Zima 2020, nr 4

Zamów

Niepokojące problemy demograficzne

(fragment)

Wszelka refleksja społeczna musi opierać się na rozeznaniu danych demograficznych. Chodzi przecież o człowieka. I choć liczby na pewno nie powiedzą nam o nim pełnej prawdy, dopiero one ukażą go nam w społecznej skali; bez nich szukać będziemy tej prawdy po omacku.

Demografia, wiedza o przemianach ludnościowych, jest zatem dyscypliną podstawową, a każdy człowiek oświecony powinien mieć jasny pogląd na pewne zasadnicze sprawy w tej dziedzinie. I rzeczywiście ludzie mają na ogół i wyrażają zdecydowane poglądy, które jednak, niestety, bywają zbyt często oparte na poważnych nieporozumieniach, przesądach i urazach. Zwalczać je można tylko podbudowując poglądy demograficzne wiedzą socjologiczną, ekonomiczną i pedagogiczną. Ale przesądy są głęboko zakorzenione, a do najbardziej rozpowszechnionych i rozpowszechnianych należy kosmiczny strach przed przeludnieniem kuli ziemskiej.

Eksplozja ludnościowa

Na czym właściwie polega eksplozja straszliwej bomby „P” (population), którą coraz bardziej straszona jest ludzkość? Czyżby w wyniku osiągnięć nauki i techniki ludzie zaczęli się nagle gwałtownie rozmnażać?

Powoli rozwijająca się przez dziesiątki tysiącleci ludzkość nabiera ostatnio coraz groźniejszego rozpędu. U progu naszej ery liczyła prawdopodobnie około 100-150 milionów osób.

w r. 1000 ok. 280 milionów
w r. 1300 ok. 380 milionów
w r. 1750 ok. 750 milionów
w r. 1850 ok. 1160 milionów
w r. 1900 ok. 1560 milionów
w r. 1950 ok. 2370 milionów
w r. 1965 ok. 3285 milionów

Przewidywane zaludnienie ziemi w r. 2000 według różnych prognoz waha się od 5,5 miliarda do 6,5 miliarda mieszkańców.

W ostatnich latach demograficzni prognozerzy, m.in. z amerykańskiej grupy „RAND Corporation”, obniżyli znacznie loty swych projekcji i schodzą nawet poniżej 5,5 miliardów mieszkańców w r. 2000. A są to dla losów świata różnice bardzo istotne, bo dotyczą prawie w całości krajów biednych, dla których gwałtowny wzrost ludności jest istotnym utrudnieniem na drodze rozwoju.

Jednakże gdyby aktualna stopa przyrostu utrzymała się w następnych pokoleniach, to ludność świata podwajałaby się co 40 lat i osiągnęłaby w 2100 roku około 34 miliardy mieszkańców. A nawet jeśli byśmy zmniejszyli przyrost naturalny, poczynając od r. 2000, do 0,7‰ rocznie, to jest do dzisiejszego poziomu przyrostu ludnościowego Francji, to i tak ludność podwajałaby się co sto lat i w roku 2300 liczyłaby około 50 miliardów czyli 330 osób na 1 km², co oznaczałoby przeciętne zaludnienie świata w skali gęstości Holandii i Belgii, przy uwzględnieniu każdego skrawka ziemi i co stworzyłoby sytuację nieznośną. Technika zapewniłaby wprawdzie tym ludziom żywność, ale brakłoby dla nich czystego powietrza i wody. A nawet jeśli i to dałoby się zapewnić przy pomocy techniki – to prawdopodobnie pozostałby problem braku przestrzeni. I nie pomogłaby nawet kolonizacja Marsa.

Możemy jednak spać spokojnie. Nic takiego nam nie grozi, mimo że niektórzy demografowie i publicyści straszą nas tymi wizjami. W procesach przemian ludnościowych nie ma żadnych nieskończonych trendów wzrostu. Gwałtowny wzrost ludności w czasach nowożytnych nie wynika bowiem z rosnącej płodności ludzkiej, ale z wydłużenia się przeciętnej długości ludzkiego życia.

Jeszcze u progu czasów nowożytnych, a nawet gdzieniegdzie w Europie w XIX wieku, przeciętna długość ludzkiego życia wahała się od 20 do 30 lat, małżeństwa zaś trwały przeciętnie 12-17 lat. Dziś w krajach rozwiniętych przeciętne trwanie życia rodzących się dzieci wynosi dla chłopców 63-70 lat, dla dziewczynek 70-75 lat. Ale w Indiach odpowiednia prognoza nie przekracza jeszcze lat 50, a w niektórych najbiedniejszych krajach Trzeciego Świata bywa jeszcze gorzej.

