Testament | Księgarnia Wydawnictwo Poznańskie (wydawnictwopoznanskie.pl)

Lato 2024, nr 2

Zamów

Przełożony nie musi bronić Kościoła przed zranionymi

Rekolekcje biskupów na Jasnej Górze, 21 listopada 2023. Fot. EpiskopatNews

Chodzi o spotkanie nie z przypadkiem, ale z żywą osobą. To niezbędne, żeby wydobyć się z kurialnych korytarzy zasłoniętych paragrafami i cyframi – mówi dominikanin Tomasz Franc w książce „Bezbronni dorośli w Kościele”.

Magdalena Dobrzyniak: Porozmawiajmy na temat odpowiedzialności przełożonych w Kościele za dramaty przemocy, jakiej dopuszczają się osoby duchowne wobec ludzi, z którymi są w kontakcie duszpasterskim. My tu sobie rozmawiamy, a życie dostarcza kolejnych przykładów na to, jak trudno jest tę odpowiedzialność udźwignąć w taki sposób, żeby osób skrzywdzonych nie skrzywdzić ponownie.

Ostatnio w mediach znów odżyła dyskusja o odszkodowaniach, o tym, czy i w jaki sposób powinny być wypłacane przez diecezje lub zakony. Jeden z biskupów, uzasadniając swoją odmowę, użył argumentu: „To nie są moje pieniądze, tylko wspólnoty wiernych, którzy przecież nie są odpowiedzialni za zło, którego się dopuścił ten czy inny kapłan”.

Tomasz Franc OP: Dystans od osób skrzywdzonych sprawia, że się je uprzedmiotawia. To mój komentarz do takiej bezdusznej i nie do końca szczerej postawy. Mówiąc o dystansie, mam na myśli odległość emocjonalną, mentalną, relacyjną. To dlatego inicjatywa Tośki Szewczyk, czyli talerz skrzywdzonych przekazany biskupom, jest tak cenna. To talerz z wystającymi w kierunku jedzącego kolcami. Z takiego talerza nie sposób jeść, niby do tego służy, ale w rzeczywistości każdy kęs niezbędnego do życia jedzenia jest raniący.

Ta inicjatywa miała służyć osobistemu spotkaniu, wysłuchaniu doświadczeń osoby skrzywdzonej i stanięciu z nią twarzą w twarz, w pewnym sensie doświadczeniu tego, czego ona doświadcza, gdy to, co miało karmić, sprawia ból. Chodzi po prostu o „spiłowanie” tych kolców. O spotkanie się nie z przypadkiem, który mamy poznać w teorii, ale z żywą osobą. Jest ono niezbędne, żeby wydobyć się z kurialnych korytarzy zasłoniętych paragrafami i cyframi, może też presją odpowiedzialności wobec wielu środowisk w Kościele, które nie dojrzały do tego, żeby uznać odpowiedzialność za osoby w nim zranione.

Wesprzyj Więź.pl

Ryba jednak psuje się od głowy, więc dobrze, żeby głowa była zdrowa, dlatego każdy przełożony powinien zwrócić uwagę na to, że jego sposób postępowania będzie wzorcem stosunku do osób skrzywdzonych wszystkich innych pozostających na niższych szczeblach hierarchii kościelnej. Jeśli więc chce zmienić swoje podejście do osób zranionych w Kościele, nawrócić się w myśleniu, to osobiste spotkanie z nimi jest niezbędne.

W Kościele nie wystarczy sama empatia, choć ona jest podstawowym warunkiem udzielenia pomocy. Poprzestanie na takim stwierdzeniu sugerowałoby, że system jest zdrowy, a opowieści osób zranionych pokazują, że tak nie jest

Tomasz Franc OP

Udostępnij tekst

Bardzo istotna jest tu też świadomość, że władza jest tylko przywilejem, a nie posiadaniem pełnej kontroli nad innymi. Władza rozumiana w sensie posłuszeństwa i hierarchiczności odnosi się zresztą do duchowieństwa, nie do wiernych. Oni nie muszą być posłuszni swojemu biskupowi w taki sposób, jak posłuszny ma być wikary. Nie można oczekiwać ani tym bardziej egzekwować wobec nich takiego tonu czy narracji, która jest nieadekwatna do tej relacji. Przełożony w Kościele jest tylko zarządzającym dobrami wspólnoty z pozycji odpowiedzialności za decyzję, a nie z pozycji posiadania tych dóbr.

