Testament | Księgarnia Wydawnictwo Poznańskie (wydawnictwopoznanskie.pl)

Lato 2024, nr 2

Zamów

„Nie wiem, co mi jest – po prostu umieram”. Ten film to absolutny klasyk lat 70.

Al Pacino w filmie „Pieskie popołudnie”, reż. Sidney Lumet, USA 1975. Fot. Materiały prasowe

W „Pieskim popołudniu” Sidney Lumet chciał pokazać człowieka w matni i stanąć po stronie pogardzanych. Stworzył jeden z najwybitniejszych filmów w dziejach kina.

Miasto skąpane w upalnym, popołudniowym słońcu. Robotnicy łatają drogę, pies rozgrzebuje śmieci, dzieci bawią się w basenie. Ktoś podlewa trawnik, ktoś inny relaksuje się na plaży. Seniorzy rozmawiają przed domem. Samochody stoją w korku. Elton John śpiewa w tle swoją „Amoreenę”. Będzie to pierwsza i zarazem ostatnia piosenka tej opowieści. Muzyka milknie, gdy pojawia się Sonny Wortzik ze swoimi wspólnikami. Zaczyna się napad na bank. I jeden z najwybitniejszych filmów w historii amerykańskiego kina.

Sidney Lumet urodził się sto lat temu, 25 czerwca 1924 r. w Filadelfii. Zamiast szkicować z tej okazji biografię twórcy „Dwunastu gniewnych ludzi” (co już kiedyś zrobiłem), pomyślałem, że wrócę do „Pieskiego popołudnia” – arcydzieła z roku 1975.

Wesprzyj Więź.pl

Film dorobił się swojej legendy. Nominowany do sześciu Oscarów, zgarnął statuetkę jedynie za scenariusz oryginalny, przegrywając z bezkonkurencyjnym wówczas „Lotem nad kukułczym gniazdem”. Zdjęcia trwały nieco ponad miesiąc, sceny w banku kręcono w studiu, zaś te rozgrywane na zewnątrz – oczywiście w Brooklynie. Ale nie podczas letniej spiekoty, a chłodną jesienią. By nie było widać oddechu na zimnym powietrzu, aktorzy wkładali sobie do ust kostki lodu.

Zresztą grający główne skrzypce Al Pacino chciał zrezygnować na dzień przed rozpoczęciem zdjęć, ale Lumetowi udało się go przekonać, by został. Ostatecznie Pacino wspiął się na aktorski olimp, przez kilka tygodni właściwie nie wychodził z roli, mdlał, sporo improwizował, przyzwyczajał współpracowników do tego, że na planie jest coraz bardziej sfrustrowanym Sonny’m. Po latach w jednym z wywiadów rzucił, że „Pieskie popołudnie” to ostatni wielki film, w którym wystąpił…

Tyle ciekawostek. Intryguje mnie przede wszystkim, jak bardzo opowieść ta skupia w sobie najważniejsze motywy przez długie lata nurtujące Sidneya Lumeta.

Miasto zmęczone jak ja

Po pierwsze, Nowy Jork – miejsce, w którym rozgrywa się większość jego filmów. Przyjechał do miasta jako kilkulatek, by zakochać się w nim i związać na dobre i na złe (nie przerwał pracy nad serialem „Prawnicy z Centre Street” nawet feralnego 11 września). W spojrzeniu Lumeta nie ma jednak nic z uroczo-sentymentalnej perspektywy Allena, jest za to zaglądanie w najmroczniejsze rejony metropolii. I odkrywanie, że zło jest również w osobach, po których się tego nie spodziewamy.

To bodaj najistotniejszy powód sukcesu tego filmu – Lumet i Pierson, zapoznawszy się z opisaną przez brukowce historią, zauważyli, że można przedstawić portret człowieka, który będzie bliski widzom

Damian Jankowski

Udostępnij tekst

W filmach takich jak „Serpico”, „Książę miasta”, „Rządza władzy”, „Noc na Manhattanie”, reżyser przyglądał się korupcji. Ciekawe też, jak szybko wyzbywał się złudzeń co do ludzkiej natury. Jeszcze w jego słynnym debiucie jeden uczciwy przysięgły spowoduje triumf sprawiedliwości. Właściwie potem nigdy już – może z wyjątkiem „Werdyktu” – Lumet nie będzie takim optymistą. Głupota przywódców sprowadzi na świat zagładę („Czerwona linia”), przestępstwa zostaną zatuszowane („Pytania i odpowiedzi”), przysięgli ulegną kabaretowemu czarowi jednego z oskarżonych i w konsekwencji mafiosi unikną kary („Find me guilty”), dwaj lekkomyślni bracia spowodują rodzinną katastrofę („Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz”).

