Jesień 2020, nr 3

Zamów

Wspomnienie o PPN

Program Polskiego Porozumienia Niepodległościowego został ogłoszony 3 maja 1976 roku, a więc jedenaście lat temu. Dziś jednak po raz pierwszy będzie się publicznie mówić o PPN – i po raz pierwszy zabiera głos jego uczestnik.* Jest to taka moja, czy nasza – byłych PPN-owców, pierwsza przymiarka – i muszę przyznać, że nie jest to łatwe, bo uczestnikowi zawsze trudno jest wyzwolić się od poczucia daleko posuniętego subiektywizmu. Poza tym – PPN stanowił przedsięwzięcie bardzo nietypowe, więc trudno go opisywać w kategoriach zapożyczonych z przedsięwzięć innych, jak komitety samoobrony czy podobne im ciała. Ale najtrudniejsze jest to z tego powodu, że prawie wszyscy uczestnicy PPN-u żyją nadal w Polsce i nie mam zamiaru ich denuncjować. A z kolei – należałoby mówić o wszystkich. Nie tylko o tych, o którysh mówić można, tzn. o paru osobach już zmarłych, które wymienię, i o jednej, która gdzieś tutaj być na sali powinna, mianowicie o Wojciechu Karpińskim, który był uczestnikiem tego przedsięwzięcia od początku.

Pisano na temat PPN-u sporo. Pisał Bromke, jest także fragment w książce Holzera o „Solidarności”. Ale przeważnie pisano o PPN-ie – w formie ataków i kalumni – w prasie rządowej. Ciekawy i wart odnotowania jest fakt dużego zainteresowania PPN-em w ZSRR. Mój udział i rola w PPN-ie zostały po raz pierwszy publicznie rozszyfrowane w druku w Moskwie, a dopiero potem w Warszawie. Swego rodzaju laurkę wystawił PPN-owi i mnie niejaki pan Trubnikow, który napisał uczoną książkę pod tytułem „Krach operacji Polonia”. Jest to dzieło dosyć groteskowe, którego tezą jest, że taka mafijno-masońska organizacja PPN powstała w Polsce w roku 1976 i że z niej potem wyłoniły się KOR i wszystkie inne, a także – że ona właściwie potem zrodziła „Solidarność”.

Jest to takie ćwiczenie w bałwochwalstwie. To, co tam o mnie napisał pan Trubnikow, może zawrócić w głowie, bo niby ja to wszystko rozpętałem sam. Książka ta została potem streszczona przez pana Kruczka w „Kulturze”, przy czym bardzo zabawny chochlik korektorski zmienił PPN na KPN i wyszedł z tego nonsens, jako że KPN powstał w 1978 roku – po KOR-ze, a zatem nie mógł w żaden sposób wymyśleć KOR-u.

W latach 1982-83 było sporo tekstów w „Żołnierzu Wolności” i w „Trybunie Ludu”, wymieniano sporo nazwisk, trochę trafnych, trochę nietrafnych. Nazwiska wymieniane były na ogół z klucza przyjacielskiego, odnosiły się do moich przyjaciół i znajomych. Niektórzy z nich, naprawdę niewinni, byli tym nawet dosyć zaszokowani.

Myślę więc, że mówiąc o PPN-ie, zacząć trzeba od podstawowej informacji, co to takiego było i cośmy robili.

Zaczynając od tego, co jest namacalne – ogłosiliśmy czterdzieści pięć tekstów, z czego piętnaście zostało później zebranych w tomie, wydanym przez Instytut Literacki, a dwa inne były wydane też przez Instytut Literacki w osobnych tomikach. I znowu jakiś chochlik sprawił, że nie powiedziano tam, że są to publikacje PPN-u. Jedna – podpisana pseudonimem Bartecki – nazywała się „Gospodarka na manowcach”, druga – publikowana pod pseudonimem Rekulski – nosiła tytuł „Czy drugi Katyń?”. Obie te pozycje wyszły najpierw w PPN-ie.

Pierwsza publikacja PPN-u ukazała się wiosną 1976 roku – był to program; ostatnia – w lutym roku 1981. Były liczne przedruki tekstów PPN-u oraz ich antologie. Ostatnia obszerna antologia wyszła w Polsce około dwa lata temu nakładem CDN. Tyle rzeczy namacalnych.

A teraz o genezie PPN-u.

Muszę się przyznać, że to ja byłem inicjatorem tej imprezy i za jej błędy i wypaczenia ponoszę odpowiedzialność. Oczywiście nie sam ją zacząłem. Sam wymyśliłem, ale bez pomocy naprawdę wspaniałych ludzi, z których o kilku tu powiem, nie można byłoby tego ruszyć.

