsekwencja docelowej wizji państwa) może spowodować, że następnym razem centroprawicowy elektorat po prostu zostanie w domach.

SLD trwa nie zagrożona na pozycji jedynej poważnej siły na lewicy, jakkolwiek osobliwie by to brzmiało w przypadku partii reprezentującej przede wszystkim interesy byłej nomenklatury – tej uwłaszczonej i tej, która pozostała w strukturach państwa. O przyczynach tego stanu rzeczy napisano już wiele, a wybory samorządowe nie ujawniły w tej kwestii niczego nowego. Można więc tylko powtórzyć raz jeszcze, że siła postkomunistów, wnoszących w polskie życie publiczne amoralność, jest zasadniczym dla tego życia zagrożeniem. Tak się stać nie musiało (patrz – Czechy), tak jednak się stało i do rozwiązania pozostaje kwestia, co można w tej sytuacji zrobić. Nie da się jednak zrobić nic, jeśli znacząca część elit (nie tylko politycznych!) nie będzie uznawała problemu moralnego rozrachunku z komunizmem za zadanie pierwszoplanowe, choć zapewne obliczone na dziesięciolecia.

Unia Wolności uwierzyła najwyraźniej we własne hasło „Po pierwsze gospodarka” i jest na najlepszej drodze do trwałego zajęcia roli ugrupowania liberałów, skupionych na sprawach ekonomicznych i czerpiących swą siłę z bardzo daleko idącego pragmatyzmu. Jeden z socjologów określił – bynajmniej bez złośliwości – źródło obecnej siły UW mianem „potencjału szantażu”, co może służyć za miarę ewolucji tej partii. Przywiązanie do inteligenckich zasad, będące niegdyś znakiem firmowym zwolenników UD i UW oraz przedmiotem kpin krytyków, poszło w kompletne zapomnienie. Dawniej zarzucano niektórym przywódcom „unitów” instrumentalizację owych wartości – dziś można z nostalgią westchnąć za czasami, kiedy mówili oni o czymkolwiek innym niż gospodarka: po pierwsze, po drugie i po ostatnie.

Przegrane partie ostatnich wyborów parlamentarnych – PSL i Unia Pracy – postanowiły połączyć swe niezbyt wielkie siły i – zsumowały swe elektoraty: większy, wiejski PSL i mniejszy, miejski UP. Dało to Przymierzu wynik na poziomie zbliżonym do – gorszego niż w poprzednich wyborach – rezultatu UW. Powstaje pytanie, czy z połączenia partii tak różnych powstanie nowa jakość, czy też skończy się na taktycznej koalicji.

Porażka „Ojczyzny” i „Rodziny Polskiej” jest kolejnym przykładem, że wyborcy okazują się często mądrzejsi od polityków. Oba te ugrupowania łączy przekonanie o wyłączności posiadania racji i oczywista wobec tego niechęć do kompromisów, a także przeświadczenie, że ludzi podobnie myślących jest mrowie i wystarczy jedynie ich zorganizować. Ten sposób uprawiania polityki na pozór jest „czystszy” niż wejście w skład większego bloku i mozolne próby wywierania wpływu drogą negocjacji i kompromisu. Metoda bezkompromisowa ma jedną wadę: przynosi jej wyznawcom klęskę za klęską (i nie tylko im), co jednak wciąż nie zniechęca niektórych z nich. Można się obawiać, że w kolejnych wyborach pojawi się kolejne ugrupowanie tego rodzaju.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Przy okazji okazało się, że poparcie Radia Maryja nie ma takiego znaczenia, jak wydawało się po wyborach parlamentarnych. Nie wystarcza poparcie toruńskiej rozgłośni – trzeba także mieć propozycję atrakcyjną dla wyborców.

Wybory samorządowe odegrały dwojaką rolę: po pierwsze – w ich wyniku nastąpiło wyłonienie lokalnych władz, mających wiele do powiedzenia w swoich społecznościach; po drugie – był to sondaż popularności głównych sił politycznych oraz wskaźnik kierunku ewolucji życia politycznego w Polsce. Na głównych partiach politycznych spoczywa teraz nie tylko odpowiedzialność za kształt państwa, ale także za politykę lokalną. Miejmy nadzieję, że zdają sobie z tego sprawę partyjni przywódcy.

Tomasz Wiścicki

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.