Zima 2020, nr 4

Zamów

Wygrane klęski

W polemice z artykułem Grzegorza Bytnara Marcin Król napisał: Klęska więc bywa udziałem ludzi najbardziej szlachetnych i patriotycznie nastawionych, lecz politycznie bezmyślnych. Udziałem polityków, z rzadkimi wyjątkami, bywa tylko przegrana. Trzeba przemyśleć jej przyczyny i zmienić taktykę. (…) Warto jednak zdawać sobie sprawę, że w fascynacji przegraną, w liczeniu ran i w liczeniu na sąd Boży, który kiedyś dosięgnie naszych przeciwników, jest pewien rys orientalny, dziwny u tak przecież lubiących chwalić się swoją europejskością Polaków. Europejskość w tym przypadku polega chyba na racjonalnej analizie przyczyn porażki, zmianie taktyki, przegrupowaniu sił i składaniu wieńców na cmentarzach w odpowiednie po temu dni. („Tygodnik Powszechny” z 12 września 1982 roku).

Artykuł Bytnara i polemika Króla dotyczą osoby Józefa Piłsudskiego i losów prowadzonej przez niego przed i podczas I wojny światowej polityki. Marcin Król dowodzi, że Komendant nie zniechęcał się porażkami, potrafił wyciągać z nich wnioski i kontynuować działania mające cały czas ten sam generalny cel na względzie. Jeśli trzymać się osoby Piłsudskiego, Król ma rację. Chce on jednak ten przypadek uogólnić i powiedzieć więcej – prawdziwy polityk nie ponosi klęski. Polityk, który w przegranej upatruje legendę, zamiast zmienić taktykę, chce mimo nokautu walić głową o ścianę, ten ma zapewnione i więzienie i miejsce w narodowym panteonie, ale nie ma co liczyć na sukces polityczny.

Piłsudski był politykiem wytrawnym, ale i „szczęściarzem”, gdyż warunki zewnętrzne, koniunktura międzynarodowa sprzyjały jego zamiarom. Zmieniał taktykę, ale nie musiał zmieniać celu, nie potrzebował udawać, że przestaje walczyć cały czas o te same cele. Nie zawsze jednak koniunktura międzynarodowa sprzyja politykom przywiązanym do swojej idei i programu. Czy znaczy to, że powinni swój program zarzucić, choć uznają go za słuszny? A może raczej powinni trwać i przenosić wyznawane przez siebie wartości przez trudny okres, z nadzieją, że jutro warunki okażą się bardziej sprzyjające ich realizacji?

Od końca XVIII wieku nie było długotrwałej koniunktury międzynarodowej dla sprawy odbudowy niepodległego państwa polskiego. Trzy mocarstwa zaborcze były bezpośrednio zainteresowane w utrzymaniu swego panowania nad Polską, innym państwom Europy me zależało na wskrzeszeniu Rzeczypospolitej. Ład europejski nie wymagał istnienia niepodległej Polski. Raczej odwrotnie – działania na rzecz odbudowy państwa polskiego zagrażały pokojowi światowemu.

Od końca XVIII wieku klęski stale towarzyszyły życiu Polaków. Klęską skończyła się próba uzdrowienia państwa w okresie Sejmu Czteroletniego i uchwalenie Konstytucji 3 Maja. Klęską skończyło się powstanie kościuszkowskie, wojny napoleońskie, powstanie listopadowe, wielkopolskie, styczniowe i rewolucja 1905 roku. Wszystkie te zrywy skończyły się klęską. Ponieśli również klęskę ich przywódcy i albo musieli cierpieć długotrwałe prześladowania, albo uchodzić z kraju, często na całą resztę życia.

Czy klęski można było uniknąć? Tak, ale tylko za ceną rezygnacji z podstawowych celów tych zrywów i przejścia na program ugody z zaborcą. I to też nie zawsze. Nie mógł Kościuszko, Mochnacki, Lelewel, Czartoryski, Mierosławski czy tym bardziej Traugutt podpisać kompromisu z zaborcami i walczyć innymi środkami o dotychczasowe cele. Nie chciał bowiem takiego kompromisu zwycięzca, zainteresowany wyłącznie kapitulacją. Nie mogli jej podpisać powstańczy przywódcy, gdyż zaprzeczyliby sobie i skompromitowali się w opinii publicznej. Ci, którym dane było znaleźć się na obczyźnie, walczyli dalej, ale była to walka mimo poniesionej klęski.

Cóż to jednak naprawdę znaczy „klęska”? Czy polskie powstania rzeczywiście kończyły się klęską? Aby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba najpierw zapytać, o co toczyła się walka przez cały okres niewoli narodowej?