Z czego się ten pomysł urodził? Wziął się z poczucia potrzeby uporządkowania pewnych spraw na piśmie. Szło więc przede wszystkim o ułożenie programu, w postaci listy celów ostatecznych, które sobie – świadomie, podświadomie czy też nieświadomie – Polacy stawiają, czy stawiali wówczas. Wychodziliśmy z potwierdzonego przez wiele badań socjologicznych założenia, że w społeczeństwie polskim istnieje dosyć duża zgodność co do tak zwanych wartości naczelnych i celów politycznych, zgodność przebiegająca przez wszystkie pokolenia i przez wszystkie warstwy społeczne. Zgodność ta dotyczy zarówno tego, co można zwerbalizować, co można sobie uświadomić, co intelektualiści potrafią nazwać po imieniu, jak i tego, co czuje intuicyjnie tak zwany prosty człowiek. I była świadomość potrzeby ułożenia tego na piśmie. Odczuwaliśmy też potrzebę dania wyrazu nowej świadomości politycznej w Polsce, tej świadomości, której następny etap – w ostatnich latach – Bohdan Cywiński nazwał świadomością postkomunistyczną. Ale już w 1976 roku można było zauważyć elementy tego postkomunizmu w świadomości.

Przetrwanie doświadczeń komunizmu, czy tego, co w Polsce nazywało się „rozwiniętym śocjalizmem”, doprowadzało do sytuacji, w której oficjalnie propagowane hasła przyniosły skutek wręcz odwrotny do zamierzonego przez władze. Przejście przez ogromny szmat doświadczeń ekonomicznych i społecznych zmieniło sposób widzenia spraw gospodarczych, socjalnych i politycznych u ogromnych rzesz Polaków. To był drugi bodziec dania wyrazu tej nowej świadomości, nawet jeśli ta świadomość – celowo użyję tu paradoksu – nie była taka całkiem uświadomiona. Do tego problemu jeszcze wrócę.

Była poza tym potrzeba szukania tego, co łączy, czegoś – czuliśmy – głębszego, istotniejszego niż to, co dzieli. Z własnego doświadczenia wiemy, co nas dzieli; różnice te najszybciej rzucają się w oczy. Grono ludzi tworzących PPN żywiło przekonanie, że szukać należy przede wszystkim tego, co nas łączy.

I wreszcie – czwartym bodźcem była chęć wypracowania nowego języka dla pisania o sprawach politycznych. Mieliśmy bowiem poczucie, że język, którym posługuje się prasa oficjalna (a prasy niezależnej wówczas nie było – przypominam, że to, o czym mówię, dzieje się w zimie 1975-76 roku), był w powszechnym odczuciu fałszywy, „nieprzylegający” do rzeczywistości. Prasa emigracyjna była w tamtych latach o wiele bardziej odległa od rzeczywistości polskiej, niż obecnie i język jej także nie zawsze, w naszym odczuciu, do tej rzeczywistości przystawał. Co więcej, także w języku mówionym i nieoficjalnym w odniesieniu do spraw bieżących, politycznych, wyczuć można było pewne „luzy”, uniki czy kompleksy. Dam tu przykład szczególnie, jak sądzę, wyrazisty: mianowicie – z dużą ostrożnością obchodzono się ze słowem „naród”. Do dziś zresztą można zauważyć, że częściej i chętniej mówi się i pisze „społeczeństwo polskie”, aniżeli „naród”, choć jednocześnie ci sami autorzy zdają sobie świetnie sprawę, że Polacy uważają polskość, przynależność do narodu polskiego, za wartość samą w sobie. Potwierdzają to wyniki badań socjologicznych. Ten, kto jest Polakiem, uważa na ogół tę swoją przynależność za coś godnego jego własnego szacunku i uznania ze strony innych, nawet jeśli sam bardzo wielu poszczególnych Polaków uważa za świnie.

Pamiętam, że niektórzy konsultanci i recenzenci naszych pierwszych tekstów zwracali uwagę na to zagadnienie. Mówiono nawet, że jesteśmy skłonni nadużywać słowa „naród”, a nie należy tego robić ze względu na skojarzenia nacjonalistyczne, na rozmaite dawne zaszłości i ze względu na wielki nacisk języka oficjalnego, który wówczas, poza „partyzantami”, słowa „naród” unikał. Gdy zaś „partyzanci” mówili o narodzie, budziło to oczywiście kolejne resentymenty. Zdaniem większości spośród nas – i moim własnym – zarzuty te były niesłuszne: słowo „naród” precyzyjnie opisywało zbiorowość ludzką Polaków i jej poczucie przynależności i wspólnej więzi.

