Jesień 2025, nr 3

Zamów

Kiedy statek zawiedzie, zdaje się, że świat cię zdradził. Jak zatonął Heweliusz

Kadr z serialu „Heweliusz”, reż. Jan Holoubek, Polska 2025. Fot. Rafał Pałka / Netflix

Kapitan nie mógł oderwać wzroku od powierzchni morza, na której rozgrywały się dramatyczne sceny. Woda porywała tratwy, ludzie ginęli wśród fal. Widok ten zamienił go w kamień.

Fragment książki „Katastrofa Heweliusza” Katarzyny Janiszewskiej, Wydawnictwo Chmury, Warszawa 2025

Bosmana Stefana Zychowskiego dzwonki alarmowe zastały na pokładzie, przy mocowaniu samochodów. Rzucił wszystko, czym się zajmował, i jako pierwszy dotarł do tratw. Był nurkiem, ratownikiem wojskowym, człowiekiem rzeczowym, zorganizowanym, o silnej konstrukcji psychicznej. Nie trwonił czasu, nie zbaczał z drogi, żeby pójść do kabiny po kombinezon albo chociaż chwycić w przelocie pas ratunkowy.

W pierwszej kolejności myślał o ludziach na pokładzie. Takie działania były zapisane w jego systemie nerwowym. Wcześniej wiele razy przemyśliwał, co by zrobił, gdyby przyszło mu ewakuować się z tonącego statku. Gdy tylko zmustrował na Heweliusza, zapoznał się z rozkładem alarmów, umiejscowieniem środków ratunkowych, drogami ewakuacji. Miał w głowie opracowany plan i teraz konsekwentnie go realizował.

Tratwa, do której był przydzielony (numer dziewięć lub jedenaście), znajdowała się na rufie, w pobliżu kabin pasażerskich. Niewiele myśląc, zwolnił z uchwytów biały pojemnik w kształcie beczki, który potoczył się po pokładzie i zatrzymał na szocie. Starał się ustawić ją tak, by dnem opierała się o ścianę nadbudówki. Następnie, nie oglądając się na nikogo, przystąpił do wyciągania linki operacyjnej.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

W końcu zdecydowanym szarpnięciem uruchomił zawór butli sprzężonym gazem. Plastikowa powłoka rozpadła się na pół jak skorupka jaja. Z jej wnętrza z sykiem wyskoczyła tratwa i zaczęła napełniać się powietrzem. Pierwsi pasażerowie, którym udało się wydostać z kabin, skupili się wokół bosmana, przyglądając się jego poczynaniom. Był w tej chwili ich jedyną nadzieją.

Wkrótce w jego ślady poszli i inni członkowie załogi, którym udało się wydostać na pokład. Niewielu jednak miało zdolność chłodnej analizy sytuacji w tych okolicznościach. W szkole morskiej uczono ich, że tratwę otwiera się dopiero na wodzie. Procedury, a raczej ich brak, zmusiły załogę do wymyślania rozwiązań ad hoc.

Starszy marynarz i oficer pożarowy szybko doszli do wniosku, że tratwę trzeba otwierać już, natychmiast, na pokładzie. W tych warunkach było to niezwykle trudne. Długo szarpali się ze zwalniakiem, aż wreszcie kolejna tratwa z sykiem otwarła się i napełniła powietrzem. Przechył był coraz głębszy, dochodził do siedemdziesięciu stopni, statek leżał na falach. Ludzie ślizgali się po pokładzie, musieli się czołgać, aby podmuchy wiatru nie strącały ich do wody.

Ci, którym nie udało się utrzymać równowagi, ginęli w odmętach spienionego morza. Pokład zalewały wrzeszczące grzywacze. To już ostatnie podrygi Heweliusza, śmiertelne konwulsje. W tamtym momencie, jeśli ktoś jeszcze był w kabinie, nie miał szans na ratunek.

Na mostku zostali już tylko kapitan i III oficer. Dobrowolski opierał się o bulaj, by utrzymać się w pionie. Starszy marynarz Brzozowski z trudem przesuwał się w ich kierunku.

– Byłem w maszynowni, ale zawory się zacięły – meldował. – Nie mogłem wykonać polecenia. Nie ma szans ich odkręcić.

– Ma pan UKF-kę? – zapytał Dobrowolski. – Proszę mi ją oddać, a wcześniej nastawić na kanał szesnasty.

Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna. I to wszystko działo się w mgnieniu oka. Kapitan z niedowierzaniem patrzył na olbrzymie fale Bałtyku bijące o burtę Heweliusza i zalewające sterówkę. Kolejna uderzyła z taką mocą, że szyby roztrzaskały się w drobny mak. Statek zapadał się raz po raz w morską pianę, prawa burta wystawała ponad wodę jak skorupa ogromnego żółwia.

Byli też i tacy, twardzi marynarze obeznani z niebezpieczeństwami, którzy w milczeniu przyjmowali to, co nieuniknione. Nikt nie wyczekuje śmierci, a jednak niektórzy potrafią w jej obliczu wykrzesać z siebie więcej odwagi

Udostępnij tekst

Przed Dobrowolskim pojawił się III oficer i ryknął mu w ucho, aby przekrzyczeć huk wiatru:

– Ludzie opuszczają pokład. My też powinniśmy schodzić.

Kapitan nie mógł oderwać wzroku od powierzchni morza, na której rozgrywały się dramatyczne sceny. Woda porywała tratwy, ludzie popychani silnym wiatrem ginęli wśród fal. Rozdzierające krzyki tonących, paniczny strach, nicość… Widok, który się przed nim roztaczał, był przerażający. Zamienił go w kamień od stóp do głów: ręce zacisnęły się na UKF-ce, nogi wrosły w podłogę.

Bał się tego, co miało nastąpić. Wyobraźnia podpowiadała mu scenariusz najbliższych zdarzeń. Gdy tylko zamykał oczy, widział pod powiekami statek pogrążający się pod wodą i ludzi skazanych na zagładę. Oto straszliwe okoliczności towarzyszące wszystkim morskim katastrofom. Kapitan był bezradny. Nawet jeśli w jakimś stopniu pogodził się ze śmiercią, to z pewnością chciał odejść w hipnotycznym transie, który wybawiłby go od strachu i panującej wokoło grozy. Człowiek zwykle nie jest gotowy walczyć do upadłego w bitwie skazanej na porażkę.

– A co z dokumentami? – zapytał machinalnie kapitan.

– W tym przechyle żaden z nas nie da rady do nich dotrzeć – perswadował III oficer. – Lada moment statek znajdzie się pod wodą. Czy mogę opuścić mostek?

– Idź pan, panie Miśku. Tylko uważaj pan na szkło.

Leszczyński nie pamiętał później, w jaki sposób znalazł się na pokładzie łodziowym. Broniąc się przed śmiercią, jakimś nadludzkim wysiłkiem, półżywy, zataczając się, zdołał dotrzeć do szalup.

Na mostku kapitan nie przestawał wzywać pomocy. Jego głos wychodził przez zaschnięte wargi. Dobrowolski liczył, że nadejdzie ratunek, jeśli już nie dla statku, to przynajmniej dla pasażerów i załogi. Nie, nie chodziło o to, że nagle stracił marynarski zmysł. Całym sobą wzbraniał się przed najgorszym. Nie dopuszczał do siebie prawdy, nie chciał uwierzyć w to, że Heweliusz zatonie, zabierając ze sobą tych wszystkich ludzi, którzy powierzyli mu swoje życie. To koniec. Jeśli popełniłem błąd – zdążył jeszcze pomyśleć – jeśli jest w tym moja wina, teraz za to odpokutuję. Ale dlaczego to wszystko mnie się przydarzyło, dlaczego to spotyka moją rodzinę?

Ostatni raz objął wzrokiem rozgrywające się wokół niego sceny. Wszędzie królowała śmierć, która nie przebierała w ofiarach. Widział przerażenie tonących, ich strach był niemal namacalny. Wśród ciemnej nocy słyszał krzyki przedzierające się przez szum wiatru. Fale na przemian nagłaśniały albo wyciszały wezwania ratunku.

Statek leżał. Sterówkę zalewała woda. Dłonie i palce kapitana powoli mdlały. Lęk ścisnął mu gardło w chwili, gdy zrozumiał, że nikt nie zdąży im pomóc. Statki, które odebrały sygnał SOS, były za daleko, by dopłynąć na czas. Pojął, że będzie musiał patrzeć, jak cierpią i umierają pasażerowie, jego własna załoga. Czy mogło go spotkać coś gorszego?