Wyraźne przyspieszenie wzrostu ludności, poczynając od XVIII wieku – to skutek wydłużenia się życia w zamożniejszych krajach, zwłaszcza Europy i Ameryki, gdzie zaczęto się lepiej odżywiać, lepiej ubierać, żyć w warunkach bardziej higienicznych, a także korzystać z osiągnięć medycyny (ale ten ostatni czynnik wymieniam świadomie na czwartym miejscu). Gwałtowne przyspieszenie w XX wieku – to skutek rozszerzenia się tych zdobyczy człowieka na większość krajów świata, przy czym najważniejszy jest tu spadek śmiertelności niemowląt, dzieci i młodzieży. Jeśli jeszcze 100-150 lat temu umierało przeciętnie w pierwszym roku życia do 50% niemowląt, to dziś w przodujących krajach wskaźnik ten spada da poziomu 1,5 – 5%.

I głównie ta narastająca masa młodzieży w krajach biednych, którą uratował od śmierci nawet nieznaczny tylko postęp w odżywianiu, higienie i opiece lekarskiej wywołuje eksplozję demograficzną świata. Obniżanie się wieku zawierania oraz większa długotrwałość małżeństw, a także większa ich powszechność (odsetek ludzi żyjących w celibacie, głównie ze względu na warunki społeczno-gospodarcze, był dawniej znacznie wyższy) – co w niektórych krajach, np. w Polsce, ma pewne znaczenie – w skali światowej nie odgrywa jeszcze tak dużej roli. (…)

Eksplozja demograficzna będzie trwała tak długo, jak długo nie wydłuży się dostatecznie do progu możliwości biologicznych, i to w powszechnej skali, przeciętna trwania życia ludzkiego. Z chwilą gdy „piramida” demograficzna przekształcać się będzie coraz bardziej w figurę zbliżoną do prostokąta zaostrzonego nieznacznie u góry, eksplozja będzie szybko wygasać. Z chwilą gdy liczba ludzi starych powyżej lat 60 będzie zbliżona do liczby młodzieży do lat 20, przyrost naturalny będzie wyraźnie zmierzał do 0, ponieważ liczba zgonów będzie bardzo zbliżona do liczby urodzeń. Liczba urodzeń zaś nie zmieni się w krajach rozwiniętych w sposób istotny w porównaniu ze stanem istniejącym i będzie oscylować między przeciętną dzietnością 2,1 a 2,4 w rodzinach, czyli wynosić będzie 12-14‰ ludności. Odsetek zgonów będzie zbliżony, ponieważ liczba ludzi starych powyżej lat 60 będzie zbliżona do liczby dzieci i młodzieży do lat 20 i będzie liczyła 24-25% ogółu mieszkańców, czyli przeszło 2 razy więcej niż obecnie w Polsce.

Kraje rozwinięte już teraz wchodzą w ten okres wyraźnego zestarzenia się ludności. Kraje na średnim poziomie rozwoju, jak Polska (która ma poza tym mniejszą liczbę ludzi starych w wyniku wojen), wejdą w ten okres za 10-30 lat. Kraje biedne o wysokiej dotąd umieralności, która dopiero od niedawna spada, osiągną ten etap później. Ale najprawdopodobniej poważniejsza część społeczeństw będzie wyraźnie zmierzać do stacjonarnego stanu zaludnienia najpóźniej już między latami 2010 a 2020, kiedy to nasza planeta osiągnie prawdopodobnie zaludnienie około 8 miliardów mieszkańców, czyli 2-2,5 razy więcej niż dziś. Później, jeśli będzie ona jeszcze rosła, to bardzo nieznacznie.

Są to oczywiście liczby tylko orientacyjne, przy których odchylenie nawet o 1 miliard ludzi lub przesunięcie pewnego etapu o 10 lat jest możliwe. Są one jednak użyteczne, gdyż pozwalają ogarnąć wymiar czasowy i ilościowy problemu zaludnienia świata.

Liczby te oznaczają, że w okresie 40-50 lat społeczeństwa rozwinięte zwiększą swą ludność, zależnie od kraju, o 50-70%, podczas gdy ludność w większości krajów biednych wzrośnie o 120-150%.

Wizja 8-miliardowego świata rysuje się więc zupełnie wyraźnie i nie jest wizją katastroficzną. Wiele krajów rozwiniętych lub średnio zamożnych ma dostatecznie duże, własne możliwości osiedleńcze, aby zwiększyć swą ludność np. o 100% i więcej (USA, ZSRR, Kanada, Australia, Afryka Płd., Argentyna); inne też mogą spokojnie zwiększyć swoją ludność o 50-100% (Francja, Hiszpania, Polska itd.). Niektóre z nich mogą przejmować nawet część nadwyżek innych krajów. Poza tym uruchomienie choć części posiadanej wiedzy i możliwości technicznych pozwoli na zasiedlenie i zagospodarowanie olbrzymich, niezamieszkałych obszarów Afryki i Ameryki Południowej.

Świat jest przeludniony dziś, przy ludności niespełna 3,5-miliardowej, bo dla setek milionów ludzi nie ma dostatecznej ilości żywności i możliwości zapewnienia im godnego życia i rozwoju. Ale świat nie musi być przeludniony w wieku XXI, przy ludności 2 razy większej, oczywiście jeśli ludzie potrafią korzystać ze swojej wiedzy.