Drugim niemodnym wówczas słowem (przyszły historyk sprawdzi to, może napisze doktorat) było słowo „niepodległość”. Kiedy zaproponowana została nazwa tego ugrupowania, najogólniej i najprecyzyjniej jednocześnie mówiąc, słowo „niepodległość” budziło najwięcej oporów. Polskie, no to cóż – polskie; porozumienie – to jakoś się tam porozumiewamy, ale od razu – niepodległość? Brano to za prowokację i bardzo często za coś niepoważnego czy awanturniczego. Dziś natomiast słowo to stało się bardzo popularne, figuruje w nazwie różnych ugrupowań, przyjęło się. Nie sądzę, by to była nasza specjalna zasługa – chociaż może trochę tak – ale wskazuje to na fakt, że język, jakim wówczas mówiono o świadomości Polaków i o ich celach, był językiem niedość adekwatnym.

Jakie były początki PPN-u? Jak się do tego zabraliśmy, czy też: jak ja się do tego zabrałem, żeby tak kawałek autobiografii?… A więc w sposób dość paradoksalny. Mianowicie w maju 1975 roku ogłosiłem jako Marian Kowalski w ,,Kulturze” wielki artykuł o potrzebie programu. Zawierał on apel do emigracji, żeby emigracja nareszcie zrobiła nam program, ponieważ my w kraju to tak za dużo o tym świecie nie wiemy, nie bardzo umiemy myśleć, dostęp do informacji mamy ograniczony i w ogóle skapcanieliśmy trochę… A skoro sens życia, sens istnienia emigracji polega na tym, by prowadzić działalność polityczną, no to – niechże nam ona jakoś ten program ułoży.

Przyznam się szczerze i bez bicia, że nie bardzo wierzyłem w to, żeby ten apel poskutkował. Z „ostrożności procesowej” jednak apel ten został wystosowany i obłożony rozmaitymi postulatami. Wyłożyłem tam potrzeby i cele, którym taki program powinien służyć i tak dalej. Miało to sens wielokrotny. Tekst ten pisałem, co prawda, w Ameryce, w chwilach wolnych od wykładów, ale o jego potrzebie i roli rozmawiałem wcześniej z przyjaciółmi z kraju, a nieco potem – także z przyjaciółmi za granicą. Chodziło o to, by w tym tekście jakoś samemu sobie ułożyć problematykę, trochę dla wprawy i dla intelektualnego odbicia się. Chciałem przy tym nadać charakter publiczny potrzebie takiego programu, lojalnie, by uniknąć później ewentualnego zarzutu uzurpacji, że oto ja, czy my, układamy nagle program. Tak więc w maju 1975 roku ogłoszony został formalny wniosek: prosimy o ułożenie programu.

Minął rok, program został ułożony, tylko z innej strony przyszedł, mianowicie z Warszawy, Krakowa i z innych miast polskich.

Z tekstem artykułu w ,,Kulturze” miałem w międzyczasie pewną przygodę, która miała swoją stronę komiczną i miała stronę groźną. Kiedy w lecie 1975 roku wracałem z zagranicy, z jakiejś krótkiej konferencji w Londynie, ktoś na mnie najwidocznie złożył donos, tak, że na lotnisku w Warszawie zostałem bardzo starannie rozebrany i znaleziono przy mnie – 158 bez konieczności rozbierania zresztą, bo w walizce – egzemplarz „Kultury” z tym tekstem. Domyślam się, że powodem mógł być fakt, że trochę zbyt wylewnie, półpublicznie, chwaliłem najnowszą książkę Jakuba Karpińskiego, czyli Marka Tarniewskiego. I zdaje się, że to doszło do Warszawy, gdzie już na mnie czekano. Strona groźna polegała na tym, że po prostu wytoczono mi formalne śledztwo, z prokuratorem, przesłuchaniami itd. Skonfiskowano wszystko, co przywiozłem, łącznie z notatkami. Ciągnęło to się, ciągnęło – i to spowodowało, że naszą robotę PPN-owską zaczynaliśmy później bardzo ostrożnie, by znowu w coś niechcący nie wpaść.

Nasze środki ostrożności, jak na ówczesne czasy, mogły nawet wyglądać śmiesznie w porównaniu z tym, jak swobodnie zachowywali się w dwa, trzy lata później koledzy, których czołowym przedstawicielem jest impresario dzisiejszego wieczoru – Mirosław Chojecki. Można powiedzieć o tym tak, że zostałem potężnie nastraszony na samym początku, ale można też powiedzieć, że szybko zauważyliśmy, iż szkoda czasu na użeranie się z władzami, gdy się człowiek podłoży, lepiej więc robić swoją robotę po cichutku.