Jeśli więc biskup czy przełożony zakonny mówi, że finanse należą do wiernych, którzy ofiarowują je, by służyły dobru Kościoła, i on nie może wypłacić z tych pieniędzy odszkodowania, to wyraźnie pokazuje, że stawia się w sytuacji właściciela, jednocześnie próbując to zakamuflować twierdzeniem, że nie jest ich właścicielem. Rozporządza nimi w sposób kategoryczny, nie biorąc pod uwagę jednego – pieniądze powierzone mu przez wiernych i przeznaczone na potrzeby Kościoła są mu dane z zaufaniem, że zostaną właśnie na potrzeby Kościoła przeznaczone. Czy osoby skrzywdzone nie są Kościołem? Czy godziwe wykorzystanie pieniędzy, by ulżyć ich cierpieniu, kłóci się z rozporządzaniem finansami dla dobra wspólnoty?

Osobną kwestią, choć powiązaną z dystansem przełożonych do osób poszkodowanych, jest kordon różnych urzędników, którymi oni się otaczają. Na dworach carskich bywało, że zanim ktoś trafił do cara, musiał przejść przez różnych bojarów, którzy niekoniecznie byli skłonni mu umożliwić to przejście. Dbałość o to, by osoby z najbliższego otoczenia przełożonego były godne zaufania, prawe i transparentne, jest tu kluczowa.

Czasem na poziomie urzędniczym dokumenty gdzieś utykają albo ktoś odbija się od zamkniętych drzwi, bo jest to wolą kurialnego „bojara”. Czasem urzędnicy kurialni czują się zbyt pewnie i zaczynają wierzyć, że wiele od nich zależy, nie udostępniając przełożonemu pełnej wiedzy na temat tego, co się dzieje w diecezji czy w kuluarach urzędu. Kiedy tak się sprawy mają, to umieszcza się biskupa na jakimś odrealnionym tronie, z którego widzi świat wyidealizowany albo przeciwnie – zagrażający, ale w zasadzie niemający wiele wspólnego z rzeczywistością.

Taki biskup jest trzymany na odległość przez swoich kurialistów, ale bywa też, że sam wybiera taką pozycję. Może łatwiej jest zarządzać, mając poczucie bycia „prześladowanym” przez wrogów rozbijających Kościół – a takie etykiety do niedawna nadawano tym, którzy głośno mówili o swojej krzywdzie – niż zmierzyć się zarówno z samym popełnionym wobec zranionych złem, jak i oporem instytucji w uznaniu swojej odpowiedzialności. […]

Bezbronni
Tomasz Franc OP, Magdalena Dobrzyniak, „Bezbronni dorośli w Kościele. Dlaczego nie potrafimy przeciwstawić się krzywdzie”, Wydawnictwo WAM, Kraków 2024

Kiedy tak cię słucham, zaczynam się zastanawiać, co mogłoby pomóc w ulepszeniu tego kontaktu. Czy rzeczywiście potrzebujemy jakichś reform organizacyjnych, żeby usprawnić system działania urzędu, jakim jest kuria, czy wystarczy zwyczajna empatia? Osoby skrzywdzone mają zapewne różne doświadczenia. Niestety często borykają się ze złym traktowaniem przez urzędników kurialnych. Nie wszędzie jednak spotykają na swojej drodze „bojarów”.

– Masz rację, nie wystarczy sama empatia, choć ona jest warunkiem podstawowym skutecznego udzielenia pomocy. Poprzestanie na takim stwierdzeniu sugerowałoby jednak, że system jest zdrowy, tymczasem opowieści osób zranionych pokazują, że tak nie jest.

Z drugiej strony nie jest też tak, że w kurii pracują wyłącznie bezduszni urzędnicy. Wiem, jak często są to osoby przepracowane, i bywa, że niedostępność przełożonego nie tyle wynika ze złej woli, co bardziej z faktycznego obciążenia związanego z zarządzaniem całą diecezją czy zakonem. Ale czy rzeczywiście nic się nie da zrobić? Przecież biskup czy prowincjał może skorzystać z pomocy biskupów pomocniczych lub swoich socjuszy. Wiele mogłaby tu poprawić praca nad zmianą myślenia w kierunku zrozumienia, że przełożony nie musi bronić Kościoła przed zranionymi.