Osiągniecie nowej równowagi ludnościowej, nie opartej już, jak dawniej, na przedwczesnej biologicznej eliminacji większości ludzi przez brak higieny, głód, choroby i wojny – kompensowanej dużą płodnością części małżeństw, nie przychodzi łatwo. Nowa równowaga, czyli stabilizacja ludnościowa, będzie się tworzyć przez stopniowe zbliżanie się do siebie liczby urodzeń i zgonów, ale na znacznie niższym poziomie w relacji do liczby ludności. Liczby urodzeń i zgonów będą około 3 razy niższe od odpowiednich wskaźników w większości społeczeństw prymitywnych, zachowujących ludność stacjonarną, i wahać się będą od 12 do 15‰ zaludnienia.

Jest to jedna z największych zmian w życiu naszego gatunku. W ciągu bowiem 4-5 pokoleń zmienia się to, co trwało przez kilka prawdopodobnie tysięcy pokoleń dziejów człowieka świadomego – homo sapiens. Musi to wywoływać ogromny, niewymierny jeszcze dla nas wstrząs, nie tylko w mentalności i kulturze, ale i w równowadze somatycznej człowieka. Ocenić go będzie można dopiero z perspektywy czasu.

Niejasne konsekwencje nowej równowagi

Dla kultury ludzkiej największym wstrząsem będzie – rzecz jasna – nie tyle eksplozja ludnościowa, ile następujący po niej powrót do równowagi.

Będzie to bowiem szczególnie jaskrawe odejście od bytowania naturalnego i poddanie doli człowieka w niesłychanie istotnym zakresie rozumnemu działaniu regulującemu procesy życia. Musimy zadawać sobie pytanie, jakie będą dalsze kroki: sztuczna selekcja i sztuczny dobór genów? Arbitralne, a z daleko idącą precyzją modelowanie osobowości? Cokolwiek podpowie nam współczesna wiedza i wyobraźnia, oczywiste jest, że w tym zakresie jesteśmy niezwykle niebezpiecznym uczniem czarnoksiężnika. Z tego względu nawet jako mniej ważne traktuję tak istotne w kulturze ludzkiej sprawy, jak to, że walą się wartości i różne tabu związane ze światopoglądem biologicznym, z kultem przyrody i dotychczasowymi formami kultu życia. Ale co je zastąpi?

Wkraczamy bardzo nieprzygotowani w nową epokę. Dawniej wartość życia ludzkiego narzucała nam natura jako pewien oczywisty fakt, walczyliśmy o nie instynktownie, z konieczności. A teraz „nagle” stajemy się panami tego życia. Czyjeś życie nie jest bezwzględnie potrzebne. Nie musimy go też tak nieustannie – jak dawniej – bronić i tracić. Możemy je wywoływać, albo nie – lub wywoływać i gasić. Czy oznacza to nową swobodę wobec życia i śmierci? Czyż rzeczywiście życie staje się dla nas niekonieczne: czymś, co i jest, i może nie być? Wystarczy, że sobie uświadomimy, że sterylizacja czy quasi sterylizacja może stać się czymś masowym, co, pomijając cały fizjologiczny aspekt zagadnienia, oznacza zupełnie inną kulturę i kształt osobowości ludzkiej. Futurolodzy przyjmują nawet w związku z tym warianty demograficzne, w który ciężar zadania reprodukcji społecznej spocznie na niektórych tylko, odpowiednio dobranych rodzinach. Tego rodzaju warianty implikują oczywiście zupełnie szczególną koncepcję kultury. Nie są one zupełnie niemożliwe, choć wydają się nieprawdopodobne, gdyż jak się zdaje – bardzo powierzchownie traktują głęboko zakorzenione potrzeby i dyspozycje rodzinne człowieka.

Niemniej złożony jest aspekt somatyczny tych ewenementów. Wystarczy sobie uświadomić, że ogromna większość z nas – ludzi żyjących dzisiaj – pochodzi od przodków: 1) wielodzietnych i 2) będących wynikiem pozytywnej selekcji biologicznej. Dziś w odtwarzaniu ludności bardziej uczestniczą rodziny małodzietne, a selekcja biologiczna będzie miała coraz mniejsze znaczenie. Rodzić będą mogły prawie wszystkie kobiety i z punktu widzenia kultury społecznej wydaje się nam to słuszne (chyba że ludzkość zmieni zdanie i zdecyduje się na wyżej wspomnianą społeczną selektywność rozrodczą). Ale nie wiemy jeszcze, czym to grozi, a ujemne skutki tego występować będą niewątpliwie i trzeba je neutralizować.