Jak powstawał ten program? Na początku zupełnie nieformalnie, nieoficjalnie, jakby mimochodem. Poza Wojciechem Karpińskim, zaledwie parę osób wiedziało, że coś takiego się szykuje. Te kilka osób rozmawiało z jeszcze innymi i tak gromadziliśmy ziarnka do poszczególnych elementów programu, który w punktach swych zawierał zasady, postulaty, ideały i tak dalej. Nie będę go streszczał, bo tekst jest dostępny. A potem – po wielu konsultacjach i korzystając z mnóstwa notatek – usiadłem i napisałem ten tekst. Następnie zaczęła się kolejna tura konsultacji z rozszerzonym już gronem osób.

Wbrew temu, co nam niekiedy zarzucano, osoby, z którymi rozmawialiśmy o tym tekście i o tekstach następnych, to nie byli wcale sami literaci, ani sami intelektualiści. Rozmawiając na przykład ze znajomym górnikiem, nie wprowadzaliśmy go oczywiście we wszystkie tajniki sprawy, ani nie mówiliśmy: wie pan, tutaj, w siedemnastym punkcie, mamy – dajmy na to – sprawę kółek rolniczych; co pan o tym myśli?… Prowadziło się po prostu rozmowy na określony temat i sondowało, co ludzie o tym sądzą i jakie widzą wyjścia z obecnej sytuacji. Podałem tu trochę groteskowy przykład kółek rolniczych. W istocie chodziło o to, by rozmawiając z robotnikami, z rolnikami, z duchownymi, z przedstawicielami najrozmaitszych sfer, dowiedzieć się, co oni myślą, co czują. Nie chodziło o wydobycie od nich jakichkolwiek tajemnic, tylko po prostu o uchwycenie tego, co tkwi w ich świadomości, a co zwykle nie jest werbalizowane.

Program, przepisany z wielkimi ostrożnościami przez moją żonę, został przemycony przez granicę i ukazał się jednocześnie tam i w Polsce. W kraju ukazał się w sposób bardzo specjalny. Nie mieliśmy powielaczy.
Takie rzeczy, jak fotooffsety, istniały tylko w sferze marzeń. Mieliśmy za to bardzo dzielnego fotografika, który na papierze fotograficznym dużego formatu odbijał strona po stronie. Egzemplarz programu kosztował więc dużo, a przy tym – była to kupa ciężkiego papieru, bardzo czytelna, ale niełatwa do kolportowania. Odbić tego mogliśmy bardzo niewiele. Kiedy „Tydzień Polski” pierwszy wydrukował ten program za granicą, można było fotografować już nie maszynopis. Wreszcie i nam udało się wydrukować ten tekst, dzięki dostępowi kilku osób, najpierw do kserokopiarek, potem – do pewnej drukarni. Początki były niełatwe, zwłaszcza od strony technologicznej. Egzemplarzy było więc tak mało, że nawet współautorzy nie posiadali ich tak naprawdę na własność.

Po powstaniu i ogłoszeniu programu zespół ludzi współpracujących bardzo szybko rozszerzył się. Strukturę tego zespołu nazywaliśmy między sobą strukturą ośmiornicy. Nie dlatego, by było nas ośmiu i nie dlatego, byśmy kogoś pożerali lub wysysali krew. Stanowiliśmy po prostu niesformalizowane grono osób, nie posiadających tytułów, które czuwało nad ostatecznym redagowaniem tekstów i uzgadnianiem tych spośród nich, które miały charakter bardziej programowy. Grono to spotykało się czasami w kilkuosobowym zespole. Wszystkie inne spotkanie przez cały czas były spotkaniami dwuosobowymi. Była to taka ośmiornica, która miała macki – tu dwie osoby się spotkały, gdzie indziej także dwie osoby, potem znów dwie – i tak dalej. Zabierało to oczywiście mnóstwo czasu, zanim po macce ośmiornicy wszystko wróciło do jej brzucha. Zapewniało natomiast nieprzenikalność.