Mogłoby w tym pomóc to, o czym mówiliśmy przed chwilą i co sami pokrzywdzeni podkreślają – spotkanie. Wtedy empatia przestaje być teoretyczna, nie zatrzymuje się na progu wyrażania deklaracji i staje się żywą rzeczywistością, dzieleniem współcierpienia. Najczęściej ten kontakt złożony jest w ręce delegatów, ale może warto stworzyć przełożonym szansę – na przykład w postaci corocznego krótkiego szkolenia – poznania sytuacji osób skrzywdzonych, wymiany doświadczeń i spotkania ze specjalistami zajmującymi się bezpieczeństwem i prewencją. Nie wiem, czy przełożeni superwizują własne decyzje, czy kierują się tylko ich poprawnością prawną albo – co gorsza  – poczuciem przypisywanej sobie nieomylności. Może byłby wskazany jakiś rodzaj reflektującej pomocy kogoś spoza diecezji czy zakonu albo wzajemnych audytów? […]

Przykładasz wielką wagę do audytów, superwizji, tworzenia zespołów złożonych z osób różnych wrażliwości i kompetencji. To tylko pokazuje, że transparentność jest siłą ograniczającą możliwość powstania kolejnych nadużyć. Dlaczego ta siła wydaje się wciąż ignorowana? Z lęku?

– Powodem może być lęk przed tym, że ktoś zauważy coś, co jest kompromitujące, np. w stylu zarządzania, że zacznie żądać zmiany albo co gorsza wprost mówić o błędach i zaniedbaniach instytucjonalnych. Może to być trudne do przyjęcia, jeśli przełożony zbytnio zidentyfikował się z odpowiedzialnością za cały swój zakon czy diecezję. Wówczas zacznie przyjmować to osobiście, czasem jako atak na siebie. A przecież nikt nie jest we wszystkim najlepszy i nie na wszystkim się zna.

Audyt czy stała superwizja mogą pomóc w nabraniu zdrowego dystansu i uwolnić twórcze siły do przepracowania problemów. Alternatywą jest niestety ucieczka od tej odpowiedzialności. Kiedy mój znajomy, którego ceniłem za fachowość, został biskupem, miałem nadzieję, że korzystając ze swojego doświadczenia, będzie kimś aktywnym, żywo zaangażowanym w Kościele, ale… przepadł, stał się niewidzialny.

Wróćmy do odszkodowań, bo to drażliwy temat.

– Jest wokół niego mnóstwo kontrowersji, choć według mnie niesłusznie, bo pieniądze nie mogą być najważniejsze. Temat odszkodowań dla osób zranionych w Kościele wymaga jednak przepracowania i ujednolicenia myślenia o tym na poziomie Konferencji Episkopatu Polski czy Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonnych. W jaki sposób zakon czy diecezja powinny brać udział w szeroko rozumianych kosztach leczenia czy wręcz w odszkodowaniach, które są po prostu materialnym wyrazem uznania odpowiedzialności za krzywdę?

Z tematem próbowała się zmierzyć Państwowa Komisja ds. Pedofilii kierowana jeszcze przez prof. Błażeja Kmieciaka i jest to jakiś punkt odniesienia. Można pomyśleć o  „widełkach” wypłacanych kwot, w  zależności od tego, kiedy nastąpiło nadużycie w życiu osoby poszkodowanej. Im wcześniej do niego doszło, tym ten ekwiwalent finansowy powinien być większy, ponieważ krzywda bezdyskusyjnie wywarła negatywny wpływ na możliwości rozwoju tej osoby, nie tylko psychiczne czy emocjonalne, ale również w zakresie edukacji i pracy, zmniejszając jej potencjał i możliwości samostanowienia. Im później nastąpiła krzywda, tym ten wkład finansowy mógłby bardziej ograniczać się do pomocy interwencyjnej: psychoterapii, farmakoterapii i tak dalej.

Co bardzo cenne, w pracy komisji państwowej zauważono, że im dłużej osoba poszkodowana pozostaje bez wsparcia, czyli na przykład im później dochodzi do niej prawda o skrzywdzeniu, a z punktu widzenia psychologii jest to w pewnym sensie zrozumiałe, im później zaczyna dociekać swoich praw, tym ten wkład finansowy powinien być większy. Rzecz w tym, że w tym czasie w  życiu tej osoby obecna była trauma, ból i cierpienie, którego nie mogła leczyć, bo nie miała możliwości wglądu w swoją sytuację.

Wniosek? Im szybsza interwencja, bardziej zdecydowana, także po stronie przełożonych w Kościele, tym mniejsze koszty, ale przede wszystkim mniejsze spustoszenie emocjonalno-psychiczno-duchowe u skrzywdzonych.

Brzmi trochę technicznie, ale kryje się za tym wszystkim świadomość, że osoba poszkodowana często rzeczywiście ma zniszczone życie.