W końcu sam fakt wielodzietności w określonych warunkach życia i rodzenia był jednym z elementów konstytuujących strukturę somatyczną, żywotność i odporność biologiczną naszych wielodzietnych pramatek. Wielu lekarzy podkreśla zjawisko, będące niewątpliwie wynikiem tamtych warunków, że kobiety pełnię rozwoju sił fizycznych uzyskują dopiero po trzecim lub czwartym dziecku. Równocześnie statystyka medyczna wykazuje, że przeciętnie najsilniejsze są trzecie dzieci, potem czwarte i piąte, a potem dopiero pierwsze, drugie i szóste. Nie przypadkowo odpowiada to prawdopodobnie przeciętnej dzietności małżeństw w ubiegłej epoce. Demografowie francuscy obliczają, że przeciętna dzietność w rodzinie do XVII wieku wynosiła 4-5 dzieci. Przy czym śmiertelność wśród pierwszych dwojga dzieci była większa.

No, a my przecież idziemy świadomie ku przeciętnej dzietności w rodzinie >2,5, czyli modalnej, najczęstszej rodzinie 2-dzietnej. Być może znajdziemy na tę mutację remedium. Ale w każdym razie, w skali gatunku, jest to sprawa ogromna.

Względną pociechą będzie tu wariant prognozy, że – nawet odrzucając koncepcje „małżeństw hodowlanych” – wobec znacznego odsetka małżeństw bezdzietnych i jednodzietnych, ludzkość odtwarzać się będzie i tak w znacznym stopniu dzięki kobietom trzy- i więcej dzietnym. Dziś bowiem kontyngent wszystkich dzieci (a więc także pierwszych i drugich) z tych rodzin wynosi prawdopodobnie 40-45% całości i należy wątpić, czy będzie mógł wyraźnie wzrosnąć.

Demograficzne nieporozumienia

Nim przejdę do tez polityki ludnościowej, spróbuję wyjaśnić pewną ilość nieporozumień. Najczęstszym nieporozumieniem bywa, rzecz jasna, „kosmiczny” strach przed przeludnieniem. Omówiłem go już powyżej. Jest ich jednak więcej.

Częstszym nieporozumieniem jest porównywanie liczby ludności z powierzchnią kraju i zestawienie ze sobą wskaźników gęstości zaludnienia. Na przykład w Polsce jest 102 mieszkańców/km, podczas gdy w NRF 233, W. Brytanii 226, w Holandii 375, w górzystej Szwajcarii 146 itp. W ograniczonym też stopniu można zmniejszać dysproporcję w gęstości zaludnienia województw.

Chłonność ludnościowa danego obszaru w naszych warunkach zależy bowiem nie od powierzchni będącej do dyspozycji i tylko w niewielkim stopniu od kultury rolnictwa czy wydajności ziemi, a przede wszystkim od ogólnego zainwestowania i ilości miejsc pracy na tym obszarze. Dlatego też nieporozumieniem jest twierdzenie, że Polska może wyżywić 60 czy nawet 80 mln mieszkańców. Bo oczywiście może ją od biedy zamieszkiwać nawet 100 mln ludzi; jednakże na to, żeby żyć tylko na naszym bardzo skromnym poziomie życia, który nam zresztą nie odpowiada, to trzeba by dla 60 milionów podwoić majątek narodowy i produkcję.

Sporo jest także nieporozumień na temat regulacji urodzeń.

Wbrew utartym poglądom funkcjonowała ona zawsze. Wyrażała się w wytworzeniu się instytucji i obyczajów, które chroniły daną społeczność przed nadmiernym wzrostem. Taką instytucją była przede wszystkim małżeństwo. Ktoś, kto nie dawał gwarancji utrzymania rodziny – na wsi parobek, w mieście nie wyzwolony rzemieślnik i wszelacy ludzie „luźni” – często nie mógł w dawnych wiekach zawierać legalnego małżeństwa. Z tych samych przyczyn ostro traktowano stosunki pozamałżeńskie, a równocześnie chętnie przyjmowano instytucje celibatu i dziewictwo. Poza względami etycznymi i religijnymi grały tu niewątpliwie rolę motywy ekonomiczne.