Była jedna wpadka, ale czysto zewnętrzna, przypadkowa. Mój amerykański znajomy, wiozący mój list za granicę, dał się zrewidować i pozwolił sobie ten list zabrać. Zostałem wtedy rozszyfrowany. Nie było poza tym żadnej innej wpadki, właśnie chyba dzięki tej strukturze, że nie spotkało się więcej osób naraz i że znali się tylko ci najbliżsi. Skutek tego jest taki, że ja na przykład, mimo że wraz z kilku innymi osobami siedziałem w brzuchu tej ośmiornicy, do dziś nie wiem, kim byli autorzy niektórych tekstów. Nie wiem, kto napisał „Gospodarkę na manowcach”. Nie znam także nazwisk dwóch innych autorów tekstów PPN-u, tak, jak i autora książki „Najnowsza historia Polski” (pseudonim: Andrzej Albert), która miała wyjść u nas. Wreszcie wydał ją „Krąg”. W 1981 roku książka ta poddana była wielu recenzjom i konsultacjom, autor miał wprowadzić poprawki, nie zdołał tego uczynić i książka wyszła później bez poprawek.

Praca nasza miała dwa zasadnicze aspekty – pisanie tekstów i konsultowanie ich. Konsultacji było znacznie więcej, pisania mniej. Konsultacje były zajęciem najbardziej czasochłonnym. Jeśli chodzi o teksty – można wyróżnić trzy ich rodzaje.

Po pierwsze – oświadczenia, które były zwykle redagowane bardzo szybko, przez grono osób najściślej współpracujących, nie na zebraniach redakcyjnych, ale właśnie na zasadzie kontaktów dwu-, czasem trzyosobowych.

Były też teksty o charakterze bardziej programowym, konsultowane bardzo szeroko. „Żołnierz Wolności” w jednym ze swych artykułów w 1982 roku pisał, że jacyś tam ludzie z PPN-u twierdzą, że grupa ich liczyła pomad sto osób. Tylu nazwisk nie potrafiłbym wymienić, ale myślę, że liczba ta była większa, sądząc wedle aktywności ludzi, którzy znosili pwmysły, teksty, kawałki tekstów, sugestie, postulaty, przykłady itp.

Później przybyło nam trzecie zajęcie, najbardziej kłopotliwe i chwilami najbardziej czasochłonne, to jest kolportaż. Udało nam się w dość krótkim czasie uruchomić własną powielarnię. Mieliśmy najpierw jeden, potem dwa powielacze ręczne, przywiezione z Anglii. Czasami udawało się nam coś odbić innym sposobem, ale – o ile pamiętam – wszystkie teksty od siódmego numeru wychodziły już regularnie na powielaczu. To była olbrzymia robota, nie mieliśmy do niej odpowiednich ludzi, drukowaniem zajmowali się po trosze sami autorzy, zapędzaliśmy do pracy członków rodzin. Było z tym mnóstwo kłopotu. Ludzie, którzy się tą robotą zajmowali, nie mieli na ogół przygotowania techniczno-drukarskiego i czasami tak byli umazani, że cały denaturat w dzielnicy był przez nas wykupywany – aż wreszcie go brakło.

Drukowaniem zajmowało się więc wiele osób, czasami dość nieoczekiwanych. Ale z tych nieoczekiwanych ludzi wychodziły często nieoczekiwane pokłady dzielności. Chcę tu podać trzy przykłady osób, które odegrały w naszym przedsięwzięciu bardzo dużą rolę, każda inną – i bardzo się zasłużyły.

Naszym najznakomitszym autorem był niewątpliwie Andrzej Kijowski, autor podstawowych wersji kilku tekstów i współredaktor wielu innych. Bez Andrzeja nie ruszylibyśmy z taką werwą publicystyczną. Andrzej był autorem pierwszego tekstu, który wywołał tak dużo szumu, ponieważ niektórzy zdecydowanie nie zgadzali się z nim. Był to tekst „Tradycja niepodległościowa i jej wrogowie”, zdecydowanie polemiczny, ale bardzo starannie uzgodniony ze wszystkimi, z którymi dało się to uczynić.

Powiedziałem uprzednio, że tworzyliśmy różnego rodzaju teksty, a więc oświadczenia, teksty programowe, ale także opracowania analityczne, konsultowane tylko ze specjalistami, wreszcie – teksty autorskie. Te ostatnie przechodziły również przez redakcję centralną, ale odpowiedzialność za nie brali głównie autorzy. Były one sygnowane indywidualnymi pseudonimami.

Andrzej Kijowski napisał jeden z takich tekstów, podpisany pseudonimem „Czwórka” – o problemach polsko-niemieckich. Dwa pozostałe teksty o tej tematyce były dziełem zbiorowym. Pisaliśmy je wspólnie, tak że nie sposób jest odtworzyć, kto ile napisał.

Zupełnie inną rolę, również bardzo ważną, pełnił w PPN-ie inżynier Henryk Dembiński, który dołączył do nas w jakieś półtora roku po rozpoczęciu działalności. Był osobą bardzo cenną, bo był spoza środowiska czysto intelektualnego, miał natomiast kontakty inżyniersko-spółdzielniane i bardzo dużo zdrowego, życiowego rozsądku. I nieraz zwracał uwagę na rozmaite rzeczy, które uszły uwadze innych.