– Często to za mało powiedziane. Myślę, że zawsze jest ono poranione. Jej zasoby naturalne nie mogły przerodzić się w potencjał, a ten z kolei nie mógł posłużyć do rozwoju. Ten potencjał teraz trzeba wesprzeć, dając możliwości finansowego poczucia bezpieczeństwa, by mogła ona przeorganizować życie, rozejrzeć się w nim na nowo. Opłacenie terapii to niezbędne minimum, ale często może być niewystarczające.

[…] Jak oceniasz transparentność postępowań, których efekty trafiają do opinii publicznej przez enigmatyczne komunikaty płynące na przykład ze Stolicy Apostolskiej?

– O tych komunikatach mówi się, że one są bardziej związane z dobrem dyplomacji czy jakiejś tajemnicy, właściwie nie wiadomo kogo chroniącej. Jednak niestety zostawiają one duży margines na swobodne interpretacje. Mnie osobiście zaskakuje taki brak wrażliwości na to, jak komunikat może być odebrany, czasem mam wrażenie, że wierni są traktowani jak osoby niedojrzałe, „dzieci”, którym trzeba dawkować prawdę związaną z jasnym nazywaniem zła złem, a dobra dobrem, z informacją o sprawiedliwości wyroku czy decyzji podanych do publicznej wiadomości. Czy jako dorośli ludzie wierzący nie mamy prawa decydować o tym, jaki mamy do tego stosunek i co zrobić z tą wiedzą?

Są to rzeczy, które dokładają cierpienia osobom skrzywdzonym, a jednocześnie pogłębiają wrażenie mętnej wody, bo jak nie wiadomo, o co chodzi, to znaczy, że ktoś coś ukrywa i ma w tym swój interes.

– Niestety, dla stojącego z boku obserwatora sprawiają one wrażenie stawania po stronie krzywdziciela czy struktury krzywdzącej. Trudno wtedy oprzeć się wrażeniu, że ktoś coś ukrywa, że stosowane są zasłony dymne, które służą osobistemu dobru antybohaterów tych komunikatów. Czy to nie ma lekko korupcyjnego wymiaru? Za dużo tu niedomówień, które wprowadza ta „dyplomacja”.

Przede wszystkim jednak najbardziej tragicznym aspektem takiego postępowania jest ciągłe dolewanie oliwy do ognia, a to powoduje nieustanne dokrzywdzanie osób skrzywdzonych. Ta krzywda jest niepotrzebna, bezmyślna, nieakceptowalna. Poza tym to jak strzał do własnej bramki, bo wystawia cały Kościół na krytykę, słuszną w tym przypadku, ze strony tych, którzy i tak – mówiąc kolokwialnie – postawili na nim krzyżyk. I wreszcie jest to źródło bólu dla osób, które próbują pracować dla dobra wspólnoty.

Trudno te rany oczyścić. W przypadkach, o których mówimy, potrzeba nie dyplomacji, a ewangelicznej prostoty i szczerości.

Wesprzyj Więź

Tomasz Franc OP – dominikanin, magister psychologii UAM, psychoterapeuta, psycholog, submagister studentatu, certyfikowany psychoterapeuta Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Delegat prowincjała ds. ochrony małoletnich i osób w duszpasterstwie. Wcześniej koordynator Dominikańskiego Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach. Psychoterapeuta w Oddziale Leczenia Zaburzeń Osobowości i Nerwic Szpitala Klinicznego im. J. Babińskiego w Krakowie. Członek Zespołu Krakowskiej Szkoły Psychoterapii Psychoanalitycznej. Pracuje z pacjentami dorosłymi w gabinecie prywatnym, jego szczególnym obszarem zainteresowań jest psychoterapia głębokich zaburzeń osobowości.

Fragment książki „Bezbronni dorośli w Kościele. Dlaczego nie potrafimy przeciwstawić się krzywdzie”, Wydawnictwo WAM, Kraków 2024

Przeczytaj też blok tekstów „Bezbronni dorośli w Kościele”, który ukazał się w kwartalniku „Więź” lato 2023:
Przemoc duchowa po katolicku. Rozmowa z Doris Reisinger
Zbigniew Nosowski, Zrozumieć bezbronnych

Mniej bezbronni kanonicznie. Rozmowa z ks. Janem Dohnalikiem

Zranieni w Kościele

Podziel się

8
Wiadomość

5 stycznia 2024 r. wyłączyliśmy sekcję Komentarze pod tekstami portalu Więź.pl. Zapraszamy do dyskusji w naszych mediach społecznościowych.