Poza tym występowały indywidualne zabiegi ograniczenia urodzeń, zwalczane zresztą zawsze ostro przez Kościół katolicki. Istniejąca od niepamiętnych czasów praktyka zabijania niemowląt została w Europie po wiekach walk zupełnie wypleniona, przy znacznym udziale chrześcijaństwa. Można mieć nadzieję, że ludzkość upora się także kolejno z praktyką niszczenia płodu. Większość jednak doktryn demograficznych nosiła wybitnie populacyjny charakter ad usum władców. Współgrały one z odwiecznym przekonaniem ludzi o wartości i sile licznej rodziny. Szybki wzrost ludności w XIX wieku zachwiał tymi przekonaniami. Pierwszym wielkim pisarzem antypopulacyjnym był pastor anglikański Malthus, który w swoich „Zasadach zaludnienia” wydanych w 1798 r. groził katastrofą głodową w wyniku wzrostu ludności w postępie geometrycznym, a środków żywności w postępie arytmetycznym. Zrozumienie tego „prawa” narzucało jego zdaniem konieczność ograniczenia urodzeń drogą niezawierania małżeństw lub zupełnej wstrzemięźliwości w małżeństwie. Doktryna ta miała charakterystyczne podłoże ekonomiczno-klasowe, ponieważ wobec dużego bezrobocia wywołanego mechanizacją przemysłu, uchwalono wówczas w Anglii „prawo ubogich”, nakładające na warstwy zamożne poważny podatek na ich utrzymanie. Teoria i wnioski polityczne Malthusa były więc może pośrednią reakcją na ten fakt, ale niewątpliwie zawdzięczały mu żywy oddźwięk, z jakim się spotkały. Teoria ta jednak po kilku latach, wobec poprawy sytuacji gospodarczej, straciła zupełnie na znaczeniu na rzecz poglądów populacyjnych. Co więcej, gdy w latach dwudziestych XIX wieku Place zaczął propagować ograniczanie urodzeń wśród robotników manchesterskich, spotkało się to z dość powszechnym potępieniem oświeconej opinii publicznej. Przemysł potrzebował bowiem wówczas taniej robocizny. Maltuzjanizm odgrzebały dopiero następne pokolenia.

Krajem, który zaczął skutecznie realizować politykę antypopulacyjną w XIX wieku, była Francja. W publikacjach, w zarządzeniach prefektów, w aktywności niektórych organizacji coraz bardziej przewijała się troska o ograniczenie urodzeń na rzecz wzrostu dobrobytu. Rezultaty przeszły oczekiwania, ponieważ mimo imigracji w latach trzydziestych XX wieku, ludność Francji zaczęła się zmniejszać. Równocześnie nie dało to spodziewanych efektów gospodarczych. Mimo dość wysokiego poziomu życia sąsiedzi o dużo większej dynamice ludnościowej – pisze A. Sauvy – wyprzedzili Francję w rozwoju gospodarczym, a francuskie oszczędności na dzieciach poszły głównie na jedzenie i wino.

Francja, nie bez wpływu swoich demografów, podniosła się z maltuzjańskiego załamania, natomiast w krajach anglosaskich strach przed straszliwą bombą „P” narasta, wzmagając ruch neomaltuzjański na rzecz ograniczenia urodzeń, który z pasją głosi, że ludzkość znajduje się nad przepaścią.

Poszukiwanie uniwersalnych środków antykoncepcyjnych lub sterylizujących, które by złagodziły skutki wybuchu bomby „P”, dało ostatnio poważne rezultaty, a świadome rodzicielstwo i planowanie rodziny stało się stałym elementem naszej kultury.

Idee malturjańskie zostały odrzucone przez Marksa i olbrzymią większość autorów komunistycznych, wskazujących na to, że względne przeludnienie wynika z systemu własności, a nie z niemożności wyżywienia ludzi, i że koncepcje maltuzjańskie stanowią ideologiczną nadbudowę kapitalizmu. Znaczna natomiast część socjaldemokratów i pacyfistów („przeludnienie to wojna”) przeszła na pozycje antypopulacyjne. Wśród teoretyków i polityków gospodarczych komunistycznych zaznaczyły się jednakże w ostatnim 15-leciu dość duże różnice poglądów. Ujawniły się zwłaszcza nowe tendencje antynatalistyczne.

Kościół katolicki zwalczał zawsze postawę i praktykę neomaltuzjańską, broniąc początkowo tradycyjnie licznej rodziny i występując przeciw wszelkim praktykom antykoncepcyjnym. Później, wskazując nadal na ujemne skutki antykoncepcji, zaczął popierać naturalną regulację urodzeń. Można aktualnie dostrzegać w katolicyzmie tendencje do umiarkowanego populacjonizmu. Jednakże mimo stanowczego podtrzymania przez papieża Pawła VI tradycyjnego nauczania Kościoła w tym zakresie, w opinii katolickiej na całym świecie zaznacza się bardzo wyraźne rozdwojenie. Różnice poglądów nie dotyczą jednak na ogół zasady popierania dzietności w rodzinach, ile stosowania różnych metod regulacji poczęć i ich etycznych uzasadnień.

W przeciwieństwie do tego kościoły anglikańskie i protestanckie po długiej ewolucji poglądów zaczęły w pewnym stopniu ulegać zasadom neomaltuzjańskim. Wypowiadają się one od dawna za swobodną decyzją małżonków w sprawie zasady i metod regulacji urodzeń, wyłączając jednak przerywanie ciąży i sterylizację. Ale w praktyce oznacza to często wyraźne przyjęcie kierunku antypopulacyjnego.

Tak więc doszliśmy dziś do szczególnej sytuacji, w której przeciwstawne doktryny populacyjne mają swych zwolenników wśród konserwatystów, socjalistów i komunistów, wśród ludzi wierzących i niewierzących.