Był poza tym nieoceniony do kontaktów, ponieważ będąc na emeryturze i mając małego fiacika, był dosyć ruchliwy. Miał ponadto bardzo wielu znajomych, więc i wiele konsultacji odbywało się przez niego. A przede wszystkim – był idealnym kolporterem. Przeciętny kolporter bibuły (kursowała już wtedy, były to lata 1978-79), był to na ogół jakiś młody człowiek, w trampkach i z plecakiem, o wyglądzie turystycznym, z lekko zmierzwioną grzywą, zupełnie jakby przed chwilą wypełzł z namiotu. Pan Henryk Dembiński w niczym nie przypominał takiego kolportera. Był człowiekiem o wyglądzie nobliwym, wyjątkowo przystojnym, podróżował zawsze fiacikiem ze swoją elegancką walizeczką. Nikomu nie przychodziło do głowy, że ktoś taki może wozić jakieś podejrzane rzeczy. Nie można było wymyśleć lepszego kolportera i lepszego człowieka do kontaktów.

Zupełnie inną rolę odgrywał człowiek też wspaniały, także już dziś nieżyjący – pan Jan Zarański. Wieloletni dziennikarz, pracował kiedyś w „Gazecie Ludowej”, następnie, po wielu latach więzienia w czasach stalinowskich pracował w rozmaitych pismach, m.in. w „Życiu Warszawy”. Sam tekstów nie pisał, pomagał w ich redagowaniu. Znał mnóstwo ludzi, z temperamentu trochę brat-łata, miał wielką łatwość w nawiązywaniu nowych kontaktów, a przy tym – bardzo dobrą pamięć. Był więc nieocenionym konsultantem.

To tyle o biografii PPN-u. Chciałbym teraz powiedzieć coś o jego działalności politycznej, zdając sobie równocześnie sprawę, że temat ten precyzyjniej opisać może ktoś z zewnątrz. Ja mogę mówić o tym, co chcieliśmy zrobić, jakie mieliśmy założenia i pomysły.

Założeń podstawowych było kilka.

Po pierwsze – uznaliśmy za aksjomatyczne, że tylko Polska niepodległa jest do przyjęcia dla Polaków. Był to dla nas dogmat, że tylko dążenie do niepodległości nadaje sens wszelkim politycznym działaniom. Wyciągaliśmy stąd wniosek, że Polska, która godziłaby się z brakiem niepodległości, wyrzekłaby się tym samym ogromnej części swojej kultury.

Drugim naszym założeniem było, że istnieje zasadnicza zgodność interesów politycznych bardzo znacznej większości narodu polskiego. Założenie to nie jest tak oczywiste. Jeśli popatrzeć na inne narody, inne społeczeństwa czy na obywateli innych państw, często widać, że interesy te bywają sprzeczne i trzeba je godzić przy pomocy ustaw, sędziów, albo i policji. W Polsce – w ostatnich latach – nastąpiła silna polaryzacja. Jest ona, jak wiadomo, w ogromnej mierze wynikiem działania czynnika zewnętrznego. W roku 1976 takiej polaryzacji nie było.

Założenie trzecie głosiło, że demokracja pluralistyczna, przy wszystkich swych wadach, jest tym ustrojem, o jaki nam naprawdę chodzi.

Czwarte wreszcie założenie polityczne dotyczyło naszych stosunków z sąsiadami. Mówiło się o tym, że musimy dążyć do przezwyciężenia tradycji konfliktów z naszymi sąsiadami. Nie za cenę wyrzekania się niepodległości – bo to był aksjomat, ale za cenę wyrzeczenia się pewnych tradycji, marzeń, roszczeń; nie – żeby coś oddawać za nic, ale żeby zwiększyć szansę niepodległości i dla nas, i dla innych. Z tego wynikał także postulat przyjęcia obecnych granic Polski za ostateczne.

Czym miała być nasza działalność? Jak ją sobie wyobrażaliśmy całościowo?

Miała to być działalność poświęcona edukacji narodowej, oparta na wyrażaniu tego, co Polacy czują, a czego sobie nawet często nie uświadamiają oraz na pogłębianiu, analizowaniu, rozpracowywaniu tego, co myślą ci, których życie polityczne jest bardziej świadome, którzy o polityce myślą półzawodowo, chociaż politykami nie są.

