Lato 2023, nr 2

Zamów

Nieobecna bliskość

Człowiek znikający w mroku. Fot. pxfuel.com

Przyjaciel, który ucieka ode mnie, ma zapewne dla swojego działania usprawiedliwienia. Unieważnienie relacji z drugim można tłumaczyć ochroną siebie, wolnością, podążaniem za szczęściem, dla którego odrzucany ma być zagrożeniem. Te wszystkie „racje” mogą mieć swoją zasadność, ale ich fundamentem pozostaje nieusuwalny lęk.

Pewien znajomy i mądry dominikanin poradził mi ostatnio, bym zaczął na nowo czytać (albo raczej odmawiać) psalmy. I staram się. Nie robię jednak tego w ramach brewiarzowego oficjum. Po prostu wybieram na chybił trafił jakiś jedną z tych 150 biblijnych pieśni i powtarzam powoli słowa, po raz pierwszy od dawna nie przejmując się mocno egzegetycznymi i teologicznymi odniesieniami.

Zdarza się, że przeżywam wstrząs, bo nagle widzę wspólnotę doświadczenia z kimś, kto zapisał w psalmowych wersetach swój los przed prawie trzema tysiącami lat. Czytam np. w Psalmie 55:
„Przychodzą na mnie strach i drżenie
i przerażenie mną owłada.
I mówię sobie: gdybym miał skrzydła jak gołąb,
to bym uleciał i spoczął –
oto bym uszedł daleko,
zamieszkał na pustyni. […]
Gdybyż to lżył mnie nieprzyjaciel,
z pewnością bym to znosił;
gdybyż przeciw mnie powstawał ten, który mnie nienawidzi,
ukryłbym się przed nim.
Lecz jesteś nim ty, równy ze mną,
Przyjaciel, mój zaufany…”

Co stoi za takim, jak to dziś nazywa się czasem, ghostingiem? Jaka jest wewnętrzna zasada ucieczki człowieka od człowieka, oddalenia od siebie drugiego?

Sebastian Duda

Udostępnij tekst

Zapis, w którym odczytuję własne, wewnętrzne wyznanie. Zdarzyło mi się niedawno z bliskim przyjacielem, że po miesiącach wspólnego wspierania się, dodawania sobie otuchy, odkrywania wiary głębinowej jako prazaufania (o którym pisze w swym „Popołudniu chrześcijaństwa” ks. Tomáš Halík), próbach przeglądania się na nowo w chrześcijańskiej opowieści o śmierci, pustce po Bogu, lęku i wyjściu z grobowej pustki ku Życiu, przyszło nagłe tąpnięcie.

Nieoczekiwane zerwanie, a po nim strefa ciszy, przepaść milczenia, odwrócenie się bez możliwości jakiejkolwiek rozmowy, ucięcie więzów, brak szansy nawiązania jakiegokolwiek kontaktu. Bezsilność. We wciąż nieobecnej bliskości. Bez współczucia. Z jednym zamykającym wszelkie otwarcie zdaniem: „proszę, nie kontaktuj się więcej ze mną” i blokadą wszelkich kanałów komunikacyjnych – z możliwością spotkania twarzą w twarz włącznie.

Co stoi za takim, jak to dziś nazywa się czasem, ghostingiem? Jaka jest wewnętrzna zasada ucieczki człowieka od człowieka, oddalenia od siebie drugiego?

Ks. Józef Tischner napisał o tym przed laty kilka wstrząsających stronic w swojej „Filozofii dramatu”, odróżniając od siebie dwa przypadki uciekania: ucieczkę od widoku oraz ucieczkę jako zerwanie więzów dialogu. Ta pierwsza, wedle Tischnera, daje się wyrazić słowami: „Nie chcę cię znać, nie chcę o tobie słyszeć, nie chcę cię widzieć”. Czyli, jak pisał krakowski filozof, „ucieczka od widoku zaczyna się od jakiegoś «precz»: precz z oczu, z pamięci, z wyobraźni”. Owo «precz» to reakcja gwałtowna, emocjonalna, ale niedotykająca zbyt mocno najdelikatniejszych wymiarów człowieczeństwa. 

Dlatego, drugi przypadek, jak twierdził Tischner, wydaje się gorszy: „Ucieczka jako zerwanie więzów dialogu jest bardziej radykalna i dotyka głębszych pokładów duszy niż ucieczka od widoku. Mówimy: «nie chcę mieć z tobą nic wspólnego». Chodzi o to, by inny człowiek nie stawiał nam pytań i nie oczekiwał od nas żadnych odpowiedzi, «Nie mów nic do mnie, ja nie mówię i nie będę mówił nic do ciebie». Dlaczego? Ponieważ nie istnieje lub istnieć przestaje wszelka relacja porozumienia między nami, będąca warunkiem możliwości wymiany słów”.