Niezależnie od zwalczających się doktryn, tradycji i postaw ideowych ludzi regulowanie urodzeń w małżeństwie staje się dla coraz większej liczby ludzi koniecznością społeczną i czymś samo przez się zrozumiałym. Samo małżeństwo przestało być, jak dawniej, regulatorem urodzeń. Jego zawarcie jest dziś dużo łatwiejsze, a liczne dzieci są w dzisiejszej „nuklearnej” (tj. małej, tylko dwupokoleniowej) rodzinie ciężarem; psychologicznie biorąc znacznie większym niż w ubiegłej epoce, kiedy czasem były elementem zamożności. Stąd też ciężar zagadnienia regulacji przyrostu naturalnego przesunął się ze sprawy zawierania małżeństw na sprawę zakresu i metod regulacji urodzeń w małżeństwie.

Były rzecz jasna próby znalezienia racjonalnych, wymiernych kryteriów dla oceny sytuacji i polityki populacyjnej. Starano się mianowicie znaleźć formułę dla określenia optymalnego zaludnienia. Wszystkie kalkulacje ludności optymalnej zostały jednak, jak dotąd, przekreślone przez rzeczywistość. Znamienne było określenie optymalnej ludności USA przed wojną na 120 mln mieszkańców. Dziś zaludnienie tego kraju przekroczyło już 200 mln mieszkańców.

Sauvy jest demografem, który szczególnie ostro wystąpił przeciw koncepcjom optymalnego zaludnienia. Przy wielu zarzutach, decydujące znaczenie ma jego argument statyczności tych koncepcji. Istotną bowiem sprawą jest uchwycenie relacji między liczbą ludności a poziomem gospodarczym, a przecież i jedno, i drugie wciąż się zmienia, zmieniają się również potrzeby ludzkie i wymogi gospodarki; należy zatem szukać dynamicznego kryterium wzajemnej zależności zaludnienia i stanu gospodarki. W ten sposób stworzył podstawy dla dość powszechnie dziś akceptowanej teorii: optymalnego rytmu wzrostu ludnościowego i gospodarczego. Koncepcja ta szuka przede wszystkim optymalnych relacji między przyszłością a przeszłością. Zakłada, że nie powinniśmy dziś obciążać się nadmiernie kosztami dla przyszłości, ale też nie powinniśmy dopuścić, aby w przyszłości następne pokolenie było nadmierne obciążone utrzymaniem ludzi starych. Należy zatem dążyć do stworzenia i zachowania zdrowej struktury wieku w społeczeństwie.

Najczęstszym nieporozumieniem w informacjach i w polemikach demograficznych jest porównywanie wskaźników przyrostu naturalnego. Niewiele też pomoże operowanie samym wskaźnikiem urodzeń. Przyrost naturalny wynika z różnicy między urodzeniami i zgonami. Jeśli porównamy np. przyrost naturalny w Polsce z lat 1950–1956, wynoszący około 19‰ rocznie, z przyrostem z lat 1931–1932 wynoszącym około 15‰, to widzimy znaczną różnicę. Jest to jednak wyłącznie różnica w wysokości wskaźników zgonów, który dzięki coraz lepszej opiece zdrowotnej i przedłużeniu życia spadł z 15‰ do 9–10‰. Wskaźnik urodzeń natomiast w ciągu 25 lat nie zmienił się prawie wcale i wynosił około 30‰. Nie było po wojnie żadnej szczególnie wysokiej płodności w porównaniu z okresem ubiegłym, a mimo to opinia społeczna skłaniała się ku takiemu przekonaniu.

Podobnie też różnice w przyroście naturalnym między Polską a krajami Zachodu nie wynikają ze znacznie większej rzekomo płodności Polaków, ale ze znacznie niższego w Polsce wskaźnika zgonów.

Jeżeli uwzględnimy różnice we wskaźniku zgonów, które wynikają z dużo większej liczby ludzi starszych w krajach Zachodu niż u nas (na skutek wcześniejszego niż u nas rozwoju opieki zdrowotnej, a zwłaszcza wcześniejszego spadku śmiertelności niemowląt i dzieci oraz mniejszych strat wojennych), to okaże się, że w dynamizmie ludnościowym jesteśmy jednym ze słabszych krajów Europy. (…)

Ale to nie wszystko. Gdybyśmy bowiem mieli podobną ilość ludzi starszych (tj. 42–47% ludzi powyżej lat 40, jak w większości wymienionych bogatych krajów, zamiast około 30%, jak mamy) to wskaźnik urodzeń byłby u nas jeszcze niższy. Gdybyśmy bowiem dodali co najmniej 2 miliony poległych i pomordowanych, którzy, gdyby nie wojna, na pewno jeszcze dzisiaj by żyli, wówczas mielibyśmy nie 32 mln, a 34 mln mieszkańców i wskaźnik urodzeń wynosiłby nie 16,3‰, a 15,1‰ (nie można w tym przypadku dodawać wszystkich poległych i pomordowanych, ponieważ znaczna ich część zmarłaby śmiercią naturalną w ciągu ostatnich trzydziestu prawie lat).