Była to więc edukacja narodowa, polegająca raczej na rozpoznawaniu, wyrażaniu i analizowaniu tego, co jest, a nie na wymyślaniu czegoś nowego. Mógłbym tutaj sparafrazować dość stare zdanie Pindara: „Stań się, kim jesteś”. A więc Polaku – stań się, kim jesteś, zobacz, kim jesteś, uświadom sobie, kim jesteś, czego chcesz, co ci jest potrzebne, do czego dążysz, o czym marzysz – i co stanowi o tym, że jesteś taki, jaki jesteś.

Myślę, że nigdy nie byliśmy nacjonalistami. Nikt z nas nie uważał, że Polacy są lepsi, niż inni. Ich inność, rzeczywista i potencjalna, jest wartością, jeśli polega na spełnianiu możliwości kulturowych, które zawarte są w tradycji, w naszej sytuacji politycznej, w sytuacji społecznej.

Problem edukacji narodowej wiązaliśmy z myśleniem o konieczności kształcenia alternatywnych elit przywódczych, których rolą miało być właśnie uświadomienie Polakom, kim są i do czego dążą. Elita przywódcza, która funkcjonowała oficjalnie, miała swój sposób kształcenia, rekrutacji, dobierania i utrącania, natomiast elity alternatywnej nie było widać. Powtarzam – był to rok 1976 – teraz jest inaczej.

Czym PPN nie miał być?

Nie miał zajmować się instruktażem zorganizowanych działań politycznych – to zupełnie nie leżało w sferze naszych zamiarów. Czasami natomiast wydawaliśmy teksty instruktażowe, takie jak np. „Obywatel a służba bezpieczeństwa” – najpopularniejszy tekst, wielokrotnie powielany, wznawiany nawet teraz, już po stanie wojennym, jako aktualny. Pouczał on obywatela, jak ma się obchodzić ze służbą bezpieczeństwa, jakie ma przy tym uprawnienia, na jaki paragraf i kiedy może się powołać i – żeby podczas przesłuchania siedział cicho.

Był to tekst-instruktaż i czasami temu podobne wydawaliśmy, ale nie mieliśmy ambicji dawania zaleceń, jak prowadzić zorganizowane działania polityczne. Aby czymś takim zajmować się, musielibyśmy albo działać jawnie, albo też stworzyć organizację ze służbową strukturą – z wydawaniem poleceń i spełnianiem ich. My natomiast stanowiliśmy luźne grono wolontariuszy, z których każdy robił to, do czego się poczuwał i gdzie nikt nie miał wobec nikogo żadnej gestii, poza gestią poprawek stylistycznych czy konsultacji na tematy merytoryczne.

Co do jawności działania, to wkrótce potem znaleźli się tacy, co zaczęli działać jawnie: zaraz po maju 1976 przyszedł czerwiec, a po czerwcu – wrzesień.

Myślę, że to opisywane tutaj ustawienie naszej grupy miało swoje zalety. Pozwoliło nam funkcjonować dosyć długo i z niezłą produktywnością. Przynajmniej część tekstów PPN-u nadal zachowuje swoją aktualność i swoją wartość merytoryczną. Ustawienie to miało też swoje wady – wyraźne bowiem stawianie celów ostatecznych, takich jak niepodległość, całkowita zmiana ustroju itp. powoduje, że ludzie, którzy się pod tymi celami podpisują, są spaleni wobec władzy. Dlatego też działaliśmy w ukryciu i anonimowo. Z całej naszej grupy rozszyfrowany zostałem tylko ja.

Gdy 25 sierpnia trafiłem do Stoczni Gdańskiej i dostałem legitymację konsultanta, po zastanowieniu się doszedłem do wniosku, że lepiej będzie, jeżeli będę się od tego trzymał, przynajmniej na razie, z daleka. Władze wiedzą, co mam na sumieniu, bardzo łatwo będzie więc tej instytucji, czy temu komitetowi, któremu doradzam, przylepić łatkę, że oto tutaj siedzi taki potwór, który ich wpuszcza w kanał zmiany ustroju. Opisuję to na przykładzie własnym, ale to dotyczyć mogło także innych.

Wysuwanie tego rodzaju programu, co na przykład program PPN, pociąga za sobą określone konsekwencje, płaci się zań określoną cenę.

Innym kosztem tego rodzaju działań jest swoisty elitaryzm, do którego zresztą oczywiście nie poczuwaliśmy się i z którym staraliśmy się walczyć. Teksty pisali zawodowcy od pisania tekstów do publikacji, ale nasze kontakty poza środowiskiem tak zwanych intelektualistów były naprawdę dość szeroko rozbudowane.