Taką relację Tischner nazywał dialogiczną. Ma ona za swoją podstawę coś, co poprzedza wszelką rozmowę w spotkaniu. „Jest – pisał krakowski filozof – otwarciem na drugiego – gotowością słuchania i mówienia. […] Kto ucieka od innego człowieka, zrywając więzy dialogu, ten dąży do tego, by radykalnie zamknąć się na niego”. Takie radykalne zamknięcie może być jednak iluzją. Cień nieobecnej bliskości pozostaje. Dręczy albo jest wypierany do rezerwuarów niepamięci. Ból ukryty niekoniecznie jest jednak bólem unicestwionym.

Nic dziwnego. „Ucieczka – tłumaczy Tischner – nie wyklucza bowiem również jakiejś formy tęsknoty za tym, przed kim uciekamy. Bolesne wspomnienie o innym człowieku budzi w nas nie tylko pragnienie odcięcia, ale również pragnienie innego, lepszego spotkania z nim. Uciekający wymazują obraz, lecz tęsknią za dialogiem; zrywają więzy dialogu, ale tęsknią za obrazem. W samym pojęciu ucieczki jest ukryty paradoks: jak długo uciekam, tak długo widzę cień drugiego obok siebie. W ten sposób, uciekając – powracam mimo woli”.

Przyjaciel, który ucieka ode mnie, ma zapewne dla swojego działania usprawiedliwienia. Unieważnienie relacji z drugim można tłumaczyć ochroną siebie, własnego komfortu, wolnością, podążaniem za szczęściem, dla którego odrzucany ma być zagrożeniem. Te wszystkie „racje” mogą mieć swoją – lepszą czy gorszą – zasadność, ale ich fundamentem pozostaje nieusuwalny lęk.

Ostatecznie przecież tłumaczymy sobie, jak pisze Tischner, że „nie chcemy, aby na naszej scenie pojawił się «zły człowiek». Jego widok razi nasze oczy, zniekształca otaczające nas krajobrazy, jest przeszkodą dla naszych ruchów na scenie. Zrywając więzy dialogu, chcemy stłumić wszelki ślad doświadczenia zobowiązań, ślad wszelkiej odpowiedzialności. Nie chcemy pytać, nie chcemy dawać odpowiedzi. Nie chcemy mieć udziału w żadnej rozmowie: ani faktycznej, ani możliwej”.

Czy zatem jestem „złym człowiekiem”? Już samo postawienie takiego pytania boli. Wraz z tym bólem pojawia się pokusa, by unieważniać i deprecjonować tego, który ucieka i odrzuca. „On nie mógł być twoim prawdziwym przyjacielem, bo to, co teraz robi, wskazuje, że nie zasługuje na twoją dalszą uwagę” powtarzają mi niektórzy znajomi (trochę mnie przy tym dziwi, że są wśród nich również psychoterapeuci, proponujący podobne rady swoim klientom). 

Wesprzyj Więź

A ja mimo wszystko powtarzam słowa Psalmu 55 wraz z przywoływanym przez Tischnera paradoksem: „uciekając, zarazem potwierdzam obecność. Im głośniej mówię o potrzebie odejścia, tym dobitniej stwierdzam, że drugi jest. Wypędzeni wracają – wracają we śnie, w marzeniu, we wspomnieniu. Dlatego możemy powiedzieć, że ucieczki są zarazem otwieraniem horyzontów dla powtórnych spotkań”.

Nieobecna bliskość nie unicestwia nadziei, nawet jeśli jest jednocześnie zamkniętym w sobie bólem.

Przeczytaj też: Czy cisza wiary jest naprawdę głucha?

Podziel się

3
Wiadomość

Komentarze (3)

Ciekawe. No i prawdziwe na głębszym poziomie. Przy czym znajomi terapeuci praktycznie jednak mają rację.

Jest też trzecia droga, chyba najczęściej stosowana – zobojętnienie. Codziennie życie stawia przed nami zadania, dokonujemy wyboru sposobów ich rozwiązania. Jedne drogi z naszymi przyjaciółmi się rozchodzą, na innych spotykamy kogoś innego. Czasem musimy się odciąć, bo układ staje się toksyczny. Zamiast palić mosty, chłodzimy emocje, nastroje, dynamikę spotkań, rozmów. Relacja umiera nie pozostawiając ran. Z pewnością zawsze jest jakiś punkt zwrotny, kulminacja za i przeciw. Wszystko zależy od temperamentu, zdolności do kompromisu i tak ostatnio cenionej poprawności politycznej.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.