Przyjmijmy jednak do naszych porównań dla weryfikacji strukturę wieku ludności Szwecji z jej ilością ludzi starszych i starych, którzy już na liczbę urodzeń wpływu nie mają (a jest ich więcej niż u nas o około 50%, ponieważ mają od dawna lepsze warunki życia i lepszą opiekę lekarską). Wówczas okaże się, że nasz wskaźnik urodzeń byłby przy tej strukturze niższy od szwedzkiego dość wyraźnie i wynosiłby około 14‰ (w Szwecji 15,5‰).

I tutaj dochodzimy do sedna analizy demograficznej. Dla oceny sytuacji i perspektyw rozwoju ludnościowego kraju na naszym etapie rozwoju nie jest naprawdę ważny ani wskaźnik przyrostu naturalnego, ani nawet wskaźnik urodzeń. Istotne są dwa inne wskaźniki: wskaźnik płodności kobiet oraz współczynniki reprodukcji.

Wskaźnik płodności kobiet (ilość urodzeń na 1000 kobiet w wieku 15–49 lat) wynosił u nas w r. 1967 około 6,5. W ciągu jedenastu lat spadł o 40% i jest w tej chwili niższy od większości krajów europejskich, również najbardziej rozwiniętych, o 10–25%. Tylko częściowo jest on wynikiem przechodzenia obecnie przez okres największej płodności niskich roczników wojennych, co zresztą dotyczy też większości innych krajów. Poza tym trzeba podkreślić, że w porównywanych z nami krajach o wyższej płodności, ludność miejska jest znacznie liczniejsza. To nie wieś stanowi tam – jak u nas – o przeciętnie wysokiej płodności. Płodność kobiet w wielu miastach bogatych krajów Ameryki i Europy jest o 40–80% wyższa niż w naszych miastach. Współczynnik reprodukcji netto wynosił wprawdzie u nas w r. 1967 1,07, co oznacza, że jeszcze nie doszliśmy do wskaźnika „1”, czyli odtwarzania ludności na poziomie stacjonarnym, choć jesteśmy już bardzo blisko tego stanu. Jednakże kiedy przyjrzymy się odpowiednim liczbom dla miasta i wsi, to okaże się, że prawdopodobna średnia 2,0–2,2 dziecka w rodzinie uzyskana jest wyłącznie dzięki płodności wiejskich kobiet, która jest większa niż w mieście o około 60% (wskaźnik płodności 8,1 wobec 5,2). W mieście – jak na to wskazuje pobieżna analiza – nasze rodziny wyraźnie zeszły już poniżej reprodukcji prostej. Z braku odpowiednich statystyk nie można tego sprawdzić, ale prawdopodobnie przeciętna dzietność w rodzinach wiejskich wynosi dziś 2,5–3 dzieci, w rodzinach miejskich mniej niż 2 dzieci, a w Warszawie i w Łodzi nawet mniej niż 1,5 dziecka w rodzinie.

Zeszliśmy więc do poziomu rozwoju ludnościowego Węgier, Bułgarii, Rumunii i Czech (Słowacja ma wyższe wskaźniki i podnosi przeciętną krajową). (…)

Wszystkie te kraje mają bardziej wyrównaną strukturę wieku niż my (więcej ludzi starych) i wskaźnik płodności, wahający się od 5,0 do 7,0 urodzeń na 1000 kobiet w wieku płodności. Wszystkie, zwłaszcza Węgry i CSRS, od dłuższego czasu podejmują wielkie i na ogół mało skuteczne wysiłki propagandowe i gospodarcze dla podniesienia stopy urodzeń, ponieważ zrozumiano tam powstałe niebezpieczeństwa w wyniku odczuwania już od dłuższego czasu niedoboru siły roboczej. Niespodziankę natomiast sprawiła Rumunia, która przez szereg lat wykazywała stopę urodzeń jedną z najniższych w Europie (14-15‰). Wprowadzenie ostatnio zakazu przerywania ciąży, obok szeregu innych kroków, spowodowało tam w r. 1967 wyraźny wzrost liczby urodzeń. Jest to jednak – jak się zdaje – wypadek wyjątkowy, gdyż na ogół jest prawidłowością, że stosunkowo łatwo jest obniżyć stopę urodzeń, ale dużo trudniej jest ją z powrotem podnieść i ustabilizować na wyższym poziomie.

Trzeba wreszcie skończyć z pokutującym jeszcze gdzieniegdzie mitem o wielkiej płodności Polek. Została ona radykalnie przyhamowana przed 10 laty i odtąd widzimy jej stały i ostry regres. Wynika on głównie z urbanizacji obyczaju migrującej do miast ludności wiejskiej oraz trudnej sytuacji gospodarczej, a zwłaszcza mieszkaniowej młodych małżeństw, (i w pewnym stopniu z akcji niektórych organów prasowych i nie bardzo znających się na demografii publicystów).