Niektórzy znosili to wszystko z nienaturalnym wręcz spokojem. Adrenalina płynąca w ich krwi przekierowała całą energię na działanie. Nie myśleć. Ratować się. Uciekać. Innych sparaliżowała nagłość katastrofy i bliskość śmierci. Nie potrafili ruszyć się z miejsca, nie mogli zdecydować, co powinni robić. Spienione bałwany walące wściekle o burtę i przelewające się przez pokład, ochrypłe od krzyków ciemne i zimne morze – to wszystko zwiastowało śmierć.

Katastrofa Heweliusza
Katarzyna Janiszewska, „Katastrofa Heweliusza”, Wydawnictwo Chmury, Warszawa 2025

W tej sytuacji nawet najodważniejsze serca napełniały się lękiem i rozpaczą. Nawet ci, którzy wcześniej nie uznawali istnienia siły wyższej, teraz odzyskiwali wiarę. „Boże pomóż, ratuj nas, bo zginiemy!” – wołali. Ale byli też i tacy, twardzi marynarze obeznani z niebezpieczeństwami, tirowcy obyci z trudami niekończącej się drogi, którzy w milczeniu przyjmowali to, co nieuniknione. Nikt nie wyczekuje śmierci, a jednak niektórzy potrafią w jej obliczu wykrzesać z siebie więcej odwagi.

Boruc czuł, że serce wali mu jak oszalałe, a po plecach i czole spływa pot mimo lodowatego wiatru. Starał się nie wpadać w panikę. Bo choć wiesz, że oto nadchodzi najgorsza chwila w twoim życiu, za moment niechybnie zginiesz, to nadal nie możesz w to uwierzyć. Przecież to niemożliwe, żeby ci wszyscy marynarze byli tak spokojni w obliczu zagłady. A kapitan? On najlepiej orientuje się w sytuacji. Gdyby było naprawdę źle, nie stałby dalej na mostku, tylko uciekał. Pewnie zaraz pojawią się ratownicy i ich stąd wyciągną. Lada moment przylecą helikoptery – przekonywał sam siebie.

Przytrzymując się szotu, przysunął się do marynarza przycupniętego przy nadbudówce.

– Panie, co teraz będzie? – zapytał.

– Dobrze będzie. Póki jesteśmy na statku, jest dobrze – odpowiedział tamten.

Boruc drżącymi dłońmi wyjął z kieszeni kurtki paczkę marlboro, ale kiedy próbował przyłożyć zmokniętego papierosa do ust, wiatr wyrwał mu go z rąk. Wtem przez pokład przetoczyła się ciemna masa wody, zabierając ze sobą ludzi. Na jego oczach ginęli koledzy, z którymi zaledwie kilka godzin temu grali w karty, rozmawiali i zaśmiewali się ze sprośnych dowcipów. Krzyki przerażenia mieszały się z hukiem fal i szumem spienionego morza. „Czy ze mną będzie tak samo?” – zadawał sobie w myślach to straszne pytanie.

Przechył dochodził już do dziewięćdziesięciu stopni. W jednej chwili zgasło światło, agregaty prądotwórcze przestały działać. To koniec! Marynarze nie czekali już dłużej, zrzucali tratwy z pokładu i od razu do nich wskakiwali. Kto nie zdążył wsiąść, musiał skakać z wysokości kilku pięter. Panicznymi ruchami rąk i nóg – zanim zamarzną – rozbitkowie próbowali zapewnić sobie ratunek i dopłynąć do tratwy. Tylko zdrowi, wytrzymali pływacy mieli szansę pokonać kilkanaście metrów lodowatej wody. A później wykrzesać z siebie siłę, by wdrapać się do środka rzucanej na wszystkie strony łupiny.

Ciemna kipiel budziła przerażenie. To wszystko znacząco osłabiało wolę walki, organizm się poddawał. Fale raz po raz, w miarowym, nieubłaganym rytmie obmywały ciała rozbitków. Gdy kładli się do snu w ciepłych kajutach, do głowy im nie przyszło, jakie cierpienie zgotuje im los. Przenikliwe zimno rozrywało ich ciała, jakby ktoś dźgał je nożem. W wodzie o temperaturze dwóch stopni Celsjusza umiera się szybko, w ciągu niecałej półgodziny. Zanim zimno zdoła zabić, najpierw odbiera człowiekowi siły. Nie jest on w stanie przetrwać chwil, kiedy fala załamuje się nad jego głową. Pierwsze podtopienie, drugie, trzecie… Coraz trudniej zwymiotować połkniętą wodę i wykrztusić tę, która dostała się do tchawicy.