Następną wadą była trudność łączenia tego typu działalności z jawną robotą organizacyjną w innych ramach. Gdy pojawiła się „Solidarność”, stanęliśmy przed wyborem – co robić, jak się zachować? To nie była tylko kwestia czasu, ale przede wszystkim problem jak gdyby dwuznaczności zaangażowań. Stawały przed nami pytania: czy ktoś, kto pełni funkcję z wyboru w jakiejś organizacji, takiej jak „Solidarność”, ma moralne prawo jednocześnie uczestniczyć jako współorganizator, jako współtwórca programu, w pracach ugrupowania zupełnie innego, w zespole, który wyraźnie stawia sobie cele przerastające cele owej organizacji pierwszej, gdzie został wybrany jako członek jej władz. Stwarzało to pewien rzeczywisty konflikt sumienia i znam osoby, które ten konflikt przeżywały. Uległ on, na szczęście, pewnemu osłabieniu, bo po prostu w okresie jawnego działania „Solidarności” nie mieliśmy właściwie czasu na nic więcej, poza robieniem tego, co robiło się na powierzchni. A i na to nie zawsze był czas.

Ten okres jedno udowodnił nam od razu w sierpniu 1980 roku: spóźniliśmy się – my, PPN-owcy i wszyscy – ze sprawą kształcenia elit czy kadr przywódczych. Gdyby nie Klub Inteligencji Katolickiej i grono ludzi z tego środowiska, to w ogóle nie byłoby w pierwszych tygodniach „Solidarności” wiadomo, do kogo się udać po radę. Nie tylko dlatego, że brakowało zaufania do innych środowisk, ale również z tego powodu, że po prostu nie było ludzi przygotowanych na taką ewentualność.

Jedno jeszcze, co chciałem tu powiedzieć: co mianowicie nam, weteranom, zostało z okresu wspólnego działania w PPN? Czasami kontaktujemy się jakoś tam ze sobą, nie wszyscy, oczywiście, bo wszyscy nie znaliśmy się nawet.

Zostało – mówiąc osobiście – wspomnienie bardzo cennego przeżycia: współpracy z gronem rzeczywiście wspaniałych ludzi. Przekonaliśmy się, że taka współpraca jest możliwa przy zachowaniu pewnych reguł ostrożności, nie politycznej i nie policyjnej, ale psychologicznej; współpraca ludzi, którzy nieraz poza tym ze sobą nie rozmawiali, nie utrzymywali ze sobą kontaktów w życiu prywatnym. Ktoś kiedyś może opisze, jak to ludzie z przeróżnych „parafii”, ludzie, którzy wzajemnie z trudem się tolerowali, pracowali nad tymi samymi tekstami, niby wiedząc o tym, a niby nie wiedząc. Podejmowali się tego, gdyż mieli poczucie spełnienia obowiązku, który sami na siebie nałożyli.

Gdybym nasze przeżycie współpracy miał krótko scharakteryzować, wymieniłbym dwa elementy.

Mieliśmy przede wszystkim świadomość służebności naszej roli wobec społeczeństwa. Cała nasza praca odbywała się po kryjomu i nikt z nas nie miał z tego żadnych aktorskich profitów, żadnych świateł sceny, ani gratyfikacji czy nagrody, jaką często przynosi działalność polityczna czy społeczna. Ta szczególna sytuacja naszej współpracy wyzwalała w ludziach poukrywane pokłady – trzeba tu użyć wielkiego słowa – ofiarności i ułatwiała także wyrzekanie się osobistych ambicji.

Obok świadomości służebności, pracy na efekt czytelniczy, a nie jakikolwiek inny, istniał jeszcze drugi element naszego wspólnego działania. Uzgodniliśmy mianowicie między sobą, że wyznajemy pewne zasady i cele nadrzędne, po czym staraliśmy się w ich świetle opisywać rzetelnie rzeczywistość, bez żadnych taktycznych względów na oku. Pisząc na przykład teksty na temat naszych sąsiadów, zwłaszcza dotyczące problematyki polsko-niemieckiej, czy też tekst na temat Kościoła, nie zamierzaliśmy niczego tymi opracowaniami załatwiać. Naszym celem było jak najrzetelniejsze wyciąganie wniosków z przyjętych i jawnie zadeklarowanych zasad.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Czy to się nam udało? Na pewno nie całkowicie, bo byłoby to nadludzkie. W jakim zaś stopniu udało się – to już nie mnie sądzić.

Zdzisław Najder

* Tekst wykładu wygłoszonego 2 kwietnia 1987 r. w Klubie „Kontaktu” w Paryżu. Przedruk za „Widnokręgi” 1987, nr 6-7.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.