O racjonalną politykę ludnościową

Ludność naszego kraju będzie dalej rosła z uwagi na w dalszym ciągu niską, choć powoli rosnącą stopę zgonów. W r. 1985 osiągnie około 39 mln, a w 2000 – 43 do 46 mln mieszkańców. Jednakże wobec dalszego trendu spadkowego urodzeń (w ciągu 15 lat bezwzględna liczba urodzeń spadła o prawie jedną trzecią, z 784 tys. w 1951 r. do 520 tys. w r. 1967) struktura demograficzna ulegnie szkodliwej deformacji. Trend ten zostanie tylko trochę przyhamowany w latach 1971-1980, z uwagi na wejście w wiek małżeński licznych roczników powojennego wyżu, ale nie jest wykluczone, że nawet ten fakt nie wpłynie na niego w kierunku przeciwnym: zagra bowiem bardzo mocno pięć czynników: 1) napięcie na odcinku mieszkaniowym, które w końcu lat sześćdziesiątych i w latach siedemdziesiątych poważnie wzrośnie w związku z falą młodych małżeństw, która się zbiegnie z niezaspokojonymi dotąd potrzebami, 2) powolny wzrost płac realnych, który w tym czasie dotknie przede wszystkim kategorie młodych pracowników z małą wysługą lat, a których ambicje konsumpcyjne będą szczególnie rosły, 3) wzrastał będzie nacisk modeli konsumpcyjnych z krajów bogatszych, 4) w związku z tym utrzymywać się będzie głównie ze względów naturalnych bardzo duża, jak na potrzeby rodzinne zbyt duża, aktywizacja zawodowa kobiet, która już dziś jest wyższa niż w większości krajów o naszym poziomie i dynamice rozwoju oraz 5) last not least dość silny klimat maltuzjański i przekraczający granice racjonalności strach przed dzietnością, powstały jako reakcja na fale wyżu powojennego, będzie się chyba nadal utrzymywać.

Wszystko to prawdopodobnie zwiększy znacznie ilość małżeństw bezdzietnych, których liczba już dzisiaj sięga miliona, czyli kilkunastu procent oraz małżeństw z jednym dzieckiem. Struktura demograficzna kraju, zamiast powrotu do równowagi, ulegnie dalszemu pogorszeniu. Z „piramidy demograficznej” będzie coraz bardziej przekształcać się w „beczkę” lub w „cebulę”, której podstawa będzie się zwężać. Po 13 rocznikach (1947-1959), liczących średnio po 760 tysięcy osób, przyjdzie około 20 roczników po średnio około 550 tysięcy osób. Niesie to dla kultury dwojakie skutki:

1) w przyszłości, po r. 2000, ludność pracująca będzie w zbyt dużym stopniu obciążona rosnącą dość gwałtownie liczbą ludzi niepracujących, zwłaszcza starych (tzn. także nas, ludzi mających dziś po 30-40 lat), których utrzymanie będzie kosztować 2,5-3 razy więcej niż utrzymanie i wychowanie dzieci i młodzieży; naruszony będzie przez to proporcjonalny rytm rozwoju;

2) gwałtowniejsze niż gdzie indziej „nienormalne” zestarzenie się ludności i niska dzietność Polski spowodują wystąpienie ujemnych skutków kulturowych, które tak wnikliwie i przekonywająco przedstawia Sauvy w swojej „Ogólnej teorii ludności”, a mianowicie:

a) rozpowszechnienie się i umacnianie postaw konserwatywnych w wyniku wzrostu liczebnej siły ludzi starszych oraz ich pozycji prawnej, którą niewątpliwie będą wykorzystywać. Może to poważnie grozić naszym możliwościom konkurencyjnym w dziedzinach techniki i gospodarki w stosunku do innych młodszych społeczeństw;

b) słabsza liczebnie młodzież, złożona do tego w znacznym stopniu z jedynaków, którzy wykazują zgodnie z wynikami badań mniejszy dynamizm życiowy i sprawność przystosowawczą, nie będzie zapewniać dostatecznej ruchliwości ogólnej, zwłaszcza zawodowej i przestrzennej, która będzie coraz bardziej konieczna w zmiennych warunkach techniki przyszłości;

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

c) rodziny jednodzietne najczęściej nie będą mogły zapewnić niezbędnych warunków psycho-społecznych do skutecznej inicjacji do życia wspólnotowego. Od strony czysto pedagogicznej, a także praktycznej (zastępowanie przez rodziców rodzeństwa jest bardzo uciążliwe i tylko częściowo skuteczne) są one zdecydowanie niewskazane. Bez utrzymania się ilościowego i rozwoju jakościowego rodzinnego środowiska wychowawczego, podniesienie na wyższy poziom życia wspólnotowego w społeczeństwie nie jest w ogóle możliwe. Szkoła, wszelkie organizacje i „kultura masowa” mogą tylko rozwijać lub korygować efekty kultury rodzinnej.

(…)

Andrzej Wielowieyski

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.