W końcu i Boruc spłynął z pokładu, wprost w lodowate objęcia morza. Rozpaczliwie szukał w pobliżu jakiejś tratwy, możliwości ratunku. Podskakiwał na wzburzonej wodzie, rzucany przez nią jak szmaciany gałganek. Otwarte usta zalał haust wstrętnej, słonej wody. Za chwilę kolejna fala wypchnęła go na powierzchnię, pozwalając nabrać powietrza, a następna go przytopiła. Bezradne ręce przestały reagować na wściekłe pląsy wyczyniane przez morze, przypominały raczej dwa bezużyteczne młoty ciążące ku dołowi. Głowa bezwładnie kiwała się w przód i tył, serce coraz wolniej pompowało krew.

Boruc poczuł dziwną niemoc, która paraliżowała jego ciało. „Już po mnie” – zdążył pomyśleć. W mózgu uwalniały się jeszcze majaki: obraz uśmiechniętej żony i córeczek machających mu na pożegnanie przed długą podróżą, wspólne święta przy pachnącej choince, żona na sali porodowej, on uczący córeczkę jazdy na rowerze. Wokół unosiły się ciała martwych kolegów, ale zamglone oczy z trudem rejestrowały jakiekolwiek kształty.

Nie mógł oddychać. Ogarnął go jednak błogi spokój, a ciepło rozlewało się po ciele. Powoli zapadał się w czarną otchłań. Nie szarpał się już, nie szamotał. Na chwilę wypłynął, jego głowa unosiła się ponad falami. Nagle pienisty grzywacz uderzył w niego z wielką mocą i Boruc na zawsze zniknął pod powierzchnią wody.

Wielu pasażerów do ostatnich chwil nie zdawało sobie sprawy z powagi sytuacji. Zwlekano z ewakuacją na tratwy. Rozbitkowie nie sądzili, że statek się przewróci. Liczyli, że ratownicy przybędą przed jego zatonięciem. Kiedy boczna ściana nadbudówki zanurzała się pod wodą, tylko trzy spośród sześciu tratw były otwarte. Ci, którym udało się do nich dostać, bezsilnie przyglądali się agonii swoich kolegów. Widzieli, jak powoli uchodzi z nich życie. Oni sami byli w niewiele lepszej sytuacji: siedzieli po pas w lodowatej wodzie. Grube rękawice przy kombinezonach uniemożliwiały zamknięcie włazu. Tym, którzy kombinezonów nie mieli, skostniałe z zimna dłonie odmówiły posłuszeństwa, by powiązać sznurki brezentowej płachty.

Z każdym uderzeniem fal morze wtłaczało do środka tratwy coraz więcej wody. Rozbitkowie nie mieli nic, czym można by ją wylewać. Mogli jedynie bezczynnie czekać. Kiedy statek zawiedzie, zdaje się, że cały świat cię zdradził. Nie ma już niczego pewnego, żadnego oparcia – wiara, nadzieja kruszeją. Tylko działając, można stłumić w sobie przerażenie. Ale tu, na tratwie, nie dało się nic zrobić, przyszło już tylko umrzeć…

Więź.pl to personalistyczne spojrzenie na wiarę, kulturę, społeczeństwo i politykę.

Cenisz naszą publicystykę? Potrzebujemy Twojego wsparcia, by kontynuować i rozwijać nasze działania.

Wesprzyj nas dobrowolną darowizną:

Heweliusz leżał stępką do góry, przykrywany przez fale, znikał w gwałtownym wirze, po czym się wynurzał, jak tonący, który pragnie zaczerpnąć życiodajnego powietrza. Ale to nie mogło się udać, już nic nie było w stanie go uratować. Wtłoczone powietrze przez chwilę utrzymywało go na powierzchni. Szybko jednak zaczął znikać, przyciągany siłą grawitacji.

Słońce niespiesznie wschodziło nad horyzontem. Jakby nie chciało widzieć tego przerażającego obrazu śmierci i rozpaczy. Noc ukrywała skrzętnie rozgrywający się tutaj dramat, ale w świetle dnia był widoczny jak na dłoni: poszarpane szalupy, dryfujące nieruchome ludzkie ciała z głowami w wodzie, porozrzucane kamizelki i koła ratunkowe.

Przeczytaj też: Georgi Gospodinow: uśmiech rzucony drżeniu

Podziel się

Wiadomość

5 stycznia 2024 r. wyłączyliśmy sekcję Komentarze pod tekstami portalu Więź.pl. Zapraszamy do dyskusji w naszych mediach społecznościowych.