Zasadniczym celem okupantów było zniszczenie narodu, a więc pozbawienie go woli bycia niepodległym. Chodziło o to, by obce panowanie nad Polską stało się czymś oczywistym. Aby ten, kto ośmieli się mówić o wolnej Polsce, był uważany za szaleńca, z którym rozmawiać nie należy, bo to i absurdalne, i niebezpieczne. Chodziło o to, by pamięć o wolnej Rzeczypospolitej zniekształcić, by karykaturalny obraz odchodził w przeszłość tak dawną i zamgloną, że aż prawie nierzeczywistą.

Jeśli pamiętać o tym zasadniczym celu zaborców, to żadne z powstań nie było prawdziwą klęską. Prawdą jest, że przegrywano bitwy i wojny, że ginęli wspaniali ludzie, że ucisk po powstaniach był większy niż przedtem. Ale każde powstanie niweczyło zabiegi zaborcy, pragnącego, by nie było manifestacji woli niepodległości, by nie było współczesnej historii Polski. Chociaż po każdej przegranej następował dłuższy okres utraty nadziei, to był to również czas krzepnięcia narodu. Każde powstanie było kolejnym doświadczeniem narodowym, organizowało świadomość, przypominało o tym, że niewola nie jest stanem normalnym. Po klęsce następował okres „liczenia ran”” i uzupełniania „narodowego panteonu” o nowych bohaterów. W tej atmosferze rozpamiętywania klęski i fascynacji umarłymi przywódcami kształtowała się świadomość narodowa, pragnienie wskrzeszenia wolnej Polski.

Historia XIX wieku dla żyjących współcześnie składała się z opisów przegrywanych walk, martyrologii więziennej i zesłańczej. Można mieć szacunek dla pozytywistów, a nawet krakowskich Stańczyków, ale trzeba pamiętać, że ich działania nie zawsze i nie w każdym zaborze mogły być skuteczne. W tak sprzyjającej atmosferze, jak galicyjska, Stańczycy mogli stworzyć piemont polskiej nauki, kultury, szkołą parlamentaryzmu i demokracji (choć niedoskonałą, to przecież cenną). Te zasługi nie będą im zapomniane. Ale trzeba pamiętać, że ich linia postępowania mogła być owocna tylko w liberalnej monarchii Franciszka Józefa. Nie oni wreszcie przenieśli przez cały wiek XIX ideę odbudowy niepodległego państwa.

Ogromną rolę w kształtowaniu świadomości narodowej spełniła literatura. Bez zrywów powstańczych takiej literatury byśmy nie mieli. Powstawała ona w atmosferze walki i klęski, rozdrapywała rany, a przeto nie pozwalała zapomnieć o celu narodowym, nawet wbrew warunkom zewnętrznym.

Czy przegrane powstania oznaczały zwycięstwo zaborców? Czy Paskiewicz wygrał rok 1831, czy Murawiew-Wieszatiel wygrał rok 1863? Formalnie tak. Ale po pacyfikacji nienawiść do zaborcy zwielokrotniała się i nie dawała szans na trwale uspokojenie narodu. W pierwszym okresie represje mogły zastraszać społeczeństwo, ale równocześnie ofiary zaczynały żyć własnym pośmiertnym życiem. Każdy powieszony, rozstrzelany, uwięziony, zesłany obrastał legendą, która była niezniszczalna. Na tej legendzie, w nienawiści do ciemiężycieli i zabójców, wychowywały się następne pokolenia. Masakry uspokajały więc zbuntowanych „na dziś”, ale przygotowywały ich dzieci do tym bardziej zdecydowanego podjęcia dzieła ojców.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Może nie była zbyt europejska ta fascynacja przegraną i liczenie ran, ale też los Polski był nietypowy, nieporównywalny do sytuacji innych krajów Europy. Rozpamiętując przegraną i licząc rany, całe pokolenia uczyły się polskości, odrębności swojej od zaborców, przekazywały sobie nakaz walki o odbudowanie państwa. I rozpamiętując stare klęski młodzi przygotowywali się do następnych zrywów. Przykładem może tu być osoba, której dotyczył spór – Józef Piłsudski. Wychowywano go w atmosferze klęski roku 1863 i kulcie jego bohaterów. Nabożeństwo do tego powstania zachował przez całe życie.

Andrzej Friszke

PS. Marcina Króla poważam jako człowieka, cenię jako publicystę i historyka. W dzisiejszych czasach dobrze jest uprzedzić, w jakim charakterze się polemizuje.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.