Zresztą pokazany w „Pieskim popołudniu” Nowy Jork jedynie w początkowym sekwencjach przypomina sielankę. Miasto to jako współczesne piekło rok później pokaże Scorsese w „Taksówkarzu”, ale gdyby się nad tym zastanowić, Lumet wcale nie odstawał od pesymizmu młodszego kolegi. Mieszkańcy metropolii są zmęczeni jak Sonny – nie tylko upałem, ale i panującym porządkiem społecznym. W jednej z najsłynniejszych scen filmu rabuś wykrzykuje w stronę gapiów słowa „Attica! Attica!”. Tłum reaguje aplauzem – wszyscy pamiętali wtedy bunt więźniów, który wybuchł kilka miesięcy wcześniej w proteście przeciwko nieludzkim warunkom w Attice, i który został krwawo stłumiony przez wojsko.

Nowojorczycy lat 70. – co doskonale uchwycił Lumet – ulegali dyktaturze telewizyjnej papki i szukaniu sensacji (rok później reżyser wykpił to w doskonałej „Sieci”), ale mieli też serdecznie dość władzy – niezaradnej i coraz bardziej brutalnej. Dlatego tak szybko pokochali Sonny’ego.

Tylko krwawię

Film oparto na faktach, podobny napad rozegrał się 22 sierpnia 1972 r. Prawdziwy rabuś nazywał się John Wojtowicz i był… postacią niezbyt ciekawą, kompulsywną, przemocową. Geniusz scenarzysty Franka Piersona polegał na tym, że filmowy Sonny jest inny – nadpobudliwy, ale też niezdarny, groźny tylko na pokaz, a tak naprawdę skupiający się na potrzebach ludzi wokół siebie. 

To w ogóle bodaj najistotniejszy powód sukcesu tego filmu – Lumet i Pierson, zapoznawszy się z opisaną przez brukowce historią Wojtowicza, zauważyli, że można – odbijając się od niej – przedstawić portret człowieka, który będzie bliski widzom. Kogoś, kto podzielałby ich niepokój i bezradność.

Bohater „Pieskiego popołudnia” cały czas boksuje się z rzeczywistością. I notorycznie przegrywa. Nie znajduje też oparcia w rodzinie (instytucji, w którą twórca filmu, co widać w całym jego dorobku, chciałby uwierzyć i nie potrafił tego zrobić). Jest, jak sam przyznaje, „zerem i nieudacznikiem”. Lumet doskonale go rozumiał, bo… za takich uważali się jego żydowscy rodzice po przybyciu do Stanów z międzywojennej Warszawy. Ojciec w stolicy Polski był wziętym aktorem teatrów jidysz, matka cieszyła się renomą jednej z najlepszych partii w żydowskiej społeczności Ochoty. Po przyjeździe do USA on został obwoźnym sprzedawcą fortepianów, ona – nękana notorycznymi zdradami męża i samotnością – coraz bardziej pogrążała się w psychicznej zapaści.

Sonny mógłby wygłosić kwestię, która kilka dekad później padnie w „Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz”: „W moim życiu nic do siebie nie pasuje, nic się ze sobą nie składa”. I nic się na to nie da poradzić. Mężczyzna chciałby uciec, ale też doskonale zdaje sobie sprawę z jednego: nie ma dokąd. Skoro jednak zaczął grę, chce grać do końca, mimo że nic nie idzie po jego myśli (w kasie banku jest ledwie symboliczna suma). Mimo że domyśla się, iż przegra…

„Nie wiem, co mi jest – po prostu umieram” – stwierdzi bohater „Pieskiego popołudnia” w kluczowej dla filmu rozmowie. Jest w tym oczywiście jakaś egzaltacja, ale i pewna przeszywająca diagnoza: Sonny umiera, zapewne już od lat, zaciskając sobie pętlę na szyi. Pogrąża się w matni własnych niespełnionych marzeń, społecznych oczekiwań, złych wyborów. Mógłby zanucić za Dylanem: „Życie czasami musi być samotne”. Ale w porządku, mamo, tylko wzdycham. Tylko krwawię.

Wesprzyj Więź

Otwierająca całość „Amoreena” ostatecznie okazuje się nieprzypadkowa. Zarówno piosenka Eltona, jak i film Lumeta opowiadają o wielkiej tęsknocie: jej symbolem – u muzyka – jest dziewczyna, co „rozjaśnia sobą dzień”, zaś u filmowca Algieria staje się tym, czym później dla Terry’ego Gilliama była Brazylia – rajem wyobrażonym i wyśnionym, niemożliwą ucieczką przed złym światem.

Reżyser nie może pomóc Sonny’emu, ale może dać mu swoją i widzów uważność, niejako współ-odczuwać wraz z życiowym przegranym. Szukając sprawiedliwości, po raz kolejny staje po stronie słabszych i pogardzanych (odważny, jak na lata 70., i niezwykle ważny jest tu wątek osób LBGT+, którego nie chcę zdradzać…). Wie przecież, podobnie jak Jacek Kuroń, że lepiej być z bitymi, niż z tymi, którzy biją. Nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy bijącym jest samo życie.

Przeczytaj też: Clapton: ojcostwo utracone, ojcostwo odnalezione

Podziel się

7
3
Wiadomość

5 stycznia 2024 r. wyłączyliśmy sekcję Komentarze pod tekstami portalu Więź.pl. Zapraszamy do dyskusji w naszych mediach społecznościowych.